Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Każdy kraj ma jakiś cień, czyli Europa Wschodnia oczami Holenderki

Holenderska freelancerka Laura Starink podróżuje po Europie Wschodniej. I zawsze pada na nią jakiś cień. Albo chodzi o trudną przeszłość z okresu II wojny światowej, na przykład Jedwabne lub Legion Łotewski, która wpływa na dzisiejszą politykę, na dzisiejszą samoocenę lokalnych społeczeństw. Albo o całkiem współczesny cień wielkiego mocarstwa, gdy dziennikarka podróżuje na wschód Ukrainy, by zrozumieć racje uczestników wojny domowej w Donbasie. W Kaliningradzie spotyka się z młodymi ludźmi, którzy kwestionują reżim Putina, na Ukrainę jedzie, by podglądać jak wyglądają rządy oligarchy Kołomojskiego w Dniepropietrowsku albo zbadać na ile prawdziwe jest moskiewskie hasło o odrodzeniu „faszyzmu” i „banderyzmu”. Nie unika także poruszania wątku żydowskiego, wciąż kontrowersyjnego w tej części Europy, co nadaje reportażowi z Europy Wschodniej pod tytułem „De schaduw van de grote broer” („Cień wielkiego brata”) charakter solidnego dziennikarstwa śledczego. Dla Holendrów zagubionych w gąszczu państw i zdarzeń Europy Wschodniej – rzecz bezcenna i ciekawe wyzwanie, by rozróżnić problemy ukraińskie od łotewskich, dla Polaków, Łotyszy, Ukraińców – uzupełnienie wiedzy o regionie, przyjrzenie się, jak wyglądamy w lustrze zakupionym w Amsterdamie.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Za sowieckiej Rygi

Laura Starink na Łotwie nie zjawiła się przed paroma laty. Jako studentka Uniwersytetu Leningradzkiego wybrała się ze znajomymi na wycieczkę do Łotwy Sowieckiej w zimie 1979 roku. „Jako zachodni Europejczycy nie mogliśmy opuszczać Leningradu bez oficjalnej zgody, ale przyjaciółka z Rygi beztrosko nas zaprosiła” – zaczyna swą opowieść dziennikarka, która dzięki studiom w Związku Sowieckim poznała język i kulturę Rosji, co zaprocentowało później w postaci jej kolejnych publikacji. Młodzi wsiedli w pociąg nocny. W Rydze zrobili głupi błąd, który dziś wydaje się śmieszny, ale w Związku Sowieckim, gdzie każdy obywatel musiał mieć paszport przy sobie, mógł mieć tragiczne konsekwencje. Zostawili swoje dokumenty w sejfie na dworcu i zapomnieli kodu. „Dostaliśmy paniki podczas podróży powrotnej. Już widzieliśmy siebie złapanych, przesłuchiwanych i wyrzuconych z kraju, a nasza przyjaciółka mogła oczekiwać nieprzyjemności. Jechaliśmy pokonani z powrotem do Leningradu, ale dwa tygodnie później nasze torby zostały spokojnie dostarczone pocztą, bez paszportów, które wysłano do ambasady holenderskiej w Moskwie. Tam dostaliśmy burę”. W Leningradzie zachodni studenci mieli kontakty z lokalnymi mieszkańcami, spotykali się w ciasnych kuchniach, gdzie naśmiewali się z reżimu sowieckiego. Później ich kolega Walerij został złapany i zdemaskował swoich zachodnich kolegów jako „agentów CIA”. Jego samego zesłano do republiki Komi, a jego znajomym spoza Związku Sowieckiego zrobiło się głupio.

Jaka była Ryga sowiecka? „Odczuwałam, że jest tutaj inaczej” – pisze Laura Starink, która już wtedy liznęła historii krajów bałtyckich, odrębnej od pozostałych krajów Związku Sowieckiego. „Kraje bałtyckie wciąż wyglądały europejsko. Jasne, że w ciężko zrusyfikowanej Rydze, z jej flotą bałtycką ulubionym miastem emerytowanych oficerów sowieckich, mówiło się prawie wyłącznie po rosyjsku. W mieście wisiały te same polityczne plakaty ze sloganami jak w innych częściach ZSRR (…) A jednak czułeś, że jest tutaj kawałek Europy. Nawet skromne restauracje serwowały wtedy trochę inne potrawy. Kawiarnie czarowały lokalnym drinkiem na stole, takim jak ziołowy balsam, zamiast zwyczajnej wódki. Architektura była mniej sowiecka. Taka sama atmosfera była w Wilnie i Tallinnie” – tak kraje bałtyckie widziała w latach siedemdziesiątych holenderska dziennikarka. Z tym wyłącznym rosyjskim na ulicach Rygi – oczywiście przesada.

