Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej: południowa Pskowszczyzna

Termin „Kresy”, odchodzący już powoli do przeszłości, większości osobom kojarzy się przede wszystkim z ziemiami współczesnej Litwy, Białorusi i Ukrainy. O łotewskiej Łatgalii wspomina się już sporadycznie, zazwyczaj w gronie znawców tematu, a inne regiony poszły już całkowicie w zapomnienie. A szkoda, bo południowa Pskowszczyzna to niesamowicie ciekawy tygiel narodowościowy, językowy i religijny na pograniczu bałtycko-słowiańskim.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Między Bałtami a Słowianami

Już od czasów średniowiecza ziemie południowej części współczesnego obwodu pskowskiego (to one będą tematem niniejszego tekstu, a nie Pskowszczyzna historyczna) stanowiły obszar pograniczny, gdzie mieszkały obok siebie ludy bałtyckie i słowiańskie. Koegzystencja ta widoczna jest chociażby w hydronimach i toponimach. Tych pierwszych zachowało się do dzisiaj bardzo  dużo – nazw rzek czy jezior bałtyckiego pochodzenia na tym obszarze są setki. Toponimów jest nieco mniej, a doskonałym przykładem jest samo miasto Newel, którego nazwa pochodzi od bałtyckiego słowa nevo ‘miejsce podmokłe, bagienne’. W zamierzchłych czasach Bałtowie byli obecni na ogromnym obszarze, obejmującym nie tylko południową Pskowszczyznę, ale terytorium aż po rzekę Prypeć na południu (prawie cała współczesna Białoruś), a na wschodzie po Moskwę.

Przeczytaj także:  Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej: dziedzictwo Platerów

Od samego początku ziemie te stanowiły obszar ścierania się wpływów Nowogrodu Wielkiego, Moskwy, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Zakonu Kawalerów Mieczowych, Szwecji i Rzeczypospolitej. Siebież i Newel stanowiły niegdyś najdalej na północ wysunięte twierdze Wielkiego Księstwa Litewskiego (później Rzeczypospolitej), których celem było bronić kraj przed Państwem Moskiewskim. Obydwa miasta wielokrotnie zmieniały przynależność administracyjną, by po I rozbiorze Rzeczypospolitej na stałe wejść w granice rosyjskie. Kilkaset lat przynależności do WKL i Rzeczypospolitej pozostawiło jednak liczne ślady, przede wszystkim polskie i białoruskie, ale nie tylko. Statystyki XIX-wieczne również nie pozostawiają złudzeń, w jakim kręgu kulturowym ziemie te znajdowały się jeszcze wiele dziesiątków lat po rozbiorach. Na przykład dane z lat 60. XIX w. pokazują, że ludność białoruska stanowiła 60,8% całej ludności w powiecie newelskim, w siebieskim – 80,9%, a w wieliskim aż 90,2%. Polacy również byli obecni na tych ziemiach. To właśnie miejscowi Polacy-katolicy byli w dużej mierze potomkami bojarów pancernych, pochodzących z XVII w., a sformowanych przez króla jako straż graniczna chroniąca przed Wielkim Księstwem Moskiewskim (w 1863 r. na ziemiach siebieskich było ich aż 7256 osób!). Później, za czasów Katarzyny II, masowo wywożono ich na Syberię. W latach 60. XIX w. Polaków było w powiecie newelskim 2087 spośród 2239 katolików, w powiecie siebieskim 1263 osoby z 6483 katolików(!), z czego aż dla 5636 osób… administracja carska nie podała żadnej narodowości.

