Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Olga Gorszkowa: Tomaszewski potraktował wstążeczkę georgijewską instrumentalnie

Jestem obywatelką posłuszną prawu, ale wstążeczkę georgijewską oceniam pozytywnie, oczywiście wtedy, kiedy jej użycie jest uzasadnione. Na przykład podczas uroczystości na cmentarzu ofiar wojny. A jeśli chodzi o Waldemara Tomaszewskiego, to tak, ja znam go całkiem dobrze i muszę powiedzieć, że przed 2015 rokiem nigdy nie widziałam go na cmentarzu, tym bardziej ze wstążeczką. Uważam, że powód jej przypięcia był czysto utylitarny, to było przed kampanią prezydencką i kampanią do Parlamentu Europejskiego. To był akt populizmu, jemu wtedy były potrzebne głosy mniejszości rosyjskiej. I w ten sposób je zyskał – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Olga Gorszkowa, przewodnicząca Słowiańskiej Fundacji Miłosierdzia na Litwie.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Olga Gorszkowa urodziła się w Wilnie, ojciec pochodził z Odessy i miał korzenie ukraińsko-greckie, matka z Woroneża. Z wykształcenia jest filologiem rosyjskim. Ukończyła studia w Wileńskim Instytucie Pedagogicznym. W czasach sowieckich pracowała jako nauczycielka języka i literatury rosyjskiej. Od 1995 roku zatrudniona w Wileńskiej Szkole Gimnastyki, w latach 2005-2015 była wicedyrektorem tej instytucji. Od 2004 do 2007 roku oraz w kadencji 2011-2015 sprawowała mandat radnej Wilna, początkowo z ramienia Związku Rosjan na Litwie, później Aliansu Rosjan – wybrana ze wspólnej listy z AWPL. Szybko jednak popadła w konflikt z Waldemarem Tomaszewskim. W 1996 roku stanęła na czele Słowiańskiej Fundacji Miłosierdzia, pomagającej starszym ludziom, w tym weteranom. W 2006 roku znalazła się wśród założycieli Centrum Humanistycznego. Od lat organizuje projekty ważne dla społeczności rosyjskiej takie jak Dni Kultury Rosyjskiej oraz obchody gwiazdkowe pod katedrą wileńską. Parę razy bez powodzenia ubiegała się o mandat posłanki do Sejmu, ostatni raz z listy Partii Pracy, z którą porozumienie zawarł Związek Rosjan na Litwie. Jest szefową Rady Koordynacyjnej Rosyjskich Rodaków na Litwie, która działa we współpracy z Federacją Rosyjską.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Jest Pani przewodniczącą Słowiańskiej Fundacji Miłosierdzia. Czy mogłaby Pani coś więcej powiedzieć o tej organizacji?

Olga Gorszkowa: Ona istnieje od 1996 roku. Ja zostałam jej przewodniczącą, można powiedzieć, nie z własnej woli. Organizację oddały mi inne osoby. Ja zawsze chciałam się zajmować działalnością społeczną. W latach dziewięćdziesiątych pojawiło się niemało problemów, zwłaszcza u ludzi starszych na Litwie. Wtedy powstała Fundacja, która nie zajmowała się tylko sprawami socjalnymi, ale także pomocą przy organizacji przedsięwzięć kulturalnych. Bo dla Rosjan czy Polaków mieszkających na Litwie szalenie ważne jest, by zachować swoją tożsamość, swój język. Oczywiście trzeba znać litewski, ale swojego języka nie należy zapominać. Dla mnie mniejszości narodowe to bogactwo Litwy, spójrzmy na miasto Wilno, które zawsze było wielokulturowe.

Przed wojną dużo żyło Rosjan w Wilnie, ale większość z nich przyjechała po wojnie.

