Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Litwini mówią: „Oskarżamy!”

Poseł litewskiego Sejmu oskarżany o kontakty z byłym funkcjonariuszem zachował swój mandat w głosowaniu, by dzień później z niego zrezygnować. Swoje niezadowolenie z działań parlamentu wyrazili litewscy obywatele, którzy w ubiegły czwartek protestowali przed Sejmem. Prezydent Dalia Grybauskaitė mówi o dyskredytacji parlamentu, a opozycja wzywa do przedterminowych wyborów. 

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Około 5 tysięcy osób wzięło udział w ostatni czwartek (15 marca) w mityngu przed litewskim Sejmem. Był to pierwszy masowy protest na Litwie od czasu zamieszek, do jakich doszło 16 stycznia 2009 roku. Tym razem demonstracja miała całkowicie pokojowy charakter. Bezpośrednią przyczyną zwołania mityngu było wtorkowe głosowanie w sprawie odebrania mandatu posłowi Mindaugasowi Bastysowi. Uczestnicy protestu wyrażali niezadowolenie z pracy parlamentu i domagali się przyspieszonych wyborów.

Inicjatorem czwartkowego protestu, który odbył się na stołecznym placu Niepodległości, jest popularny dziennikarz i prezenter internetowej telewizji Laisvės TV Andrius Tapinas. Do udziału w wiecu zachęcał za pomocą serwisów społecznościowych. Na stronie wydarzenia chęć uczestnictwa w szczytowym momencie wyraziło 10 tysięcy osób a zainteresowanych było prawie 30 tysięcy. Mottem mityngu była parafraza tytułu znanego listu Emila Zoli „Oskarżam…!” (fr. J’Accuse…!), napisanego w 1898 roku jako głos protestu w tzw. sprawie Dreyfusa.

Sejm zdyskredytował sam siebie

Pomysł organizacji wiecu pojawił się we wtorek. Była to bezpośrednia reakcja na głosowanie, które miało miejsce tego dnia w litewskim Sejmie. Posłowie mieli zdecydować, czy odebrać mandat Mindaugasowi Bastysowi, niezrzeszonemu, wybranemu do Sejmu jako kandydat Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Głosowanie miało zakończyć procedurę impeachmentu względem Bastysa, zainicjowaną wiosną ubiegłego roku.

Bastys zasiadał w Sejmie od kilku kadencji. Nie należał do czołówki swojej partii, ale w obecnej kadencji sprawował funkcję wiceprzewodniczącego parlamentu. Ciemne chmury nad politykiem zaczęły się zbierać ponad rok temu, gdy litewskie służby specjalne odmówiły mu poświadczenia dostępu do informacji niejawnych. Powodem były jego kontakty z osobami mającymi powiązania z litewskim światem przestępczym oraz rosyjskim kapitałem – w tym z koncernem Rosatom, który kilkadziesiąt kilometrów od Wilna, ale już na terenie Białorusi, buduje elektrownię atomową, traktowaną na Litwie jako zagrożenie.

W czerwcu 2017 roku Sejm zwrócił się do Sądu Konstytucyjnego o zbadanie, czy Bastys swoimi działaniami nie złamał prawa. Orzeczenie zapadło 22 grudnia: Sąd Konstytucyjny stwierdził, że poprzez nieujawnienie swojej znajomości z byłym funkcjonariuszem KGB Piotrem Wojejką Mindaugas Bastys naruszył przepisy o tajemnicy państwowej, a tym samym złamał Konstytucję i ślubowanie poselskie. Sprawa wróciła do Sejmu, który miał orzec, czy pozbawić parlamentarzystę mandatu.

Większość wymagana do usunięcia Bastysa z Sejmu wynosiła 85 posłów. Za wygaszeniem mandatu zagłosowało 72 posłów, przeciw było 21, wstrzymało się 24, zaś 11 głosów było nieważnych. Do pozbawienia mandatu zabrakło więc tylko 13 głosów. Ponieważ głosowanie było tajne, nie wiadomo, którzy posłowie (i z których frakcji) nie poparli wniosku o pozbawienie Bastysa mandatu.

