Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Daniels Pavļuts: Nasza partia jest zarówno probiznesowa, jak i wrażliwa społecznie

Jako nowa partia staramy się unikać tych wszystkich etykiet. Natomiast jeśli musiałbym używać jakichś określeń, które są skądinąd interesujące głównie dla polityków, politologów czy dziennikarzy, powiedziałbym, że jesteśmy blisko nowego europejskiego centrum. Jest to kombinacja indywidualnych wolności, good governance, rządów prawa i wrażliwości społecznej. Chodzi o to, by gospodarka była bardziej zorientowana na ludzi. Co wcale nie oznacza prowadzenia polityki antybiznesowej. Nie mówimy, że stajemy się socjaldemokratami, że chcemy jakiejś radykalnej dystrybucji dóbr, zabierania pieniędzy przedsiębiorcom. Jesteśmy jednocześnie probiznesowi i wrażliwi społecznie – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Daniels Pavļuts, były minister gospodarki oraz przewodniczący nowego ugrupowania politycznego na Łotwie „Mēs esam par!” („Jesteśmy za!”).

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Daniels Pavļuts urodził się 1976 roku w Jurmali w rodzinie o korzeniach polskich. W młodości studiował grę na fortepianie w Łotewskiej Akademii Muzycznej. Później studiował zarządzanie kulturą w City University of London. Na Uniwersytecie Harvarda zdobył tytuł magistra w dziedzinie zarządzania ze specjalizacją leadership. W latach 2003-2006 sprawował funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury, później zajmował się działalnością w biznesie. W 2011 roku powrócił do polityki, wiążąc się z nowopowstałą antyoligarchiczną i liberalną Partią Reform Zatlersa. Przez trzy lata sprawował z jej ramienia urząd ministra gospodarki w rządzie Valdisa Dombrovskisa. Później odszedł z polityki. W 2017 roku został wybrany przewodniczącym nowej partii politycznej, sytuującej się na lewo od Jedności pod nazwą „Mēs esam PAR!!” („Jesteśmy za!”).

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Nie jest Pan nową osobą w łotewskiej polityce. Sprawował Pan funkcję wiceministra kultury, przez trzy lata był Pan ministrem gospodarki w rządzie Valdisa Dombrovskisa, doradzał Pan politykom. Dlaczego zdecydował się Pan wrócić do polityki po trzech latach nieobecności?

Daniels Pavļuts: To prawda, że przez lata było mi blisko do rządu i polityki. To główny obszar mojego zainteresowania. Ale nie zawsze była to gra partyjna, polityka sensu stricte. Powiedziałbym, że przez paręnaście lat działałem po prostu w sferze publicznej. Zajmowałem się lobbingiem, współpracą z organizacjami pozarządowymi. Byłem członkiem Łotewskiej Izby Handlowo-Przemysłowej. W czasie kryzysu reprezentowałem interesy łotewskiego przemysłu wobec rządu. Było to w trakcie dyskusji nad reformą fiskalną. Ostatnio pomagałem w założeniu łotewskiej organizacji działającej na rzecz start-upów. Działałem jako lobbista, by opracować dobre prawo dotyczące strat-upów na Łotwie. Skądinąd poznałem w ten sposób wielu kolegów z Polski. Bardziej określam siebie jako profesjonalistę niż polityka. Ale jeśli polityka potrzebuje takich ludzi jak ja, jestem szczęśliwy, że mogę służyć. Nigdy jednak polityka sama w sobie nie była dla mnie celem. Nie zmieniałem ugrupowań, nie skakałem po partiach. Dlatego moja obecność w polityce ma bardziej charakter cykliczny. Pojawiam się, gdy mogę coś zrobić, ale nie chcę pozostawać w grze partyjnej za wszelką cenę.

W 2011 roku zdecydował się Pan jednak przyjąć propozycję prezydenta Valdisa Zatlersa, by wejść do polityki. Został Pan ministrem gospodarki w koalicyjnym rządzie Partii Reform, Jedności i narodowców.