Łotewski legionista

Ojārs Aleksis

Później Starink miała już szansę odwiedzać Łotwę w nowych czasach. Wtedy wolno już było mówić oficjalnie o takich sprawach jak okres II wojny światowej czy Legion Łotewski, co fascynuje autorkę. W latach dziewięćdziesiątych 16 marca, data pierwszej bitwy legionistów, został nawet na krótki okres oficjalnym dniem pamięci. Owocem tych fascynacji łotewską aberracją była książka „W cieniu wielkiego brata”, wydana w 2015 roku w Holandii. Po trudnych sprawach związanych z historią wojny i okupacji oprowadza w niej dziennikarkę Ojārs Aleksis, chirurg urodzony w 1923 roku w Rydze. „Drobny starszy człowiek z przyjazną i inteligentną twarzą. Ma na sobie czarną kurtkę i szarą czapkę, trochę utyka, chodząc pod ramię ze swoją żoną. Inaczej niż większość innych weteranów nie ma na sobie tego całego metalu” – z lekką sympatią opisuje swojego rozmówcę Starink. Aleksis nie jest dumnym, prężącym muskuły legionistą (zresztą, czy takich nie można spotkać tylko w rosyjskiej propagandzie?), 16 marca dla niego to bardziej czas refleksji niż wykrzykiwania haseł. „Ojārs Aleksis uczestniczył dziś w nabożeństwie w katedrze ryskiej, ale nie wziął udział w spokojnym pochodzie weteranów z ich rodzinami, prawicowych polityków czy Jastrzębi Daugawy. Jako powód przytacza swój słaby stan zdrowia, ale po jego oczach widzę, że po prostu nie miał ochoty. Aleksis przychodzi tu nie dla publicity, ale dla swoich towarzyszy, którzy padli w boju. Nie chce dać się użyć do politycznych gierek, niezależnie jakiej maści” – opowiada Starink o swoim bohaterze i trochę już widać, że mu sympatyzuje.

Przeczytaj także:  Marsz weteranów Legionu Łotewskiego SS w Rydze

Holenderska dziennikarka opisuje historię Legionu Łotewskiego, zupełnie nieznaną czytelnikowi z Lejdy czy Rotterdamu, a także historię kłótni łotewsko-rosyjskich o to święto. Przytacza postać ministra Einārsa Cilinskisa, który za swą chęć uczestnictwa w Marszu Legionu stracił polityczną posadę. A także przypomina Holendrom, że Legion powstał już wtedy, gdy Żydów łotewskich nie było. Do tematyki żydowskiej autorka wróci jeszcze później, w kontekście opowieści o Jedwabnem, widać, że ona ją fascynuje.

Tymczasem Ojārs Aleksis w rozmowie z Laurą Starink przypomina sobie jeszcze jak wyglądało wkroczenie armii sowieckiej na Łotwę w 1940 roku. Młody chłopak chciał studiować w Rydze, wahając się, czy ma zostać inżynierem czy lekarzem. Wybrał to drugie, bo zbliżała się wojna. Zaczęły się także sowieckie prześladowania. „Czeka wyłapywała ludzi. Sześciu z moich kolegów klasowych z dnia na dzień zniknęło. Dopiero później okazało się w archiwach, ze osądzono ich i zamordowano w Rosji. Także brat mojego ojca został deportowany na Syberię z całą rodziną” – opowiada Aleksis i już chyba nawet to musi dać do myślenia nieobeznanym z historią Nadbałtyki Holendrom, jak zawiła była sytuacja w okresie II wojny światowej w tej części Europy. Mając taki background nietrudno się domyślić, dlaczego Aleksis zdecydował się na wstąpienie do Legionu. W czasach okupacji niemieckiej młody Łotysz studiował, ale w 1943 roku zgłosił się na ochotnika do organizowanego właśnie wojska. Czy na pewno na ochotnika? Ojārs twierdzi, że była następująca alternatywa: albo legion, albo wywózka do Niemiec. Autorka pyta, czy dobrze się z tym czuł. „Dobrze? Jak może Pani tak mówić! Chciałem studiować! Po Stalingradzie i tak nikt nie chciał walczyć za przegraną sprawę” – tutaj Aleksis się trochę denerwuje. Holenderka pyta o Żydów, ten temat będzie jeszcze drążyć, choć na Łotwie jakby mniej niż w Polsce. „Każdy w Rydze wiedział, że istnieje getto, do którego spędza się Żydów. Nigdy nie byłem w tej okolicy. Niemcy trzymali tam wartę. W zimowym okresie lat 1941-1942 getto zostało zlikwidowane, a Żydzi zamordowani. Oczywiście wiele się o tym w mieście mówiło” – relacjonuje Aleksis. Ojārs nie miał na uczelni kolegów-Żydów, bo wszystkich w 1941 roku deportowano do getta. Słowian i Żydów Hitler uważał za gorsze rasy, ale jak podkreśla Aleksis – Łotysze, choć nie zgadzali się z tym, nie stawiali przeciwko temu oporu.

