Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Lāpu gājiens, czyli Łotysze maszerują z pochodniami

Udział w militarnej paradzie, koncerty, uroczysty obiad, z rzadka nabożeństwo w kościele, a także (to częściej!) wysłuchanie przemówienia prezydenta pod Pomnikiem Wolności i wieczorne fajerwerki – tak Łotysze obchodzą swój Dzień Niepodległości 18 Listopada. Niektórzy mają więcej samozaparcia i maszerują w wieczornym lāpu gājiens organizowanym przez Zjednoczenie Narodowe „Wszystko dla Łotwy!”-TB/LNNK.

To jedna z koalicyjnych partii politycznych, ale mało kto z biorących udział w marszu o tym wie. Nie liczy się partyjny sztandar – obecny zresztą tylko na przedzie marszu – a magia, która wiąże się z tysiącem świateł płynących z pochodni. Ryga tonie w morzu płomieni. Dusza Łotysza się cieszy. A narodowcy mają poczucie dobrej roboty społecznej. Niekoniecznie politycznej, bo jedno i drugie wciąż jeszcze potrafią oddzielić.

Marsz bez polityki?

Zdjęcie: Edgars Behmanis, Arvis Vanags / Nacionālā apvienība

Zdjęcie: Edgars Behmanis, Arvis Vanags / Nacionālā apvienība

Marsz z pochodniami – w Polsce może źle się kojarzący, ale w krajach Zachodu będący nagminnym zjawiskiem – odbywa się na Łotwie nie tylko 18 listopada, ale także tydzień wcześniej, w dzień Lāčplēsisa, gdy każde małe miasto ma swój lāpu gājiens. W tym roku maszerowano w Rydze – od cmentarza Brackie Mogiły do Nabrzeża 11 Listopada – ale także w Dyneburgu. Po całym marszu, w którym uczestniczyli także lokalni Rosjanie, pochodnie ustawiono na placu Jedności (Vienības laukums) w kontury graniczne Łotwy. Z lotu ptaka pięknie to wyglądało, Dyneburg jeszcze raz pokazał, że nie jest jakimś tam sobie russkojazycznym gorodem, a po prostu częścią niepodległej Łotwy.

Narodowcy maszerują w Rydze od 2003 roku, gdy zaczęli rosnąć w siłę polityczną jako młodzieżowa organizacja „Wszystko dla Łotwy!” („Visu Latvijai!”). Kiedyś młodzi buntownicy, przeciwko liberalnemu establishmentowi i podtatusiałym narodowcom z TB/LNNK, z gołą piersią protestujący przeciwko oddaniu Rosji regionu Abrene (kto dziś jeszcze pamięta ten happening?), obecnie posłowie zasiadający w Sejmie pod krawatem. Duża zmiana. Początkowo marsz był niszowy i szedł wąskimi uliczkami starówki, później rozszerzał się coraz bardziej, aż w 2014 r. padł rekord: wieczorem w lāpu gājiens przeszło ok. 15 tys. uczestników. Jakoś tak to się zbiegło z sukcesem narodowców w wyborach do Sejmu, ale po prawdzie: o ile warszawski Marsz Niepodległości jest do bólu wszechpolski i oenerowski, to narodowcy łotewscy celowo unikają oklejania go swoimi sztandarami i znaczkami partyjnymi. Do tego stopnia, że większość osób nawet nie wie, że idzie w czymś, co ma jakikolwiek związek z polityką. – Było małe przemówienie naszego lidera Raivisa Dzintarsa w trakcie koncertu poprzedzającego marsz i tradycyjny śpiew „jesteśmy Łotyszami”, ale staramy się, by ta impreza była bardziej apolityczna – mówi w rozmowie ze mną młody sekretarz narodowców Raivis Zeltīts. – Oczywiście slogan „Łotwa jest nasza” mówi wszystko to jest narodowy obchód i impreza, w trakcie której pokazujemy, że Łotysze chcą być władcami własnego kraju, ale uznajemy to za nasz dar dla Łotwy, a nie polityczną platformę. W innym przypadku nie moglibyśmy przyciągnąć tak wielu osób – tłumaczy Raivis Zeltīts.

