Roman Gorecki-Mickiewicz: liberalizm jest dla pięknych i młodych

-

Cztery lata temu chcieliśmy razem z Zygmuntem Klonowskim stworzyć polską frakcję przy jakiejś partii, chodziliśmy po różnych ugrupowaniach, Zuokas jako jedyny się zgodził. Ostrzegaliśmy go jednak, że nie jesteśmy liberalni. Nikt inny nie był zainteresowany. Nie jestem liberałem, bo uważam, iż państwo powinno chronić swoich obywateli. Podoba mi się model, który jest teraz w Polsce. A więc ochrona małych firm, a nie wielkich koncernów czy korporacji. Sytuacja w Polsce jest zupełnie inna niż na Litwie. A propos liberalizmu, to uważam, że ludzie mają już jego dość. Jeśli jesteś młody, piękny, wykształcony i bogaty, to wtedy idee liberalne są dla ciebie atrakcyjne, ale większość ludzi nie spełnia tych kryteriów. Oni oczekują minimalnej ochrony ze strony państwa. Uważają, że wolny rynek nie powinien decydować o wszystkim – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtycki kandydat Litewskiego Związku Wolności do Parlamentu Europejskiego Roman Gorecki-Mickiewicz, prezes stowarzyszenia „Lokys”.

Roman Alexis Christian Gorecki-Mickiewicz urodził się w 1968 r. w Paryżu w rodzinie mówiącej w języku francuskim. Jest potomkiem Adama Mickiewicza, zaś jego rodzina od czasów powstania listopadowego mieszka w Paryżu. Jego prapradziadek Antoni Gorecki urodził się w 1787 r. w Wilnie, był przyjacielem Joachima Lelewela, walczył także w armii napoleońskiej. Roman Gorecki-Mickiewicz po odbyciu służby wojskowej we Francji związał się z biznesem, podróżował po wielu krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Wielka Brytania, gdzie każdorazowo podejmował pracę. Odbył jeden rok kursów w szkole biznesowej w Paryżu, a także studiował na specjalizacji „biznes w Europie Wschodniej” w Alzacji. W 1999 r. przyjechał na Litwę, gdzie znalazł żonę i gdzie urodziła się jego córka. Wcześniej pracował także w Polsce. Obecnie od piętnastu lat związany jest z firmą „De Facto Systema”, która produkuje skórzane materiały do jazdy konnej. Należy do Litewskiego Związku Wolności, z ramienia którego ubiegał się w 2015 r. o mandat radnego Wilna. Wstąpił do Frakcji Polskiej tejże partii. W 2018 r. wraz z przyjaciółmi założył komitet wilnian „Lokys”, który bez powodzenia startował w wyborach samorządowych. Obecnie ubiega się o mandat europarlamentarzysty na szóstej pozycji Litewskiego Związku Wolności.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Pierwsze pytanie chciałem zadać o wynik komitetu „Lokys” w wyborach samorządowych. Nie był Pan zadowolony.

Roman Gorecki-Mickiewicz: Nie ukrywam, że byłem rozczarowany, ale to trwało dwa dni. Nie mogę powiedzieć, że wynik mi się spodobał. Później analizowałem jednak, to co osiągnęliśmy. I jeśli weźmiemy ogólną liczbę głosów, która padła na AWPL-ZChR, na polskich kandydatów na innych listach, czy na „Lokys”, to trzeba dojść do jednego wniosku: Polacy, mieszkańcy Wilna, są niezadowoleni ze swoich polityków, nie głosowali w tych wyborach.

Jeśli zaś chodzi o „Lokys” to musimy wziąć pod uwagę czas inkubacji naszego pomysłu. Nie ma cudów. Po prostu za późno zarejestrowaliśmy komitet. Zanim ludzie zainteresują się „Lokysem”, musi minąć pewien czas. Jeśli spojrzymy jednak na nasz wynik, to nie jest zły. Moja idea była taka, żeby Polacy i Litwini startowali z jednej listy. I to się udało, głosowali na nas Litwini. Zagłosowało na nas około czterystu Litwinów i sześciuset Polaków. Jeśli ci Litwini, którzy byli na górze, spadliby, oznaczałoby to, że jesteśmy czysto etniczną listą. Okazało się na szczęście, że tak nie jest. Zależało nam, by zrobić wspólną listę także dla Białorusinów, staroobrzędowców, czy Rosjan, którzy nie mają związków z Kremlem.