Jak mówiłem wcześniej, moja obecność w polityce jest cykliczna. Pierwszy taki moment przyszedł na dwa lata przed poszerzeniem Unii Europejskiej w 2004 roku. Zostałem wtedy wiceministrem w rządzie kierowanym przez partię, która miała program modernizacyjny, skierowany przeciwko korupcji i biurokracji, opowiadała się za dobrym rządzeniem. To była Nowa Era. Później wycofałem się z polityki. I drugi moment rzeczywiście przyszedł wtedy, gdy pojawiła się Partia Reform Zatlersa. Prezydent Valdis Zatlers rozwiązał wtedy Sejm, który był opanowany przez różnego rodzaju potentatów, czyli osoby, które na Łotwie niezbyt fortunnie nazywamy oligarchami. Nie przyłączyłem się wtedy do Partii Reform, ale oni zaprosili mnie do rządu, doceniając moje kwalifikacje. Byłem wtedy właściwie technokratą, podobnie jak wielu ministrów z innych partii w rządzie Valdisa Dombrovskisa. Tamten gabinet, który powstał w 2011 roku i trwał przez trzy lata był jednym z najbardziej merytorycznych rządów w historii Łotwy. Także o największym procencie osób, które ukończyły studia na Zachodzie. Był to jednocześnie bardzo młody rząd. Sądzę, że udało nam się wtedy zrobić wiele dobrych rzeczy. Wzmocnić rządy prawa, zmodernizować kraj, usprawnić administrację czy wzmocnić konkurencyjność Łotwy.

Co się Panu udało osiągnąć osobiście?

Z mojej działki mogę powiedzieć, że udało się wtedy zrobić wiele, by poprawić administrowanie spółkami skarbu państwa. Wcześniej było tak, że te spółki były zarządzane jak własność określonej partii, która odpowiada za dane ministerstwo. My zastosowaliśmy wskazówki OECD dla spółek, będących własnością państwa. Przestały być prywatnym folwarkiem partii koalicyjnych. Wtedy zresztą ubiegaliśmy się o członkostwo w OECD, które ostatecznie uzyskaliśmy już za rządów Laimdoty Straujumy. Jako minister gospodarki napisałem plan rozwoju przemysłu narodowego, promowałem modernizację, digitalizację gospodarki łotewskiej, by mogła stać się bardziej profesjonalna, efektywna i przynosząca dochody. Częścią tego procesu było pozbywanie się nieefektywnych subsydiów. Wcześniej wielu ludzi w gospodarce łotewskiej próbowało osiągnąć sukces nie dzięki profesjonalizmowi, a łączeniu się z ludźmi będącymi u władzy. Wiele rzeczy nam się udało. Za sukces uważam likwidację nieefektywnych subsydiów w sektorze energetycznym. Uważam zatem, że w ciągu tych trzech lat udało nam się sporo zrobić w celu większej konkurencyjności gospodarki łotewskiej i lepszego zarządzania. Jednym z priorytetów naszego rządu była liberalizacja rynku energetycznego i gazowego na Łotwie, a więc zmniejszenie wpływów Gazpromu. To udało się osiągnąć już za rządów Laimdoty Straujumy.

Do którego Pan ostatecznie nie wszedł.

W listopadzie 2013 roku premier Valdis Dombrovskis podał się do dymisji, jak powszechnie się uważa w wyniku tragedii w Zolitūde, gdy zawalił się dach supermarketu. Tak nam to oficjalnie tłumaczono. Mną także wstrząsnęła ta sprawa, bo na Łotwie minister gospodarki jest także odpowiedzialny za sprawy konstrukcji budynków. Po prawdzie jednak my już wcześniej zauważyliśmy w rządzie problemy z prawem dotyczącym konstrukcji budynków. Dużo było w tym korupcji, niskich standardów budowlanych. Gdyby budowę supermarketu zaczęto w czasie, kiedy byłem ministrem gospodarki, to on nigdy nie zostałby zbudowany. Powstał na bazie starego prawa o konstrukcji budynków. Mnie udało się przeprowadzić natomiast w Sejmie nowe prawo. Dlatego zdecydowałem nie podawać się do dymisji, jak to zrobił premier, ale kontynuować swoją pracę.

Nie pozostał Pan jednak dalej na stanowisku, po tym jak w styczniu 2014 roku rząd stworzyła Laimdota Straujuma. 

