Kwietniowa sesja Sejmu Łotwy. Zdj. Ernests Dinka / Saeima.

Krišjānis Feldmans: Ludzie dziękowali nam, że wyrzuciliśmy Związek Zielonych i Rolników z koalicji

-

Dobry wynik Nowej Partii Konserwatywnej umożliwił wypchnięcie ludowców poza koalicję. Gdybyśmy zgodzili się na ich wejście do rządu, mielibyśmy trudną sytuację. W zeszłej kadencji oni mieli prezydenta, premiera, wpływ na ministerstwa, komisje sejmowe, prokuraturę. Oni mogli robić, co chcieli. Teraz odwiedziłem małe miasto w swoim okręgu wyborczym, czyli Dobele. Ludzie dziękowali nam, że wyrzuciliśmy z koalicji Związek Zielonych i Rolników. Naprawdę byłem zaskoczony, bo oczekiwałem, że mieszkańcy prowincji będą za nimi tęsknić, że będą pytać: „gdzie są nasze pieniądze obiecane przez rząd Mārisa Kučinskisa?”. A nikt nie pytał o gospodarkę, tylko każdy podkreślał wagę odejścia Związku Zielonych i Rolników – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Krišjānis Feldmans, poseł Nowej Partii Konserwatywnej na Sejm XIII kadencji.

Krišjānis Feldmans urodził się 1985 r. w Rydze. Ukończył Liceum Katolickie, następnie studiował ekonomię w Wyższej Szkole Bankowej. W 2004 r. wstąpił do konserwatywno-liberalnej partii „Nowa Era”. W 2012 r. został doradcą ówczesnego ministra sprawiedliwości z ramienia narodowców Jānisa Bordānsa. Dwa lata później, gdy ten założył Nową Partię Konserwatywną (JKP), Krišjānis Feldmans stał się jej członkiem. W 2014 r. bez powodzenia kandydował do Sejmu XII kadencji. Trzy lata później został radnym Rygi z listy JKP. Jesienią 2018 r. został wybrany posłem na Sejm XIII kadencji. Obecnie sprawuje funkcję zastępcy przewodniczącego frakcji JKP.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Pan już długo działa w polityce.

Krišjānis Feldmans: Obecnie jestem członkiem zarządu Nowej Partii Konserwatywnej, a także wiceprzewodniczącym naszej frakcji sejmowej. Sprawuję także stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji Gospodarki, Rolnictwa, Ochrony Środowiska i Polityki Regionalnej w Sejmie.

Przyłączył się Pan do polityki w 2004 r.

Wtedy byłem jeszcze studentem.

Co Pana zainteresowało w partii „Nowa Era” Einarsa Repšego, bo tak nazywało się Pańskie pierwsze ugrupowanie?

Do pewnego stopnia byłem zafascynowany Einarsem Repšem jako premierem, choć on nigdy mnie nie poznał osobiście. Jednak moja rodzina już wcześniej angażowała się w politykę. Dziadek, który mieszkał w Kurlandii, należał do narodowej partii TB/LNNK (obecnie Sojusz Narodowy – przyp. red.). To było w rejonie Talsi. Sądzę, że byłem zatem predysponowany do działalności w polityce, bo w rodzinie ciągle się o niej rozmawiało. Rozumiałem popularne powiedzenie, że „jeśli nie zainteresujesz się polityką, polityka zainteresuje się Tobą”. Do pewnego stopnia jest to przecież prawda. W ten sposób zaangażowałem się w politykę. Kiedy w 2002 r. Einars Repše założył „Nową Erę”, to było wtedy coś nowego, świeżego, a zarazem wielki sukces, kiedy wygrał wybory do Sejmu. Później okazało się, że nie każdy w tej partii był uczciwy, ale na tamten czas nie było żadnego innego ugrupowania, które można by uznać za wiarygodne. W 2004 r. studiowałem bankowości i finanse, a rektor naszej uczelni Tatjana Volkova należała do zarządu „Nowej Ery”. My studenci mieliśmy zatem odpowiednią osobę, by porozmawiać z nią o polityce. Ostatecznie pani rektor zaprosiła mnie do partii. Mimo wszystko nie byłem jednak aktywny w tej partii, byłem bardzo młody.

Przeczytaj także:  Jānis Bordāns: wystąpimy z mocnym programem antykorupcyjnym

Później zaangażował się Pan w kolejną organizację polityczną, „Demokratycznych Patriotów”, do której należeli ludzie, którzy nie godzili się z powstaniem silnej, centroprawicowej partii pod nazwą „Jedność”.