Wynik głosowania wzbudził ogromne kontrowersje. Posłów ostro skrytykowała prezydent Dalia Grybauskaitė. „Odrzucając decyzję Sądu Konstytucyjnego oraz ignorując interesy bezpieczeństwa narodowego, Sejm sam siebie zdyskredytował” – powiedziała głowa państwa. Niezadowolenia nie krył również premier Saulius Skvernelis, który stwierdził, że sytuacja, gdy Sejm neguje orzeczenie Sądu Konstytucyjnego jest „niezrozumiała i haniebna”, a Bastysa wezwał do zrzeczenia się mandatu. Przewodniczący Sejmu Viktoras Pranckietis wynik głosowania nazwał „nieporozumieniem”.

Kto winien?

Mindaugas Bastys przez cały czas trwania procedury impeachmentu odrzucał wszystkie oskarżenia i twierdził, że nie złamał prawa. Zrezygnował jednak z funkcji wiceprzewodniczącego Sejmu i opuścił frakcję socjaldemokratów. Dzień po głosowaniu w jego sprawie, w ogniu krytyki, zdecydował się zrzec się mandatu. Nie wyciszyło to jednak emocji.

Liderzy polityczni jeszcze w dniu głosowania zaczęli przerzucać się odpowiedzialnością za kompromitację parlamentu. Ponieważ w najliczniejszej sejmowej frakcji – Litewskiego Związku Rolników i Zielonych – nie zarządzono dyscypliny w głosowaniu, deputowana opozycyjnego konserwatywnego Związku Ojczyzny Rasa Juknevičienė uznała, że właśnie w szeregach tego ugrupowania znaleźli się posłowie, którzy poparli Bastysa. Za tę sytuację ma według niej odpowiadać osobiście lider Rolników i Zielonych Ramūnas Karbauskis.

Prezes rządzącej partii zadeklarował jednak, że sam głosował za odebraniem mandatu Bastysowi i zna tylko jednego posła w partii, który wstrzymał się od głosu. Karbauskis nie pozostał też dłużny wobec oskarżeń pod swoim adresem i winą za wynik głosowania próbował obciążyć opozycję. „Wszystko, co teraz widzimy, to wyreżyserowana przez nich samych akcja” – mówił portalowi Delfi.lt. – „Już w czasie posiedzenia z ich wypowiedzi dało się wyczuć, że jest jakiś plan, bo wobec moich kolegów nie mam żadnych wątpliwości” – dodawał.

Lider innego opozycyjnego ugrupowania, Ruchu Liberałów, Eugenijus Gentvilas sugerował z kolei, że w sprawie głosowania doszło do niejawnego porozumienia między Rolnikami i Zielonymi, a wspierającą ich grupą posłów, którzy kilka miesięcy temu opuścili Litewską Partię Socjaldemokratyczną i utworzyli osobną frakcję. „Ta koalicja jest krucha i w głosowaniu w sprawie Bastysa chodziło o to, żeby się nie rozpadła” – wyjaśniał Gentvilas. Zdaniem szefa Liberałów rządzącym zależy na każdym głosie.

Do dyskusji włączył się także prezes Sądu Konstytucyjnego Dainius Žalimas, który w rozmowie z portalem 15min.lt stwierdził m.in., że Sejm nie ma prawa podważać decyzji Sądu. „To jest jego (Sejmu – przyp. aut.) polityczna wola – tolerować w swoich szeregach osobę, która rażąco naruszyła Konstytucję i złamała przysięgę” – mówił sędzia, którego zdaniem decyzja parlamentu jest wyzwaniem rzuconym państwu prawa.

Przyspieszone wybory?

Lekarstwem na kryzys, w którym znalazł się litewski parlament mają być przyspieszone wybory. Tak przynajmniej wynika ze stanowiska przedstawicieli czterech opozycyjnych frakcji. Pomysł przeprowadzenia jeszcze w czerwcu tego roku przedterminowego głosowania popierają posłowie Związku Ojczyzny, Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, Ruchu Liberałów oraz Porządku i Sprawiedliwości.

Warunki skrócenia kadencji Sejmu ściśle określa Konstytucja. Może tak się stać na mocy własnej uchwały parlamentu podjętej większością 3/5 głosów. W pozostałych przypadkach przedterminowe wybory może zarządzić prezydent: gdy Sejm nie podejmie uchwały w sprawie programu przedstawionego przez nowy rząd oraz na wniosek rządu, któremu Sejm wyrazi wotum nieufności. Obecnie jedynie pierwszy warunek mógłby być zrealizowany, ale tylko wtedy, gdy uda się osiągnąć wymaganą większość.

Pomysł wykpił lider Rolników i Zielonych, który nie kryje przekonania, że jego partia wygrałaby kolejne wybory. Sondaże co prawda na to nie wskazują, ale nie przewidują także zdecydowanego zwycięstwa opozycji. Według badania przeprowadzonego przez agencję Spinter Tyrimai na zlecenie portalu Delfi.lt najpopularniejszą partią jest Związek Ojczyzny, ale wolę głosowania na nich deklaruje jedynie 17,3 proc. ankietowanych. Partia Karbauskisa jest druga z poparciem 15,4 proc. badanych. Natomiast aż 18,9 proc. pytanych zadeklarowało, że na wybory nie pójdzie, a 10,6 proc. nie podało odpowiedzi. Badanie prowadzone było w ostatnim tygodniu lutego, a więc jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu.

Podobne wyniki można znaleźć także w innych badaniach opinii publicznej. Ankietowani odpowiadają również na pytania dotycząca zaufania do instytucji publicznych. W tym przypadku już od wielu lat parlament i partie polityczne wypadają najgorzej. Litwini nie ufają swoim ustawodawcom. W badaniu przeprowadzonym przez agencję Vilmorus w lutym tego roku aż 61,8 proc. zadeklarowało, że nie ufa Sejmowi, a partiom politycznym – 66,0 proc. Przeciwnego zdania było zaledwie, odpowiednio, 7,9 i 6,5 proc. badanych. Obecny kryzys może jeszcze bardziej pogłębić nieufność obywateli.

W możliwość przeprowadzenia wcześniejszych wyborów nie wierzy politolog Rima Urbonaitė z wileńskiego Uniwersytetu Michała Römera. W wypowiedzi dla telewizji LRT badaczka mówi m.in.: „Trzeba powiedzieć, że teoretycznie jest to możliwe i ze strony opozycji taka decyzja wygląda dość racjonalnie. Jednak zebranie tych 85 głosów (wymaganej większości 3/5 – przyp. aut.) może być według mnie bardzo trudne. Oczywiste, że Rolnicy i Zieloni nie staną się nagle pryncypialni, nie posypią głów popiołem, nie ogłoszą i nie poprą tych wyborów. Naturalne, że będą próbować odrzucić taką propozycję”.

Oskarżamy!

Decyzja Sejmu w sprawie Bastysa wywołała burzliwe reakcje komentatorów i publicystów. „Dzisiaj w głosowaniu sejmowym zdecydowano, że naruszenie Konstytucji nie przeszkadza w uczestniczeniu w tworzeniu ustaw. Albo uznano, że orzeczenia Sądu Konstytucyjnego nie są ważne dla parlamentu i parlamentarzyści wiedzą lepiej” – pisał w serwisie społecznościowym dziennikarz portalu 15min.lt Paulius Gritėnas. – „Jeśli Sejm uważa, że jego reputacja jest dobra, a wyrok Sądu Konstytucyjnego nie wydaje się dla niego zadowalający, to oznacza, że podstawom państwa prawa zostało rzucone poważne wyzwanie” – dodawał.

Andrius Tapinas, założyciel i prezenter internetowej telewizji Laisvės TV nie ograniczył się wyłącznie do wyrażenia oburzenia w sieciach społecznościowych. Niedługo po głosowaniu zapowiedział zorganizowanie przed Sejmem manifestacji. „Wybrany przez nas Sejm przekracza jedną granicę za drugą. Ale ten dzień jest szczególnie haniebny. Depcząc orzeczenie Sądu Konstytucyjnego, tchórzliwie kryjąc się za tajnym głosowaniem Sejm ostatecznie zdyskredytował się jako instytucja, zdolna do rządzenia tym krajem” – napisał Tapinas na stronie wydarzenia w mediach społecznościowych.

Liczba osób deklarujących chęć udziału w wydarzeniu rosła z minuty na minutę i we wtorkowy wieczór osiągnęła kilka tysięcy. Ostatecznie w mityngu, zorganizowanym w czwartkowe popołudnie wzięło udział około 5 tysięcy osób (wg danych wileńskiej policji). Demonstracja przebiegała w pokojowej atmosferze. W jej trakcie nie doszło do żadnych incydentów ani starć z siłami porządkowymi. Na Litwie pamięta się o zamieszkach do jakich doszło przed Sejmem w styczniu 2009 roku, gdy w trakcie demonstracji przeciwko polityce oszczędnościowej rządu konserwatystów rzucano w policjantów kamieniami i wybijano szyby w budynku Sejmu.

W tłumie protestujących można było spotkać szereg znanych litewskich osobistości. Ze sceny do zgromadzonych przemawiali m.in. dyrygent Donatas Katkus, kierownik Orkiestry Kameralnej Świętego Krzysztofa czy frontman popularnego w latach odzyskiwania niepodległości zespołu Antis Algirdas Kaušpėdas. Nie zabrakło również polityków. Na scenie pojawił się m.in. przewodniczący Sejmu Viktoras Pranckietis, który – początkowo wygwizdywany – przyznał, że wstyd mu za podjętą przez Sejm decyzję.

O pokojowym charakterze zgromadzenia świadczy też zorganizowana na jego zakończenie dyskusja, w której wzięli udział liderzy głównych ugrupowań, w tym Ramūnas Karbauskis. Obok niego na scenie pojawili się Eugenijus Gentvilas z Ruchu Liberałów, Gabrielius Landsbergis ze Związku Ojczyzny i Gintautas Paluckas z Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Odnosząc się do wcześniejszych słów Pranckietisa Karbauskis stwierdził: „Jeśli jest mu wstyd, to powinien zrezygnować”. Lider Rolników i Zielonych podkreślił też, że nie boi się wcześniejszych wyborów. „Wygralibyśmy je” – zapewnił. Karbauskis nie widzi jednak powodów, aby skracać kadencję Sejmu.

Parlament miejscem kłótni

Protest nie wszystkim się spodobał. Nawet wśród uczestników pojawiły się głosy sceptyczne. Politolog Mariusz Antonowicz z Uniwersytetu Wileńskiego tłumaczył na swoim profilu społecznościowym, dlaczego opuścił zgromadzenie: „Całe przemówienie Tapinasa było populistyczne. Takie wymagania jak obowiązkowe egzekwowanie decyzji Sądu Konstytucyjnego, zakaz zmieniania frakcji przez członków Sejmu lub obowiązkowe uczestnictwo w posiedzeniach są absurdalne i niczego nie zmieniają”.

Do protestu odniosła się również prezydent Dalia Grybauskaitė. Zdaniem głowy państwa mityng pokazał, że społeczeństwo litewskie dojrzewa i że ludzie zaczynają martwić się o to, jak działają politycy. Według Grybauskaitė powinno to być poważnym sygnałem dla parlamentu, który coraz bardziej staje się miejscem kłótni. „Praktycznie wszystkie grupy polityczne w Sejmie zajmują się kłótniami zamiast wykonywać swoją pracę, a ludzie chcą powiedzieć, co o tym myślą” – dodała prezydent. Jednocześnie Grybauskaitė odrzuciła pomysły przeprowadzenia wcześniejszych wyborów, sugerując że Sejm powinien wrócić do rzeczywistej pracy.

Tymczasem głosy nawołujące do przyspieszonych wyborów pojawiły się także w szeregach partii rządzącej. Poparł je m.in. przewodniczący parlamentarnej komisji ds. bezpieczeństwa narodowego (która początkowo badała sprawę Bastysa) Vytautas Bakas. Z kolei premier Saulius Skvernelis, który również należy do frakcji Rolników i Zielonych podobnie jak lider partii dopuszcza możliwość dymisji przewodniczącego Pranckietisa, jeśli ten „nie ma możliwości konsolidacji” działań Sejmu.

Prawdopodobnie najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedź na pytania, czy rządzącej partii uda się zatrzymać pogłębianie się politycznego kryzysu, czy zachowa wewnętrzną spójność i czy powstrzyma opozycję przed realizacją planu przedterminowych wyborów. Może się również okazać, jak duży jest na Litwie potencjał niezadowolenia społecznego i czy protesty będą kontynuowane.

 

Zdjęcie tytułowe: Protesty z 15 marca 2018 r. Zdj. Olga Posaškova / Lietuvos Respublikos Seimas.

Polub nas na Facebooku!