Gdy stworzono rząd Laimdoty Straujumy, to już było wiadomo, był duży nacisk polityczny, by weszli do niego Zieloni i Rolnicy. Ostatecznie zmieniło się pięciu członków rządu, w tym ja.

Czy ten nacisk był związany z prezydentem Andrisem Bērziņšem, który także wywodził się ze Związku Zielonych i Rolników i o którym mówi się, że zmusił Valdisa Dombrovskisa do dymisji?

Nie wiem, nikt tego nie objaśnił, dlaczego koalicja musiała się zmienić. Była w tym widocznie jakaś polityczna logika. Ale już wtedy, gdy powstał rząd Laimdoty Straujumy, odczuwałem, że to jest krok do tyłu w rozwoju Łotwy. Wiele z projektów, które przygotowaliśmy w rządzie Valdisa Dombrovskisa nie przeszło już później przez parlament albo tak jak nasze prawo o spółkach skarbu państwa przeszło w rozwodnionej formie. Bardzo często właśnie wpływał na to Związek Zielonych i Rolników. Pamiętam, że w rządzie Dombrovskisa chcieliśmy opracować prawo nie tylko o spółkach skarbu państwa, ale także analogiczne o spółkach samorządowych. Zostało to zablokowane właśnie przez nowego partnera koalicyjnego.

Partia Reform nie przetrwała próby czasu. Weszła w skład Jedności w 2014 roku. Ale teraz nawet Jedność ma kłopoty z poparciem, nie wiadomo, czy przekroczy próg wyborczy w 2018 roku. Co się stało na Łotwie w sektorze, nazwijmy to europejskim, modernizacyjnym? Obecnie w sondażach silne są trzy partie: Związek Zielonych i Rolników, Zgoda i narodowcy. Wszystkie trzy trudno nazwać modernizacyjnymi, nastawione są na transfer socjalny, są etatystyczne.

Generalnie nie tylko ja, ale wiele osób na Łotwie, czuje, że mamy do czynienia z polityczną stagnacją. Zabrakło nam ludzi, którzy maja proeuropejską orientację, myślą o przyszłości kraju. Rządzą osoby bez wizji przyszłości, dla których głównym problemem pozostaje fakt jak redystrybuować środki unijne. Ale żadnego pomysłu, jak uczynić Łotwę konkurencyjną, nowoczesną nie mamy. Środowisko międzynarodowe w ciągu ostatnich trzech lat stało się bardzo skomplikowane, a na Łotwie nie mamy ludzi, którzy mogliby znaleźć na to jakąkolwiek odpowiedź. Jedność także nie ma już tej odpowiedzi, straciła swoją reputację, m.in. dzięki konfliktom wewnętrznym czy słabemu przywództwu. Wiele osób takich jak ja stwierdziło w pewnym momencie, że nie mają na kogo głosować.

Wtedy postanowiliście wraz z paroma osobami z Jedności założyć własną partię “Mēs esam par!”.

Wtedy zebraliśmy się w parę osób, wśród nich Ilze Viņķele, która była moją koleżanką z rządu Dombrovskisa, by zrobić coś na własną rękę. Chodzi o partię postępową, nowoczesną, dla której ważne są wolności osobiste i obywatelskie. Chcemy zauważać takie rzeczy jak wzrastająca nierówność, ubóstwo, sprawy demograficzne, emigracja. Problemem Łotwy pozostaje fakt, że pokolenie, która rządzi, wciąż jest takie samo od lat. Elita polityczna się nie zmienia. Parę partii próbowało zrobić wyłom. Mam na myśli Nową Erę piętnaście lat temu. Albo Partię Reform Zatlersa sześć lat temu. Ale byliśmy bardzo atakowani przez inne ugrupowania, które poczuły się zagrożone.

Uważa Pan, że na Łotwie jest przestrzeń dla nowej partii? Przecież jest ich bardzo dużo. by wspomnieć nie tylko o trzech partiach koalicyjnych, ale także o Nowej Partii Konserwatywnej czy Łotewskim Zjednoczeniu Regionów.

