Cokolwiek się czyta lub pisze, warto wziąć sobie do serca zawartą w “Poetyce” Arystotelesa dobrą radę, podpowiadającą, że w każdym przedmiocie pisaniny tkwi zawarta metoda, jaką należy się w przypadku danego dzieła posłużyć. Nie można pisać o trzodzie chlewnej w sposób mistyczny, ani zawiłości buddyjskiego oświecenia oddawać przyrodoznawczym tonem. O straży pożarnej wypadałoby pisać chociaż trochę po strażacku, a o brukwi pisać, by tak rzec, brukwiście. Książki reporterskie, sytuujące się dość równomiernie pomiędzy wiernością faktografii, a pięknem literatury pięknej, często są świetnym probierzem arystotelesowskiej maksymy. Z tego względu każdy reportaż powinien być niemal osobnym podgatunkiem, bo każdy dotyka jakiegoś innego wycinka rzeczywistości. Jak pisać o północnych odludziach położonych w surowym arktycznym klimacie, żeby obrana metodologia była adekwatna do przedmiotu? Ilona Wiśniewska wypracowała sobie właściwą dykcję, dzięki której – śmiem stwierdzić, w niezły sposób – referuje sposób życia ludzi mieszkających na odległej Północy. Niedawno nakładem Wydawnictwa Czarnego ukazała się jej książka “Migot. Z Krańca Grenlandii”, opowiadająca o życiu w odległych zakątkach największej na ziemi wyspy. Opowieść o Inuitach Wiśniewska chętnie spisałaby w sposób iście inuicki. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jest Europejką, przedstawicielką tego samego kontynentu, co Duńczycy, kolonizatorzy Grenlandii. Takie pochodzenie, mimo najlepszych zamiarów, może generować pewne problemy. Barierę dzielącą rdzenną ludność i spragnioną ciekawostek społeczność tak zwanego pierwszego świata polska reportażystka bierze na kark i czyni integralnym elementem swojej metody. Czytając jej opowieść ma się cały czas doświadczenie ograniczenia wynikającego z bolesnej kolonialnej dychotomii. “Wywodzę się z kultury słowa pisanego, a ono upraszcza i definiuje, odbiera opowieściom kontekst, narzuca wstęp, rozwinięcie i zakończenie [...]. (...) Nie mam pojęcia, ile może kosztować rozmowa. I naprawdę bardzo nie chcę się tego dowiedzieć”. Tyle autorka. Jeśli wierzyć składanemu w “Migocie” świadectwu, Grenlandczycy z dalekiej Północy wykazują skrajne zmęczenie reporterskim uprzedmiotowieniem. Nie chcą być ciekawostką świata. Nie urządza ich stanowienie żywego muzeum ludności żyjącej w skrajnie ciężkich i fascynująco pierwotnych warunkach. Ich sposób funkcjonowania oscyluje na granicy przetrwania i wcale nie poprawia się pod wpływem zainteresowania przybyszów z bogatszych krain. Dlatego pensjonariusze domu starości w Qaanaaq, którzy emigrowali ze zlikwidowanej osady Avanersuaq, bez ogródek proszą Wiśniewską o zapłatę za opowiadanie swojej historii. Szefowa tego ośrodka gorzko wyznaje: “Nie mamy tu wielu możliwości zarobku. A każdy chce od nas autentyczną historię, bo niby jesteśmy tacy ważni dla świata. Rozejrzyj się dookoła, zobacz, jacy jesteśmy ważni. To miejsce jest zapomniane i wasza obecność w niczym nam nie pomaga”. Pierwotny sposób życia Inuitów wcale…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

