Mārtiņš Staķis: w łotewskim biznesie trafiłem na „złoty okres”

-

Kiedy w 1998 r. zaczynałem pracę w norweskiej sieci sklepów „Narvesen”, trafiłem na „złoty okres”. Wszystkich nas zatrudniano nie dlatego, że mieliśmy jakieś doświadczenie czy świetną edukację, ale dlatego, że byliśmy młodzi, otwarci i znaliśmy język angielski. To wystarczyło. Później już nie robiło się nigdy tak łatwo kariery na Łotwie. Dziś nie zostanie się dyrektorem marketingu w jakiejkolwiek firmie mając osiemnaście lat. „Narvesen” był zresztą dobrym pracodawcą, oni włożyli bardzo dużo sił i środków w naszą edukację. Nazywano nas z dumą „złodziejami”. Jeździliśmy bowiem do Szwecji, do Norwegii podglądać, jak wygląda tamtejsza praca. Później te rozwiązania wdrażaliśmy na Łotwie, robiąc to w sposób o wiele szybszy niż następowało to wcześniej w Skandynawii – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Mārtiņš Staķis, od 2018 r. poseł na Sejm XIII kadencji z ramienia liberalnej koalicji „Attīstībai Par”, członek socjalliberalnego ugrupowania „Ruch Za!”.

Mārtiņš Staķis urodził się w 1979 r. w Tukumsie w Kurlandii. Ukończył Gimnazjum Rainisa w Tukumsie, później uzyskał licencjat w dziedzinie ekonomii i zarządzania na Uniwersytecie Łotewskim. Kształcił się także w Helsinki School of Economics. W 1999 r. rozpoczął swoją karierę jako dyrektor ds. marketingu w norweskiej spółce „Narvesen”, która jest obecnie właścicielką najbardziej popularnych łotewskich kiosków. W 2010 r. został prywatnym przedsiębiorcą, przedstawicielem marki kawy „Illy” na Łotwie, a także właścicielem „Innocent Cafe” przy ulicy Blaumaņa w Rydze. W 2015 r. rozpoczął pracę jako prowadzący religijną audycję „Saknes Debesīs” w pierwszym kanale łotewskiej telewizji państwowej. Angażował się także w służbę w paramilitarnej organizacji „Zemessardze”. W 2018 r. został posłem na Sejm z ramienia liberalnej koalicji „Attīstībai Par”. Objął także funkcję wiceministra obrony.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Nie lubi Pan kawy w Sejmie.

Mārtiņš Staķis: Szczerze mówiąc, najbardziej preferuję dobre espresso. A że jestem uzależniony od kofeiny, to korzystam także z oferty sejmowej.

W łotewskiej prasie czytałem jednak, że gdy w listopadzie objął Pan mandat poselski, z wielkim niesmakiem podszedł Pan do miejscowej kawy.

Na tym złapały mnie media. Rzeczywiście, gdy jesienią pojawiłem się przy ulicy Jakuba (tu znajduje się siedziba łotewskiego Sejmu – przyp. red.), przyniosłem ze sobą własny automat do kawy. Od tego czasu codziennie go używam. Jestem chyba ekscentrykiem, bo często zdarza mi się nawet podróżować ze swoim ekspresem do kawy.

Z biznesem kawiarskim jest Pan związany od wielu lat, jako przedstawiciel spółki „Illy”, a także właściciel kawiarni „Innocent” w Rydze.

To się zaczęło w sumie dość przypadkowo. Przez dwanaście lat byłem związany ze spółką „Narvesen” na Łotwie, gdy kończyłem tam pracę, podeszli do mnie znajomi i zapytali, czy nie byłbym zainteresowany pomóc dwóm kolegom, którzy pracowali w spółce „Illy”. Zastanawiałem się parę dni, po miesiącu podjąłem decyzję.

Czy wciąż jest Pan związany z „Illy”?

Teoretycznie tak, ale nie jestem w zarządzie, bo zabrania tego prawo łotewskie.