Pracowałem wtedy w tranzycie, logistyce, byłem związany z portem w Lipawie. Odkryliśmy pewne nieprawidłowości w kolejach łotewskich. Wtedy Jānis Bordāns, obecny lider Nowej Partii Konserwatywnej, zasiadał już w rządzie Valdisa Dombrovskisa. Nie spotkałem się z nim osobiście, ale chciałem poinformować go, że coś się dzieje nie tak w kolejach. Taki był początek naszej współpracy. „Demokratyczni Patrioci” byli czymś w rodzaju politycznego think-tanku.

Pan wystąpił z „Nowej Ery” jeszcze przed ostatecznym jej wejściem do „Jedności”, wraz ze Związkiem Obywatelskim i socjalliberalną partią SCP. Dlaczego nie spodobała się Panu „Jedność”?

Bo nie podobały mi się lewicowe tendencje, które wniosła do niej SCP. Nie ufałem jej liderowi Artisowi Pabriksowi. Nie jestem człowiekiem lewicy, wtedy Jānis Bordāns założył „Demokratycznych Patriotów” i zaprosił mnie do członkostwa. Narodowcy twierdzą, że nasza Nowa Partia Konserwatywna powstała na bazie „Demokratycznych Patriotów”, choć nie jest to prawda. Sytuacja była bardziej skomplikowana. W 2014 r. założyliśmy po prostu nową partię. Prawdą jest natomiast, że Jānis Bordāns naraził się narodowcom, gdy zaczął walkę z administracją ds. niewypłacalności, co uderzało właśnie w działaczy Sojuszu Narodowego. Wiem to, bo byłem wtedy jego doradcą. W końcu zdecydował, że będzie próbował zmienić system polityczny na Łotwie, a w kraju jest potrzeba czysto konserwatywnej partii.

„Jedność” nie była według Pana konserwatywną partią?

Mógłbym ich określić jako centrystów. Kiedy myślę o wartościach konserwatywnych, przychodzi mi do głowy osobista odpowiedzialność, państwo nieingerujące w prywatne sprawy obywateli, w sprawy biznesu. „Jedność” ma z kolei liberalny stosunek do spraw światopoglądowych, wspiera choćby związki partnerskie.

Przeczytaj także:  Czy rządzący na Łotwie odzyskają zaufanie?

Przeczytaj także:  Łotewska centroprawica przechodzi lifting

Gdy w 2014 r. przyłączył się Pan do Nowej Partii Konserwatywnej, to zainspirowali Pana członkowie KNAB, ich program antykorupcyjny?

Wtedy nie było jeszcze żadnych ludzi KNAB (łotewskiego biura antykorupcyjnego – przyp. red.). Chcieliśmy zwalczać po prostu korupcję, mieliśmy swój program. Dopiero później przyszli ludzie związani wcześniej z biurem antykorupcyjnym. Zakładaliśmy wtedy, że zajmie nam to dziesięć lat, by z małego ruchu politycznego stać się partią mainstreamową. Pierwsze wybory w 2014 r. były niewypałem, nie orientowaliśmy się nawet w kwestiach technicznych, ale miał to być po prostu sprawdzian.

Czy korupcja jest wciąż wielkim problemem na Łotwie?

Oczywiście. Jeszcze parę lat temu wydawało mi się, że jak dojdziemy do władzy, uda nam się wyrzucić wszystkich skorumpowanych polityków i wszystko będzie dobrze. Ale to co zauważyłem później: oni kaptują do swojego procederu młodych ludzi, z dobrym wykształceniem, doświadczeniem międzynarodowym. Oni są później lojalni w stosunku do „starych”, a gdy ci ostatni odejdą na emeryturę, zastąpią ich. W ten sposób układ się reprodukuje. Doszedłem więc do wniosku, że to wszystko nie jest takie proste.

Czy korupcja na Łotwie jest bardziej problemem władzy centralnej czy samorządowej?

Sądzę, że obu. Kiedy obserwuję nasze samorządy, dochodzę do smutnych wniosków. Fikcyjnie zatrudnia się ludzi, co tydzień dziennikarze donoszą o jakichś nieprawidłowościach. Teraz mamy historię z „Rīgas satiksme” (ryska spółka miejska zajmująca się transportem – przyp. red.), z radą miejską Rygi. Niedawno media donosiły, że żona Niła Uszakowa, burmistrza Rygi, przez lata pracowała dla spółki „Rīgas udens”, zajmującej się wodą. Ona miała odpowiadać za kontakty z Ministerstwem Ochrony Środowiska i Rozwoju Regionalnego, ale nikt jej w ministerstwie nigdy nie widział.

Problem samorządów to jednak nie tylko Ryga i Windawa.