Rejon siebieski

Na Pskowszczyznę przyjeżdżam od strony Białorusi, gdzie na granicy z Federacją Rosyjską widoczne są jeszcze pozostałości infrastruktury pogranicznej, ale przyroda wdziera się nieubłaganie. Alieksiej Pietrenko, dyrektor Krajoznawczego Muzem w Siebieżu oraz Natalia Fiodorowna z miejscowej administracji przyjmują mnie bardzo serdecznie, wprowadzają w specyfikę regionu i od razu pokazują, co i gdzie warto zobaczyć. Swoje kroki kieruję najpierw ul. Proletarską (niegdyś Piotra Wielkiego) w stronę byłego kościoła. Od XVII w. starostwo siebieskie i newelskie należały do posiadłości znanego rodu Radziwiłłów. To właśnie oni na miejscu spalonego kościoła drewnianego wznieśli w Siebieżu w 1649 r. nowy, murowany kościół pw. św. Trójcy, gdzie obecnie znajduje się cerkiew prawosławna (fot. 1 i 2).

Nieco wyżej znajdował się zamek, po którym ostało się już tylko wzgórze zamkowe z pomnikiem upamiętniającym dawne dzieje. Wracam tą samą ul. Proletarską do muzeum (fot. 3. i 4.), której układ nie zmienił się od kilkuset lat. W muzeum poznaję znanego tutaj malarza Dmitrija Droździeckiego, który zabrał mnie w świat siebieskiej prowincji, a który ma też polskie korzenie, jak z resztą wielu z miejscowej ludności.

Jedziemy samochodem w stronę Idrycy, a następnie na północ, do wsi Kickowo, Maksiutino i Maćkowo. Dmitrij wprowadza mnie w dzieje gminy, wyliczając bałtyckie i ugrofińskie nazwy miejscowych jezior i rzek, pokazuje gdzie stała do niedawna polska, katolicka kapliczka i opowiada historię rodzinną: moi przodkowie byli pancernymi bojarami. U nas w Kickowie wszyscy mają polskie korzenie, a mój pradziadek swobodnie rozmawiał po polsku. Jego nazywali Mateusz Grieszmanowskij. Tutaj jeszcze na początku XX w. wszyscy mówili zmieszanym językiem rosyjsko-polsko-białorusko-łatgalskim. Większość polskojęzycznych Niemcy, uciekając przed Sowietami, wywieźli do Niemiec. Po II wojnie już tylko pojedyńcze osoby rozmawiały po polsku.

Obr. 1. Kapliczka katolicka we wsi Kickowo (obraz D. Droździeckiego)

Obr. 1. Kapliczka katolicka we wsi Kickowo (obraz D. Droździeckiego)

Dmitrij pokazuje fotografię (fot. 5) – dowód na lokalne multikulti: to zdjęcie z 1948 r., mieszkańcy Maćkowa – z lewej strony Katierina Piliejewskaja (znająca polski), w środku moja babcia Wiera Grieszmanowskaja (z domu łotewska Niemka: Griezmane), z prawej Katierina Zajcewa, też Niemka (wcześniej nosząca nazwisko Zeins). W latach 20. XX w. wszyscy zmienili nazwiska na rosyjskobrzmiące. Wielu było też potomków Estończyków, do dzisiaj są takie nazwiska jak: Sozar’ (Soosaar), czy Puntus (Puntuus). Dyskutujemy intensywnie przy herbacie, a w gości do Dmitrija zachodzi miejscowy znajomy – Łatgalczyk, który po rozpadzie Związku Radzieckiego przyjechał tutaj, wybierając „wolny od cywilizacji tryb życia”.

Ruszamy dalej na północ, do wsi Kazichi. Samochód Dmitrija dzielnie pokonuje leśne i polne drogi, by w końcu dowieźć mnie do samotnie stojącej na pagórku chaty Taisy Szerszniowej (fot. 6). Starsza pani opowiada mi historię z pogranicza: urodziłam się nieco dalej na północ, we wsi Rżawki Litowskije, a po drugiej stronie były już Rżawki Ruskije. Dawna granica, wystarczyło przejść przez rzeczkę. My ich przezywaliśmy skabariami [Psków był znany z rzemieślników wyrabiających skoble], a oni nas puliakami, litowcami. Tak oto dawna granica Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej z Państwem Moskiewskim ostała się w pamięci miejscowej ludności. Również w języku Taisy cechy białoruskie i polskie nie trafiają się już tak często, jak u starszych osób mieszkających kilkanaście kilometrów na południe. Nie mam wątpliwości, że właśnie gdzieś tutaj kończą się dawne wpływy Rzeczypospolitej.

