Tim van Wijk: na Litwie osoby niepełnosprawne są niewidoczne

-

Po przyjeździe na Litwę, zaskoczyło mnie, że nie ma tutaj niczego dla osób niepełnosprawnych. Nie widzisz ich na ulicy, w sklepie, w autobusie, oni oficjalnie nie istnieją. Siedzą w domu. Dla mnie jako Holendra to był pewien szok, pamiętam przecież niepełnosprawnych pracujących w haskiej piekarni. Zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić. Pracowałem wtedy w Wilnie w call center, z holenderskim i angielskim. To była straszna praca. Zrezygnowałem z niej w końcu i założyłem „Pirmas Blynas”, bliniarnię, w której pracują osoby niepełnosprawne – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Tim van Wijk, trzydziestoletni Holender mieszkający w Wilnie.

Tim van Wijk urodził się w 1989 r. w Hadze, gdzie spędził większość swojego dotychczasowego życia. Studiował opiekę społeczną i usługi socjalne w De Haagse Hogeschool, czyli Haskiej Szkole Wyższej. W młodości pracował w firmie „Middin”, która pomaga niepełnosprawnym. Do 2016 r. mieszkał w Niderlandach, jednak później przeprowadził się na Litwę, gdzie żyje ze swoją żoną Litwinką. Jesienią 2018 r. założył na Śnipiszkach bliniarnię „Pirmas blynas”, która zatrudnia litewskich niepełnosprawnych. Spotkaliśmy się w grudniu 2018 r. w jego lokalu przy prospekcie Konstytucji i porozmawialiśmy.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Czy mógłbyś powiedzieć parę słów o sobie? Skąd pochodzisz, jak znalazłeś się w Wilnie?

Tim van Wijk: Urodziłem się w Hadze, która jest jedną z dwóch stolic Królestwa Niderlandów i znajduje się w Holandii Zachodniej. W Hadze mamy siedzibę króla i rządu. Mieszkałem tam całe życie. Studiowałem pracę socjalną w Hadze. Podczas moich studiów podjąłem pracę w bardzo dużej organizacji, której klientami były osoby niepełnosprawne. Nazywała się Middin, mieściła się w Hadze. Byłem zatrudniony jako elastyczny pracownik, więc ktoś dzwonił, ja wtedy odpowiadałem, czy mogę wpaść do pracy czy nie. To, co przeszkadzało mi jednak w tej organizacji, to brak rozwoju. Osoby niepełnosprawne nie rozwijały się tam. Później podjąłem pracę w piekarni, w której zatrudniano niepełnosprawnych. Tam wszystko z kolei było skierowane na rozwój ludzi, którzy byli pracownikami. Niepełnosprawni rozwozili na przykład na rowerach chleb do restauracji. Generalnie chodziło o uczenie ich nowych rzeczy, ale także ja się czegoś nauczyłem. Bardzo polubiłem tę pracę. Spędziłem w niej trzy lata. Wtedy też poznałem swoją dziewczynę, która została moją żoną. Pochodzi z Litwy, ale mieszkała wówczas w Holandii. Jednak bardzo zależało jej na tym, bym także ja poznał język i kulturę Litwy. W 2016 r. zdecydowaliśmy się przeprowadzić do Wilna.

Przeczytaj także:  Litwa nie zawsze upudrowana. Recenzja książki „Moje litewskie prawo jazdy” Felixa Ackermanna

Mówisz dobrze po litewsku.

To niezasłużony komplement. Nie uważam tak. Oczywiście w „Pirmas Blynas” rozmawiam z pracownikami po litewsku. Robię jednak dużo błędów. Gramatyka litewska jest nielogiczna, ale staram się jej uczyć. Na razie to są podstawy…

Czy litewski jest trudny dla Holendra?

Dla mnie, owszem. Nie mogę mówić za wszystkich Holendrów. Może problem leży w tym, że wciąż nie za wiele się staram. Zacząłem rok temu. Nie mam jednak wiele czasu na naukę, dlatego mój postęp jakiś czas temu się zatrzymał.

„Pirmas blynas” to nowa inicjatywa.