To sprawa historyczna, ale trzeba wspomnieć, że od XIII wieku na terenie Wilna funkcjonują rosyjskie cerkwie prawosławne. Oczywiście, dużo Rosjan pojawiło się po II wojnie światowej, gdy odnowiona została Litwa Sowiecka. Jedni byli zadowoleni, drudzy nie zawsze. Znam absolwentkę Moskiewskiego Uniwersytetu Medycznego, która strasznie płakała, że po studiach ją wysłano do Wilna. Stolica Litwy kojarzyła jej się z czymś obcym, dalekim, nieznanym, ale w końcu przyjechała, zapuściła swoje korzenie, wyszła za mąż i urodziła dzieci. Swoją drogą jest ciekawostką, że początkowo po wojnie, po tym jak wyjechali Polacy, więcej było w Wilnie Rosjan niż Litwinów.

Wróćmy do Słowiańskiej Fundacji Miłosierdzia. Kto ją założył?

Oficjalnie jako założycielka widnieję ja, bo ja musiałam dokonać przerejestrowania. Od początku zaczęłam prowadzić projekty socjalne, pomagając ubogim rodzinom. Dawaliśmy prezenty, odwiedzaliśmy starszych ludzi, zatrudnialiśmy wolontariuszy, którzy im pomagali. Organizowaliśmy noworoczne przyjęcia dla dzieci. Wtedy Rosja realizowała już program pomocy dla swoich rodaków zagranicą, wtedy organizowaliśmy obozy dla dzieci, które zabieraliśmy nie tylko na Litwę, ale także do Kaliningradu, do obwodu smoleńskiego czy pskowskiego. W ostatnich latach jako Fundacja otworzyliśmy zaś Centrum Pomocy Społecznej przy ul. Basanavičiusa. Wtedy byłam radną Wilna, szefową Komitetu ds. Wspólnot Narodowych. Pod dachem tego centrum działali przedstawiciele cerkwi prawosławnej, weterani afgańscy czy weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Rozdawaliśmy odzież, pisaliśmy programy, uczestniczyliśmy w projektach finansowanych przez miasto Moskwę. Mer Moskwy Jurij Łużkow bardzo pomagał weteranom i robił to przez naszą Fundację.

W ostatnim czasie zmieniły się jednak warunki, musieliśmy zrezygnować z prowadzenia Centrum, bo było za drogo utrzymywać lokal na prawie 100 metrów kwadratowych. Teraz bardziej zajmujemy się projektami kulturalnymi. Przyciągamy szeroki krąg ludzi. Organizujemy Dzień Kultury Rosyjskiej, który w maju odbywał się już po raz piętnasty. Przychodzą ludzie różnej narodowości. Słyszę na imprezie różne języki. Przychodzą ci, którzy lubią nasze wielonarodowościowe miasto…

Pani Fundacja pomaga tylko rosyjskojęzycznym czy wszystkim mieszkańcom Litwy?

Kierujemy swoją działalność do rosyjskojęzycznych.

Czyli także do Ukraińców, Białorusinów?

Nikogo nie pytamy nigdy o narodowość. Jeśli pomagamy weteranom II wojny światowej, to nie kontrolujemy jakiej są narodowości. Wśród nich są także Litwini.

Parę dni temu obchodziliśmy Dzień Zwycięstwa (rozmowa przeprowadzona została w maju – przyp. red.). Jak ważne jest to święto dla Pani?

Dla mnie jest bardzo ważne, podobnie jak dla całej mojej rodziny. Nie pamiętam takiego dnia w dzieciństwie, kiedy nie było mnie na cmentarzu, by złożyć kwiaty dla ofiar wojny. Dla mnie to sprawa święta. Mój dziadek i mój ojciec walczyli na froncie, byli ranni. Z roku na rok znaczenie tego święta nie zmniejsza się, a wręcz rośnie. Zwłaszcza, że tutaj, na cmentarzu, pochowani są moi rodzice i moja babcia.

Dwa lata temu na Litwie świętowano koniec wojny, a szef AWPL Waldemar Tomaszewski przypiął sobie wtedy wstążeczkę georgijewską. Spotkało się to z wieloma negatywnymi reakcjami na Litwie. Jaki jest Pani stosunek to wstążeczki georgijewskiej?