Odwiedzam też inne wsie rejonu siebieskiego. Dwie siostry, które wróciły na emeryturę do pogranicznej z Łotwą wsi Zasitino, z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy, jak pracowały w kołchozie a wymiana handlowa z Łotewską SRR miała się bardzo dobrze: Zdawaliśmy siano z kołchozu, woziliśmy na Łotwę, do Zilupe, u nas był kołchoz „Wpieriod”. U nas wszystko było na kartki, wódka na kartki, cukier na kartki, a na Łotwie wszystko było, trzy razy dziennie autobus tam jeździł. A po rozpadzie Sojuza to Łotwa do nas jeździ, słuchaj, ile Łotyszy! U nas teraz wprawdzie wszystko jest, ale u Łotyszy smaczniejsze, lepsze, za to u nas benzyna tańsza. Granica łotewsko-rosyjska nie zawsze jednak wyglądała tak kolorowo. Przed II wojną światową była bardzo dobrze strzeżona przez Sowietów, a przekroczenie jej przez obywateli ówczesnej Łotwy skutkowało w lepszej sytuacji zesłaniem na Sybir, o czym niejednokrotnie opowiadali mi mieszkańcy nadgranicznego łotewskiego Posina.

Obr. 2. Brama cmentarza katolickiego w Siebieżu (obraz D. Droździeckiego)

Obr. 2. Brama cmentarza katolickiego w Siebieżu (obraz D. Droździeckiego)

Na koniec zostawiam sobie spacer po miejscowym cmentarzu, zwanym, a jakże by inaczej, „polskim”, jak zazwyczaj nazywa się cmentarze katolickie na Łotwie, czy na Białorusi. Wśród nagrobków prawosławnych odnajduję bez większego problemu i te z polskimi napisami z przełomu XIX i XX w.: Izabela z Wolbeków Junosza Piotrowska (obywatelka ziemska), Ksawera z Gołyńskich Biedrzycka, Wincenty Biedrzycki, pułkownik Stanisław(?) Junosza Piotrowski,  Józefina Hołyńska, Wincenta Ertman, Hipolit Sienkiewicz, Aleksander i Aleksandrowa Wolbekowie, Aleksander Simaszko, Alfons Gołyński (fot. 7. i 8.). Niektóre nagrobki zachowały się w bardzo dobrym stanie, inne odchodzą powoli w zapomnienie, poddając się działaniu przyrody…

Doskonałym uzupełnieniem wielokulturowości rejonu siebieskiego były święta, na które zaprosiła mnie Natalia Fiodorowna, odpowiadająca w miejscowej administracji rejonowej za kulturę. Pierwsze to Święto partyzantów i działaczy podziemia. Pskowszczyzna mocno ucierpiała w czasie II wojny światowej, a partyzantka była tutaj bardzo aktywna. Z resztą do dzisiaj gęste lasy ciągną się tutaj kilometrami. Święto było obchodzone bardzo uroczyście przez administrację i miejscową ludność. Nie zabrakło bohaterów tamtych czasów (mocno wiekowych, ale żyjących jeszcze partyzantów), młodzieży, pieśni patriotycznych, kaszy gryczanej z mięsem z przenośnej kuchni wojskowej, licznych flag Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, a nawet rodziny uchodźców ze wschodniej Ukrainy, która została przyjęta przez siebieżan, a z którą dłuższy czas rozmawiałem o konflikcie w Doniecku. Różnice poglądowe łagodzi wyśmienite jedzenie i samogonka, która nie wiadomo kiedy pojawiła się na stole.

O wiele ciekawsze okazało się drugie święto, na które również mnie zaproszono – na Kurhan Drużby. Zostało ono ustanowione 3 lipca 1959 r. na pamiątkę uczestników partyzantki antyniemieckiej (swoją drogą odnowiony cmentarz niemiecki znajduje się na obrzeżach Siebieża), trzech bratnich sowieckich narodów – Rosjan, Białorusinów i Łotyszy.

Na miejsce wybrano styk granicy trzech byłych republik radzieckich – rosyjskiej, białoruskiej i łotewskiej. Po stronie rosyjskiej znajduje się memoriał, po białoruskiej muzeum, a po łotewskiej posadzono dąb. Po rozpadzie ZSRR, a już szczególnie po wejściu Łotwy do Unii Europejskiej i NATO Łotysze nie uczestniczą już oficjalnie, a jedynymi świętującymi z tamtej strony są przedstawiciele Komunistycznej Partii Łotwy, stojący z czerwonymi flagami i witającymi okrzykami Rosjan i Białorusinów. Za to po stronie białoruskiej i rosyjskiej święto co roku jest obchodzone hucznie – z przedstawicielami władz lokalnych i obwodowych, koncertami, straganami z rękodziełem i białoruskim lnem, pokazem umiejętności Specnazu i… ponownie z licznymi członkami Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej. Z jednej strony pozostaje miłe wspomnienie osób niezmiernie życzliwych i gościnnych, z drugiej strony wrażenie, jakby momentami czas zatrzymał się w latach 70. czy 80. XX w.

Opuszczam już rejon siebieski. Przed drogą robię jeszcze małe zakupy w niewielkim sklepiku spożywczym prowadzonym przez Łotyszkę, która wyszła za mąż za miejscowego Rosjanina, i wyruszam na wschód, w stronę Newla.

Rejon newelski

Przejechanie z Siebieża do Newla (108 km) autobusem normalnie zajmuje aż 8,5h z przesiadkami. Pomocną dłoń ponownie wyciąga Natalia Fiodorowna i zabieram się z miejscową inspekcją podatkową, aby w niecałe 1,5h znaleźć się na głównym placu w Newlu. Miasteczko miejscami sprawia wrażenie jeszcze mocno sowieckiego. Miejscowa administracja od razu kieruje mnie do Newelskiego Muzeum Krajoznawczego mieszczącego się w dawnej stacji pocztowej (budynek z 1831 r.).

Fot. 14. Newelskie Muzeum Krajoznawcze. Miejsce corocznej konferencji pt. „Bachtinskije cztienja”

Fot. 14. Newelskie Muzeum Krajoznawcze. Miejsce corocznej konferencji pt. „Bachtinskije cztienja”

Wita mnie dyrektor – Ludmiła Maksimowskaja, u której akurat gości młody historyk zajmujący się dziejami tego regionu – Nikołaj Mienszow. Muzeum (fot. 14.), dzięki dyrektor, jej mężowi i kilku osobom już dawno stało się ważnym centrum kulturalnym całego miasta, skupiającym okoliczną inteligencję i ocalałe po wojnie środowisko żydowskie. Przejawem tego jest chociażby coroczna konferencja „Bachtinskije cztienja”, której poziomu nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Ludmiła Mironowna bez większego trudu wskazuje mi wsie, które warto zbadać pod kątem lokalnej gwary i już następnego dnia zaczynam badania terenowe. Cel: sprawdzić, co w gwarze miejscowej ludności pozostało z dawnej wielokulturowości i wielojęzyczności Rzeczypospolitej oraz jak wygląda kwestia tożsamości narodowej zwykłych, wiejskich ludzi.

Jeszcze niecałe sto lat temu ludność wiejska zauważała swoją specyfikę językową i kulturową, odróżniającą ich zarówno od „właściwych” Białorusinów, jak i Rosjan z Pskowa czy Wielkich Łuków. Taką oto odpowiedź usłyszał w 1926 r. od swojej rozmówczyni Piotr Buzuk, badacz języka białoruskiego: Nas nazywają Polakami kiedy jedziemy za Wielkie Łuki, a za Newlem śmieją się z nas, że bardziej rozmawiamy już z rosyjska. Prawie wszyscy rozmówcy ze wsi, zarówno w rejonie siebieskim, jak i newelskim, potwierdzili narodowość rosyjską, co nie dziwi zbytnio. Nikt tutaj nie pamięta żadnej szkoły polskiej, czy tym bardziej białoruskiej – ich po prostu nie było. Po II wojnie światowej nie istniały i nie istnieją również i dzisiaj żadne organizacje polskie, czy białoruskie, które podtrzymywałyby tożsamość narodową. Z tego samego powodu moi rozmówcy swój język nazywają rosyjskim, choć czasami, po dogłębniejszym dopytywaniu się wskazywali na jego „zmieszany” charakter: bywa, że akcent taki jest, sam zauważysz, że nie czysto po rusku rozmawiamy, ruski z chochłackim [ukraińskim], ruski z żydowskim, od Polaków wiele słów wzięliśmy [kobieta ur. w 1928, wieś Opuchliki]. Moje ucho szybko wyłapuje słowa pochodzenia bałtyckiego: aświer ‘żuraw studzienny’, bałanda ‘lurowata zupa’, girsa ‘odpadki ze zboża, którymi płacono ludziom na koniec roku za pracę w kołchozie’, czy punia ‘stodoła’. Polskich słów też udało mi się kilka zanotować: bacian, pan, papierosy, widelce. Słowa z jidysz zachowały się już tylko w wypowiedziach miejscowej ludności pochodzenia żydowskiego: aufn dach (ауфн дах) ‘na dachu’, końkies (конькес) ‘łyżwy’, buraczkis (бурачкис) ‘buraki’, srul’ (Сруль) ‘ubrudzone dziecko, obsraniec’. Najwięcej zachowało się jednak białorutenizmów – dziesiątki słów, a cała struktura gwary do dzisiaj ma mocno białoruski charakter. Zasięg licznych białoruskich cech językowych, które zanotowałem w trakcie badań, pokrywa się w dużej mierze z… dawną granicą Rzeczypospolitej i guberni witebskiej, nazywanej niegdyś „białoruską”.

Wracam do Newla w poszukiwaniu polskich śladów. Niestety nie udaje mi się znaleźć polskich mogił – dokładnie na ich miejscu wybudowano bloki. Pytam się starej mieszkanki jednego z nich, która zupełnie bez emocji potwierdza, że polskie nagrobki były dokładnie na miejscu… jej bloku. Na cmentarzach prawosławnych widać jednak po nazwiskach, że byli tu Polacy, Ukraińcy, czy Białorusini, są też krzyże katolickie. Z kościoła katolickiego (jedynego w dawnym powiecie newelskim) też już nic się nie ostało (fot. 15.). W dużej mierze został zburzony przez Niemców w czasie II wojny światowej i tak stał do 1956 r., kiedy Sowieci podjęli decyzję o zrównaniu go z ziemią, jak wówczas mówiono – z powodu braku środków finansowych na otwarcie muzeum w tym miejscu. Teraz stoi tam bar mleczny „Łakomka”. Zabytkowa cerkiew prawosławna, która znajdowała się obok, również nie przetrwała. Przy placu pozostał hotel, nieczynne kino „Rakieta” a po drugiej stronie rejonowa administracja, strasząca sowieckim wyglądem.

Przestrzeń kulturowa i ideologiczna nie lubi jednak pustki. Miejsca związane z polskością czy dawną obecnością Żydów (w 1910 r. było aż 15 synagog) zostały zastąpione sowieckimi blokami i licznymi pomnikami bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Siebież ma swoje święto Partyzantów i Działaczy Podziemia, a Newel liczne obeliski i pomniki. Niektórzy bohaterowie wojny mieli nieco orientalne nazwiska, jak Abylchair Bajmuldin czy Manszuk Mametowa a ich historię zna każdy uczeń newelskiej szkoły (fot. 16.).

