Tórshavn. Zdj. Stig Nygaard / Wikipedia / CC.

Spowalnianie rzeczywistości. Recenzja książki Macieja Brencza „Farerskie Kadry”

-

„Każda pasja ma swój początek. Moja, farerska, zaczęła się od muzyki” – takimi słowami zaczynamy lekturę książki „Farerskie Kadry. Wyspy, gdzie owce mówią dobranoc”, która poprowadzi nas przez zakamarki Wysp Owczych. W tą prywatną i dość intymną podróż zabiera nas Maciej Brencz – poznaniak z dziada pradziada oraz, można by nazwać, farerofil, czyli pasjonat wszystkiego, co farerskie.

Wyspy Owcze to archipelag 18 wulkanicznych wysp rozrzuconych na Oceanie Atlantyckim; pomiędzy norweskimi fiordami, wybrzeżami Islandii, a północnym skrawkiem Szkocji. Zwane również potocznie Farojami, wyspy pod względem powierzchni są niespełna trzy razy większe od Warszawy, ale zamieszkuje je oficjalnie tylko około 50 tysięcy osób. Jak napisał w swojej książce autor: „jeśli koniec świata ma swój własny koniec, to znajduje się on właśnie tutaj” i dokładnie w takie miejsce zabiera on czytelnika.

„Farerskie kadry” nie są typowym przewodnikiem turystycznym, ba, nawet daleko im do takiej formy. Książka jest zbiorem pojedynczych historii, refleksji i wspomnień, które niekiedy przybierają styl felietonów lub mini-reportaży. Już od pierwszych akapitów autor pozwala czytelnikowi poznać się bliżej – opisuje skąd się wzięła jego pasja, przywołuje z pamięci pierwszą podróż na Wyspy Owcze, nie brakuje także osobistych refleksji i wrażeń, jakie wywołało w nim wiele wydarzeń i spotkań z ludźmi. To wszystko razem składa się na niezwykle ciepły i nastrojowy język, w jakim została napisana książka.

Faroje to nie tylko dzika przyroda i monumentalne krajobrazy. Autor opisuje wiele bardziej ludzkich aspektów życia na Wyspach. Poznamy ich historię, zarówno tą mitologiczną, jak i związaną ze średniowiecznym osadnictwem. Dowiemy się dlaczego Wyspy Owcze są „owcze”, choć równie dobrze mogłyby zwać się „ptasimi”. Będziemy podróżować z autorem przez niezliczone tunele drogowe wydrążone w skałach po to, aby skrócić mieszkańcom przejazd między głównymi miejscowościami. Zakołysze nami na jednym z wielu promów kursujących pomiędzy wyspami. „Wsłuchamy się” w słowa kilku farerskich piosenek i wykład z historii literatury oraz przeczytamy namiastkę lokalnej poezji (w oryginale i w polskim tłumaczeniu).

Lektura „Farerskich Kadrów” to także przyjemność z dowiadywania się nowych, zaskakujących rzeczy, których moglibyśmy się nie domyśleć w pierwszej kolejności. Mimo swojej „kompaktowości” Wyspy Owcze okazują się być dość zróżnicowane: laickie południe – religijna północ; liberalni mieszczanie ze stołecznego Tórshavn – konserwatyści z Klaksvík, drugiego co do wielkości miasta. Jednak to nie jest książka o podziałach – autor opowiada, jak Farerowie, pomimo historycznych zawieruch, potrafili utrzymać jedność i zachować do dziś swój język, kulturę i folklor.

Wyspy Owcze według autora to nie tylko zbiór przyjemnych doznań, pięknych wspomnień i pocztówkowych widoków. Maciej Brencz odsłania również drugą stronę medalu. Pogoda bywa na środku oceanu niezwykle kapryśna. Transport pomiędzy wyspami nie należy do najłatwiejszych logistycznie, bo wszystko jest zależne od warunków atmosferycznych. Lokalna społeczność, chociaż miła, otwarta i rozmowna, to buduje niewidzialne bariery dla każdego przybysza, który zechciałby zamieszkać tutaj na stałe i zasymilować się. I nie pomoże w tym nawet znajomość języka. Autor ledwie wspomina o niektórych tematach tabu. Być może nie chce zagłębiać się zbytnio lub woli pozostawić czytelnika z niedosytem. Wspomina o takich problemach jak pedofilia (co w tak małej społeczności jest wyjątkowo drażliwym, zamiatanym pod dywan tematem) czy polowania na grindwale (zwierzęta z rodziny delfinowatych).

Książka w swej strukturze wydaje się chaotyczna i logiczna jednocześnie. Autor nie prowadzi nas ani chronologicznie, ani nie stosuje się do żadnych innych twardy podziałów. Rozdziały-felietony zdają się być rozsypanką i zbiorowiskiem momentów i miejsc. Jednak z każdą kolejną stroną każda historia składa się w pełną fabułę. Pierwsza ćwiartka „Kadrów” odpowiada nam na pytanie, dlaczego Wyspy Owcze stały się pasją autora. Następnie dowiemy się, czym są w ogóle Faroje – poznamy wiele danych i faktów historycznych. Dalej poznamy mieszkańców Wysp, ich historie, refleksje, dowiemy się czym zajmują się na co dzień. W ostatniej części odczujemy melancholię i sentymentalizm autora, bo ta część poświęcona została jego wrażeniom i wspomnieniom.

„Farerskie kadry” to książka nie dla każdego, to lektura dla tych, którzy szukają ciszy i samotności, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. To jest lektura, która uspokaja i wprowadza w rytm farerskiego życia. Maciej Brencz, jak opisuje w końcowych rozdziałach, odkrył „Swoje Miejsce Gdzieś Tam”. Wielu spośród czytelników po lekturze jego książki również zauroczy się i zakocha w tych 18 wulkanicznych wyspach rozrzuconych na Atlantyku, które, wierząc mitom, powstały z brudu zza paznokci Pana Boga, który zebrał się w trakcie tworzenia świata.

Maciej Brencz, „Farerskie Kadry. Wyspy, gdzie owce mówią dobranoc”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019

Jakub Zygmunt
Jakub Zygmunt
Z pochodzenia Sądeczanin, z wykształcenia geolog, z pasji miłośnik państw bałtyckich (zwłaszcza Estonii) i górski wędrowiec, zawodowo "człowiek-orkiestra", w Internecie prowadzi bloga "Sądecki Włóczykij".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here