Dostaliście 0,47%, na ile liczył Pan przed wyborami?

Od początku nie wierzyłem, że dostaniemy mandaty. Ale szczerze mówiąc liczyłem na dwa procent. Patrzyłem na wynik Maciejkiańca sprzed paru lat i jego Polskiej Partii Ludowej. Wydawało mi się, że powinniśmy podążyć tą samą drogą. Znów jednak wrócę do czasu inkubacji naszego projektu. Trzy miesiące to za mało. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy sympatyczni szczególnie dla młodych, ale oni nie wierzą często, że można coś zmienić, sądzą, że AWPL-ZChR jest wieczna. Nie mówiąc już o osobach starszych.

Przeczytaj także:  Jerry Meijer: na razie nie będziemy dzielić skóry na „lokysie”

Dostaliście 0,47% w wyborach, które są trudne, ale przed Litwą wybory europejskie, prezydenckie i sejmowe, a w tych trzech będzie się Wam jeszcze trudniej przebić.

Mam wrażenie, że jednak w tych wyborach się przebiliśmy, co było bardzo trudne. Zaczynaliśmy od zera w 2018 r., były tylko trzy osoby: ja, Zygmunt i Rajmund Klonowscy. Nie mieliśmy drużyny. Jednak zauważyły nas media litewskie, choćby „Dviračio šou”. Zdobyliśmy 116 podpisów pod naszą listą złożoną w Głównej Komisji Wyborczej, znaleźliśmy 39 kandydatów. Kiedy w niedzielę zobaczyliśmy rezultaty, ludzie powiedzieli: „Roman, musimy to kontynuować”.  Byłem szczęśliwy, widząc, że pomimo wyników wszyscy chcieli kontynuować. Na początku działaliśmy w trójkę, a teraz mamy wspaniały zespół, który chce ciągnąć dalej naszą lokysową pracę.

Zakładaliście teraz stowarzyszenie „Lokys”…

Owszem, zrobiliśmy to przed wyborami, to niestety trwało. Dwóch notariuszy nie chciało nas zarejestrować. Nasze idee wydawały im się zbyt wywrotowe, mówiliśmy bowiem o wielonarodowościowym Wielkim Księstwie Litewskim. Obawiali się, że nasze pomysły są zbyt bardzo wymierzone we współczesną Republikę Litewską. A że ludzie są konformistami, wiedzą jaka ideologia panuje na Litwie, że jest tutaj pomieszanie przedwojennej i sowieckiej mentalności. W dodatku jeśli o tych wszystkich sprawach mówią Polacy…

Teraz przyszli do Was Białorusini.

Na naszej liście wyborczej był jeden Białorusin, Artur Judzicki, jednak obecnie przychodzą do nas nowi, niesowieccy Białorusini, opowiadający się za niepodległością swojego kraju. Nie wierzą też w AWPL-ZChR, która rządzi w rejonach. Kiedy przychodzą do władz rejonów i chcą założyć szkołę białoruską, to słyszą od władz: „przecież jest polska szkoła!”. Są absolutnie ignorowani. Stanowią około dwa procent, to jest trzy razy mniej niż Polaków i mają swoja szkołę jedynie w Wilnie. Te proporcje nie są sprawiedliwe. Podobnie jak fakt, że Białorusini nie mają swojego domu w stolicy. Uważam to osobiście za skandal. Podobnie jak Litwini działający w naszym komitecie tacy jak Šarūnas Bagdonas oraz Leonardas Vilkas. Oni także sądzą, że trzeba coś robić dla lokalnych Białorusinów, jako dla twórców Wielkiego Księstwa Litewskiego. Historia Litwy nie zaczęła się przecież od Jonasa Basanavičiusa.

Przeczytaj także:  Konstanty Kalinowski: bohater, buntownik czy obcy?

Przeczytaj także:  Od Bohuszewicza do braci Łuckiewiczów. 25 marca 1918 roku proklamowana została Białoruska Republika Ludowa

Co będziecie robić jako stowarzyszenie „Lokys” poza wspomaganiem lokalnych Białorusinów, bo rozumiem, że to nie jest jednak główna oś waszej działalności?