Przeczytaj także:  Kultura biznesowa w Estonii

Jak wyglądała Pańska praca w „Narvesenie” (sieci kiosków, istniejących na Litwie i Łotwie, założonych w XIX w. przez norweskiego przedsiębiorcę Bertranda Narvesena – przyp. red.)?

Nazywano nas z dumą „złodziejami”. Jeździliśmy bowiem do Szwecji, do Norwegii podglądać, jak wygląda tamtejsza praca. Później te rozwiązania wdrażaliśmy na Łotwie, robiąc to w sposób o wiele szybszy niż następowało to wcześniej w Skandynawii. Kiedy właściciel „Narvesena” przyjechał do Rygi i zobaczył, że wszystko funkcjonuje tutaj tak samo jak w Szwecji, Norwegii, nazwał nas „złodziejami pełnymi dumy”. A my na Łotwie byliśmy zadowoleni, że „kradniemy” pomysły i wdrażamy je nawet z większym sukcesem w lokalne społeczeństwo. Także będąc w polityce, chciałbym pracować podobnie jak w „Narvesenie”. Podglądać idee, może „kraść” to za duże słowo, ale podglądać to, co ciekawego jest poza granicami mojego kraju i później to wdrażać. Jesteśmy mali, ale mimo to możemy odnosić sukcesy.

Oprócz pracy na rzecz biznesu, miał Pan okazję także angażować się w media, prowadząc w telewizji audycję „Saknes debesīs” („Korzenie w niebie”). Czy to z powodu Pańskiego luterańskiego wyznania?

To nie był stricte chrześcijański program, interesowały nas wartości w szerszym sensie. Oczywiście, jeśli mówimy o wartościach, to często ludzie kojarzą je z chrześcijaństwem, więc my zapraszaliśmy do programu różnych duchownych. Jak to się stało, że w 2015 r. zostałem prowadzącym? Przez czternaście lat zasiadałem we władzach ewangelickiego kościoła św. Gertrudy w Rydze, ponadto prowadzący audycję widzieli mnie na różnych konferencjach, w końcu pewnego dnia zaproszono mnie do audycji jako gościa. Później zaproponowano: „może poprowadzisz ten program?” Poruszaliśmy różne tematy, w tym społeczne, takie jak eutanazja, aborcja, prawa człowieka. Postawiłem jednak jeden warunek: chcę nie tylko prowadzić ten program, ale także mieć wpływ na to, o czym mówimy i jakich gości zapraszamy. Z gośćmi było różnie, ale tematy dobierałem sam.

Przeczytaj także:  Ekumenizm rozkwita na Łotwie

Które z doświadczeń było dla Pana najbardziej ciekawe: „Narvesen”, biznes kawowy czy audycja chrześcijańska w telewizji?

Kiedy pracowałem w „Narvesenie”, zaprzysiągłem sobie, że nigdy nie pojawię się publicznie. Gdy podejmowałem pracę w telewizji, to była trudna decyzja, bo musiałem zacząć występować publicznie. Ale było mi łatwiej, bo „Saknes debesīs” to była poważna audycja, a nie żadne show. Z kolei kiedy w 1998 r. zaczynałem pracę w „Narvesen”, trafiłem na „złoty okres”. Wszystkich nas zatrudniano nie dlatego, że mieliśmy jakieś doświadczenie czy świetną edukację, ale dlatego, że byliśmy młodzi, otwarci i znaliśmy język angielski. To wystarczyło. Później już nie robiło się nigdy tak łatwo kariery na Łotwie. Dziś nie zostanie się dyrektorem marketingu w jakiejkolwiek firmie mając osiemnaście lat. „Narvesen” był zresztą dobrym pracodawcą, oni włożyli bardzo dużo sił i środków w naszą edukację.

Dlaczego z biznesu przeszedł Pan do polityki? Czy z powodu rodziny, która już wcześniej była w nią zaangażowana?

Nie było to głównym powodem. W 2017 r. dostałem zaproszenie ze strony „Ruchu Za!”, nowej liberalnej inicjatywy Danielsa Pavļutsa, żeby przyjść na ich spotkanie. Byłem zaangażowany w grupę, która zajmowała się biznesem. Później stałem się jednym z „frontmenów” partii, zwłaszcza w dziedzinie gospodarki.