W ostatnim sondażu 42% mieszkańców Łotwy powiedziało, że albo nie weźmie udziału w wyborach, albo wciąż nie ma na kogo głosować. Ci ludzie to jest największa partia polityczna na Łotwie. Tych ludzi chcemy wykorzystać. Wśród naszych członków jest mnóstwo młodych ludzi, którzy wcześniej nie byli w żadnej partii. Są pełni entuzjazmu, chcą coś zmienić, chcą widzieć Łotwę bardziej otwartą na ludzi, bardziej wrażliwą społecznie. To, że jest miejsce na nową politykę pokazały także rozmowy oligarchów ujawnione w czerwcu.

Wspomniał Pan o partii bardziej wrażliwej społecznie. Czy chcecie stworzyć zatem ruch centrolewicowy, socjalliberalny?

Staramy się unikać tych wszystkich etykiet. Natomiast jeśli musiałbym używać jakichś określeń, które są skądinąd interesujące głównie dla polityków, politologów czy dziennikarzy, powiedziałbym, że jesteśmy blisko nowego europejskiego centrum. Jest to kombinacja indywidualnych wolności, good governance, rządów prawa i wrażliwości społecznej. Chodzi o to, by gospodarka była bardziej zorientowana na ludzi. Co wcale nie oznacza prowadzenia polityki antybiznesowej. Nie mówimy, że stajemy się socjaldemokratami, że chcemy jakiejś radykalnej dystrybucji dóbr, zabierania pieniędzy przedsiębiorcom. Jesteśmy jednocześnie probiznesowi i wrażliwi społecznie.

Mówiąc krótko, tak pewnie gdzieś jesteśmy socjalliberałami.

Czy jesteście za progresywnym podatkiem?

Jest Pan dziennikarzem z Polski, więc dla was nie jest to nic nadzwyczajnego. Ludzie na Łotwie nie zdają sobie natomiast sprawy, że płaski podatek liniowy to nie jest jedyna opcja. Często nie rozumieją tego politycy czy ekonomiści. To co jest normą na Łotwie, niekoniecznie jest normalne dla innych krajów. Neoliberalna idea podatku liniowego przyszła z Waszyngtonu w wyniku tzw. konsensusu waszyngtońskiego. Kraje bałtyckie stały się w pewnym sensie poletkiem doświadczalnym. To przyszło razem z terapią szokową, masową prywatyzacją, która tylko częściowo okazała się sukcesem. Przez dwadzieścia lat żyliśmy na Łotwie przekonaniem, że podatek liniowy jest normą. Nie dyskutowało się o tym, że de facto jest to podatek degresywny, bo głównie obciąża osoby mniej zarabiające. W ciągu 25 lat gospodarka Łotwy rozwinęła się, udało nam się przyciągnąć inwestycje, ale nie możemy dłużej zamykać oczu, że jest tutaj dużo biedy. Mamy w naszym kraju jeden z najwyższych wskaźników nierówności społecznych w Europie. Uważamy więc jako partia, że należy zmniejszać nierówności. Należy ludziom zapewnić opiekę zdrowotną i edukację na dobrym poziomie. Do tego potrzebne są pieniądze z podatków.

Jak należy reformować służbę zdrowia na Łotwie?

Problem polega na tym, że formalnie mamy państwową służbę zdrowia. De facto ludzie jednak płacą za nią z własnych kieszeni. Oblicza się, że 40% finansowania zapewnia budżet, zaś resztę ludzie płacą z własnych pieniędzy. Trudno to nazwać państwową służbą zdrowia, nie jest to także służba prywatna. To nie jest transparentne.

Uważacie, że potrzebna jest komercjalizacja służby zdrowia?

Dyskutowaliśmy o tym i uważamy, że powinniśmy utrzymać państwową służbę zdrowia. Musi być jednak większa transparentność. Musimy określić, które usługi zdrowotne są darmowe i w jaki sposób mają być dostępne. Na pewno będą jakieś obszary, które będą płatne. Ale to powinno być z góry określone. Nie może być tak, że przeciętny mieszkaniec Łotwy zmuszony jest płacić za coś, co w teorii powinno być za darmo.

Chciałbym zapytać o Rosjan. Czy wasza partia zamierza adresować swój program także do nich?