Oczywiście jestem obywatelką posłuszną prawu, ale dla mnie ma ona znaczenie historyczne, jeszcze od czasów Katarzyny II. Wstążeczkę oceniam pozytywnie, oczywiście wtedy, kiedy jej użycie jest uzasadnione. Na przykład podczas uroczystości na cmentarzu ofiar wojny. A jeśli chodzi o Waldemara Tomaszewskiego, to tak, ja znam go całkiem dobrze i muszę powiedzieć, że przed 2015 rokiem nigdy nie widziałam go na cmentarzu, tym bardziej ze wstążeczką georgijewską. Uważam, że powód jej przypięcia był czysto utylitarny, to było przed kampanią prezydencką i kampanią do Parlamentu Europejskiego. To był akt populizmu, jemu wtedy były potrzebne głosy mniejszości rosyjskiej. I w ten sposób je zyskał.

Pani ma całkiem długą biografię polityczną. Początkowo należała Pani do Związku Rosjan Litwy, później kandydowała z listy Aliansu Rosjan i AWPL, zaś ostatnio powróciła Pani do tej pierwszej partii. Wiele osób w Polsce ciekawi, dlaczego tu na Litwie są dwie partie rosyjskie…

To, dlaczego w Litwie są dwie partie rosyjskie, to pytanie nie do mnie, a do tych, którzy zakładali Alians Rosjan. Swoją drogą, jeszcze parę lat temu, funkcjonowała alternatywna partia polska, czyli Polska Partia Ludowa Maciejkiańca. Co do partii rosyjskich, to pierwszą z nich był oczywiście Związek Rosjan Litwy, później pojawił się Alians, który wykorzystała AWPL jako swojego rosyjskiego partnera. U mnie w pewnym momencie były trudne relacje z kierownictwem Związku Rosjan Litwy i w pewnym momencie zaproponowano mi start z listy Aliansu Rosjan. A z tej racji, że jestem aktywnym człowiekiem, mam zawsze mnóstwo projektów, chcę być przydatna społeczeństwu, zgodziłam się. Zostałam radną Wilna. Ale później bardzo rozczarowałam się z tej przyczyny, że kierownictwo polskiej partii było bardzo autorytarne, czego nie mogłam zaakceptować. Tomaszewski nie rozumie, że u nas już nie ma jednopartyjnego systemu i jest pluralizm, powinien on być także wewnątrz partii. Lider partii powinien słuchać tych, których zaprosił do swoich szeregów. Każdy w ugrupowaniu powinien mówić nie słowami prezesa, a własnymi.

Niestety Tomaszewskiemu potrzebne były tylko rosyjskie nazwiska na liście. Działacze AWPL nie rozumieją także tego, że partia powinna orientować się nie tylko na polityczny proces, ale także rezultat swojej działalności. Weźmy na przykład kwestię szkół polskich w Wilnie. Byłam bardzo zdziwiona, że AWPL tak gwałtownie zaczęła ich bronić za kadencji mera Šimašiusa. Oznacza to, że wcześniej nie słuchali administracji, dyrekcji szkół, że nie wiedzieli jaka jest sytuacja. Dla AWPL ważne jest, żeby podnieść szum, gdy mowa o polskiej czy rosyjskiej szkole, bo to ważny temat dla elektoratu. Ale gdzie były wcześniejsze działania?

Oczywiście w polskiej partii są także ludzie bardzo w porządku, ale ten nacisk ze strony kierownictwa niweczy wiele cennych inicjatyw…

W czasie kadencji Artūrasa Zuokasa, podobnie jak AWPL, była Pani w koalicji. Uważa Pani, że wtedy zrobiliście dostatecznie dużo w sprawie ochrony szkół mniejszości?

