Gdybym pisała dłuższy reportaż o Narwie, zaczęłabym od spotkania z panią Teresą, która w jednym z centrów handlowych regularnie podlewa podarowaną mu przez siebie roślinę. Rozwój zielonego sublokatora okazał się zbyt intensywny jak na jej mieszkanie i należało go umieścić w bardziej pojemnej przestrzeni. Stąd pomysł na taki niezwykły prezent dla gwarnego obiektu, w którym roślina może żyć, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Odwiedzający to miejsce myślą tylko o zakupach. Wybór odpowiedniego towaru oraz rozważanie cen odbywa się po rosyjsku. Produkty noszą estońskie nazwy, choć zdarzają się tutaj także polskie napisy. To dosyć egzotyczne doświadczenie na samym końcu Unii Europejskiej, tuż przy granicy z Iwangorodem. W Narwie wystarczy przekroczyć rzekę, żeby znaleźć się na rosyjskiej ulicy. Pani Teresa – drobna starsza kobieta w czarnym ubraniu zatrzymuje w supermarkecie księdza Grzegorza Senkowskiego i mnie. Przyszła tutaj po mszy po banany, a także, by odwiedzić swoją roślinę. My...
Pozostało jeszcze 92% artykułu.
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!
Zyskaj dostęp do setek eksperckich artykułów poświęconych państwom regionu Morza Bałtyckiego.


