Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

8 i 9 maja na Łotwie: zwycięstwo nadal dzieli

Gdyby chcieć poszukać daty, która najlepiej ilustruje pęknięcie między społecznościami łotewską i rosyjskojęzyczną na Łotwie, to obok celebracji Marszu Legionu Łotewskiego w dniu 16 marca, byłyby to dwa dni: 8 i 9 maja. Z jednej strony oficjalny łotewski Dzień Upadku Nazizmu i Pamięci Ofiar II Wojny Światowej (Nacisma sagrāves un Otrā pasaules kara upuru piemiņas diena) obchodzony od 1995  roku, z drugiej – znany od czasów sowieckich Dzień Zwycięstwa, celebrowany w latach Łotewskiej SRS, od 2005 roku – gdy Rosja wstała z kolan (ironia!) – znów w modzie w społeczności rosyjskojęzycznej.

Przeczytaj także:  Marsz weteranów Legionu Łotewskiego SS w Rydze

Dzień Zwycięstwa jest elementem godnościowego buntu mniejszości rosyjskiej wobec władz nie do końca uważanych za swoje i sprzyjające. A może po prostu sposobem zamanifestowania swojej tożsamości. Skoro cerkiew prawosławna od dawna już nie łączy, a na co dzień niewiele jest powodów do dumy, to może połączy mit niegdysiejszej pobiedy? Pęknięcie, o którym piszę, widać najlepiej wśród polityków – największy konflikt w ostatnich latach toczono nie o euro, uchodźców czy program oszczędnościowy rządu Dombrovskisa, ale właśnie o politykę pamięci, o symbole, o przeszłość. Rzadko o rewolucję 1917 roku, częściej o kolaborację z władzami niemieckimi i sowieckimi w czasie II wojny światowej, najczęściej o okupację sowiecką Łotwy w 1940 roku. O to spierają się politycy, historycy i elektoraty.

8 i 9 maja w mediach

Pęknięcie widoczne jest od lat także w mediach. 9 maja w wieczornej audycji „Panorāma” w łotewskiej państwowej telewizji LTV temat Dnia Zwycięstwa pojawił się dopiero po paru minutach, trwał 120 sekund, i musiał ustąpić parominutowej relacji z Dnia Europy. Młode łotewskie państwo podkreśla często, że 9 maja powinniśmy pamiętać raczej o Schumanie i Monnetcie, zaś ofiary wszystkich stron upamiętniamy dzień wcześniej – tak jak reszta Europy. Za to w Pierwom Bałtijskom Kanale w wieczornej audycji 9 maja temat Dnia Zwycięstwa zdominował cały program. Media rosyjskie i łotewskie dzieli przepaść, ale nigdy nie widać tego tak dobrze, jak 16 marca czy 9 maja. Przegląd Bałtycki zapytał w połowie maja czterech łotewskich polityków z przeciwnych stron barykady o to, czym jest dla nich coroczna celebracja 8 i 9 maja.

Przeczytaj także:  Równoległe światy

Czy na Łotwie wojna zakończyła się 8 maja?

Jest w tym pewien haczyk. O ile od 1995 roku obchodzony jest oficjalny dzień pamięci, próbujący zbliżyć Łotwę do zachodniej narracji o II wojnie światowej, to dla przeciętnego Łotysza nie jest to święto. – Jedna okupacja zastąpiła wtedy drugą – tak zgodnie odpowiedzą politycy partii prawicowych na Łotwie (właściwie tylko takie istnieją), ale także przypadkowo spotkani Łotysze. Irena Bittner, łotewska Polka, z którą miałem przyjemność porozmawiać, także jednoznacznie wskazuje – Tomasz, dla mnie wojna nie skończyła się 8 czy 9 maja 1945 roku. – zaczyna opowiadać swoją historię rodzinną. U mego taty starszy brat był zmobilizowany w 1941 roku do armii sowieckiej, a młodszy w 1943 roku do niemieckiej, a tata, aby otrzymać tzw. biały bilet, zwolnienie z wojska, uszkodził ucho… Urodził się w 1925 roku, był najmłodszy w rodzinie – opowiada Irena Bittner. – Napisz o kotle kurlandzkim, dla nich wojna nie skończyła się 8 maja, w Polsce brak o tym informacji. Tam po jednej i po drugiej stronie byli Łotysze, brat przeciw bratu, niektórzy uciekali morzem, wielu z nich Szwedzi wydali Stalinowi, a teraz nie lubią o tym wspominać – mówi pani Irena. Kocioł kurlandzki to niezwykle ciekawa sprawa. Walki w Kurlandii trwały jeszcze do 9 maja, gdyż nie wszystkie niemieckie oddziały chciały skapitulować.