Zaczęliśmy pracę we wrześniu 2018 r. Jak widzisz, wciąż jesteśmy w stanie tworzenia czegoś, w budynku, w którym rozmawiamy, trwają prace budowlane. W grudniu zamontowaliśmy izolację. Trochę boimy się zimy, ale będziemy działać.

Dlaczego założyłeś tę kafeterię?

Po przyjeździe na Litwę, zaskoczyło mnie, że nie ma tutaj niczego dla osób niepełnosprawnych. Nie widzisz ich na ulicy, w sklepie, w autobusie, oni oficjalnie nie istnieją. Siedzą w domu. Dla mnie jako Holendra to był pewien szok, pamiętam przecież niepełnosprawnych pracujących w haskiej piekarni. Zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić i kto może mi w tym pomóc. Oczywiście nie chodziło mi o pomoc materialną. Wszyscy ludzie zaangażowani społecznie, mówili: „wspaniały pomysł, musisz otworzyć tę kafejkę”. Ale ludzie na ulicy nie byli zachwyceni, patrzyli się dziwnie. „To jest wbrew kulturze litewskiej, przecież niepełnosprawnych trzyma się w domu. Nikt nie przyjdzie do tej kawiarni”. Poddałem się. Powiedziałem żonie, że zostaniemy na Litwie jeszcze rok, a później możemy wyjechać. Do Holandii, do Anglii, do Polski. Po roku żona powiedziała, że chce zostać. Ja powiedziałem: „zostaję, ale muszę robić to, na co mam ochotę”. Pracowałem wtedy w Wilnie w call center, z holenderskim i angielskim. To była straszna praca. Zrezygnowałem z niej w końcu i założyłem „Pirmas Blynas”.

Drogo kosztowało wynajęcie tego miejsca?

Ono jest całkiem spore, ale lokalizacja nie jest świetna. „Pirmas blynas” znajduje się na Śnipiszkach, przy prospekcie Konstytucji. Niby to jest centrum, ale to nie jest do końca centrum.

Chociaż można przyjść tutaj pieszo, przez Zielony Most, z ulicy Wileńskiej.

Tak, ale ludzie jakoś nie chcą chodzić na tę stronę miasta, turyści rzadko tu zaglądają.

Przeczytaj także:  Wilno żegna bałwany?

Miałeś jakąś pomoc od miasta, gdy wynajmowałeś ten lokal?

Początkowo chciałem nawiązać kontakt z samorządem wileńskim. Napisałem do nich, że mam taki, a taki pomysł, oni odpowiedzieli: „wspaniale, jak możemy pomóc?”. Wtedy powiedziałem, że chcę wsparcia jeśli chodzi o lokal. Nic się nie stało. Dzwoniłem, pisałem emaile, nic. Nie pomogli. Zaczęliśmy i generalnie nie jest dobrze, jeśli chodzi o sprawy finansowe, ale na przykład otrzymaliśmy „Social Business Prize 2018”. Podchodzą do nas ludzie z innych miast i mówią: „wspaniale, jak możemy otworzyć taki lokal u nas?”. Jest zainteresowanie mediów, a także ministerstw. Także samorząd zaoferował swoją pomoc, nie wiem, co z tego wyjdzie. Nie chcę pomocy finansowej, bo nie uważam, by biznes wymagał wsparcia państwa. To nie byłoby fair powiedzieć: „zatrudniam ludzi niepełnosprawnych, więc chcę pomocy”. Poprosiłem więc samorząd o kupno kuponów od naszych pracowników dla pracowników samorządu. Żeby na przykład dostawali je przed świętami i mogli je zrealizować w naszej bliniarni. Ale to jest czysty biznes, nie chodzi o żadną pomoc. Wolę to niż ktoś ma przyjść i powiedzieć: „daję Ci pięćdziesiąt tysięcy euro”. Nie potrzebuję takiej pomocy.

