Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Sukces jest nudny. Samuel West zaprasza do Muzeum Porażki – rozmowa

Perfumy sygnowane motocyklową marką Harleya Davidsona, plastikowa maska rażąca twarz mikro elektrowstrząsami w imię urody, połączenie Coca-Coli z kawą – to tylko niektóre wynalazki, które można znaleźć w otwartym w tym roku Muzeum Porażki w Helsingborgu. O tym, że błędy potrafią być lepszym nauczycielem niż sukces, rozmawiamy z Samuelem Westem, kuratorem wystawy najbardziej chybionych wynalazków na świecie.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Agnieszka Kujawa: Dlaczego niektóre produkty osiągają sukces wchodząc na rynek, a inne nie? Jakie czynniki mają na to wpływ? Brak sprawnego marketingu? Przesadnie oryginalny pomysł?

Samuel West prezentuje Nokię N-Gage

Samuel West: Według mnie pierwszym powodem jest często sam nie do końca przemyślany projekt. Technologia zastosowana przy produkowaniu danej rzeczy może być w porządku, ale dopracowanie sposobu użytkowania, tak aby produkt był przyjazny dla użytkownika, jest często wyzwaniem. W innych przypadkach, tak jak przy okazji wypuszczenia telefonu Nokia N-Gage, zawiódł w mojej ocenie zarówno projekt, jak i jego implementacja. Ostatecznie stworzono swojego rodzaju „Konsolofon” bardzo niewygodny i drogi.

A czy może być też tak, że niektóre produkty powstały po prostu zbyt wcześnie, aby odnieść sukces?

Tak też może się zdarzyć. Można nawet przytoczyć kilka przykładów popierających tę tezę. W latach 1999-2000 działał portal Boo.com, który miał się stać internetowym, globalnym serwisem sprzedaży ubrań i butów. Klienci mogli powiększać miniaturki wybranego przez siebie przedmiotu. Wyobraź sobie: W zakupach pomagała nawet internetowa asystentka… Ms. Boo! Niestety, serwis był nieatrakcyjny od strony wizualnej. Szwedzka gazeta „Svenska Dagbladet” ze względu na ówczesny interfejs określiła nawet Boo.com „rozmazaną wersją piekła”. Firma odpowiedzialna za serwis straciła aż 150 milionów dolarów. Ciekawe, że gdyby weszli na rynek w dzisiejszych czasach, mogliby odnieść sukces. Sama wizja dotycząca internetowych zakupów, dziś jest już przecież codziennością.

Muzeum Porażki

Innym przykładem może być historia Rolanda TB 303, syntezatora analogowego, który miał pozwalać gitarzystom na syntezowanie linii basowej. Produkt nie odniósł sukcesu ze względu na specyficzne brzmienie. Wydaje mi się jednak, że innym, nie mniej ważnym powodem, był niezwykły stopień skomplikowania użytkowania syntezatora. Sama instrukcja ważyła więcej niż maszyna! Nikt nie chciał kupować Rolanda TB 303, dlatego początkowo obniżono ceny. Krążyły nawet plotki, że niesprzedany sprzęt wylądował w zatoce tokijskiej! Co ciekawe, Roland TB 303 został doceniony dziesięć lat później, a jego brzmienie spowodowało powstanie gatunku muzycznego spod znaku „acid house” i rewolucję w muzyce elektronicznej i klubowej. Fredrik Segerfalk, fan syntezatorów i producent, wypożyczył nam ten konkretny model na potrzeby muzeum. Żeby lepiej poczuć klimat koniecznie posłuchajcie utworu Fredrika „The Ultimate 303 Jam”.

Skąd bierzesz wynalazki prezentowane w muzeum?

Dzięki artykułom publikowanym w serwisach informacyjnych o globalnym zasięgu, dostaję rzeczy praktycznie z całego świata. To jest coś wspaniałego! Jeżeli chodzi o pierwsze eksponaty, które znalazły się w muzeum, to po prostu kupiłem je przez Internet.

Czy odwiedzający mogą się czegoś nauczyć w czasie wizyty w Muzeum Porażki?