***

Historia rodziny Ireny Bittner jest niezmiernie smutna, podobnie jak wojenny i powojenny los Polaków na Łotwie. – Największą tragedię przeżyli Polacy. Męska część w 90% była wyniszczona albo z rąk czerwonych, albo brunatnych. Mamy brat Kazimierz Błażewicz był w podziemiu antyfaszystowskim, w grupie AK „Wachlarz” wysadzali pociągi, które szły na Stalingrad na trasie Dyneburg-Rzeżyca, aby odciągnąć siły faszystowskie od powstania warszawskiego… Grupa była zdradzona, aresztowani w jeden dzień, kogo Niemcy nie zdążyli rozstrzelać przed wyzwoleniem Rygi, był wywieziony statkiem do Sztutowa… – wspomina historię rodzinną pani Irena. – W 1989 roku, kiedy po raz pierwszy byłam w Polsce, spotkałam się z jednym kolegą wujka, który się uratował. To był Jan Lejman. Anglicy odbili statek niemiecki… W grupie była jedna dziewczyna z Dyneburga, Maria Szymańska, mieszkała obok żelaznej kolei i była informatorem o pociągach niemieckich. Po wojnie została wybitnym chemikiem, wicedyrektorem Instytutu Chemii – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Irena Bittner. Od siebie dodam: pani Maria Szymańska została już w wolnej Łotwie szefową Związku Polaków na Łotwie. Zmarła w 1995 roku, równo pięćdziesiąt lat po zakończeniu wojny.

***

Wojna nie skończyła się w maju 1945 roku… To samo mówił premier Māris Kučinskis, który w tym roku 8 maja spędził w założonym w 1967 roku miejscu pamięci – nazistowskim obozie koncentracyjnym w Salaspils. – II wojna światowa, która skończyła się 71 lat temu, nie przyniosła niestety ani wolności, ani pokoju dla Łotwy, ani dla paru innych krajów europejskich. Po jej zakończeniu nastąpiły lata niewoli. 8 maja to data, gdy nowe i lepsze życie zaczęło się w wielu krajach na świecie, podczas gdy na Łotwie jedna okupacja zastąpiła drugą, ta sowiecka nie była wcale bardziej ludzka niż poprzednia – te słowa wygłosił szef rządu Łotwy. W Pierwom Bałtijskom Kanale zgrzytali zębami, ale premiera zacytowali. W trakcie swego przemówienia Kučinskis wspomniał o ofiarach Salaspils: Żydach, Łotyszach, Rosjanach, Polakach czy białoruskich dzieciach, na których naziści przeprowadzali eksperymenty. Z nazwiska wymienił działacza łotewskiego podziemnego ruchu (tak antykomunistycznego, jak i antynazistowskiego) Konstantīnsa Čakste, syna pierwszego prezydenta międzywojennej Łotwy, więźnia obozu. Notabene zmarł on na terenie polskiego Pomorza podczas marszu śmierci urządzonego przez nazistów. Kolejną postacią, którą w przemówieniu wspomniał Kučinskis, był lekarz i pisarz Miervaldis Birze. Jedno zdanie premier poświęcił łotewskim legionistom, którzy także zostali uwięzieni przez nazistów w obozie. W trakcie wystąpienia szef rządu wspomniał również o wojnie na Ukrainie i o kryzysie syryjskim.