Polityki na marszu nie zauważył także Aleksander Rostocki, przedstawiciel polskiej korporacji Sarmatia, której członkowie odwiedzili Łotwę z okazji jej Święta Niepodległości i wzięli udział w marszu. – Jesteśmy apolityczną organizacją akademicką, z reguły nie bierzemy oficjalnego udziału w inicjatywach i demonstracjach politycznych. O tym, że marsz jest organizowany przez jedno z ugrupowań politycznych dowiedziałem się, prawdę mówiąc, od pana. Warto wspomnieć, że na marszu nieobecna była jakakolwiek symbolika partyjna. Poza flagami państwowymi nie było żadnych transparentów, nie wznoszono też żadnych haseł o charakterze politycznym – relacjonuje Rostocki. I ma rację. Z jednym sprostowaniem: w pewnym momencie na marszu widoczny był bardziej sztandar litewskich tautininków – braterskiej organizacji narodowców – niż partyjne logo VL!-TB/LNNK. Byli także Estończycy z narodowej partii EKRE.

Polityczny smród

Polityczne wpadki się czasem jednak zdarzają. W tym roku media trąbiły na parę dni przed marszem, że ma mieć on wydźwięk antyimigrancki. Partia narodowców – jako część rządu Laimdoty Straujumy – protestuje od paru miesięcy przeciwko przyjęciu paruset imigrantów z Bliskiego Wschodu, na co zgodziła się bardziej umiarkowana partia prawicowa Jedność (Vienotība). Rihards Kols, poseł narodowców na Sejm, absolwent brytyjskiej uczelni Westminster, przyjmuje mnie dwa dni po marszu w siedzibie partii na starówce. Mówi, że nie było intencją VL!-TB/LNNK, by zamieniać marsz w antyimigranckie rally. Bo co innego polityczna debata o uchodźcach, która na Łotwie jest podobnie żywa jak w Polsce, a co innego psucie uroczystego Święta Niepodległości politycznym smrodem. Narodowcy nie chcieli przyłożyć do tego ręki. Czujecie różnicę z polską sytuacją? Antyimigracyjną szopkę chciała urządzić zresztą partia Związek Narodowy „Sprawiedliwość”, mająca mało wspólnego z establishmentowymi narodowcami organizującymi lāpu gājiens. Na wszelki wypadek przeciwko używaniu tematu uchodźców podczas święta niepodległości wystąpili jednak prezydent Raimonds Vējonis i pani premier Laimdota Straujuma.

Uczucie bycia razem

I feel love – uśmiecha się, mówiąc piękną angielszczyzną Nora (kobieta w średnim wieku), gdy pytam o motywy, dla których uczestniczy w lāpu gājiens. Dla niej pójście z pochodnią jest ważne nie tylko, by zademonstrować miłość do ojczyzny, ale także, by poczuć przez chwilę magię bycia w grupie, gdy Łotwa wciąż jest zagrożona hybrydowymi fanaberiami Rosji. Niektórzy oskarżają narodowców, że podsycają strach, ale po prawdzie rok 2014 udowodnił, że to raczej krytycy Rosji mieli rację, a nie na przykład umiarkowany Ainārs Šlesers, który z Moskwą chciał robić biznesy. – Togetherness, bycie razem, to kolejny powód, dla którego młody czy starszy Łotysz przychodzi na marsz. Pod pomnikiem Ulmanisa, gdzie zaczyna się marsz, spotykam także młodą dziewczynę Zane. Kiedyś utożsamiała się z partią, ale coraz bardziej zaczyna jej przeszkadzać jej podejście do uchodźców. Na lāpu gājiens będzie jednak przychodzić, choć nie przyszedł nikt z jej znajomych. Bo czuje się związana emocjonalnie z tym wydarzeniem.

„Pierwszy raz zetknąłem się z tym marszem w 2006 roku. Mieszkałem wówczas na Łotwie” – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim muzyk neofolkowy i wielki fan Łotwy Dawid Hallmann. „18 listopada byłem w Rydze. Poszedłem pod Pomnik Wolności i czekałem na przemówienie prezydent Vairy Vīķe-Freibergi. Nagle na plac wmaszerowała spora grupa ludzi z flagami i pochodniami. To byli właśnie uczestnicy lāpu gājiens. Było ich sporo, ale nie tysiące. Później brałem udział w marszu w latach 2011 i 2012. Jakie to uczucie? Cóż atmosfera jest podniosła i radosna zarazem. Morze tysięcy pochodni. Łotysze idąc śpiewali pieśni. Przynajmniej ci, z którymi ja maszerowałem. Połowa uczestników to kobiety. Jest sporo dzieci. Ta rodzinna atmosfera się udziela”.