Jest Pan liberałem z przekonania?

Jestem, choć w naszej partii znajduję się na prawym, konserwatywnym skrzydle. Moją dewizą jest to, że większość ludzi powinna być na Łotwie szczęśliwa, jednak nie możemy mniejszej części, której się mniej powiodło, dać odczuć, że są przegranymi. Takie niedobre odczucie jednak do tej pory dominuje na Łotwie. My chcemy to zmienić.

W wyborach z jesieni 2018 r. powołaliście do życia koalicję dwóch liberalnych partii „Ruchu Za!” oraz „Dla Rozwoju Łotwy”. Czym właściwie różnią się Wasze dwa ugrupowania?

My jesteśmy bardziej społecznie liberalni, oni są z kolei prawicowymi liberałami, bardziej przywiązanymi do idei wolnego rynku. Dlatego mają o wiele łatwiejszą sytuację ze sponsorami, ze zbieraniem darowizn. U nas idzie z tym trochę trudniej. Sądzę jednak, że nasze małżeństwo z rozsądku, bo nie z miłości, odniosło jednak sukces…

Przeczytaj także:  Daniels Pavļuts: Nasza partia jest zarówno probiznesowa, jak i wrażliwa społecznie

Przeczytaj także:  Juris Pūce: Liberalizm to nie tylko gospodarka, to także prawa człowieka

Jest Pan zadowolony z wyniku wyborów do Sejmu?

Uzyskaliśmy 13 mandatów i muszę przyznać, że wcześniej w najlepszych snach nie przewidziałbym, że zdobędziemy aż tyle. Szczerze mówiąc cieszyłbym się równie wielce, gdybyśmy dostali 8 mandatów, podobnie jak „Nowa Jedność”. Zwłaszcza, że nasz program jest dość trudny dla społeczeństwa łotewskiego, a liberalizm przeżywa obecnie kryzys. Jeśli spojrzy Pan na konstrukcję Sejmu XIII kadencji, to szybko zobaczy Pan, że jest on zdominowany przez siły konserwatywne. Czegoś takiego wcześniej nie było.

Wasza koalicja dostała trzy ministerstwa w rządzie Krišjānisa Kariņša. Co Pan sądzi o nim jako o premierze?

Znamy go od wielu lat. To człowiek, który jest w politycznym centrum. Jeśli przy stole jest parę osób, które myślą w różny sposób, on potrafi je pogodzić, zjednoczyć. W sytuacji, jaką mieliśmy po wyborach z jesieni 2018 r., uznaliśmy, że to jest bardzo dobry premier na te czasy.

Przeczytaj także:  Krišjānis Kariņš albo Jedności życie po śmierci

Artis Pabriks, Wasz kandydat na premiera, nie odniósł sukcesu.

Uważam jednak za wielką wartość fakt, że potrafił ustąpić. Gdy zobaczył, że jego misja nie ma szans powodzenia, usunął się. To był dobry ruch, kompromisowy. Dziś Pabriks jest świetnym wicepremierem i ministrem obrony.

Wasza koalicja uzyskała w rządzie nie tylko trzy ministerstwa, ale także paru sekretarzy parlamentarnych, czyli wiceministrów. Pan został wiceministrem obrony. Czy to z powodu doświadczeń w paramilitarnej organizacji „Zemessardze”?

Jeśli angażujesz się w działalność w Zemessardze, to nawet jeśli opuścisz tę organizację, to zostajesz „wojskowym na całe życie”. Moje serce należy do wojska. Jeśli ktoś zadzwoni do mnie w nocy z rozkazem, wiem co robić (śmiech). Szczerze mówiąc ktoś może uznać za dziwne, że liberałowie otrzymali w rządzie Ministerstwo Obrony, bo ich raczej kojarzy się z gospodarką, edukacją czy ochroną zdrowia. Tymczasem zaraz po wyborach ja zostałem kandydatem na ministra. Później gdy Artis Pabriks nie został premierem i objął funkcję ministra obrony, od razu zgodziłem się, by zostać jego zastępcą.