Zaczęliście we wrześniu…

…i zupełnie nie wiedzieliśmy, czego oczekiwać. Czy ludzie przyjdą czy też nie. Okazało się, że w pierwszych dniach zajęte były wszystkie stoliki. Nasze naleśniki są inne od tych, do których przyzwyczajeni są wilnianie. Mieliśmy dobry start. Przychodzili ludzie, patrzyli na naszych pracowników, chcieli odejść, ale zostali. Może przerażali ich pracownicy z zespołem Downa. Później jednak podchodzili do mnie i mówili, że robimy dobrą robotę, że to jest fajne i potrzebne.

Ludzie, którzy nie akceptowali waszych pracowników, to były osoby ze starszego pokolenia?

W dużej mierze tak, to osoby myślące w sposób konserwatywny, nie wyobrażające sobie tego, że ktoś z zespołem Downa może normalnie pracować. Większość naszych klientów to kobiety, w młodym wieku, poniżej czterdziestki. Młodzi ludzie są mniej uprzedzeni, więcej podróżowali. Starsi ludzie mają więcej uprzedzeń, może nie posiadają także pieniędzy. Do nas przychodzą ludzie z biur na Śnipiszkach, z samorządu wileńskiego. To są głównie młode kobiety.

Mężczyźni raczej unikają takich lokali?

Sądzę, że możemy to zmienić. Obawiam się jednak, że litewski mężczyzna to wciąż macho. Albo przynajmniej stara się taki być. „Some tough guys have a small heart”, jak mówią Brytyjczycy. Myślę, że chyba we wszystkich krajach jest podobnie. Kobiety są bardziej wrażliwe społecznie.

Ile ludzi zatrudniacie?

Mamy jednego szefa, który jest pełnosprawny, mamy mnie, a także sześciu niepełnosprawnych pracowników. Czterech z nich jest zatrudnionych na umowy, zaś dwóch odbywa u nas praktyki. Oni wkrótce znajdą nową pracę, a do nas przyjdzie kolejnych dwóch.

Zespół Pirmas Blynas

Jak wygląda wasz codzienny system pracy?

Początkowo byliśmy otwarci od wpół do dziesiątej do szóstej, codziennie. Nasi pracownicy musieli pracować osiem i pół godziny. To było jednak za dużo, także dla mnie jako szefa. Ja mam swoją pracę. Teraz ograniczyliśmy czas przyjmowania. Głównie działamy w czasie obiadowym. Obecnie mamy dwie grupy pracowników. Czwórkę z oddziału dziennego, oni pracują we wtorki. Zaś osoby, które obsługują nas obecnie, przychodzą od środy do soboty. Pracują po pięć godzin, zaś w soboty osiem. W niedzielę i poniedziałek jesteśmy zamknięci. Mieliśmy także problemy z kucharzami. Większość kucharzy litewskich wyjechała na Zachód, do Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Do nas przychodzili zaś na rozmowy ludzie pod wpływem alkoholu, albo mieli gigantyczne żądania, jeśli chodzi o pensję. Nie wiedzieli, jaki projekt robimy.

W holenderskiej gazecie, z której dowiedziałem się o Tobie i Twoim projekcie, przeczytałem, że chcesz otworzyć podobny lokal w Kownie.

Ja tego nie powiedziałem (śmiech). Mówiłem tylko, że gdybym miał jakieś marzenia, to na pewno fajną rzeczą byłoby wyjście z moją inicjatywą poza Wilno. Na razie przyjeżdżają ludzie z Kowna, by oglądać, co nam się udało zrobić, jak to funkcjonuje. Spore zainteresowanie idzie także z Kłajpedy. To nie jest dobrze, że nasza inicjatywa jest tylko w Wilnie. Kowno ma paręset tysięcy mieszkańców. Nie wiem, czy ja to zacznę, czy ktoś inny, ale Kowno powinno mieć podobną bliniarnię.

Przeczytaj także:  Simonas Kairys: mer Kowna jest bardziej menedżerem niż politykiem

Ale tymczasem jesteś jedyną osobą na Litwie, która prowadzi podobny lokal.