O ile środowisko żydowskie powoli odbudowuje swoje życie kulturalne przy muzeum newelskim, to z polskości pozostają już tylko wspomnienia. Miłym akcentem było spotkanie z panem Stanisławem Kuczyńskim, Polakiem, który mieszka na obrzeżach jednej wsi w rejonie newelskim. W oczy od razu rzuca się jego pomysłowość i dryg do majsterkowania widoczne w gospodarstwie. Gdy dowiaduje się, że jestem Polakiem, to nasza rozmowa wydaje się nie mieć końca. Dotyczy między innymi miejscowych Polaków: tutaj swoje ziemie mieli Polacy, tworząc wśród miejscowej ludności wysepki. W Bajowie Sokołowski, w Kanaszowie Żukowski, a tutaj Trupczyński. A mojego ojca chcieli rozstrzelać w 1937 r. tylko dlatego, że NKWD miało zapisane, że należał do polskiej szlachty, chociaż już mocno zbiedniałej. Inne dawne polskie nazwiska moich sąsiadów – Żełamski, Grzybowski i Mickiewicz polskie nazwisko było. Gdzie oni byli, te pomieszczyki, to zawsze robili park i aleje lipowe. Po wojnie władze sowieckie robiły wszystko, żeby Polacy, Białorusini i Żydzi zapisywali się w dokumentach jako Rosjanie, a rozmawianie publicznie po polsku od razu wywoływało podejrzenia i groziło wywózkami na Syberię.

Niestety nie udało mi się nagrać na dyktafon nikogo, kto jeszcze porozmawiałbym ze mną po polsku – na chwilę zakrada się smutek do mojego serca, że spóźniłem się z badaniami o kilkanaście, a może kilka lat, a lokalna polszczyzna kresowa odeszła w zapomnienie wraz z najstarszymi mieszkańcami Newla, którzy urodzili się przed wojną. Pan Stanisław pamięta już tylko pojedyncze zwroty po polsku i tak charakteryzuje sytuację językową w rejonie newelskim: My w domu nie rozmawialiśmy już po polsku, tylko po wiejsku, po białorusku, a po polsku to były niektóre przysłowia – do Świentego Duchu nie zdejme korzuchu, a po Świentym Duchu choć daliej w korzuchu. Do wojny wszyscy rozmawiali na wsi po białorusku, a w mieście po polsku.

Z polskości pozostały już tylko wspomnienia o dawnych czasach, dawnych właścicielach ziemskich, dla których na polu pracowali rodzice moich wiekowych rozmówców, nieliczne nagrobki w języku polskim, nazwiska na -ski i… herb Newla z czasów Rzeczypospolitej, który do dzisiaj obowiązuje. Białoruskość, jak i sto lat temu, tak i teraz zachowała się w mowie ludności wiejskiej i niektórych obrzędach ludowych. Na miejscowy bazar przyjeżdżają Białorusini i sprzedają newelczanom „bul’bu, cybuliu i buraki” a nie „kartoszku, łuk i świokłu”.

Kończę swoją podróż po południowej Pskowszczyźnie. Jadę drogą krajową Moskwa-Ryga, do granicy rosyjsko-łotewskiej. Była to pierwsza granica dawnej Rzeczypospolitej, na której postawiono realne kontrole graniczne w związku z wielką migracją staroobrzędowców z Rosji przed represjami po reformie Nikona. Rząd carski podjął w 1723 r. decyzję o uszczelnieniu granicy i wybudowaniu szlabanów granicznych na szlaku Ryga – Wielkie Łuki. Liczba uciekinierów-staroobrzędowców osiągnęła w tamtym okresie kilkaset tysięcy osób. Dzisiaj to Łotysze pilnują, aby do Unii Europejskiej nie wwożono za dużo papierosów, benzyny i alkoholu. Po drugiej stronie granicy odbiera mnie Normunds, znajomy Łotysz i jedziemy przez Łatgalię z Zilupe (gdzie Rosjanie sprzedawali plony kołchozowe) na południe do Krasławia (dawnej siedziby rodziny Platerów) – niegdyś te same dawne, północne rubieże Rzeczypospolitej, będące w tej samej guberni witebskiej, a jednak tak różne od Siebieża i Newla, ale to już inna opowieść.

Polub nas na Facebooku!