Przeczytaj także:  Żydowska tragedia i łotewska wina. Śladami przeszłości w Rydze

Autorka pyta, jak czuje się ten łotewski legionista z wyzwiskami rosyjskimi, że jest „faszystą”. On tylko wzrusza ramionami. „Nigdy nie byłem faszystą. Ci ludzie sami są faszystami. Teraz wyzywają zachodnich Ukraińców od faszystów, ale to są zwyczajni nacjonaliści, którzy kochają swój kraj. To co robią, robią nie z agresji, a z samoobrony. Niech Pani spojrzy: Putin znów chce zostać carem Rosji. Wierzę ogromnie, że Unia Europejska i NATO będą nas bronić, inaczej to my jesteśmy następni w kolejce po Ukrainie” – mówi Aleksis. Dyskusje o przeszłości często toczą się kontekście teraźniejszości. Idziesz w marszu legionu, krzyczysz przeciwko Rosji Sowieckiej, a na myśli masz już tę nową Rosję, która dokonuje agresji na Ukrainę. I jeszcze jedna rzecz. Autorka sama miała okazję być na marszu i zaobserwowała przekreślone portrety Stalina i Hitlera, zrównanie obu okupacji w wykrzykiwanych hasłach. „Nie było mowy o propagandzie SS. Weterani nie nosili mundurów SS ani innych insygniów” – relacjonuje Holendrom Starink, ustawiając się w bardziej w roli bardzo wyważonego adwokata bałtyckiej pamięci niż zachodniej oskarżycielki Łotyszy o faszyzm.

Co mówią historycy

Kolejne swe kroki podczas podróży do Łotwy Laura Starink kieruje do Muzeum Żydów Łotewskich przy Skolas iela, gdzie przed wojną mieścił się Teatr Żydowski. Spotyka tam młodego dyrektora Ilię Lenskiego, który złości się na kolejne już pytanie o Legion Łotewski. „Ludzie nie byli esesmanami. Zostali przymusowo zmobilizowani!” – Lenski prawie krzyczy. Oczywiście dla niego, jako dla Żyda, jest trudną sprawą, że co roku 16 marca jest marsz Legionu. Wolałby spokojną uroczystość na cmentarzu. „To jest nieprzyjemna, ale akceptowalna w demokracji gra teatralna. Łotwa ma o wiele bardziej poważne problemy niż ten coroczny marsz” – mówi Lenski.

Ta dwójka wdaje się jednak nie tylko w debaty historyczne. Jak to zwykle bywa na Łotwie, gdy zaczniesz rozmowę o historii, zaraz dosięga cię geopolityka. Lenskiego śmieszy nazywanie Ukraińców faszystami. Wskazuje, że ukraińscy Żydzi stoją murem za swoim państwem. „Ukraina jest młodym państwem z młodą tradycją polityczną. Tak jak wszędzie ma Pani codzienny antysemityzm, który w przeszłości prowadził do pogromów. Ale nie było czasu, żeby to zostało zinstytucjonalizowane w polityczną partię, tak jak na przykład w Polsce, gdzie partia Romana Dmowskiego, narodowa demokracja, była w latach trzydziestych antysemicka. W Polsce antysemityzm był czymś organizowanym przez państwo, nie mówiąc już o kościele katolickim” – ogłasza Lenski. Dyrektor muzeum wspomina w rozmowie, że najwięcej antysemickiej literatury wydaje się obecnie w Rosji.

Z historykiem Kasparsem Zellisem autorka jedzie do Rumbuli, gdzie w czasie wojny zamordowano 25 tysięcy Żydów z getta ryskiego. Naukowiec uważa, że historia II wojny światowej jest na Łotwie całkiem dobrze zbadana. Białą plamą jest jednak kolaboracja Łotyszy z nazistami. „To mit, że kolaboracja była wyłącznie taktyczna, związana z interesami narodowymi. To po prostu nie trzyma się kupy” – twierdzi Zellis. Także w legionach SS walczyli ludzie, którzy z pełnym przekonaniem wybrali narodowcy socjalizm. Wydarzenie, takie jak na cmentarzu w Lestene, gdzie 16 marca gromadzą się legioniści, jest według Zallisa politycznie wykorzystywane przez grupki nacjonalistów. Nie zrobiono także badań co do samych legionistów, których wspomnienia są po prostu bombastyczne. W narracji Zellisa znajdujemy coś, czego nie powiedział Aleksis, a co jednak w wolnym już kraju powinno jasno wybrzmieć. Łotwa także ma swoje trupy w szafie!