Jak już mówiłem, jako „Lokys” chcemy pomagać innym małym narodowościom i wyznaniom, które od wieków żyją na terenie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, mam na myśli Karaimów, Tatarów, Białorusinów, staroobrzędowców czy grekokatolików. Ze staroobrzędowcami rozmawialiśmy przed wyborami, by wpisać ich na nasze listy, ale oni są nieufni. Przypuszczam, że poszli do swego księdza, który chyba im powiedział: „wstrzymajcie się, jeszcze poczekajcie”.

Wspominał Pan także o swojej działalności na rzecz polskiego napisu pod pomnikiem swojego przodka przy ulicy Maironisa?

Co roku będziemy składać kwiaty pod pomnikiem Adama Mickiewicza w Wilnie, w barwach narodowych Litwy, z polską wersją jego nazwiska. Niestety pod pomnikiem jest tylko napis „Adomas Mickevičius”. Prosiłem mera Remigijusa Šimašiusa o to, żeby coś z tym zrobić. Odpowiedział mojemu adwokatowi w czerwcu, że będzie tablica napisana po polsku, ale jeszcze nic nie zostało zrobione.

Już w 2019 roku składaliśmy kwiaty pod pomnikiem i tak będzie co roku. Chcę, żeby Litwini zrozumieli, że język polski nie został importowany z Polski. W siedemnastym stuleciu Radziwiłłowie zdecydowali, że Wielkie Księstwo Litewskie przechodzi na język polski, z języka białoruskiego. Wtedy w Koronie obowiązywała łacina. Język polski święcił większe triumfy w Wielkim Księstwie niż w Koronie. Wielu Litwinów o tym nie wie.

Przeczytaj także:  „Uradzili pomnik postawić wieszczowi…” O pomnikach Adama Mickiewicza w Wilnie

A postulaty mniejszości narodowych? AWPL-ZChR to się jakoś nie udaje…

Wie Pan, gdyby do Pana  wszedł facet, który domaga się specjalnych praw dla siebie, mówi: „szanujcie mnie, nie dyskryminujcie”, ale Pan by wiedział, że przyjaźni się z Pana największym wrogiem, to jak by Pan zareagował? AWPL-ZChR ma rację w sprawie polskich postulatów, ale popełniła ogromny błąd, że związała się z Kremlem, którego Litwini nie znoszą. I myślę, że ich przywódcy to wiedzą, ale nie chcą niczego zmieniać, ponieważ ta sytuacja jest dla nich wygodna.

Niedawno mieliśmy drugą turę wyborów samorządowych w Wilnie. Pan nie poparł Remigijusa Šimašiusa, który wygrał…

Popierałem Artūrasa Zuokasa, wciąż jestem członkiem jego partii Litewski Związek Wolności, zresztą jako jedyna osoba w „Lokysie”.

Przeczytaj także:  Wybory samorządowe na Litwie: Jeszcze jedna kadencja dla Remigijusa Šimašiusa

Przeczytaj także:  Triumf komitetów. Litwini wybrali samorządy

Dlaczego jednak Zuokas byłby według Pana lepszym merem od Šimašiusa?

Šimašius jest z kolei przystojny, często uśmiecha się, czasami nawet bez powodu, pokazuje białe zęby, ma piękny głos. Ma amerykański styl z lat sześćdziesiątych, co na Litwie jest egzotyką. Kobiety głosują na niego, więc to jest skuteczne, ale peryferyjne dzielnice są zaniedbywane. Jako mer on nie wchodzi w szczegóły, to dla niego nie jest interesujące.  Nie mogę powiedzieć, że jest tragicznym merem, ale nie ma tej siły co Zuokas.

Klonowski mówi, że Šimašius jest merem facebookowym.

To jest dokładnie to. Zuokas zaś był bardziej konkretny, ma więcej ambicji dla miasta, potrafił zdobyć dużo większe finansowanie z Unii Europejskiej.

Dostał Pan propozycję ze strony Litewskiego Związku Wolności, by kandydować w wyborach europejskich, na szóstej pozycji . Po co Panu Parlament Europejski?

Wiadomo, że mam małe szanse, to byłby cud, ale sądzę, że trzeba kontynuować „niedźwiedzią politykę”. Chcę dalej mówić, że na Litwie są Polacy, że Wilno jest wielokulturowe. Nawet jeśli nie dostanę się do Strasburga, trzeba robić kampanię, by pewne rzeczy pokazywać.

Sądzi Pan, że Litwini dojrzeli do tego, żeby Francuz reprezentował ich w Parlamencie Europejskich?