Jakie są dziś największe problemy armii łotewskiej?

Przez wiele lat armia miała kłopoty z finansowaniem. 2% PKB, które wydajemy zgodnie z zasadami NATO, to wciąż nie jest wystarczająca suma. Zwłaszcza, że nie mamy dużo czasu. W sytuacji małych krajów takich jak Łotwa, które sąsiadów mają niezbyt grzecznych czy niezbyt dobrze nastawionych, kluczowe jest, by w służbę w wojsku zaangażować wszystkich obywateli. „Comprehensive defence” jest zatem naszym głównym priorytetem, podobnie jak w przypadku Estonii. To jest bardzo trudne zadanie w sytuacji, gdy ministerstwa są niczym księstwa udzielne, a my musimy między sobą współpracować. Dlatego Artis Pabriks został wicepremierem, bo wtedy jego autorytet będzie większy. Kluczowa dla naszych pomysłów jest dobra współpraca z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Ministerstwem Komunikacji.

Przeczytaj także:  Rosyjskojęzyczni na Łotwie a wojna na Ukrainie

Czy jest Pan usatysfakcjonowany z obecności żołnierzy NATO na Łotwie?

Tak, ale nie jest to wciąż wystarczająca liczba. Problem polega na odpowiedniej infrastrukturze. Nie możemy mieć dużej liczby żołnierzy, gdy Kanadyjczycy wciąż żyją w namiotach wojskowych.

W 2019 r. odbędą się wybory europejskie i prezydenckie na Łotwie. Znany politolog Ivars Ījabs jest Waszym kandydatem do Parlamentu Europejskiego. Jakiego wyniku oczekujecie?

W granicach 18-25%.

To bardzo dużo.

Owszem, ale proszę pamiętać, że w wyborach europejskich w 2014 r. „Nowa Jedność” uzyskała 46% głosów i połowę łotewskich mandatów do Strasburga. Musimy uzyskać co najmniej połowę z tych głosów, które pięć lat temu padły na „Jedność”. Mamy bardzo silną drużynę, zwłaszcza trzech pierwszych kandydatów. Poza Ījabsem są to Baiba Anda Rubesa oraz Ieva Ilvesa (żona byłego prezydenta Estonii Toomasa Hendrika Ilvesa – przyp. red.).

„Dla Rozwoju Łotwy” jest członkiem liberalnej organizacji ALDE, Wasza partia nie zdecydowała jeszcze o tym, do jakiej rodziny politycznej należy…

Sądzę, że przystąpimy do ALDE. Formalna decyzja jeszcze nie zapadła, ale nie widzę żadnych przeszkód.

Ivars Ījabs jest Waszym kandydatem czy kandydatem „Dla Rozwoju Łotwy”?

On jest na razie neutralny, ale mamy umowę, że podejmie decyzję po wyborach.

Mamy wiosną także wybory prezydenckie. Możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że Raimonds Vējonis nie wystartuje albo nie zostanie wybrany. Czy Egils Levits jest dobrym kandydatem na prezydenta Łotwy? Czy Wasza liberalna koalicja by go wsparła?

Ja osobiście tak, ale nasza partia nie podjęła jeszcze decyzji, choć dyskutowano na ten temat. Sądzę, że prezydent na Łotwie ma pięć ważnych obowiązków. Pierwszy to jest funkcja reprezentacyjna w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Tutaj Egils Levits jest bardzo dobry. Kolejne sprawy to ceremoniał, legislacja, bycie liderem w trakcie kryzysu, takiego jak chociażby ten, który pojawił się po wyborach z jesieni 2018 r. Sądzę, że w tej sprawie Levits poradziłby sobie. Natomiast odrębna sprawa to nowe idee, pomysły dla Łotwy, nie tylko na jedną kadencję, ale na pięć, dziesięć lat. To jest temat, który Levits najwyraźniej czuje. Odniosłem takie wrażenie podczas spotkania naszej liberalnej koalicji z Levitsem. Nie powiedziałbym, że Levits jest najlepszym kandydatem, ale z tych, którzy są na stole, chyba tak. Szczerze mówiąc nie jestem zadowolony z naszych dwóch ostatnich prezydentów, czyli Andrisa Bērziņša i Raimondsa Vējonisa.