Śladami Rosjan zintegrowanych

Rosyjska weteranka świętuje 9 maja.

Autorka szuka w Łotwie nie tylko tematów historycznych. Interesują ją całkiem współcześni ludzie. Oczywiście zawsze już chyba będzie tak, że jak jesteś korespondentem z innego kraju, ciekawią cię łotewscy Rosjanie. Ci dobrze zintegrowani, i ci, którzy wciąż walczą z Rygą. Z tych pierwszych na Łotwie spotkała Andrieja Judina oraz Wiktora Makarowa. Judin jest posłem do Sejmu z listy centroprawicowej, łotewskiej partii Jedność. Makarow zaś wiceministrem spraw zagranicznych. Można być Rosjaninem i zrobić na Łotwie karierę, zdaje się sugerować autorka, tylko trzeba się dobrze zintegrować.

Makarow, którego rodzice przyjechali do Rygi po wojnie, urodził się w 1973 roku i początkowo nie wierzył w okupację sowiecką. Przecież nikt tego nie uczył w szkole. Dopiero w 1990 roku usłyszał o masowych deportacjach na Syberię. Wiceminister, który biegle mówi po łotewsku, angielsku i duńsku, uważa (rozmowa była nagrywana w 2013 roku, przed aneksją Krymu) że młode państwo łotewskie popełniło błąd, nie dając ludziom obywatelstwa. „Gdybyśmy dali Rosjanom obywatelstwo, tak jak zrobili to Litwini, teraz stosunki byłyby o wiele lepsze. Teraz Rosjanie wciąż czują się wyjęci spod prawa” – mówi Makarow, co wśród polityków łotewskich partii nie jest powszechne. Fakt, że burmistrzem Rygi jest Uszakow, Rosjanin z pochodzenia, to dla Makarowa kolejny dowód na to, że Łotwa jest normalnym, demokratycznym krajem. Pytany o to, czy na Łotwie była po wojnie okupacja, Makarow odpowiada, inaczej niż większość Rosjan, twierdząco. Powołuje się na ustalenia historyków. „Tutejsi Rosjanie myślą, że chcemy im wcisnąć poczucie winy, ale Łotyszom wcale nie chodzi o kwestię winy. Chodzi o uznanie faktów. Jest faktem, że Łotwa została w 1945 roku zmuszona, by przystąpić do Związku Sowieckiego, a to miało tragiczne skutki dla społeczeństwa” – twierdzi młody Rosjanin.

Rosjanie świętują kolejną rocznicę zakończenia wojny.

Judin, paręnaście lat starszy, z wykształcenia prawnik, poseł do Sejmu, mówi w 2014 roku wprost o zderzeniu cywilizacji na Łotwie. Trochę wpływ ma na to sytuacja na Ukrainie. „Ideologią Putina jest wielka Rosja. Także Łotwa jest dla niego historyczną pomyłką, a Rosjanie zgadzają się, by tę pomyłkę skorygować. Rosjanie nie mogą zaakceptować, że są mniejszością. Oni z chęcią zrobiliby z naszego kraju „Roslatwię”. Ale Łotwa nie jest prowincją rosyjską!” – mówi Judin i przypomina sobie ciekawy fakt z okresu, gdy wykładał prawo w latach dziewięćdziesiątych. Na pytanie, kto jest naszym prezydentem, studenci odpowiedzieli wprost: Jelcyn. Starink przypomina, że wielu Rosjan wciąż czuje się obywatelami Związku Sowieckiego. O okupacji sowieckiej nie chcą słyszeć. Takich Rosjan jak Judin traktują jako zdrajców. „Mówią, że służę Łotyszom” – bez ogródek deklaruje poseł Jedności, przypominając, że jedna czwarta społeczeństwa na Łotwie akceptuje rosyjską agresję na Ukrainie. „Taki wewnętrzny wróg jest niebezpieczny” – kończy swój wywód Judin.

Wszyscy kłamią, Gaponienko prawdę ci powie

Skoro mowa o wewnętrznym wrogu autorka udaje się do Aleksandra Gaponienki, lidera ruchu nieobywateli, którego Łotysze podejrzewają, że uzyskuje pensję z Rosji. Jest on dyrektorem Instytutu Studiów Europejskich. Laura Starink spotyka go w hipsterskiej kawiarni koło Pomnika Wolności. Gaponienko wypala od razu. „Łotwa już od 23 lat prowadzi rasistowską politykę wobec Rosjan. Albo tu powstanie federalne państwo z równymi prawami dla Rosjan i Łotyszy, albo nastąpi przewrót i Rosjanie przejmą władzę. Wtedy będzie wojna domowa” – straszy Gaponienko. Dziennikarka tchórzliwa raczej nie jest, ale boi się jego słów.