Niestety w 2011 roku weszła ustawa o szkolnictwie, której autorem był liberał Gintaras Steponavičius. Te poprawki, które wprowadzono, zadecydowały o dalszym losie szkół mniejszościowych. Wileński samorząd, podobnie jak inne rejony, musi wypełniać wolę Sejmu. To co jednak funkcjonowało dobrego za rządów Zuokasa, to Komitet ds. Wspólnot Narodowościowych, który powstał w 2011 roku i działał do 2015 roku. Za obecnej kadencji już nie ma tej instytucji. W tym komitecie działało dwóch radnych rosyjskich, jak i Wiktor Bałakin. W komitecie działali radni AWPL. Co więcej, AWPL była częścią koalicji rządzącej i piastowała ważne stanowiska. Jarosław Kamiński był wicemerem Wilna odpowiedzialnym za kulturę i edukację, zaś Danuta Narbut wicedyrektorem administracji.

Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przez cztery lata oni nie zrobili nic, by sprostać wymogom ustawy z 2011 roku. Przecież mieli wszelkie karty w ręku. Dopiero gdy zakończyła się kadencja, a oni przeszli do opozycji, zaczęły się pikiety, mityngi, które do niczego nie prowadzą. A ja uważam, że po prostu w sprawie szkół potrzebny jest dialog. Z Ministerstwem Oświaty, z rządem, z merostwem, radami szkół. Trzeba usiąść do stołu. Polska szkoła na Antokolu ucierpiała dlatego, że wybrano nieprawidłową drogę pikiet, eskalacji sytuacji, zamiast dialogu. I znowu sprawdza się to, co powiedziałam już wcześniej: dla AWPL ważny jest proces, nie rezultat.

Wróćmy do tematyki Rosjan na Litwie. Jakie problemy są ważne dla waszej społeczności? Czy takie same jak dla Waldemara Tomaszewskiego, czyli szkoły, dwujęzyczność w Kłajpedzie, w Wisagini?

Wczoraj słuchałam wystąpienia Szuklina, naszego działacza w Wisagini, który stwierdził, że młode i średnie pokolenie Rosjan świetnie mówi w języku państwowym. Być może tam, gdzie Rosjanie żyją w dużych skupiskach można byłoby dać dwujęzyczne nazwy miejscowości czy ulic, ale nie uważam, żeby to był priorytet. Nasi posłowie podnosili jednak sprawę pisowni imion i nazwisk, z którą Rosjanie na Litwie mają pewne problemy, np. nie można zapisać imienia Анна czy Элла w odpowiedniej transkrypcji z podwójną spółgłoską, po litewsku mamy „Ana” i „Ela”. Co ciekawe, w europejskich paszportach Rosjanie mogą pisać swoje imiona z podwójną spółgłoską.

Czyli sprawy te plus szkoły są głównymi problemami litewskich Rosjan?

Mniej więcej można tak powiedzieć.

A kiedy więcej było problemów, teraz czy za czasów sowieckich?

Opowiem coś ciekawego. Oczywiście wiele problemów pojawiło się po 1990 roku. Żyjemy teraz w państwie litewskim, co samo w sobie jest dobre, bo mamy taką ciekawą podwójną tożsamość, mamy z jednej strony swoją ojczyznę, czyli Litwę, z drugiej strony w sercu jest też Rosja. To wzbogaca. Ale w czasach sowieckich też były problemy. Któregoś wieczora miałam sytuację, gdy wprost powiedziano mi, że Rosjanie powinni się wynieść z Litwy. Ktoś rzucił modne wówczas hasło: czemodan, wokzał, Moskwa… Więc to nie jest tak, że wszystkie problemy pojawiły się z odzyskaniem przez Litwę niepodległości. Trzeba powiedzieć jednak o złej roli mediów. Na przykład w mediach litewskich często wspomina się narodowość przestępcy, co później przekłada się na społeczną nietolerancję. Tydzień temu mieliśmy Dzień Wspólnot Narodowych, ludzie szli z rosyjską pieśnią na ustach, jedna kobieta zaczepiła nas z hasłem, że „zabrania się mówienia po rosyjsku”. Do tej prostej kobiety dotarło po prostu to, co mówi się w mediach. Media niestety przedrukowują to co jest kontrowersyjne, np. reżyser i polityk Edvīns Šnore z Łotwy porównał niedawno Rosjan do wszy. I to znajduje później posłuch.