Cmentarz Bratnie Mogiły w Rydze. Zdj. Gatis Dieziņš / Flickr / CC

Cmentarz Bratnie Mogiły w Rydze. Zdj. Gatis Dieziņš / Flickr / CC

***

– Koniec wojny powinniśmy obchodzić w Salaspils, nie przed Pomnikiem Zwycięstwa w Parku Zwycięstwa na Zadźwiniu w Rydze – powiedział w jednej z audycji radiowych deputowany do Sejmu Veiko Spolītis, przy okazji nazywając pomnik wystawiony pod koniec czasów Związku Sowieckiego „fallusem”. Za tę wypowiedź został zbesztany przez rosyjskie media. Ale pomijając falliczne skojarzenia, sens wypowiedzi Spolītisa jest taki: rocznica końca wojny to nie czas na buńczuczne parady z wstążkami, a na chwilę refleksji. Pamięć o wojnie w kraju takim jak Łotwa nie może być heroiczna, bo tutaj bardzo ciężko o jednoznaczne powiedzenie, kto był dobry, a kto zły, a powinna bardziej skupić się na ofiarach totalitarnych reżimów – koniecznie w liczbie mnogiej. W tej samej audycji Spolītis wytknął autorom pomnika i obchodzącym Dzień Zwycięstwa falsyfikację historyczną: data rozpoczęcia wojny na Pomniku Zwycięstwa (Uzvaras piemineklis) to 1941, nie 1939. Dla Łotwy wojna zaczęła się wraz z Paktem Ribbentrop-Mołotow. Dla łotewskich Rosjan, którzy przychodzą co roku do Parku Zwycięstwa w Rydze, problem z datami chyba nie ma żadnego znaczenia.

8 maja pamiętają o Legionie Łotewskim

Atceramies savus varoņus! – wspominamy swoich bohaterów. Tak parę zdjęć z cmentarza w Lestene, gdzie pochowani są legioniści walczący w obwodzie pskowskim u boku III Rzeszy, zatytułował na Facebooku działacz młodzieżówki partii narodowej VL!-TB/LNNK Ēriks Eriksons. Narodowcy nie znoszą Rosji, sowietyzmu, najgłośniej wspominają okupację Łotwy. Choć chyba jest jedna rzecz, która łączy ich z mniejszością rosyjską, nawet jeśliby się od tego odżegnywali. Pamięć heroiczna. Tu w centrum jest bohater (varonis) – oczywiście inny niż dla Rosjan. Narodowcy lubią wspominać tych, którzy walczyli z bronią w ręku o wolną Łotwę, nawet jeśli wybierając Hitlera za sojusznika, mylili się. O ofiarach II wojny światowej jakby ciszej. Po złożeniu kwiatów na cmentarzu Brackie Mogiły w Rydze – odpowiedniku Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie – z narodowcami do Lestene pojechała przewodnicząca Sejmu Ināra Mūrniece. – Każdy z poległych żołnierzy łotewskich jest częścią Łotwy – taką banalną w sumie frazą rozpoczęła swe przemówienie w Lestene pani marszałek. Nawiązała jednak do faktu, że Łotysze walczyli po obu stronach barykady. „Jasno mówimy światu, że wspominamy każdego poległego żołnierza łotewskiego, niezależnie na którym froncie walczył. Bo on jest częścią naszego narodu. Częścią Łotwy. A my swoich żołnierzy bardzo szanujemy” – powiedziała Mūrniece. Na koniec pozytywna informacja: po wielu latach marzenie legionistów się spełniło i Łotwa jest wolna.

Walczyli po obu stronach…

Ināra Mūrniece słusznie wspomniała, że Łotysze walczyli w czasie II wojny światowej po obu stronach. Można sięgnąć do opowieści znanych ludzi: poseł narodowców Jānis Dombrava wielokrotnie opowiadał, że jeden z jego dziadków walczył w Armii Czerwonej, drugi – w Łotewskim Legionie. Choć Łotysze byli w czasie wojny podzieleni – nie z własnej woli – to burmistrz Rygi Nił Uszakow znajduje czas, by spotkać się tylko z jedną stroną barykady. W niedzielę 8 maja szef stołecznego samorządu przyjął u siebie weteranów 130 Łotewskiego Korpusu Strzelców, który walczył o Łotwę istniejącą w ramach Związku Sowieckiego. Powiedział także parę słów, które zirytowały innych Łotyszy. – Bez pokonania nazizmu, bez zwycięstwa w II wojnie światowej, nie mielibyśmy dziś ani odnowionego państwa, ani możliwości świętować 4 maja czy 18 listopada. Wyżej wymienione daty to dni niepodległości Łotwy, powojenny (1990) i przedwojenny (1918). Do dziś niechętnie obchodzone przez rosyjskojęzycznych, z których mniej niż połowa opowiadała się w 1990 roku za odzyskaniem przez Łotwę niepodległości, a mniej niż jedna piąta ma korzenie w przedwojennej Łotwie. Badanie Bałtyckiego Instytutu Nauk Społecznych wskazuje, że wśród mniejszości narodowych 73% mieszkańców świętuje dzień zwycięstwa, podczas gdy tylko 46% – 18 listopada, a 24% – 4 maja. U Łotyszy zupełnie na odwrót.