Gaponienko pochodzi z ukraińskiego Melitopola. W 1990 roku cieszył się z tego, że Łotwa uzyska niepodległość. Twierdzi nawet, że był na tyle popularny, by zostać burmistrzem Rygi. Ale to chyba przechwałki. Choć mówi dobrze po łotewsku, z przyczyn ideowych nie przyjął obywatelstwa. Był jednym z inicjatorów referendum o przyznaniu rosyjskiemu statusu drugiego języka państwowego. Do Uszakowa, z którym autorce nie udało się porozmawiać, a który reprezentuje umiarkowany nurt wśród tutejszych Rosjan, Gaponienko nie ma zaufania. „Nił Uszakow jest być może etnicznym Rosjaninem, ale nie reprezentuje społeczności rosyjskiej. On broni tylko swoich spraw biznesowych” – ogłasza.

Pytany o historię Gaponienko ożywia się. Nie wierzy w łotewskie opowieści o zbrodniach sowieckich. „W 1941 roku to była normalna praktyka. Amerykanie także zatrzymali w obozach tysiące Japończyków. Represje sowieckie miały głównie charakter socjalny” – tutaj Gaponienko powtarza oficjalną linię Moskwy. Pytany o współczesną Łotwę, mówi, że marzy mu się status Belgii, czyli federalnego państwa, podzielonego na dwie społeczności. Do tego samego dąży radykalna partia Rosyjski Związek Łotwy. Tego najbardziej obawiają się Łotysze. Bo to rozbiłoby państwo, którego później nie dałoby się skleić.

Przeciwko Łotwie będzie chyba walczyć do końca. „Pochodzę z Hulajpola, regionu, gdzie działał ukraiński anarchista Nestor Machno. Mam krew kozacką w żyłach. Kozaków nie możesz złamać, jedynie zniszczyć” – mówi Gaponienko na odchodne.

Kaliningrad – w cieniu niemieckiej przeszłości

Święto miasta w Kaliningradzie.

O ile na Łotwę autorka pojechała śladami konfliktu pamięci między Legionem Łotewskim a Wielką Wojną Ojczyźnianą czy nierozwiązanych problemów mniejszości rosyjskiej, to Kaliningrad staje się w reportażu Holenderki miejscem, gdzie szuka się pruskiej przeszłości albo ludzi, którzy powiedzą coś o reżimie Władimira Putina.

„Ogłuszony leżał w śniegu, nieskończone, czarne niebo pełne gwiazd ponad jego głową. Wolfgang miał szesnaście lat, był wychudzony do szpiku kości. Rosyjski żołnierz wyrzucił go z pociągu jadącego z Kaliningradu do Kowna. Niemcy nie mogli jeździć pociągami. Powoli widział jak białe światełka tylne z ostatniego wagonu stawały się coraz mniejsze. Była zima 1947 roku. Wojna skończyła się dwa lata temu, ale w Kaliningradzie zajętym przez Rosjan co miesiąc umierały z głodu setki Niemców” – tak zaczyna się kaliningradzka część opowieści Laury Starink. Wolfgang, bo o nim mowa, został znaleziony przez Litwinów, którzy odwieźli go do szpitala. To uratowało jego życie, miał zapalenie otrzewnej. Przyjechał na Litwę Sowiecką w celu znalezienia pożywienia dla swojej mamy, braci i sióstr, którzy wegetowali w zajętym przez Sowietów Kaliningradzie.

Przeczytaj także:  „Mam na imię Marytė”, Alvydas Šlepikas – recenzja

Dom Sowietów w Kaliningradzie.