Jesteśmy pierwsi, którzy zatrudniamy ludzi z niepełnosprawnością. Oczywiście niektóre supermarkety mają wśród pracowników na przykład głuchoniemych. Ale my otworzyliśmy się właśnie z powodu ludzi niepełnosprawnych. To jest nasz cel. Nawet nie sprawdzamy, jakie formy niepełnosprawności mają nasi pracownicy. Obecnie mamy dwie osoby z zespołem Downa, jedną z autyzmem, dwie kolejne, kompletnie nie mam pojęcia, jakie mają problemy zdrowotne. Ale dla nas naprawdę nie jest ważny rodzaj niepełnosprawności. Ważne, żeby oni potrafili wykonywać pracę. Jeden chłopak pracuje na kasie, ktoś jest dobrym kelnerem czy kelnerką, ale na przykład jeden nasz pracownik ma kłopoty z przynoszeniem kawy. Nie robi tego, ale robi inne rzeczy.

Rozumiem, że mimo tych pierwszych problemów, macie raczej dobre doświadczenia z klientami?

Tak. Ostatnio tylko była u nas para rosyjska, narzekali po rosyjsku na naszych pracowników, zdenerwowani opuścili nasz lokal. Ja nie wiem, o co dokładnie chodziło, bo nie znam języka rosyjskiego. No cóż, ludziom mogą się nie podobać nasi pracownicy. Sam zastanawiam się: gdybym nie widział nigdy człowieka o rudych włosach, może dziwnie bym się na niego patrzył. Tak samo jest z syndromem Downa: jeśli ktoś nie miał do czynienia z takimi ludźmi, jest uprzedzony. Ale to już nie jest nasz problem.

Lubisz Wilno?

Zwłaszcza starówkę, centrum miasta. Wilno jest piękne, a ludzie są tutaj bardzo nowocześni. Akceptują ludzi z różnych krajów, z różnych kultur. Ale jeśli wyjedziesz poza centrum, to robi się szaro. Ja akurat mieszkam na Antokolu, w starym budynku z czasów sowieckich. Cieszę się, że nie mieszkam w Nowej Wilejce (śmiech). To co podoba mi się u Litwinów, to chęć rozwoju. Oni chcą się rozwijać, podążać za Zachodem i robią to. Tylko, że mieli pięćdziesiąt lat przerwy i muszą teraz szybko doganiać Europę. To co Holendrzy zrobili przez sześćdziesiąt lat, oni muszą robić w trzydzieści. Wciąż nie mają wiele pieniędzy, idei, ale chcą się zmieniać, rozwijać. W Holandii wszystko zatrzymało się w miejscu. „Jesteśmy najlepsi na świecie, po co mamy coś zmieniać?”.

Czego nie lubisz na Litwie?

To co ciężkie dla mnie, to stosunki z sąsiadami. W Niderlandach jest jasne, że sąsiedzi mają do siebie klucze. Ktoś zachoruje, ktoś złamie nogę, wtedy druga osoba przyjdzie, zapyta: „czy w czymś ci pomóc?”. W ten sposób działa wsparcie społeczne. Z kolei w Wilnie mój sąsiad zaczął mi odpowiadać „labas rytas” po dwóch miesiącach. Mówiłem co niego codziennie: „dzień dobry”, „dobry wieczór” i nic. To jest ta różnica z Holandią. Młodzi jeszcze się zachowują, ale starsza część społeczeństwa. Co, jest za twoimi drzwiami, to twoje i nikomu nic do tego. To jest smutne.

Jakie są jeszcze inne różnice kulturowe między Litwą i Niderlandami?

Litwini są bardziej związani z naturą. Chodzi o jeziora, wędkarstwo, chodzenie na grzyby. Notabene widziałem ostatnio fajny estoński film o grzybiarstwie. Tutaj wszędzie są lasy. Ale w Wilnie są problemy z korkami, a także parkowaniem samochodu. Kiedyś jeździłem rowerem, ale obecnie muszę używać auta, bo podwożę nasz personel do bliniarni. Ale jeszcze jesienią używałem roweru. Nie przeszkadza mi wileńska pogoda (śmiech).

W Niderlandach ludzie świetnie mówią po angielsku, do tego stopnia, że nie chcą rozmawiać z przyjezdnymi w swoim języku. Jak jest na Litwie?

Młodzi mówią po angielsku. Ale to ja przeprowadziłem się na Litwę i to ja muszę się nauczyć po litewsku. Nie byłoby fair wymagać od moich rozmówców tutaj, by wszyscy rozmawiali ze mną po angielsku.