W tym roku atmosfera udzieliła się także. Choć na Łotwie wciąż dużo jest politycznych konfliktów, koalicyjny rząd trzech partii trzeszczy w szwach, to nie widać było tego podczas marszu. Patriotyczny koncert pod pomnikiem Ulmanisa – patrona łotewskich narodowców – praktycznie zaczął się bez polityki, później było jeszcze mniej politycznie. Choć przechodziliśmy z pochodniami obok Pałacu Prezydenckiego (prezydent jest z innej opcji niż organizatorzy) czy rady miejskiej Rygi (burmistrz jest wielkim przeciwnikiem narodowców) nie słyszałem buczenia, gwizdów, wyzwisk. Nie było rzucania kamieniami, petardami, koszami na śmieci. Nikt nie spalił żadnego samochodu należącego do dziennikarzy. Nikt nikogo nie skopał ani nie wyszukiwał kryjących się po kątach lewaków. Ba, na marszu nie było praktycznie policji. Grzecznie? Łotysze po prostu twierdzą, że godnie.

Bez przepychanki i awantury

Widać gołym okiem odmienną proporcję płci dużo dziewczyn i kobiet oraz brak zadym, prowokacji etc. W zasadzie na lāpu gājiens nie ma policji. Jest ona niewidoczna. Nie ma też żadnych blokad, mimo iż w Rydze żyje sporo Rosjan. Świadomość, że organizuje to partia narodowców miałem od samego początku. I dziwiło mnie, że te dwa marsze łotewski i polski tak bardzo się od siebie różnią. W formie i reakcji medialnej. Ciekawe jest też to, że na tym marszu nie ma okrzyków. Jeśli coś słychać, to pieśni – dzieli się swoimi wrażeniami muzyk Dawid Hallmann. – Marsz robi niezwykłe wrażenie z uwagi na doskonałą organizację. Uczestnicy zachowują się bardzo godnie, są zdyscyplinowani i zachowują się adekwatnie do panującej na marszu atmosfery. Nikt nie wznosi partyjnych haseł, czuje się atmosferę jedności. Co może nieco zaskakiwać w marszu biorą też udział osoby rosyjskojęzyczne. O jakichkolwiek przepychankach czy awanturach nie ma nawet mowy. Wydaje mi się, że właśnie tego spokoju, kultury, świetnej organizacji i samodyscypliny uczestników warto się od Łotyszy uczyć, gdyż zapewniają one uroczystości doskonałą, atmosferę a uczestnikom komfort i przekonanie, że faktycznie uczestniczą w święcie narodowym – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim członek K! Sarmatia Aleksander Rostocki.

– Trudno byłoby nie porównywać tych dwóch marszy, po doświadczeniach z Łotwy – dopowiada Ola Mrozińska, poznańska letonistka, w 2014 r. studentka Erasmusa w Rydze, która wzięła udział w łotewskich obchodach niepodległości.  – Nie spotkałam się z żadnym aktem agresji na ryskim marszu. Nie ma transparentów głoszących „Łotwa dla Łotyszy”, wyzwisk, szamotaniny i interwencji policji. Jest to dzień hołdu. Warszawski odpowiednik może dobrze się zaczyna, lecz nie zawsze dobrze się kończy. Moim zdaniem, w takim dniu nie liczy się polityka, lecz bycie ze swoimi bliskimi. Jest to dobry dzień na lekcję historii, żeby najmłodsze pokolenia miały świadomość, jakie znaczenia ma to święto. Nie tylko dzień wolny od szkoły, czy pracy. 

***

– Polacy i Łotysze mają jednak inny charakter narodowy… – tak sobie myślę idąc z pochodnią w marszu i obserwując ile radości jest w jego uczestnikach, jak godnie i bez najmniejszej agresji potrafią świętować najważniejszy dzień dla Łotwy. Dużo młodzieży, dużo kobiet z dziećmi, sympatyczne twarze, bez cienia zawziętości. – Niepodległość drogo nas kosztowała, jeszcze w 1989 roku nikt nie wierzył, że możemy oddzielić się od Rosji, może bardziej zatem niż Polacy potrafimy cenić nasze święto niepodległości? – głośno zastanawia się spotkana przeze mnie na deszczu (pogoda byłą w tym roku kapryśna) Łotyszka w średnim wieku. Nie potrafi wytłumaczyć dlaczego w Rydze jest 18 listopada tak spokojnie. Bezradnie rozkłada ręce. Co w tym dziwnego?

Zdjęcie: Edgars Behmanis, Arvis Vanags / Nacionālā apvienība

Zdjęcie: Edgars Behmanis, Arvis Vanags / Nacionālā apvienība

Wracając jeszcze do policji… Oddajmy głos sekretarzowi narodowców Raivisowi Zeltītsowi: – współpracujemy z policją, ale nasze prawo mówi, że organizatorzy są odpowiedzialni za bezpieczeństwo imprezy. Więc bardzo zwracamy na to uwagę, a nasza straż jest dobrze wytrenowana i jest jej dużo. Od tego czasu, gdy zaczęliśmy maszerować w 2003 roku, nie było żadnych poważnych incydentów. Tyle  Zeltīts. Rzeczywiście policji prawie nie było widać podczas marszu, a na każdym kroku obecni byli wolontariusze. Niekoniecznie związani z partią narodową.