Jak wyglądało życie w mieście duchów po 1945 roku? O tym może opowiedzieć właśnie przykład Wolfganga Thöta, który jako dziecko przeprowadził się na rok przed wybuchem wojny do Królewca. Rodzina mieszkała w willowej dzielnicy Metgethen. Gdy Rosjanie zajęli miasto, pojawił się głód. Na czarnym rynku można było dostać ludzkie mięso, konie były traktowane lepiej niż ludzie, bo dostawały więcej jedzenia niż przeklęci Niemcy. Dzielnica Metgethen liczyła początkowo 660 mieszkańców, po paru miesiącach było to już tylko 230. Dwie trzecie mieszkańców zmarło z głodu. Z dziesięciu członków rodziny Wolfganga Thöta przeżył tylko on sam, jego ojczym, a także brat. Wolfgang próbuje historię rodziny ocalić od zapomnienia. Napisał manuskrypt „Moja młodość”, którym podzielił się z holenderską dziennikarką. Oczywiście doświadczeń Niemców królewieckich nie można wyjmować z ogólnego kontekstu II wojny światowej. Szef Związku Pisarzy Boris Bartfelt, który dzieli się z autorką refleksjami na temat współczesnego reżimu panującego w Rosji, rozumie Niemców, choć background rodzinny ma podobny jak wielu Rosjan, którzy się tu sprowadzili w 1945 roku. Jego ojciec walczył w czasie wojny wokół Królewca, matka przyjechała z Briańska po wojnie. Sam urodził się w pruskiej wiosce Nowostrojewo, przed wojną Trempen. Ojciec Borisa stracił całą swoją rodzinę podczas okupacji niemieckiej, jego matka część wojny spędziła w ziemiance. Dla rodziców Bartfelta wypędzenie Niemców było aktem sprawiedliwości dziejowej.

Dziś w tym działaczu związku literatów nie ma cienia nienawiści do Niemców. „Urodziłem się w pruskim gospodarstwie. Pruska wioska była mi bliższa niż rosyjska. Traktowałem to od początku jako inną cywilizację. To mnie fascynowało” – mówi dziennikarce. Razem idą na prezentację książki poświęconej brytyjskim nalotom dywanowym na Królewiec w 1944 roku. Prezentacja ma miejsce w odbudowanej po upadku Związku Sowieckiego katedrze, gdzie pochowany jest filozof Immanuel Kant. Na imprezę przychodzi parędziesiąt osób, widać, że temat wciąż jest trudny.

Przeczytaj także:  Z powrotem do Königsbergu

Z sowiecką przeszłością wojenną zderzył się Lew Kopelew, początkowo wierzący komunista. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej zgłosił się na ochotnika do Armii Czerwonej. Z tej racji, że znał niemiecki, pracował w wojsku jako tłumacz przy jeńcach. Jego wydział propagandowy drukował ulotki demoralizujące niemieckich wojaków. Wziął udział w operacji wschodniopruskiej w 1945 roku. Tutaj nastąpiła przemiana. Był zszokowany umyślnymi podpaleniami, szabrem, a także gwałtami dokonywanymi przez Armię Czerwoną na kobietach. W jego oczach żołnierze sowieccy zrównali się z nazistami. Za okazywanie „burżuazyjnego humanizmu” został aresztowany, dostał dziesięć lat obozu. Po śmierci Stalina wyszedł na wolność, stał się znanym sowieckim dysydentem. Razem z niemieckim pisarzem Heinrichem Böllem napisał później książkę „Dlaczego do siebie strzelaliśmy?”. Dziś w Kaliningradzie odbywa się sympozjum poświęcone Kopelowowi, jeszcze jeden dowód na to, że istnieje tu wciąż szczelina wolności. Nie wiadomo, jak długo, skoro w 2014 roku rozpoczęła się wojna na Ukrainie, a Armii Czerwonej nie można teraz krytykować. Wciąż za to można krytykować Ilię Erenburga, który rzucił w 1941 roku hasło bezwzględnej zemsty na Niemcach.

Państwo, cerkiew i handel

Cerkiew w Kaliningradzie

Dzisiejszy Kaliningrad jest dziwną miksturą z sowieckiej przeszłości, niemieckiej praprzeszłości, spychanej po 1945 roku do podświadomości, a po 1990 roku na nowo odzyskanej, a także autorytarnego państwa, coraz silniejszej cerkwi i komercji. „Z alei Kasztanowej wędruję w połowie 2013 roku przez Bulwar Wolności do centrum miasta. Pierwsze wrażenie – w oczy rzuca się dominująca brzydota. Panuje tutaj taki sam bałagan, który spotyka się we wszystkich miastach rosyjskich. Obok statecznych historycznych budowli napotykamy centra handlowe z ciuchami, za które trzeba słono zapłacić, jubilerów, banki, kawiarnie i restauracje. Plac Zwycięstwa pozwala zobaczyć, jak bezduszne stało się serce miasta. Na przeciwko stalinowskiego budynku wyrosła niedawno bielutka rosyjska cerkiew prawosławna z kiczowatymi złotymi kopułami, tania kopia Cerkwi Św. Zbawiciela w Moskwie. Plac domykają centra handlowe. To nowa rosyjska trójca: państwo, kościół i komercja” – pisze z lekką niechęcią lub poczuciem wyższości wobec Kaliningradu Laura Starink.