Nie sądzę, ale ja mam duże doświadczenie z pracy w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech i w Polsce. Sądzę, że w jakiś sposób mógłbym się przydać w Strasburgu.

Jakie zna Pan języki?

Mogę pracować w języku polskim, francuskim, angielskim, litewskim, hiszpańskim, włoskim.

„Lokys” był taką zbieraniną do samorządu, ludzi, którzy mają jakiś wielokulturowy background, ale nie łączy ich ideologia…

Oni kochają wielokulturowe Wilno, ale nie mają nic wspólnego z Moskwą…  Prawdę mówiąc, nie pytałem naszych kandydatów o ich opinie polityczne, ale wiem, że są zróżnicowane.

…natomiast Litewski Związek Wolności to przynajmniej w teorii partia liberalna, czy Pan jest liberałem z przekonań?

Absolutnie nie.

Przeczytaj także:  Nie z Akcji, ale w akcji. Polacy na listach partii litewskich

To dlaczego kandyduje Pan od Zuokasa?

Cztery lata temu chcieliśmy razem z Zygmuntem Klonowskim tworzyć polską frakcję przy jakiejś partii, chodziliśmy po różnych ugrupowaniach, Zuokas jako jedyny się zgodził. Ostrzegaliśmy go jednak, że nie jesteśmy liberalni. Nikt inny nie był zainteresowany. Nie jestem liberałem, bo uważam, iż państwo powinno chronić swoich obywateli. Podoba mi się model, który jest teraz w Polsce. A więc ochrona małych firm, a nie wielkich koncernów czy korporacji. Sytuacja w Polsce jest zupełnie inna niż na Litwie. À propos liberalizmu, to uważam, że ludzie mają już jego dość. Jeśli jesteś młody, piękny, wykształcony i bogaty, to wtedy idee liberalne są dla ciebie atrakcyjne, ale większość ludzi nie spełnia tych kryteriów. Oni oczekują minimalnej ochrony ze strony państwa. Uważają, że wolny rynek nie powinien decydować o wszystkim.

To może jest Pan socjalistą?

Nie, ale sądzę, że system ochrony społecznej we Francji, dzięki kontroli gospodarki przez państwo, był przed rewolucją w 1789 r. rozsądny. Król działał przeciwko ekscesom szlachty i chciwości burżuazji. Potem przyszła rewolucja, którą zrobiła francuska burżuazja. Chcieli takiego systemu jak w Wielkiej Brytanii, gdzie rewolucja liberalna miała miejsce sto lat wcześniej. System, w którym możesz bogacić się swobodnie i bez przeszkód, co było zabronione przez królów Francji.

Przeczytaj także:  Kiedyś była, dziś chyba nie. Lewica w krajach bałtyckich

Panu podoba się zatem Francja przedrewolucyjna?

Jeśli tak powiesz, będzie to absurdalne w obecnej sytuacji politycznej. Ale coś w tym jest. Teraz większość Francuzów nostalgicznie patrzy na Francję w czasach generała de Gaulle’a, który był fanem rojalistycznego polityka Charlesa Maurrasa, czyli rojalisty w duszy, mającego pogardę dla świata pieniędzy. Francja pod rządami de Gaulle’a była „republiką monarchistyczną”.

Nie jest Pan liberałem, więc nie głosował Pan na Emmanuela Macrona?

To jest człowiek, który ma charme, ale to urok szatana.

Aż tak?

Ma dużo pewności siebie. Jeśli piętnastoletni chłopak podrywa kobietę, która ma trzydzieści pięć lat… Jeśli czytamy literaturę, to musimy uznać, że Macron ma ogromną pewność siebie, on nie wyznacza sobie granic, dla niego wszystko jest możliwe. On był pracownikiem banku, zupełnie nie interesuje się Francuzami, zwłaszcza biedniejszymi warstwami… On jest prezydentem nawet nie bogatych, a najbogatszych ludzi.  On sprzyja liberalizmowi, globalizacji. To pewien paradoks, bo dotychczas Francuzi sprzeciwiali się „mondializacji”. Podobnie jak wiele narodów, dzisiaj nawet Anglicy i Amerykanie, którzy stworzyli liberalizm i globalizację w latach osiemdziesiątych, już mają dość. Dowodzi tego zjawisko „Brexitu” i prezydentura Trumpa.

Jest taka siła polityczna we Francji, którą Pan szanuje?