Uważa Pani, że na Litwie istnieje rusofobia?

Kiedyś powiedziałabym, że nie. Ale w związku z ostatnimi wydarzeniami w Rosji, ta niechęć rośnie. Szukanie wrogów, piątej kolumny, negatywne odnoszenie się do wszystkiego, co nie jest litewskie. Na przykład ostatnio czytałam raport Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego, w którym można przeczytać o całym szeregu rosyjskich organizacji społecznych, które są rzekomo zagrożeniem dla Litwy.

Ma to związek z wojną na Ukrainie. Czy Pani ma jakieś zdanie w tej kwestii, co się dzieje na Ukrainie? Kto jest winny?

To prowokacyjne pytanie, ale odpowiem w ten sposób. W odróżnieniu od Ukrainy, która zamyka rosyjskie portale, u nas na Litwie jest możliwość, by zapoznać się z argumentami dwóch stron. Każdy może sobie wyrobić opinię. Można starać się obserwować wojnę na Ukrainie, ale dawać ocenę tego, kto jest winny, a kto nie, byłoby mniej więcej w tym samym stylu, co wyjście Tomaszewskiego ze wstążeczką georgijewską. Ja na wojnę na Ukrainie patrzę w taki sposób, że wszystko, co złe, zaczęło się niestety od tego, gdy zakazano używania języka rosyjskiego, anulując ustawę, która funkcjonowała przez parę lat. A trzeba pamiętać, że cała wschodnia Ukraina mówi po rosyjsku. Ktoś chciał zrobić taką prowokację. Myślę, że gdyby coś podobnego stało się w Odessie, gdzie żyją moi krewni, reakcja społeczeństwa byłaby taka sama.

Sporo w mediach polskich i litewskich mówi się o aneksji Krymu. Co Pani myśli? Czy Krym to ziemia rosyjska czy ukraińska?

Oficjalnie Krym nie ma teraz żadnego statusu, to kolejne prowokacyjne pytanie z Pana strony. Historycznie Krym to rosyjska ziemia. Ja czytałam Lwa Tołstoja, wiem, o tych wszystkich wydarzeniach. Myślę, że wcześniej czy później będziemy mieli jakąś jasność ze strony społeczności międzynarodowej, jaki jest status Krymu. Ale obecnie ja nie chcę wdawać się w takie dyskusje, bo w związku z sytuacją na Litwie wypowiadać się na ten temat jest bardzo, ale to bardzo niebezpiecznie.

Pani mówi bardzo neutralnie, nie opowiada się Pani po żadnej ze stron…

Jak to mówią, fifty-fifty (śmiech).

Ostatnie prowokacyjne pytanie z mojej strony. W Łotwie jest olbrzymia dyskusja, czy w latach 1940-1990 kraj był poddany sowieckiej okupacji czy nie. Jaka jest Pani ocena, czy Litwa była okupowana po wojnie?

To nie jest mój styl, żeby tak mówić. Miałam partyjnego męża, który mówił otwarcie o problemach, które mieliśmy w sowieckiej Litwie. Ale nazywać to okupacją…

Więc jak nazwać ten okres?

To po prostu była druga formacja, inny czas. Manipulowano ludźmi. Ale nawet ci Litwini, z którymi mam kontakt, mówią, że rozwijał się przemysł, kultura, były święta pieśni…

A słowo aneksja jest adekwatne?

Może powiedzmy, że była taka umowa. Że władze litewskie zgodziły się na wejście Litwy do Związku Sowieckiego. Jedni się godzili, drudzy nie.

Litwini twierdzą, że to było pod naciskiem Stalina.

Wie Pan, moja rodzina także cierpiała represje stalinowskie. Mój dziadek siedział w Workucie, miał zakaz przyjazdu na Litwę, umarł w innym mieście. Tak, to był bardzo ciężki okres. Ale ja uważam, że nie ma sensu nosić w sobie ciągle złości, urazy… Trzeba znaleźć jakąś równowagę – mój ojciec walczył w Armii Czerwonej, mój dziadek także. A drugi dziadek był wrogiem ludu. Nie wiem…

Rozmawiam z Litwinami, czytam różne źródła, nie mówiłabym tak ostro, jednoznacznie o tamtym okresie. Ci sami Litwini, którzy narzekają, w tamtym czasie studiowali, uzyskali edukację w Związku Sowieckim… Kultura rozwijała się, niech Pan spojrzy na działaczy kulturalnych, którzy kształcili się jeszcze w ZSRR, jaką chlubę obecnie przynoszą Litwie…

Wróćmy do problemów Rosjan na Litwie. Obywatelstwo, inaczej niż w Łotwie i Estonii, przyznano wam bez żadnych problemów, temat dwujęzyczności, jak Pani powiedziała, nie jest taki ważny. Co ze szkołami?

Dla Polaka i Rosjanina na Litwie ważne są dwie rzeczy. Znać język państwowy i nie odrywać się od swych korzeni. Asymilacja byłaby czymś złym, bo człowiek i tak nie zostanie Litwinem, ale przestanie być Polakiem czy Rosjaninem.

A jaka jest sytuacja szkół rosyjskich w Wilnie?

Nie ma takich szkół. Mamy szkoły litewskie z rosyjskim językiem nauczania…

Tak, oczywiście.

Są dwie rzeczy. Po reformie ministra Steponavičiusa mamy dziewięć podstawowych szkół rosyjskich, z czego dwie są mieszane, polsko-rosyjskie, a także siedem gimnazjów, z czego dwa są także polsko-rosyjskie. Od 1990 roku liczba szkół spadła o połowę.

Więc trend jest niebezpieczny.

Tutaj grają rolę różne czynniki. W latach dziewięćdziesiątych dużo Rosjan wyjechało, wyjeżdżają także teraz. Baby boom, który był parę lat temu, wciąż daje nam nowych uczniów, ale to się wcześniej czy później zakończy i liczba szkół znów spadnie. Jako polityk patrzę na sprawę pragmatycznie i wiem, że utrzymywać szkołę mniejszościową w Wilnie, do której chodzi 90 dzieci jest niewygodne…

Oprócz szkół jest inna strona medalu. Kwestia jakości edukacji. Rozmawialiśmy już dawno z ministerstwem o potrzebie stworzenia nowego podręcznika w języku rosyjskim czy korekturze starszych podręczników. Mieliśmy też zastrzeżenia co do ujednoliconej matury z litewskiego, uważaliśmy, że należy wprowadzać ją etapami. Widzimy teraz efekty, że dzieci rosyjskie nie do końca poradziły sobie z egzaminem.

Jaka jest sytuacja waszej partii Związek Rosjan Litwy? W 2016 roku wypadliście z parlamentu, Siergiej i Łarisa Dmitrijewowie przestali być posłami, zostali wam radni, jeden w Kłajpedzie, Wiaczesław Titow, dwóch w Wisagini. Wasza partia jest w kryzysie?

Ja zajmuję się teraz sprawami społecznymi, ale z tej racji, że jestem człowiekiem komandy, nie mogę przepuścić takiej okazji jak wybory. Zwłaszcza, że aktywność polityczna już mi się spodobała. W wyborach z listy Partii Pracy w 2016 roku uczestniczyłam pasywnie, głównie ze względu na to, by pomóc kierownictwu. Jak będzie w przyszłości, nie wiem.

A wyobraża sobie Pani powrót do Aliansu Rosjan?

Nie, czegoś takiego nie będzie. Bo to już jest satelita AWPL.

Działa Pani w radzie rodaków przy Federacji Rosyjskiej. Ma Pani kontakty z rosyjską mniejszością w Estonii, w Łotwie?

Oczywiście. Poprzez Centrum Pomocy Prawnej współpracowaliśmy z organizacją Tatiany Żdanok. Nawet 18 czerwca jeden z naszych przedstawicieli jedzie na tamtejszą konferencję o ochronie praw człowieka. Oczywiście sytuacja Rosjan w Łotwie jest inna niż na Litwie, jeśli weźmiemy choćby obywatelstwo… Ale jako organizacja rodaków mamy kontakty z Rosjanami w całej Europie, także w Polsce, choćby z pochodzącym z Kaliningradu Artiomem Bołogowem. On stoi na czele takiej samej rady jak ja. Jest bardzo aktywnym człowiekiem. Spotykamy się raz na rok albo częściej.

A teraz są wybory w Rydze, w nich kandyduje Nił Uszakow, czy to dla Pani ważne?

Myślę, że jest to ważne przede wszystkim dla ryżan. Mnie podoba się Uszakow, bo on ma swoje zdanie, idzie do przodu i nie podczepia się pod różne okoliczności.

Czy za dwa lata chciałaby Pani wrócić do rady miejskiej Wilna?

Nie wiem. Możliwe, że tak, bo czuję się potrzebna, czuję, że mam potencjał. Ale w ciągu dwóch lat, gdy odeszłam z rady, mam teraz więcej czasu dla siebie samej. Praca w samorządzie jest wyczerpująca, bo jest dużo próśb, jeśli chodzi o drzewa, które spadły, o balkony, wszystkie organizacje zwracają się do ciebie, chcą pomocy… Każdy chce dotacje, a tych dotacji nie ma.

Więc może chciałabym wrócić, ale pytanie z jaką listą. Jest wiele wariantów, które będę rozpatrywać.

A jakie plany ma Pani dla Fundacji Miłosierdzia? Co chciałaby Pani jeszcze zrealizować? Jakie są marzenia?

Niestety myśli mam bardzo smutne. Organizujemy dwa duże wydarzenia: Dzień Wspólnot Narodowych oraz imprezę bożonarodzeniową koło katedry. Samorząd się zgadza, ale finansowo nikt nie chce pomagać. Departament Mniejszości Narodowych nie wsparł mnie, gdy wystąpiłam o finansowanie święta na placu Katedralnym. Wydaje mi się, że wiem, dlaczego. Ja po prostu chyba jestem osobą, z którą należy ostrożnie się obchodzić (śmiech). Mam stosunki z Rosją, stoję na czele Rady Koordynacyjnej Rodaków, może tu jest jakaś ręka Moskwy…

A Czechow pisał o malutkim człowieczku, urzędniku, który zawsze wszystkiego się boi. I to jest bardzo współczesne. Bo każdy urzędnik, który rozpatruje wniosek i widzi moje nazwisko, myśli sobie: „no tak, gdzieś o niej pisali, że ona jest ręką Moskwy, lepiej nie dawać jej pieniędzy na wszelki wypadek”. Miesiąc temu był konkurs w merostwie, ja napisałam wniosek, chciałam wziąć dotację, bo zawsze Litwini narzekają, że bierzemy pieniądze od rosyjskiej ambasady. Stwierdziłam, że pokażę, że nie będziemy brać z ambasady i będę pisać wniosek do miasta Wilna. Niestety nie dostałam pieniędzy. Dlatego już teraz mogę powiedzieć, że projekt zimowy pod katedrą będziemy już kończyć.

Wie Pan, sytuacja na Litwie jest taka, że młodzież już boi się angażować w politykę, w działalność społeczną, oni znajdują się pod presją, boją się stracić pracę, mieć nieprzyjemności na uczelni. Jest taka rosyjska szkoła, która jest pod kuratelą AWPL, gdzie dyrekcja zakazuje uczniom i nauczycielom angażować się w życie rosyjskiej wspólnoty. To jest przegięcie, za które komuś powinno być wstyd.

Ale jak mówiłam, na razie znajdujemy się pod olbrzymią presją…

Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcie tytułowe: Ulica Rosyjska w Wilnie – tabliczka oficjalna i poniżej ozdobna. Zdj. Vilnius.lt.

Polub nas na Facebooku!