Mimo kiczu wszędzie wyłazi niemiecka przeszłość. Nie ma już co prawda zamku krzyżackiego, który kierownictwo partii komunistycznej postanowiło wyburzyć. Inteligencja kaliningradzka próbowała go w latach sześćdziesiątych ocalić. Rozwścieczony sekretarz Nikołaj Konowałow zareagował z furią: „zachować i restaurować faszystowski zamek, gniazdo pruskiej reakcji! To żądanie przychodzi od ludzi sowieckich, komunistów, artystów! To idiotyzm! To woda na młyn niemieckich rewanżystów!” – pieklił się Konowałow. Zamku już nie ma, ale unosi się duch Kanta (czy na pewno?), bo z niemieckich środków odrestaurowano katedrę, w której jest pochowany. Od przeszłości niemieckiej nie udało się uciec także w czasach sowieckich. „W szkole niczego nie słyszeliśmy o niemieckiej historii. Jako dzieci sami wymyślaliśmy historie poszczególnych domów. Z czerwonych cegieł wyciągaliśmy nasze własne średniowieczne legendy” – opowiada Ilia Dementiew, historyk urodzony w 1975 roku. Dla niektórych przybyszy zniszczony w czasie wojny Królewiec zachował swą europejską magię, mimo tego, że praktycznie całe centrum leżało w gruzach. Margarita Zołotariowa wspomina: wszystko było obsiane margaretkami i fiołkami. To był dywan z kwiatów. Jekaterina Koziewnikowa z kolei pamięta kwitnący jaśmin. Dla nowych mieszkańców Królewiec był równie obcy co fascynujący. Nagle z drewnianych chałup przenieśli się do mieszczańskich kamienic czy willi. Niemieckość z jednej strony przerażała, co umacniała oficjalna propaganda sowiecka, z drugiej strony kusiła. Dla wielu przyjazd do Kaliningradu to była romantyczna przygoda, czuli się tutaj jak konkwistadorzy. Sporo wspomnień tych, którzy przybyli do miasta w 1945 roku, znajdziemy w książce Starink.

Przeczytaj także:  Kaliningrad - mniej Europy, więcej Rosji

Ale to nie tylko podróż po historii. Książka w dużej mierze poświęcona jest przecież teraźniejszości. Wspomniany Ilia Dementiew to, co się dzieje w Rosji, ocenia z mieszanymi uczuciami. Według niego zachodni historycy równie szablonowo oceniają Rosję, jak rosyjska historiografia wszystko to, co związane z Zachodem. „Rosjanie w opowieściach Niemców nie mają żadnej własnej twarzy. Są historycy zachodni, którzy wprost są rusofobami” – mówi Dementiew. Bagatelizuje z kolei uniformizację nauczania historii w szkołach rosyjskich, którą zarządził Putin. „Podręczniki stały się nieistotne, nie trzeba dramatyzować ich wpływu. Uczniowie czerpią swoją informację z Internetu” – twierdzi historyk.

***

Port w Kaliningradzie.

Trójka młodych antyputinistów spotyka się z autorką w popularnej kawiarni Croissant w Kaliningradzie. Wśród nich są historyk Wiktor Arbuzow, fotograf Kiriłł Nowikow, a także dziennikarka Olesia Gorbusia. Są nowe czasy, alkohol nie ląduje na stole, wszyscy zajadają się ciastkami i dyskutują. Arbuzow trochę idealizuje przeszłość niemiecką miasta, gdy mówi, że nie było tu nazistów. Autorka, wręcz przeciwnie, wskazuje, że właśnie w Prusach Wschodnich NSDAP miało największe poparcie. Arbuzow pochodzi z Bałtijska, czyli portowej Piławy, skąd w 1945 roku próbowało uciec pół miliona mieszkańców Prus Wschodnich przed czerwonoarmistami. Dla Arbuzowa kultura niemiecka stoi wyżej od rosyjskiej, tego jest pewny. Żaden z młodej trójki nie pamięta komunizmu. Raczej są za tym, by skończyć z Michaiłem Kalininem jako patronem miasta, podobnie jak połowa mieszkańców Kaliningradu. Mógłby z tego powstać Kantograd. Dla Arbuzowa Kaliningrad jest trochę mistyczny. „To miasto zmienia mentalność ludzi. Rosjanie tutaj są bardziej europejscy. To było pierwsze miasto, gdzie jeździły zachodnie samochody. Pojechać do Moskwy jest dla nas drożej niż do Gdańska” – mówi Arbuzow. „Dla moskwiczan Kaliningrad to nic więcej jak miejsce, gdzie można kupić tanie domy nad morzem. A polityczna elita używa nas jako argumentu w stosunkach z Unią Europejską. Ale partia Putina Jedna Rosja przegrywa tu wszystkie wybory” – dodaje młody historyk. Młodzi, którzy kumplują się i raczej we wszystkim się zgadzają, pokłócą się na moment, gdy mowa o Putinie i opozycji. „Obie strony uprawiają propagandę” – wyrokuje Arbuzow. Z takim postawieniem sprawy nie zgadza się Olesia Gorbusia, która kibicuje rosyjskiej opozycji.