Polityk, którego szanuję i cenię nazywa się Nicolas Dupont-Aignan (parlamentarzysta, założyciel partii „Powstań Francjo”, kandydat w wyborach prezydenckich w 2012 i 2017 r., przed drugą turą poparł Marine Le Pen, która zapowiedziała jego nominację na stanowisko premiera w razie zwycięstwa w wyborach – przyp. red.). Na niego głosuje 4-5% Francuzów. Oni uważają, że prawica musi dogadać się z Marine Le Pen, skoro socjaliści mają porozumienie wyborcze z komunistami już od lat siedemdziesiątych.

A co Pan sądzi o Marine Le Pen? Byłaby lepszym prezydentem niż Macron?

Gorszego prezydenta niż Macron chyba będzie trudno znaleźć. Skoro przez ponad pięć miesięcy mamy „żółte kamizelki”, które manifestują i żądają zmian, których Macron nie chce słuchać, ponieważ nie dba o swoich ludzi… Le Pen czuje, że Francja ma bardzo dużo problemów, w tym migrantów, którzy do nas przyjeżdżają i często nie pracują. Oczywiście nie ma sensu, by Francja była stuprocentowo białym krajem, bo przecież byliśmy mocarstwem kolonialnym. Ale ci, którzy przyjeżdżają muszą pracować, mówić minimalnie po francusku i nie ściągać całych rodzin ze swoich krajów. Ponadto coraz częściej do Francji przyjeżdżają osoby z krajów, które nawet nie były koloniami. Dobrym przykładem jest Sudan.

Tożsamość francuska jest zagrożona przez imigrantów?

Tak, ponieważ od pewnej ich liczby nie możemy się już integrować. Niestety większość Francuzów nic sobie z tego nie robi. Oni kupili ten przekaz, że jak zagłosują na Le Pen, to wtedy spadnie PKB o 20-30% i się przestraszyli. Dla mnie zaś tożsamość jest ważniejsza niż PKB. Niby dobrze jest akceptować wszystkich, ale każdy kraj powinien mieć pewne granice. Szanujmy migrantów, ale także zwykłych Francuzów.

Jeśli będzie II tura wyborów we Francji, a w niej znajdą się Marcon i Le Pen, zagłosuje Pan na tę ostatnią?

Ja już zrobiłem tak dwa lata temu. Prawdę mówiąc dla mnie ważniejsza jest tożsamość francuska niż ekonomia czy poprawność polityczna. Bardzo lubię mieszkać na Litwie, ale gdybym chciał wrócić do Francji, miałbym problemy. Albo musiałbym zamieszkać w Paryżu, gdzie nawet w dobrych dzielnicach są imigranci, albo musiałbym zamieszkać w Prowansji niedaleko Avignon, gdzie 60% dzieci w szkołach to już są dzieci arabskie.

Pan jest z Paryża czy z francuskiej prowincji?

Mieszkałem w Paryżu, gdzie moja rodzina żyje od upadku powstania listopadowego, ale dom po ojcu mam w Prowansji.

Wróćmy do polityki. François Hollande też się Panu nie podobał jako prezydent?

On był bardzo sympatyczny i bardzo dowcipny. On był na Litwie, żartowaliśmy razem, ma wspaniałe poczucie humoru. Jako prezydent był jednak katastrofą. Może nie taką jak Macron, który nie znosi Francuzów i nie ma żadnej empatii. Hollande miał jakąś empatię.

Reformy Hollande też Panu się nie podobały? Małżeństwa homoseksualne?

Walka z dyskryminacją doszła to do takiego stopnia, że dziecko w szkole nie może mieć napisane w dokumentach, że ma mamę i tatę. Jest po prostu informacja o „pierwszym” i „drugim” rodzicu. Czy Pan wyobraża sobie „rodzica numer jeden” i „rodzica numer dwa” na Litwie albo w Polsce ?

Nie bardzo. Uważa Pan, że Unia Europejska powinna być tworem federalnym czy stawia Pan na unię państw narodowych?

Każde państwo ma swoją specyfikę, jeśli chodzi o gospodarkę, kulturę. Interes francuski to nie jest interes niemiecki. Tradycją Berlina jest eksportować swoje produkty, tradycja Paryża to z kolei silne państwo. Są to sprzeczne tradycje, z którymi nie można prowadzić polityki federalnej, która będzie wygrana przez obie strony. Także, owszem, opowiadam się za związkiem państw narodowych.

Wierzy Pan w motor francusko-niemiecki?