Spotykasz w Wilnie ludzi z Holandii?

Parę miesięcy temu był u nas król Wilhelm Aleksander. Podczas przyjęcia dla diaspory holenderskiej spotkałem wielu rodaków. Obecnie tylko okazyjnie. Przychodzą czasem do nas zjeść, ale ja jakoś nie szukam specjalnie Holendrów. Języka niderlandzkiego mi trochę brakuje, ale rozmawiam z żoną. Rozmawiamy w trzech językach. Taka mieszanka.

Przeczytaj także:  Wizyta króla Niderlandów w krajach bałtyckich

Chciałbyś się nauczyć rosyjskiego?

Nie potrzebuję. Moja żona też go nie zna, po rosyjsku mówią tylko jej rodzice. Moja żona nie byłaby zadowolona, gdybym zaczął mówić po rosyjsku. Uważa, że tutaj jest Litwa.

Spędzasz wakacje na Litwie?

Nie miałem wakacji przez rok, bo rozkręcałem ten biznes. Teraz parę dni byliśmy w Niderlandach. Nie miałem długo kontaktu ze swoją rodziną, musiałem ją odwiedzić. Jeśli chodzi o wakacje na Litwie, to już wcześniej byłem w Druskienikach, w Połądze. Byłem także w Polsce, bo podczas pobytu we Włoszech zaprzyjaźniliśmy się z żoną z dwoma księżmi katolickimi. Oni byli obecni na naszym ślubie i zafundowali nam pobyt w pięknym hotelu, w którym wcześniej nocował arcybiskup.

Litwa jest dość religijnym krajem w porównaniu z Holandią, czy odczuwasz to?

Nie. My nie jesteśmy zbytnio religijni. Czasem chodzimy do kościoła. Żona jest protestantką, ja nie jestem ochrzczony. Jest jeden kościół luterański przy ulicy Vokiečių, który znamy.

Ja chodzę do kościoła kalwińskiego w Wilnie.

Tego nie znam, musimy sprawdzić.

Przeczytaj także:  Tomas Šernas: Dla ewangelików ważniejsze jest wydawanie książek niż budowa pomników

Czujesz konserwatyzm Litwinów?

Sądzę, że wilnianie nie są konserwatywni. Ale jak wyjedziesz poza miasto, na prowincję, owszem. Kiedy rozmawiam z rodzicami żony, oni mówią takie rzeczy na temat homoseksualistów, których ja nie rozumiem. Dla Holendra to jest niesłychane. Jeśli jesteś gejem, osobą niepełnosprawną albo czarnoskórym to wciąż masz trudne życie na litewskiej prowincji. W Wilnie tego nie czuję. Nie widzę także czarnoskórych, tutaj wciąż chyba rządzi nacjonalizm. Ale z drugiej strony – Litwa miała ciężka historię, II wojnę światową, gdy ludzi segregowano, dyskryminowano. I zastanawiam się, jak coś podobnego wobec kogokolwiek można robić teraz?

Ale te problemy są także w Holandii. Tam także wielu ludzi jest uprzedzonych.

Tęsknisz za holenderską kuchnią w Wilnie?

Mamy w bliniarni poffertjes (racuchy) i stroopwafels (wafle z karmelem). Kupujemy je od lokalnych Holendrów. Za frytkami nie tęsknię. Może erwtensoep (zupa grochowa) byłoby dobre.

Stroopwafels można zjeść także na jarmarku bożonarodzeniowym, koło katedry wileńskiej (wywiad był nagrywany w grudniu – przyp. red.).

O Litwinach mogę powiedzieć, że jadają bardzo zdrowo. Nie widzi się tutaj grubych ludzi. Może lepiej niech nie jedzą tych frytek. A kuchnia holenderska, podobnie jak inne północne, jest okropna. To co lubię z niej i czego mi brakuje, to satésaus, czyli sos z orzeszków ziemnych. Speculaas (pierniki holenderskie) mam w domu, matka przywiozła je w listopadzie.

Dzięki za rozmowę i powodzenia dla Twojej bliniarni.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here