Wojna na Ukrainie

Według Borisa Bartfelta, szefa związku pisarzy, wojna na Ukrainie jest katastrofą w równej mierze dla samej Ukrainy, co Rosji. „Ta polityka izolacji przeniesie nas w czasie o dziesięciolecia” – mówi dziennikarce. Według Bartfelta Rosja Putina jest archaicznym państwem, niezdolnym do modernizacji. Kaliningrad jest niby zachodni, ale pisarz przestrzega swoją dyskutantkę: „przestraszy się pani, jak ludzie otworzą tu usta. Wciąż słyszy się tylko jeden pogląd. Ukraina nas zdradziła, a cały świat jest przeciwko nam” – mówi Bartfelt. Choć krytycznie patrzy na rosyjski hurrapatriotyzm, który rozpętał Putin, to słowa potępienia znajduje także dla Polski czy Litwy, które wobec Rosji prowadzą bojkot kulturalny. To głównie uderza w liberalną rosyjską inteligencję. Krytycznie spogląda także na rosyjską opozycję. Wszystko w Rosji stało się czarno-białe. „Dla Jednych Putin to bóg, dla drugich chujło. Nie ma nic pomiędzy” – żali się Bartfelt. Uważa także, że Zachód kompletnie nie rozumie Rosji, która naprawdę czuje się zagrożona przez NATO. Obecnie większość Rosjan boi się bardziej Polaków niż Niemców, mimo braku złych doświadczeń z czasu II wojny światowej.

Konstantin Doroszok, polityk rosyjskiej opozycyjnej Platformy Obywatelskiej, importer samochodów, który toczył swoje prywatne wojny z gubernatorem Kaliningradu Boosem, za eskalację konfliktu na Ukrainie wini rosyjską telewizję, a także rosyjskie służby specjalne, które zna od podszewki, bo w dawnych czasach był wysłany do Wschodnich Niemiec jako szpieg. W sankcje jednak nie wierzy, uderzą w zwykłych ludzi, a nie Putina.

Dziennikarz Aleksiej Miłowanow mówi Laurze Starink wprost: – Rosja nie jest żadną federacją, to unitarne państwo, gdzie walka o prawdziwy federalizm zrównywana jest z terroryzmem. A teraz walczymy o federalizację Ukrainy! Dla dziennikarza atrakcyjna jest Polska ze swoją kulturą: – jak tylko przekraczasz granicę z Polską, widzisz uprawiane pola. Jak wjeżdżasz do Polski, spotykasz wszędzie reklamy po rosyjsku. Wszystkie kawiarnie i restauracje mają menu po rosyjsku. A Kaliningrad nie czyni sobie żadnego trudu, by przywitać polskich gości – narzeka dziennikarz.

W cieniu historii i teraźniejszości

Region Europy po którym podróżuje Starink nie należał w XX wieku do spokojnych. Także obecnie, inaczej niż w dobrze poukładanej Holandii, napotykamy tu na demony wojny, przeszłości, fanatyzm, brak poszanowania wobec ludzkiego życia i autonomii jednostki, coraz to nowe idee, które mają zbawiać, a przemieniają ten piękny kawałek Europy w istne piekło. Starink próbuje to wszystko zbadać. Na ile skutecznie, werdykt należy do czytelnika, ale nie było w ostatnich latach książki – może poza „Bałtyckimi duszami” Jana Brokkena – która mieszkańcowi Holandii bliżej przedstawiła ten region i jego dwudziestowieczne dramaty. Na Łotwie wielki brat wydaje się rzucać coraz mniejszy cień, także Polska mimo antysemityzmu i duchów z Jedwabnego lepiej radzi sobie z teraźniejszością. Kaliningrad musi jeszcze odrobić swoją lekcję pokory i europeizacji, jeśli rzeczywiście taką drogą chce podążać. Za to na Ukrainie znów w imię chorych ideologii rozpętano piekło, które nie wiadomo kiedy się skończy.

A tak poza tym wypadałoby chyba powiedzieć – każdy kraj ma jakiś cień i od niego zależy, czy się z nim upora. Od niego i jego wielkiego brata.

Laura Starink, De schaduw van de grote broer. Letten en Russen, Joden in Polen, Duits Kaliningrad, Oorlog om Oekraïne, Amsterdam 2015.

Autorką wszystkich zdjęć jest Laura Starink. Składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Atlas Contact za bezpłatne udostępnienie książki do recenzji Przeglądowi Bałtyckiemu.

Polub nas na Facebooku!