Przeczytaj także:  Raimonds Vējonis nowym prezydentem Łotwy

Czy Wasza koalicja miałaby jednak własnego kandydata na prezydenta czy wesprzecie wspólnego kandydata pięciu partii koalicyjnych?

To jest temat, który trzeba będzie przedyskutować. Wiem, że są partie, które już oficjalnie popierają Levitsa, nawet niektórzy politycy „Jedności” się za nim opowiedzieli.

Czy Daniels Pavļuts, lider Waszego ugrupowania, były minister gospodarki w rządzie Valdisa Dombrovskisa, jest Waszym kandydatem na komisarza europejskiego?

Na razie nie mamy kandydata. Wciąż trwają negocjacje koalicyjne. „Jedność” wciąż ma ochotę, by tym komisarzem był Valdis Dombrovskis. Wszystko będzie zależeć od wyniku wyborów europejskich. Jeśli „Jedność” uzyska 46% głosów, jak pięć lat temu, wtedy sytuacja jest jasna. Ale jeśli zaledwie 10%… Dla mnie osobiście Daniels Pavļuts byłby najlepszym kandydatem na premiera, prezydenta czy na żołnierza, ale musimy jeszcze poczekać.

Zaczęliśmy rozmowę od kawy, skończmy na kawie. Jaką kawę najchętniej piją Łotysze?

Jeśli spojrzy Pan na statystykę, to wcale nie jesteśmy największymi konsumentami kawy w Europie. Daleko nam do Skandynawii, która jest na pierwszej pozycji, my jesteśmy na dole, bo wciąż preferujemy herbatę. Gdy zaś mowa o kawie, to lubimy pić ją z mlekiem, na co zawsze zwracają uwagę Włosi przyjeżdżający na Łotwę.

Co można zrobić, by spopularyzować kawę na Łotwie?

Na pewno podwyższyć jakość.

A jaka jest jakość?

Ona się poprawia z roku na rok. Zauważają to nawet różne przewodniki dla cudzoziemców, które piszą o Łotwie. W poprawę jakości kawy zainwestowaliśmy dużo czasu, środków i pieniędzy. Moja firma prowadzi oficjalnie kawiarnię na Uniwersytecie Łotewskim, trenujemy tam baristów, około dwunastu w ciągu każdego tygodnia.

Gdzie Pan najczęściej pije swoją kawę?

Najważniejsza jest oczywiście kawa poranna, a tą spożywam w domu.

Ma Pan swoje ulubione kawiarnie w Rydze?

Najbardziej cenię punkty „Rocket Bean Roastery”, które znajdują się przy ulicy Miera i Dzirnavu. Ta ostatnia lokalizacja jest niedaleko Ministerstwa Obrony. Tam, inaczej niż w Sejmie, nie mam swojego ekspresu do kawy, więc chodzę do „Rocket Bean”.

A co Pan sądzi o kawie po rysku, czyli mieszance czarnej kawy z balsamem?

Ja jestem raczej lojalny wobec włoskich przepisów. Ale jest podstawowa zasada: najlepsza jest taka kawa, która ci smakuje. Jeśli coś lubisz, wtedy wszystko jest w porządku.

Czy w Rydze można się napić kawy luwak?

Nie, a ja jestem zupełnie przeciwny temu eksperymentowi. Łaskun palmowy, który zjada i wydala owoce kawowca, trzymany jest niczym świnia w okropnych klatkach. Sądzę, że to nie jest w porządku. Choć trzeba przyznać, że łaskun potrafi wyczuć swoim nosem najlepsze ziarna kawy, coś czego człowiek nie jest w stanie zrobić. Ale nie podoba mi się ten ruch na rzecz kawy luwak i jestem przeciwko niemu.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here