Goszczony przez Uszakowa 130 Łotewski Korpus Strzelców powstał 5 czerwca 1944 roku, gdy przypieczętowany był już los Łotwy jako republiki sowieckiej. W lecie 1944 roku walczyło w nim około 16 tys. żołnierzy. Wiceprzewodniczący stowarzyszenia weteranów korpusu Jānis Ivars Kasparsons powiedział mediom, że obecnie żyje 64 z nich.

I to jest chyba największy problem, że każda z łotewskich społeczności swoje święto obchodzi osobno. Czy nie nadszedł już czas, by przy wspólnym stole usiedli weterani Legionu Łotewskiego i żołnierze siłą wcieleni do armii sowieckiej?

Elektorat rosyjskojęzyczny zjadłby za to burmistrza Uszakowa, podobnie jak za niegdysiejsze wspomnienie, że okupacja sowiecka… była. Uszakow woli nie ryzykować, zwłaszcza, że za plecami ma radykałów rosyjskich, którzy wykorzystaliby każde jego potknięcie.

W Parku Zwycięstwa

Wchodzę na stronę stowarzyszenia 9may.lv. Szefem organizacji, która co roku upamiętnia Dzień Zwycięstwa i troszczy się o pozostałych przy życiu weteranów, pozostaje działacz Socjaldemokratycznej Partii „Zgoda” Wadim Barannik, który jest jednocześnie radnym Rygi. „Zgoda” od 2009 roku rządzi – praktycznie niepodzielnie, bo ma tylko oligarchiczną partię na doczepkę – łotewską stolicą. Stowarzyszenie ma więc u władz fory, o których inne organizacje mogą tylko pomarzyć. Wiele osób oskarża „Zgodę”, że de facto monopolizuje coroczne obchody święta zwycięstwa. Na stronie 9may.lv działacze chwalą się, że w obchodach 9 maja w Parku Zwycięstwa wzięło udział ok. 170 tys. osób. To jedna czwarta mieszkańców Rygi, a ze społeczności rosyjskiej około połowy. Żadne z wydarzeń na Łotwie nie ma tak gigantycznej frekwencji. Rosja od lat straszy propagandowo dniem, w którym upamiętnia się legionistów łotewskich, ale obchody 16 marca są lilipucie w porównaniu z pobiedą. W tym roku – jak zawsze – obok składania kwiatów, program artystyczny. Przyjeżdża popularna piosenkarka Diana Arbenina z „Nocnymi Snajperami”. Wszędzie rozdają georgijewskije lentoczki. I przez Zadźwinie idzie „pułk nieśmiertelnych” – ryżanie niosą portrety tych, którzy zginęli w czasie II wojny światowej. Kolejna kalka z rosyjskich obchodów dnia zwycięstwa, która zadomowiła się na Łotwie. Z krótkim, acz treściwym, przemówieniem przed prazdnikowiczami występuje 9 maja burmistrz Nił Uszakow. Podkreśla, że nie jest to święto sowieckie ani rosyjskie, co często imputują „Zgodzie” narodowcy, a łotewskie. To jednak czarowanie rzeczywistości, bo rzadko który Łotysz z Uszakowem się zgodzi w tym sensie.

Nieśmiertelny Pułk w Dyneburgu. Zdj. Latvijas Krievu savienība

Nieśmiertelny Pułk w Dyneburgu. Zdj. Latvijas Krievu savienība

– Dzień zwycięstwa to łotewskie święto! Nie sowieckie. Nie rosyjskie. A właśnie łotewskie, dlatego, że jest co roku obchodzone przez setki tysięcy obywateli Łotwy, patriotów własnego kraju. Dlatego jeszcze raz pozdrawiam wszystkich z naszym łotewskim świętem – Dniem Zwycięstwa! – tyle zebranym powiedział burmistrz. W dalszej części przemówienia nawiązał do kryzysu uchodźczego, porównując sytuację uchodźców do ofiar II wojny światowej. Ważnym elementem przemówienia była wojna na Ukrainie. – Jak dawniej przychodzą informacje o tym, że Ukraińcy i Rosjanie zabijają się nawzajem. To okropieństwo nie do pomyślenia, którego nigdy nie moglibyśmy sobie wyobrazić – Ukraińcy i Rosjanie wojujący przeciwko sobie – powiedział Uszakow. Jego partia, która współpracuje z Jedną Rosją Putina, stara się nie wypowiadać jednoznacznie w sprawie wojny w Donbasie ani aneksji Krymu. Burmistrz poświęcił kilka słów na przypomnienie różnic w pamięci historycznej między Łotyszami a Rosjanami. Po prawdzie jednak 9 maja powinien łączyć. Czy ktokolwiek po stronie łotewskiej jest skłonny w to uwierzyć?