Rosyjskojęzyczni nie przyszli

Na marszu mało jest Rosjan. Taka specyfika Łotwy. Bo po pierwsze: marsz jednak urządzają narodowcy, nawet jeśli nie zawsze jest to na pierwszy rzut oka widoczne. Po drugie, Rosjanie wciąż na Łotwie mają inne święta niż ludność tytularna. Może niekoniecznie jeszcze 7 listopada, ale na przykład 13 października – dzień wyzwolenia Rygi z rąk nazistów w 1944 roku. Na marszu spotkałem za to niemieckiego studenta z Monachium, który zakochał się w Rydze, bo czuje tu obecność niemieckiego ducha (spokojnie, jest z przekonania liberałem…), członków amerykańskiej Gwardii Narodowej, czy starszego sędziego z USA, który co roku przyjeżdża na Łotwę, by uczcić jej niepodległość. Last but not least w marszu wzięli także udział członkowie polskiej K! Sarmatia, o czym dowiedziałem się dopiero później. I jeszcze paru Litwinów i Estończyków z zaprzyjaźnionych partii.

Ideowe oblicze marszu

Hasłami, które przyświecały marszowi w tym roku, były „Mēs esam latvieši!” („Jesteśmy Łotyszami!”) oraz „Latvija ir mūsu!” („Łotwa jest nasza!”). Marsz idzie od pomnika Kārlisa Ulmanisa, poprzez ulicę Krišjāņa Valdemāra, wzdłuż Zamku Ryskiego, gdzie rezyduje prezydent oraz katolickiego kościoła Matki Boskiej Bolesnej, później Nabrzeżem 11 Listopada, placem przed dumą ryską, a dalej Kaļķu iela aż do Pomnika Wolności, który właśnie obchodzi swoje 80-lecie. Jest więc pewna ideowa wskazówka: idziemy od założyciela państwa łotewskiego w 1918 roku, ale także puczysty w 1934 roku, który po 2006 r. stał się nieoficjalną ikoną narodowców, choć jest sprzecznie oceniany w społeczeństwie łotewskim, zaś kończymy pod Pomnikiem Wolności, który na Łotwie łączy wszystkich. Nie tylko zresztą Łotyszy, bo na swój sposób potrafią go odczytać także Rosjanie. Warto wskazać na to, że choć na Łotwie mieliśmy przed wojną do czynienia z różnymi radykalnymi prądami nacjonalistycznymi takim jak Pērkonkrusts założony przez Gustavsa Celmiņša, to narodowcy wybrali dla siebie w miarę bezpieczną ikonę. Co roku 15 maja czczą Ulmanisa, co nie podoba się liberalnym demokratom (akurat wtedy jest rocznica jego puczu), ale po prawdzie Ulmanis to dyktator centrowy, niczym Konstantin Päts w Estonii – obaj cięli po obu skrzydłach. I nadaje się na ikonę spokojnego, mieszczańskiego wręcz marszu z pochodniami. Dopóki ktoś nie rzuci pierwszą petardą…

Przepraszam, takie rzeczy nie na Łotwie – mówi mój kolega, od lat mieszkający w Rydze. Ma rację.

30 listopada 2015 r.

 

Zdjęcie tytułowe: Edgars Behmanis, Arvis Vanags / Nacionālā apvienība

  • Artur Bieniek

    Bardzo dobry i rzetelny artykuł. Dziękuję za jego publikację. Miałem tą niezwykłą przyjemność uczestniczyć w tegorocznych obchodach 18 listopada w Rydze. Choć już wcześniej znałem z relacji telewizyjnych i artykułów prasowych jak Łotysze świętują swoją niepodległość, dopiero zobaczenie tego na żywo było dla mnie niesamowitym przeżyciem.Muszę przyznać, że po smutnych polskich doświadczeniach z ostatnich lat, byłem pod wielkim wrażeniem jak to wszystko się odbywa na Łotwie. Przez cały dzień czuć atmosferę wielkiego święta a co najważniejsze czuć, że ludzie są ze sobą i cieszą się z ciężko wywalczonej niepodległośći. Naprawdę czapki z głów przyjaciele Łotysze:)

    • Dziękujemy za ten głos. Mamy nadzieję, że i artykuł, i komentarze – Pana i innych czytelników – choć trochę pomogą zrozumieć także w Polsce, że obchody niepodległości powinny być świętem ponad nawet najgłębszymi podziałami.

Polub nas na Facebooku!