Porażka jest niezbędnym elementem we wprowadzaniu innowacji, dążeniu do postępu. Myślę, że wizyta w takim miejscu może być o tyle inspirująca dla odwiedzających, że będą mogli zobaczyć, że nawet wielkim firmom zdarzało się popełniać błędy na drodze do wprowadzenia dobrego produktu. Można do tego podejść też bardziej osobiście – my, ludzie, także potykamy się i podejmujemy ryzyko w każdej sytuacji kiedy chcemy spróbować nieznanego, zdobyć kolejną umiejętność. Bez porażki i bez ryzyka nie ma możliwości odkrycia czegoś nowego.

Czy sukces może być nudny?

Oczywiście! Już Tołstoj napisał w jednej ze swoich książek: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” (cyt. Anna Karenina). Myślę, że to zdanie można odnieść również do porażek i trochę sparafrazować ten cytat: „Wszystkie innowacje zakończone sukcesem są podobne, ale każda porażka temu towarzysząca jest na swój sposób fascynująca”.

Mimo wszystko, czy nie masz wrażenia, że porażka to coś „nienaturalnego” w obecnych czasach? Mam wrażenie, że żyjemy w epoce, gdzie każdy chce pokazywać tylko swoje sukcesy. Codziennie, chociażby w mediach społecznościowych, widzi się wiele zdjęć gloryfikujących sukcesy, piękne, nieskazitelne obrazy życia. Czy w takim świecie jest jeszcze miejsce i przyzwolenie na porażkę?

Muzeum Porażki

To nie media społecznościowe stoją za tym problemem. Myślę, że media od zawsze miały obsesję na punkcie sukcesu. Epoka Internetu mogła tylko nasilić to pragnienie. Trzeba stworzyć miejsce dla porażki. Pokazać, że może być dużo lepszym nauczycielem niż sukces. Dostrzegam nowy trend bycia bardziej otwartym na tego typu kwestie. Coraz większą popularnością cieszą się tzw. „fuck-up nights”, spotkania, gdzie ludzie przychodzą dzielić się swoimi doświadczeniami na temat poniesionych porażek w biznesie, czy różnego rodzaju projektach.

Myślisz, że zmiana myślenia o porażkach jest możliwa? Czy można zacząć postrzegać je w sposób bardziej pozytywny?

Właśnie na to ma uczulać nasze muzeum. Musimy zaakceptować porażki, jeśli chcemy osiągnąć sukces, iść do przodu. Jestem przekonany, że aby coraz lepiej się rozwijać, trzeba nauczyć się wyciągać jak najlepsze nauki ze swoich porażek i błędów.

Muzeum Porażki mieści się w Szwecji. Czy na wystawie znajdziemy jakieś wynalazki rodem ze Skandynawii?

Tak, warto przytoczyć przy tej okazji historię kilku pomysłów, które miały szansę na sukces, ale ostatecznie poniosły porażkę.

Pierwszym z nich niech będzie Itera. To nazwa innowacyjnego, plastikowego roweru, projektu z wczesnych lat osiemdziesiątych. Oczekiwania co do produktu były duże – miał zrewolucjonizować szwedzki rynek rowerowy. Promocji roweru towarzyszyły slogany: „We’re pedalling out of the Iron Age” (Wyjeżdżamy/Wypedałowujemy z Epoki Żelaza) albo „The eternal machine – made of the same material as space ships” (Nieśmiertelna maszyna – zrobiona z tego samego materiału, co statki kosmiczne). Niestety, okazało się, że plastikowa konstrukcja roweru nie była tak wytrzymała, innowacyjny jednoślad często trząsł i chybotał się podczas jazdy. Dodatkowo, koszty wyprodukowania wynalazku okazały się dużo wyższe niż przewidziano. Tym samym Itera przeszła do historii jako jedna z największych biznesowych klap w Szwecji. Sterta niesprzedanych rowerów została podobno spalona, ale Itera w pewnym sensie zyskała wieczne życie – dzięki naszemu muzeum każdy może poznać jej historię.