Wcześniej rano Uszakow złożył kwiaty pod Pomnikiem Zwycięstwa wraz z Wierą Iwołgą z II Oddziału Łotewskich Partyzantów, Lidią Cholmską z Brygady Łotewskich Partyzantów i więźniarką obozu w Salaspils Klawdiją Krawczenko.

Czym dla Łotyszy jest 9 maja?

Przegląd Bałtycki zapytał o to kilka osób. – Dla mnie osobiście i jako historyka to nie jest dzień do świętowania. Dla mnie, podobnie jak dla wielu Łotyszy, to dzień, gdy jedna władza okupacyjna w postaci III Rzeszy została zastąpiona okupacyjnym reżimem Związku Sowieckiego – mówi w rozmowie z naszym portalem Gatis Liepiņš, młody historyk i polityk, główny archiwista w Łotewskim Archiwum Narodowym. – Zwolennicy 9 maja, tacy jak burmistrz Nił Uszakow, mówiąc, że musimy być wdzięczni za wyzwolenie od nazistów, uznając ich za apokalipsę. Tak, ustrój nazistowski był straszny, 70-90 tys. ludzi zabito, wielu pracowało pod przymusem w Niemczech i wielu zostało zmobilizowanych do Waffen SS i zginęło w boju. Ale nie możemy dziękować Związkowi Sowieckiemu za wyzwolenie, bo prawdziwi wyzwoliciele nie okupują państw przez 45 lat. A nawiązując do „humanizmu” tego wyzwolenia, warto wspomnieć, że w pierwszych latach rządów Sowieci represjonowali więcej niż 150 tys. osób. 45 tys. było deportowanych na Syberię, 40 tys. oskarżono na podstawie kodeksu kryminalnego i wysłano ich do gułagów lub zastrzelono, a 91 tys. osób przeszło przez obozy filtracyjne. Takie znaczenie ma dla mnie osobiście 9 maja – mówi Liepiņš. – Osobiście 9 maja obchodzę Dzień Europy, zachęcam innych, by robili tak samo, i wierzę, że dzięki takim obchodom wzmocni się więź między Europejczykami – odpowiada na pytania naszego portalu Veiko Spolītis, prawicowy poseł na Sejm XII kadencji. – Wierzę, że pewnego dnia większość z tych ludzi, którzy kontynuują tradycje rodzinne i obchodzą „zwycięstwo” w wielkiej wojnie ojczyźnianej, zrozumieją, że jest po prostu nieludzko mówić o „zwycięstwie”, gdy ponad 50 mln ludzi zginęło, a po 9 maja 1945 r. dziesiątki tysięcy „zwycięskich” żołnierzy zostało wysłanych prosto do gułagów. Dlatego dla mnie osobiście to 7-8 maja jest okazją, by pamiętać o tych żołnierzach i cywilach, którzy oddali życie za naszą szansę, by żyć w wolności i pokoju w Europie” – mówi Spolītis.

Jak zbliżyć do siebie dwie społeczności i dwie pamięci historyczne?

W tym roku prezydent Raimonds Vējonis powiedział w wywiadzie dla Neatkarīgā Rīta avīze, że obchody 9 maja służą podziałowi społeczeństwa. Czy to jest w ogóle realne, czy kiedykolwiek zdarzy się tak, że więcej Rosjan będzie świętować daty ważne dla Łotyszy, a Łotysze z większą wyrozumiałością podejdą do celebracji 9 maja pod Pomnikiem Zwycięstwa? Pytany przez nas Veiko Spolītis zwraca uwagę na ogromną rolę Kremla w rozkręceniu spirali obchodów Dnia Pobiedy w krajach tzw. bliskiej zagranicy. – Trzeba jednak powiedzieć, że łotewscy politycy do 2009 roku nie zrobili prawie nic, by zaoferować alternatywę dla nie-Łotyszy, wierząc neoliberalnej agendzie social governance, wierząc, że pewien rodzaj modus operandi sam się powinien ukształtować bez interwencji rządu. Dopiero od 2009 roku rząd i media zaczęły zwracać uwagę jak Kreml rozgrywa swych „użytecznych idiotów”, dopiero wtedy rząd docenił wartość memoriału w Salaspils jako centrum nowej narracji pojednawczej – mówi poseł rządzącej partii Vienotība Przeglądowi Bałtyckiemu. Spolītis zwraca uwagę na rolę, którą odegrał były minister obrony Artis Pabriks. Chodziło o pojednawcze spotkania weteranów walczących po obu stronach frontu i docenienie obchodów 8 maja w Salaspils i na ryskim cmentarzu Bratnie Mogiły.