Na pewno widział Pan nasz manifest. On jest sporządzony w językach wszystkich ważnych grup narodowościowych na Łotwie. Jest po białorusku, po niemiecku, po łatgalsku, po hebrajsku. Uważamy, że Łotwa powinna być domem dla wszystkich. Jesteśmy zdania, że głównym problemem w łotewskiej polityce jest podział etniczny. Może to być trudne do zrozumienia dla Pana polskich czytelników, ale główną osią sporu na Łotwie nie jest to, czy masz lewicowe czy prawicowe, liberalne czy konserwatywne poglądy, chrześcijańskie czy świeckie, ale to czy jesteś Łotyszem czy Rosjaninem. Oczywiście dzieje się tak z wielu powodów. Jest tutaj bardzo silna mniejszość rosyjskojęzyczna. Są problemy językowe, dziedzictwo Związku Sowieckiego. Uważamy, że już czas skończyć z językiem i etnicznością jako głównymi czynnikami podziałów na Łotwie. Chcielibyśmy dotrzeć do społeczności rosyjskiej. Obecnie bowiem ma ona jedyną partię, na którą może głosować, czyli Zgodę.

Co chcielibyście jednak zaproponować tej społeczności rosyjskiej?

Wie Pan, Łotwa jest jedynym krajem na świecie, gdzie może rozkwitać język łotewski i kultura łotewska. Łotysze są rządzącą elitą na Łotwie. Ja także czuję się Łotyszem, choć w połowie jestem Polakiem. Jeśli chodzi o propozycje dla mniejszości rosyjskiej to nie można zaproponować niczego, zanim nie porozmawia się także ze społecznością łotewską. Myślę, że nasz program taki jak większa wrażliwość społeczna, modernizacja, powinien być także atrakcyjny dla mniejszości rosyjskiej. Oczywiście pojawiają się specyficzne postulaty rosyjskie. Musimy wciągnąć społeczność rosyjską do dialogu, porozmawiać o przeszłości. A dwudzieste stulecie było dla Łotwy bardzo ciężkie. Niech Pan sobie wyobrazi, że w 1989 roku Polska ma 45% Niemców w swoich granicach albo 45% Rosjan. I musiałaby decydować, czy oni mogą głosować, jaki ma być ich status. Czy powinni dostać obywatelstwo. Zdaję sobie sprawę, że mniejszość rosyjska na Łotwie także ma trudną sytuację. Czują, że nie przynależą do państwa. Są zmarginalizowani, nie są w mainstreamie politycznym. Część z nich dostała szare paszporty, co pewnie jest jakimś rozwiązaniem, chociaż nie najlepszym. Musimy o tym mówić. Sądzę, że raczej powinno się zwiększać liczbę obywateli łotewskich niż zmniejszać. Wierzymy, że między Łotyszami a rosyjskojęzycznymi nastąpi pojednanie. To długi proces. Ale uważamy także, że musi być jeden język państwowy na Łotwie. To powinno jednoczyć wszystkich na Łotwie. Tak jak lojalność wobec państwa łotewskiego.

Ale jakie są wasze praktyczne propozycje dla Rosjan?

Na pewno automatyczne przyznanie obywatelstwa dzieciom nieobywateli. Jest to norma w większości krajów. Ale nie na Łotwie.

Ostatnie pytanie będzie o wybory w 2018 roku. Czy po tych wyborach, jeśli wejdziecie do parlamentu, wyklucza Pan jakąś koalicję? Z którymś z ugrupowaniem nie będziecie chcieli rządzić?

Wolałbym mówić o naszych potencjalnych partnerach, a nie czerwonych liniach. Chcielibyśmy współpracować z tymi, którzy odpowiadają się za otwartością Łotwy, za jej modernizacją, za zmianami prospołecznymi, za redukcją ubóstwa czy nierówności. Byłoby dla nas bardzo trudno współpracować z partiami, które zagrażają państwu łotewskiemu. Chodzi tutaj z jednej strony o flirt z polityką Kremla, z drugiej o wspieranie korupcji czy oligarchów. Nie jesteśmy tego w stanie zaakceptować.

 

Zdjęcie tytułowe: Mēs esam PAR / Facebook.

Polub nas na Facebooku!