Niewielkie bagienne stawiki z wodą o rdzawym kolorze i zapachu zgniłych jaj. Blisko pięć kilometrów drewnianych kładek rozrzuconych na gigantycznym torfowisku. Setki kilometrów kwadratowych powierzchni suchych lasów sosnowych i podmokłych borów. Jeziora lagunowe będące pozostałościami prehistorycznego Bałtyku. Wszystko to w Parku Narodowym Ķemeri zachwyci tak pieszego turystę, jak i miłośnika rowerowych przejażdżek.
„Mayday, mayday! Jan Heweliusz” – rozlega się w eterze wczesnym rankiem 14 stycznia 1993 roku. Ciemno, do świtu pozostało jeszcze dobrych parę godzin. Woda w Bałtyku ma 2°C, a huragan siłę 12 stopni w skali Beauforta. Co stało za katastrofą promu: bezradność wobec żywiołu czy szereg zaniedbań wynikających z systemowego bałaganu w czasie transformacji w Polsce początku lat 90.? Na to i inne pytania stara się odpowiedzieć Adam Zadworny w reportażu pt. „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku”.
Dla mnie, jako osoby urodzonej w Kongresówce, narodziny Polonii Wilno to swoisty fenomen. Odbieram to tak, że źródłem tego wydarzenia były dzieje polskich klubów z okresu międzywojennego wspominane przez lata w zaciszu domowym, zwłaszcza w okresie ZSRR. Zapewne pamiętano krótki, roczny epizod Śmigłego na najwyższym poziomie rozgrywkowym w II RP, gdzie w 1938 roku klub grał m.in. z Ruchem Chorzów i Pogonią Lwów. Wykorzystując odpowiednie warunki społeczno-polityczne początku lat dziewięćdziesiątych udało się stworzyć taki klub. Ba, na jego założycielskich obradach była najwybitniejsza polska lekkoatletka – Irena Szewińska – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim polski urzędnik samorządowy, historyk sportu i publicysta Robert Trzaska.
W lutym 2024 roku minęło 70 lat, odkąd w centrum Windawy stanął pomnik „znamienitego rodaka” – Jānisa Fabriciussa. Spogląda on na miasto, ubrany w mundur Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (ten sam, który w zbiorowej pamięci mieszkańców Łotwy kojarzy się z mordami, grabieżą, gwałtem i czerwonym terrorem) oraz w czapkę ozdobioną gwiazdą (tak zwaną „budionnówkę”, w takich samych oddziały okupacyjne wkroczyły na Łotwę w 1939 roku). Nawet dziś, kiedy Federacja Rosyjska – spadkobierczyni Związku Radzieckiego – już od ponad dwóch lat rozdziera Ukrainę pełnoskalową inwazją, a kraje bałtyckie także znajdują się w strefie potencjalnego zagrożenia, ponad miastem, na miejscu honorowym, góruje echo propagandy radzieckiej.
Należy się pokłonić przed narracyjnym kunsztem Magnusa von Horna, który kilkakrotnie w Dziewczynie z igłą wprowadza do opowieści obietnicę lepszego życia, by zaraz potem rozbić bańkę złudzeń. Trudno w tym obrazie dopatrywać się nadziei; opowieść tonie w mroku. Dania z początków XX wieku jest tu kostiumem historycznym, w który ubrana jest opowieść o dużo bardziej uniwersalnym przesłaniu. Porządek, któremu musi poddać się główna bohaterka, to porządek infernalny, piekło, choć stworzone przez ludzi. Piekło kobiet.
"Finlandia kontra Stalin" Kimma Rentoli to przenikliwa monografia naukowa, w której autor poszukuje odpowiedzi na pytanie, co spowodowało, że po drugiej wojnie światowej Finlandia nie podzieliła losów innych krajów Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej i nie stała się ani republiką radziecką, ani państwem demokracji ludowej.
Kraków gości dziesiątą edycję Międzynarodowego Festiwalu Literatury Odessa. Wydarzenie odbywa się w momencie, gdy cały świat upamiętnia trzecią rocznicę wybuchu wojny w Ukrainie. W festiwalu weźmie udział 22 pisarzy z 13 krajów, wśród nich także autorzy z krajów bałtyckich: Tomas Venclova z Litwy oraz Kristiina Ehin i Paavo Matsin z Estonii.
W 2019 roku za pośrednictwem dziennikarza radiowego Piotra Spottka mój polsko-litewski tomik "Wolność chmur / Debesų laisvė" trafił do rąk Krzysztofa Cwynara. Wiersze tak spodobały się artyście, że kilka miesięcy później poprosił mnie, abym zaprezentowała je na uroczystości zorganizowanej z okazji jego 77 urodzin w warszawskim Klubie Księgarza. I w taki oto sposób poznałam piosenkarza, którego uwielbiałam w młodości. Wśród gości imprezy było wielu ludzi ze świata muzycznego, m.in.: Ewa Śnieżanka, Lucyna Owsińska i lider zespołu Partita, Andrzej Frajndt.
Szpital Świętego Ducha w Lubece jest być może najdłużej działającą instytucją socjalno-opiekuńczą na świecie. Ceglany obiekt w dzielnicy Koberg, uwieczniany chętnie przez niemieckich romantyków, do dziś budzi podziw i refleksję. Równie stary, a może nawet starszy budynek szpitalny znajdował się w nieodległym Hamburgu (Szpital Świętego Jerzego). W pełni potwierdzone informacje o obu placówkach pochodzą z II połowie XIII wieku. O ile lubecki powstał z inicjatywy kupców, ten ostatni stanowił fundację holsztyńskiego dynasty Adolfa III. Hrabia był uczestnikiem III wyprawy krzyżowej, a kwestie medyczne były mu bliskie o tyle, że z tej właśnie krucjaty przedostała się z Azji do Europy nieznana jeszcze wówczas choroba. Zaznaczmy już na wstępie, że średniowieczne szpitale tylko częściowo stanowiły placówki zdrowotne w nowożytnym rozumieniu. Fakt, że ówczesną Europę co rusz nawiedzały zarazy, nakazywał wzmocnić opiekę zdrowotną, której w sensie publicznym nie było. Obiekty nazywane szpitalami poza funkcjami lazaretów, leprozoriów, były i domami pielgrzyma[1], socjalnymi jadłodajniami, i noclegowniami dla biedoty, a nawet przytułkami dla osób starszych.
Najnowsze artykuły, wywiady z ekspertami i nowości z naszego bałtyckiego sklepu prosto na Twój e-mail. Zapisz się i nie przegap najważniejszych tekstów o regionie.
Możesz wypisać się w każdej chwili — link jest w każdej wiadomości.