Motor francusko-niemiecki był ważny przedtem, kiedy Niemcy nie były jeszcze zjednoczone, a zwłaszcza kiedy Francja była w lepszej sytuacji gospodarczej. Obecnie ten motor istnieje głównie w głowach francuskich elit, które są gotowe na wszystkie ustępstwa, aby mieć uprzywilejowane stosunki z Niemcami. Na przykład podzielić się z Niemcami miejscem Francji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. De Gaulle musi przewracać się w grobie. Natomiast Bismarck powinien docenić ten gest Francuzów, którzy nie domagają się niczego w zamian. Poza tym koncepcja motoru francusko-niemieckiego ma tendencję do drażnienia wszystkich narodów europejskich, które nie są jej częścią. Obecne elity francuskie mają jednak naiwny, uniwersalistyczny  punkt widzenia. Nie rozumieją, że każdy kraj dba o swoje własne interesy, szczególnie Niemcy.

Przyjęcie euro było błędem?

Straszliwy błąd. Od kiedy przyjęliśmy euro, Francja straciła 25% konkurencyjności przemysłowej w porównaniu z Niemcami, Włosi nawet jeszcze więcej na tym stracili. Wciąż mamy deficyt eksportowy, nie możemy zrobić jak wcześniej dewaluacji własnej waluty, bo jej po prostu nie mamy. Dlaczego Polska tak dobrze się rozwija? Byliście wystarczająco mądrzy, żeby nie wejść do strefy euro. Macie własną walutę i możecie nią manewrować. Jesteście bardziej suwerennym państwem niż Francja.

Pan mieszka od wielu lat na Litwie. Idą wybory prezydenckie, w których nie może Pan głosować. Jest trzech kandydatów na prezydenta, którzy są najpopularniejsi: Gitanas Nausėda, Ingrida Šimonytė i Saulius Skvernelis. Czy kogoś z nich Pan popiera?

Chociaż jego partia nie wykazała chęci poszanowania praw mniejszości, Saulius Skvernelis jest osobiście zaangażowany w ustanowienie dobrych stosunków z Polską i dołożył starań, aby spotkać się z przedstawicielami polskiej mniejszości przed wyborami prezydenckimi. Mam wrażenie, że jest szczery w swoim podejściu. Ingrida Šimonytė opowiada się zaś za oryginalną pisownią na dokumentach, co jest postępem, ale osobiście wolę Sauliusa Skvernelisa.

Przeczytaj także:  Litewscy konserwatyści zdecydowali: Ingrida Šimonytė powalczy o prezydenturę

Przeczytaj także:  Koniec spekulacji. Saulius Skvernelis wystartuje w wyborach prezydenckich

To co się dzieje w Polsce politycznie odpowiada Panu?

Uważam, że Polska zrobiła dużo dla swoich obywateli. Dała 500+, zniżki na mieszkanie, wsparcie dla przedsiębiorców. Polska pod rządami PiS idzie w dobrym kierunku. Kiedyś miałem złą opinię o partii Kaczyńskiego, oni ciągle byli krytykowani przez media, ale oni przez kilku lat zrobili coś sensownego. Dla zwykłych ludzi PiS prowadzi dobrą politykę.

A Chłopi i Zieloni na Litwie?

Nie bardzo mi się podobają. Litwa ma problem numer jeden, który nazywa się demografia. Litwa straciła ogromną liczbę mieszkańców, a nie widzę, żeby któraś partia miała coś do zaproponowania. Litwa powinna powtórzyć polski program 500+. Na Litwie potrzebne są dzieci.

We Francji nie macie problemu z dziećmi, dzietność wynosi prawie dwoje dzieci na kobietę.

Ale to się dzieje albo w środowiskach imigranckich, albo wśród praktykujących katolików. Większość normalnych Francuzów ma tylko jedno albo dwoje dzieci.

Ile Zuokas dostanie w wyborach europejskich?

Jeśli Litewski Związek Wolności dostanie 4%, już będzie dobrze. Żeby otrzymać jeden mandat europejski trzeba mieć około 7%, co nie będzie łatwe, konkurencja jest duża. Szczerze mówiąc wszystkie pieniądze poszły na wybory samorządowe.

A jaki byłby dobry rezultat dla Pana?

Najważniejsze jest kontynuowanie inicjatywy „Lokys”. Mniejszości widzą teraz, że mają inny wybór.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj