Recenzja spektaklu „Rohtko” Teatru im. Kochanowskiego w Opolu i Dailes teātris w Rydze

|

9 kwietnia bieżącego roku miała miejsce polska premiera spektaklu „Rohtko”, powstałego w kooperacji Teatru imienia Jana Kochanowskiego w Opolu oraz Dailes teātris w Rydze. Blisko czterogodzinne widowisko z wielu powodów warte jest nazwania jednym z ciekawszych teatralnych wydarzeń bieżącego roku. Dwa przedstawienia w Opolu odbyły się niecały miesiąc po prapremierze utworu, która miała miejsce w stolicy Łotwy.

Mark Rothko, jeden z ważniejszych twórców ekspresjonizmu abstrakcyjnego nie był Łotyszem, mimo tego, że w spektaklu słychać go mówiącego po łotewsku (jego rolę świetnie odgrywa Juris Bartkevičs). Był Żydem urodzonym w Daugavpils, mieście nazywanym po polsku Dyneburgiem lub Dźwińskiem. Siedem lat po urodzeniu Marka rodzina Rothkowitzów wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych i to z tym krajem będzie się utożsamiał sławny malarz. Pamięć Łotyszy do Rothki jest jednak niesamowita. W 2013 roku w dyneburskich fortyfikacjach otwarto Centrum Sztuki Marka Rothki – wspaniałą nowoczesną galerię, posiadającą unikatową kolekcję prac patrona oraz miejsce ciekawych wystaw czasowych.

Spektakl „Rohtko” reż. Łukasz Twarkowski. Zdj. Artūrs Pavlovs / Dailes teātris.

Scenariusz sztuki napisany przez Ankę Herbut, zinscenizowany na obydwu scenach – polskiej i łotewskiej – przez Łukasza Twarkowskiego nie jest prostą biografią, a jednak poboczną stawką, którą przed sobą stawia (i którą osiąga) jest zmierzenie się z postacią mistrza ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Cel ten udaje się zdobyć podczas kilku scen, w których tytułowej postaci oddaje się głos w realistycznych, niespiesznie toczonych dialogach. Amerykański malarz dochodzi jednak do głosu także w inny sposób. Mistrzowska technologicznie i estetycznie scenografia, której konfiguracja stróżuje rytmowi spektaklu, starała się z całkiem niezłym skutkiem oddać językiem sceny to, co swoimi monochromatycznymi obrazami chciał przekazać Mark Rothko. Pomiędzy „mansjonami” umieszczanymi na scenie, i odtwarzającymi legendarny dla amerykańskiej elity art worldu nowojorski lokal, krążyli kamerzyści, dzięki którym, w zaskakująco świetnej jakości obrazu, widz mógł na ekranie ponad sceną zobaczyć akcję sztuki z bliska. Scenografia bowiem, misternie rozplanowana przez Francuza Fabiena Lédé (znanego z wcześniejszej współpracy z polskimi galeriami i teatrami) wraz z niezapomnianą reżyserią światła Litwina, Eugenijusa Sabaliauskasa, zdaje się tu być podstawową tkanką tworzywa teatralnego.

Takiego właśnie teatru szukam, skupionego na plastyce, na empirycznym doświadczeniu przekazywanym widzowi. Zapytać można całkiem zasadnie, czym są te cztery godziny, skoro ten czas się nijak nie dłuży. Tuż przed przerwą kontemplacyjna scena w takt kalorycznej muzyki Ludomira Grzelaka trwa może i dwadzieścia minut. Ma w sobie jednak taką upajającą moc, że tę sekwencję teatralnego ruchu można oglądać długo. Publiczność wcale nie zrywa się na przerwę po półtoragodzinnej pierwszej części do czasu, aż na scenie przestaje dziać się cokolwiek. Konia z rzędem temu, kto będzie umiał w taki sposób zdobyć teatralną widownię.

Spektakl „Rohtko” reż. Łukasz Twarkowski. Zdj. Artūrs Pavlovs / Dailes teātris.

Pomiędzy estetycznymi kontemplacyjnymi dłużyznami odbywały się knajpiane rozmowy eksplorujące czołowy temat inscenizowanego tekstu. Wewnątrz ustawionej na scenie galerii sztuki dział się – zapośredniczony o film – dynamiczny realistyczny teatr. Wagnerowski sen o syntezie sztuk odbijał się tu czkawką albo przynajmniej stroboskopowym błyskiem światła. W dialogach – w znakomitej większości rozgrywanych po łotewsku, z polskimi i angielskimi napisami – rozdłubano temat stanowiący filozoficzne clou. Wybrzmiały klasyczne pytania o wartościowanie artefaktów sztuki. Skoro bowiem 8,5 miliona dolarów kosztował obraz, który finalnie okazał się być jedynie wierną kopią prawdziwego dzieła Rothki, a jest to fakt kluczowy dla fabuły spektaklu, pytanie o to, co dokładnie stanowi siłę napędu rynku sztuki, nabiera wyższego znaczenia, tym bardziej, że zaskakują nas kolejne rekordy krajowego rynku dzieł sztuki. Ciemne mechanizmy tej branży są tutaj zestawione z bezradnością twórców oraz ich ambicji. Palma bohaterstwa w tym tragicznym przesunięciu między koniunkturą domów aukcyjnych, a niezależną siłą podmiotowości artystów dostała się samemu Rothce, co wyszło dość naturalnie i bez sztucznej kanonizacji, a co więcej, nie zaszkodziło to spójności całej rozłożystej kompozycji teatralnej.

Tak naprawdę to przesunięcie jest tutaj głównym bohaterem. Przesunięcie niemego „h” w słowie Rohtko/Rothko w obrębie tytułu spektaklu to tylko graficzna jego sygnatura. Ważne jest też wynikające z kooperacji dwóch teatrów przesunięcie między Rygą i Opolem. Trudno dzięki temu posądzić Dailes teātris o akt zawłaszczenia postaci, która z kulturą łotewską miała wspólnego tyle, co nic. Ten tekst napisała w końcu Polka, Anka Herbut. Przesunięcie widać nieustannie w scenografii pomiędzy poszczególnymi budynkami ustawianymi na scenie i pomiędzy toczącymi się w nich rozmowami, które kilkakroć rozgrywane są symultanicznie. Wreszcie wybrzmiało przesunięcie pomiędzy – malarską lub nie tylko – ambicją absolutnie szczerej wypowiedzi, a bezlitosnymi realiami rynkowymi. Ich scenicznym symbolem jest snujący swoje rozważania na temat sztuki dostawca w barwach Wolt, stanowiący dalekie echo chóru w antycznym dramacie (w tej roli Artūrs Skrastiņš).

Spektakl „Rohtko” reż. Łukasz Twarkowski. Zdj. Artūrs Pavlovs / Dailes teātris.

Inny filozoficzny walor tego spektaklu dotyczy odczucia czasu scenicznego. Kiedy bowiem bardziej konwencjonalny teatr powinien się skończyć po godzinie albo półtorej, my siedzieliśmy nadal na widowni Teatru im. Jana Kochanowskiego, zdając sobie sprawę, że za bardzo nie ma się do czego spieszyć, że dzieło to nie skończy się zaskakującą puentą, tylko krok po kroku będziemy poznawać coś, co już zasadniczo wiemy. Cały bowiem jego merytoryczny wydźwięk da się zrazu poznać z krótkiej noty przygotowanej przez twórców, podobnie jak przed spektaklem operowym widownia zapoznaje się z librettem dzieła, które dopiero ma zamiar obejrzeć. Nie o oszałamiająco innowacyjny kontent tu idzie. Cała rozległa załoga twórców „Rohtki” zadbała o to, żeby przewidywalną potrawę podać w pieczołowity sposób i dać widowni możliwość jej trawienia powolnego i dokładnego. W tym podejściu do obiorcy rysko-opolski spektakl odchodzi od aktualnych realiów teatralnych, czerpiąc zaś pełnymi garściami z warsztatu sztuk plastycznych.

Żeby obejrzeć “Rohtkę” można być niezainteresowanym Rothkiem, malarstwem, Ameryką, Polską, Łotwą ani teatrem. Spektakl ten otwiera szeroko każde oczy łaknące przygód odpornych na zapomnienie. Smętna refleksja na temat biznesowego wyuzdania współczesnej sztuki i dramatyczne wspomnienie postaci Marka Rothki zostało rozpisane w czytelny i inspirujący sposób. Jednak rozmach wizualny w komponowaniu trudnego do jednoznacznej kwalifikacji gatunkowej dzieła stanowi największy walor i powód, żeby postarać się wziąć udział w tym urodziwym szaleństwie, kiedykolwiek będzie jeszcze taka możliwość.

Pasjonat ziem nadbałtyckich, a zwłaszcza Estonii. Niezmordowany podróżnik i miłośnik transportu publicznego. Szlaja się po galeriach, teatrach i dworcach. W wolnych chwilach zdarza mu się pisać wiersze, eseje i inne dziwactwa. W 2021 roku opublikował dwie książki: “Nice, cosie i duchy” nakładem Wydawnictwa Pewnego oraz “Ekspansję ech”, którą wydał Instytut Mikołowski. Gdyby los nie umieścił go w Sudetach Zachodnich, chętnie wybrałby żywot rybaka na Ruhnu, Vormsi albo przynajmniej na Mierzei Kurońskiej. Mimo wszystko przyjmuje z zadowoleniem tożsamość Jeleniogórzanina.


NEWSLETTER

Zapisz się na newsletter i otrzymaj bezpłatną 30-dniową prenumeratę Przeglądu Bałtyckiego!