Aby poznać historię kolejnego wynalazku musimy cofnąć się do wczesnych lat trzydziestych, kiedy szwedzka firma Facit odnosiła ogromne sukcesy w produkcji kalkulatorów mechanicznych. Eksportowali swoje produkty na cały świat. We wczesnych latach 50. rewolucja elektroniczna zaczynała już raczkować, jednak firma nie zainwestowała w rozwój i innowacje. W latach 70., Facit zatrudniał 14 000 osób. W 1971 roku pojawił się na rynku tańszy, elektroniczny kalkulator wypuszczony na rynek przez japońską firmę. Rok później Facit znalazł się na granicy bankructwa. Firmę ostatecznie sprzedano. Facit jest klasycznym przykładem tego, co dzieje się z przedsiębiorstwami, które nie inwestują w innowacje.

Przeczytaj także:  Jak to robią Szwedzi, czyli więcej niż wystawa

Czy któraś z firm, której produkty znalazły się w Muzeum Porażki, kontaktowała się z waszą placówką?

Tylko raz zdarzyła się taka sytuacja. Dotarliśmy do informacji, że w latach 80., firma Colgate, utożsamiana z produktami do mycia zębów postanowiła zainwestować w mrożonki. Tak powstała mrożona lazania marki… Colgate. Brzmi dziwnie, prawda? Pomysł był strzałem w kolano, ponieważ marka kojarzy się bardziej z higieną jamy ustnej niż z jedzeniem. Po opublikowaniu tej informacji, nawiązała z nami kontakt firma Colgate. Podobno żaden z pracowników nigdy nie słyszał o mrożonej lazanii wypuszczonej przez ich koncern. Być może padliśmy ofiarą psikusa sprzed lat i ta mrożonka była tylko tzw. “miejską legendą”, powtarzaną przez inne osoby, zajmujące się poszukiwaniem nieudanych produktów. Może być też tak, że ktoś z firmy ma bardzo krótką pamięć i niekoniecznie chce, by mówiono o tym produkcie. W swoich zbiorach nie mamy oryginalnego opakowania, dysponujemy jednak „rekonstrukcją”, którą można oglądać na naszej wystawie.

Od stycznia, Muzeum Porażki jest w trasie ze swoją wystawą. Z jakimi reakcjami odwiedzających spotykacie się podczas tego tournée?

Czasem znajdzie się ktoś, kto wytknie nam literówkę w opisie danego produktu, ale poza tym odbiór jest na ogół pozytywny. Szczególnie zafascynowane pomysłem na muzeum są kraje azjatyckie. W ich ojczyznach porażka często jest czymś stygmatyzującym, tu podchodzimy do zjawiska błędu z dużą dozą otwartości i dystansu – odwiedzającym się to podoba.

Oprócz wystawy niestandardowych, chybionych wynalazków, w Muzeum odbywają się różnego rodzaju wydarzenia związane z porażkami.

W ubiegłym tygodniu zorganizowaliśmy degustację eksperymentalnych piw, które nigdy nie zostały oficjalnie wypuszczone na rynek. Ciekawy był też koncert pianistyczny z mniej  „udanymi” utworami znanych kompozytorów. Mamy sporo pomysłów i planów. Przy kolejnym spotkaniu prawdopodobnie pójdziemy w stronę kulinarną. Chcemy przyjrzeć się najbardziej innowacyjnym restauracjom świata, tego jak działają i co oferują w menu.

W jakim kierunku chcesz rozwijać muzeum?

Myślę, że dalej będziemy chcieli organizować wydarzenia pomagające pokazać dobre strony porażek, sposoby na ich docenianie. Chcemy też położyć nacisk na role błędów i niekoniecznie udanych projektów w dążeniu do sukcesu. Nie chodzi tylko o postęp technologiczny, ale także o innowacje społeczne.

Dziękuję za rozmowę.

 

Autorką zdjęć jest Sofie Lindberg. Zdjęcie tytułowe: Muzeum Porażki.

Polub nas na Facebooku!