Prezydent Raimonds Vējonis na Cmentarzu Bratnie Mogiły w Rydze. Zdj. Gatis Dieziņš / Flickr / CC

Prezydent Raimonds Vējonis na Cmentarzu Bratnie Mogiły w Rydze. Zdj. Gatis Dieziņš / Flickr / CC

Plemienna polityka Niła Uszakowa?

Pytani przeze mnie politycy prawej strony barykady mówią zgodnie, że zmiana nastawienia wobec 9 maja możliwa będzie dopiero po tym, jak Nił Uszakow zostanie odsunięty od rządów w Rydze. Wskazują także na rolę mediów. – Największym problemem dla mnie jest to, że mamy na Łotwie coś w rodzaju społeczeństwa złożonego z dwóch wspólnot – podkreśla Gatis Liepiņš. Jedna wspólnota żyje w jednej przestrzeni informacyjnej, druga w drugiej. Naszą nieodrobioną lekcją i błędem jest to, że byliśmy zbyt liberalni w polityce medialnej. Rosyjska propaganda rozprzestrzeniła się za bardzo w społeczeństwie łotewskim. To skandal, że blisko wschodniej granicy Łotwy ludzie nie mogą oglądać łotewskiej telewizji i nie znają nazwiska swojego prezydenta. Jeśli jedyną informację czerpią z mediów rosyjskich, to wtedy obchody 9 maja nie są niespodzianką. Musimy więcej pracować nad polityką medialną – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Liepiņš.

Mer Rygi prowadzi typową politykę plemienną, bo musi obsłużyć swój elektorat, swoje plemię potomków sowietyzmu – mówi Veiko Spolītis. Pytany o kompromis między dwoma społecznościami, którym mogłoby być wspólne świętowanie 8, a nie 9 maja, odpowiada: – ten kompromis był już oferowany przez prezydent Vairę Vīķe-Freibergę, później przez Andrisa Bērziņša, a obecnie przez Raimondsa Vējonisa. I jakoś za bardzo nie przyciąga Rosjan. – Pamięć zbiorowa zmienia się wolno, ale kluczowa może być tutaj także rola rządu. Jako przykład wskazał właśnie obchody w Salaspils.

Sądzę, że nastawienie Uszakowa jako mera stolicy jest niewłaściwe. On i jego partia to wybitni uczniowie partii Jedna Rosja. Widzę, że Uszakow kopiuje zachowanie, kleptokrację i ideologię od Władimira Putina i jego partii. Kompromis i współpraca ze „Zgodą” nie jest możliwa, dopóki nie zaakceptują faktu sowieckiej okupacji i nie zerwą porozumienia z Jedną Rosją i Komunistyczną Partią Chin – mówi Gatis Liepiņš. I deklaruje, że odrzuca go sposób, w jaki rosyjscy ryżanie świętują Dzień Pobiedy. – Wojna jest tragedią, ludzie powinni się zebrać i uczcić swoich poległych kolegów, a nie świętować, pić wódkę, tańczyć i oglądać fajerwerki. Ma taką samą niechęć do tej daty jak była prezydent Vaira Vīķe-Freiberga. – Nie zmienimy poglądów dla tych rosyjskich staruszków, którzy 9 maja będą znowu pić wódkę, zakąszać rybą i śpiewać swoje czastuszki – powiedziała kiedyś ironicznie w telewizji. Za co dostało się jej od rosyjskich polityków i dziennikarzy. Vīķe-Freiberga zdecydowała się jednak, jako jedyna przywódczyni trzech krajów bałtyckich, być w Moskwie na 60 rocznicę pobiedy w 2005 roku.

Inne odczucia

Zupełnie inaczej na Dzień Zwycięstwa obchodzony rokrocznie na Łotwie patrzą działacze na rzecz praw mniejszości rosyjskiej. – Dla mnie to jest koniec II wojny światowej, zwycięstwo nad nazizmem i dzień Europy. To początek pokojowego życia dla mojej rodziny – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Jelizawieta Kriwcowa, rosyjska prawniczka, działaczka partii Niła Uszakowa „Zgoda” i przewodnicząca Kongresu Nieobywateli Łotwy. Bardziej wylewny jest Aleksandr Kuzmin, młody działacz radykalniejszej partii rosyjskiej kierowanej przez eurodeputowaną Tatianę Żdanok, z zawodu także prawnik i działacz na rzecz praw rosyjskojęzycznych. – Dla mnie obchody 9 maja to rodzinne wspomnienie – moja babcia Ella przeżyła głodowe lata II wojny światowej, mój pradziadek Pēteris, etniczny Łotysz, walczył w armii sowieckiej. Ja także obchodzę dzień wyzwolenia w Parku Zwycięstwa. Tak trzeba robić, razem, by zachować w opinii publicznej przekonanie, że sprawa o którą walczyli alianci, była słuszna. Pytany o to, jakie znaczenie może mieć wcześniejszy dzień 8 maja, który woleliby celebrować Łotysze, Kuzmin odpowiada Przeglądowi Bałtyckiemu: – Jedna data nie wyklucza drugiej. Ważne jest nie kiedy, gdzie i dokładnie jak obchodzi się koniec II wojny światowej, ale by mieć wspólne rozumienie, że sprawa aliantów była słuszna. I dopowiada – Problemem nie są ci, którzy nie świętują w maju, ale ci, którzy gloryfikują lokalnych kolaborantów nazistowskich w marcu. Kuzmin nawiązuje w ten sposób do odbywającego się rokrocznie w Rydze marszu legionistów SS.

Nieśmiertelny Pułk w Dyneburgu. Zdj. Latvijas Krievu savienība

Nieśmiertelny Pułk w Dyneburgu. Zdj. Latvijas Krievu savienība

Jelizawieta Kriwcowa, pytana o to, co można uczynić, by zbliżyć do siebie dwie zupełnie odrębne pamięci historyczne, by Łotysze życzliwiej spojrzeli na święta rosyjskie, a Rosjanie – na łotewskie, wskazuje na cały pakiet rozwiązań politycznych, który trzeba by przyjąć. I mówi dość ostro. – Państwo powinno nie tylko wymagać lojalności od swych obywateli, ale także okazywać im lojalność. Są wciąż tzw. kwestie rosyjskie – użycie rosyjskiego w życiu publicznym, rosyjski w oświacie, obywatelstwo – problem nieobywateli i wreszcie historia – poszanowanie rożnych wizji historii. To wymaga rozwiązania. Żadna z tych kwestii nie jest obecnie na agendzie politycznej, rząd odmawia dialogu. Państwo musi pokazać, że obawy mniejszości rosyjskiej są wysłuchiwane, a rozwiązanie może być znalezione w ramach demokratycznego państwa łotewskiego. To będzie dobry powód do tego, by nie czuć się wykluczonym z łotewskiej demokracji i obchodzić 18 listopada i 4 maja – łotewskie święta narodowe – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Kriwocowa. Podobnie odpowiada na pytanie naszego portalu Aleksandr Kuzmin. – Trzeba więcej równości. I wychodzi ze swą radykalną agendą, która jest zupełnie nie do przyjęcia dla łotewskich partii rządzących. Chodzi o opcję zerową w przyznaniu obywatelstwa łotewskiego, równy dostęp do procesu decyzyjnego dla Rosjan, a także faktyczne uczynienie z Łotwy dwujęzycznego kraju. To, czego od dawna domaga się partia Rosyjski Związek Łotwy. Kuzmin ma także pretensję do mediów łotewskich, że niezbyt obiektywnie portretują tych, którzy przychodzą do Parku Zwycięstwa jako „celebrujących okupację”. A chodzi o oddanie czci poległym. I przypomina: – Wśród poległych są antyfaszystowscy weterani łotewscy, nie tylko Rosjanie. Kuzminowi nie w smak jest także zrównywanie Związku Sowieckiego i III Rzeszy, co obecnie jest normą także według prawa łotewskiego.

Pytany, czym dla niego był 1945 rok, Kuzmin odpowiada: przetrwaniem i wyzwoleniem. Znajduje krytyczne słowa pod adresem sowietyzmu. – Rządy sowieckie były niedemokratyczne i, w okresie stalinowskim, często zbrodnicze. To przyznaje. Nie należy więc kazać wszystkim świętować zwycięstwa, niektórzy woleliby po prostu ciche upamiętnienie. Ale nie wolno zrównywać czystego, absolutnego zła nazizmu i sowieckiego reżimu. Pytany, czy okupacja była, Kuzmin odpowiada: – Można raczej używać słowa „aneksja”, ale bardziej odnosi się to do 1940 roku. A pięć lat później, co się wydarzyło?

Tutaj działacze mniejszości rosyjskiej nie mają dobrej odpowiedzi. Uszakow mówił kiedyś o okupacji, ale Kuzmin jako członek konkurencyjnej partii Żdanok o tym woli nie wspominać. Za to krytykuje Uszakowa za monopolizację Dnia Zwycięstwa. Przedstawiciele organizacji społecznych nie zawsze mogą przemawiać ze sceny. Na pewno prawa takiego nie ma partia Żdanok, co smuci. Przed 2008 rokiem – gdy Uszakow nie był jeszcze u władzy – różne organizacje pozarządowe organizowały pobiedę wspólnie. Pytany o różnicę między Uszakowem a Żdanok, Kuzmin wskazuje jeszcze jedną rzecz. – Wstążeczki georgijewskie. Rosyjski Związek Łotwy nie wstydzi się użycia wstążeczek – najbardziej rozpoznawalnego symbolu obchodów zwycięstwa w II wojnie światowej w przestrzeni rosyjskojęzycznej – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Kuzmin.

Gdzie kompromis?

Czy istnieje zatem pole do kompromisu między dwoma pamięciami historycznymi, między dwoma sposobami obchodów święta zakończenia II wojny światowej? Cichego, nieco wstydliwego, w Salaspils (to wolą Łotysze), gromkiego, hucznego, buńczucznego, które wciąż jest w modzie u społeczności rosyjskiej? Jelizawieta Kriwcowa, pytana przez Przegląd Bałtycki, wskazuje, po czyjej stronie jest piłka – Dla kompromisu potrzebne są koncesje drugiej strony, których teraz nie widzę. Obchody końca II wojny światowej w Parku Zwycięstwa zaczynają się 8 a kończą 9 maja. A więc jest dużo miejsca dla kompromisu, na przykład z udziałem urzędników rządowych w obchodach. Tyle Kriwcowa. Podobnie mówił kiedyś rosyjski polityk Mirosław Mitrofanow w rozmowie z Programem Bałtyckim Radia Wnet. – Moją propozycją jest to, by uhonorować wszystkich tych, którzy cierpieli w czasie II wojny światowej. Chodzi o datę 8 maja… To święto już istnieje, bo 8 maja składają kwiaty urzędnicy państwa łotewskiego, pod miejscami pochówku tych, którzy zginęli w czasie wojny. Są dwie daty, z różnym backgroundem. 8 i 9 maja. Ta druga data to zwycięstwo nad faszyzmem, ale pierwsza: upamiętnienie wszystkich tych, którzy zginęli w czasie wojny. Nawet i taki kompromis jest dla Łotyszy trudny do zaakceptowania. Bo sowiecka przeszłość wciąż wyłazi przy różnych okazjach i wciąż boli. Łagierników, rodziny represjonowanych po 1940 roku. Przestrzeni do kompromisu nie widać. Jest albo pobieda, albo cisza nad trumnami poległych.

Tak będzie jeszcze przez jakiś czas. Niektórzy twierdzą, że 25 lat niepodległej Łotwy to trochę za mało, by zabliźniły się rany. Że trzeba jeszcze odczekać drugie tyle. Albo czekać, aż wymrze pokolenie pamiętające II wojnę światową i Związek Sowiecki. Jedno jest pewne. Dane o tym, że święta 4 maja i 18 listopada są bardzo rzadko obchodzone przez społeczność rosyjskojęzyczną, powinny niepokoić łotewskich polityków. Nawet jeśli, inaczej niż twierdzi Kriwcowa, piłka jest po obu stronach. Bo głęboki rów wykopany między dwoma społecznościami pozostaje faktem. Widać to w każdych wyborach, ale i na co dzień, gdy obie społeczności żyją w swoich przestrzeniach informacyjnych. I kto teraz wyjdzie z dobrą inicjatywą?

 

Zdjęcie tytułowe: Cmentarz Bratnie Mogiły w Rydze. Zdj. Gatis Dieziņš / Flickr / CC

Polub nas na Facebooku!