To jest tylko wierzchołek góry lodowej. Podczas pracy w Komisji Gospodarki w Sejmie dowiedziałem się o wielkim lobbingu ze strony wielkich miast. Mamy na Łotwie 110 samorządów oraz 9 miast wydzielonych, te miasta mają swoją organizację: Stowarzyszenie Wielkich Miast Łotewskich (Latvijas Lielo pilsētu asociācija), która zajmuje się lobbingiem. Gdy pojawiają się pomysły zmian w ustawach, zaraz oni interweniują. Teraz pracujemy nad ustawą o konkurencji, gdzie przewidujemy, że spółki samorządowe nie mogą się mieszać w sprawy prywatnych przedsiębiorstw, musi być jasny rozdział między dwoma instytucjami. Mamy na Łotwie Radę ds. Konkurencji, którą chcemy wyposażyć w większe kompetencje. Teraz przychodzą do nas samorządowcy i ostrzegają, że to szaleństwo.

Uważa Pan, że było słuszną decyzją wykluczenie Związku Zielonych i Rolników z nowej koalicji, czego domagała się Wasza partia?

Sądzę, że nie tylko dobrą decyzją, ale było to jedno z większych osiągnięć Nowej Partii Konserwatywnej.

W 2018 r. wydawało się, że nie da się zbudować rządu albo bez Socjaldemokratycznej Partii „Zgoda”, albo bez Związku Zielonych i Rolników.

Dobry wynik Nowej Partii Konserwatywnej to umożliwił. Gdybyśmy zgodzili się na wejście ludowców do koalicji, mielibyśmy trudną sytuację. W zeszłej kadencji oni mieli prezydenta, premiera, wpływ na ministerstwa, komisje sejmowe, prokuraturę. Oni mogli robić, co chcą. Teraz odwiedziłem małe miasto w swoim okręgu wyborczym, czyli Dobele. Ludzie dziękowali nam, że wyrzuciliśmy z koalicji Związek Zielonych i Rolników. Naprawdę byłem zaskoczony, bo oczekiwałem, że ludzie na prowincji będą za nimi tęsknić, że będą pytać: „gdzie są nasze pieniądze obiecane przez rząd Mārisa Kučinskisa?”. A nikt nie pytał o gospodarkę, tylko każdy podkreślał wagę odejścia Związku Zielonych i Rolników.

Przeczytaj także:  Armands Krauze: Premier Kučinskis nie boi się trudnych decyzji

Przeczytaj także:  Dana Reizniece-Ozola: efekty rządu Mārisa Kučinskisa będą widoczne po latach

Ludzie na prowincji są zmęczeni partią Lembergsa? W Windawie on wciąż ma wysokie poparcie.

Tam ludzie mówią: „no tak, on kradnie, ale zobacz, jak się rozwija miasto”. Poza tym „on dzieli się, tym co zabrał”. To jest myślenie jeszcze z czasów sowieckich. Problem polega na tym, że Windawa jest dużym miastem, a wielu ludzi jest zatrudnianych przez lokalną radę miejską. De facto podlegają więc Lembergsowi. Mera Windawy popierają głównie właśnie ludzie powyżej czterdziestki albo emeryci. To są główne grupy, do których odwołuje się Lembergs, którym udziela swojego poparcia.

Przeczytaj także:  Mer, któremu trudno powiedzieć nie

Raimonds Vējonis jest dobrym prezydentem?

Ciężko mi się wczuć w jego skórę. Sądzę, że Łotwa powinna mieć najlepszego prezydenta, premiera czy ministrów. Wierzę bardzo w zbliżające się wybory prezydenckie, że uda nam się znaleźć prezydenta, który jest w stanie lepiej reprezentować Łotwę w polityce wewnętrznej czy zagranicznej.

Egils Levits jest taką osobą?

Mógłby być. On ma dużo dobrych cech. Jeśli pyta Pan mnie, czy mogę powiedzieć coś złego na jego temat? Nie, na obecną chwilę nie i sądzę, że byłby lepszym prezydentem niż Raimonds Vējonis. Ostateczną decyzję Nowa Partia Konserwatywna podejmie w maju (w tym tygodniu konserwatyści podjęli decyzję, że wspierają Egilsa Levitsa jako kandydata na prezydenta – przyp. red.). Na razie nie widzę lepszego kandydata niż Egils Levits. Pozostałe partie z pewnością zaproponują jednak swoich kandydatów.

Jest Pan zadowolony z rządu, który w styczniu stworzyło pięć centroprawicowych partii łotewskich?

Cieszę się, że ten rząd w ogóle powstał.

Wasz przewodniczący Jānis Bordāns miał szansę zostać premierem.

Kiedy prezydent Raimonds Vējonis zapowiedział, że jego kandydatami na szefa rządu są Jānis Bordāns (Nowa Partia Konserwatywna), Aldis Gobzems (KPV LV) i Artis Pabriks (liberałowie), stało się dla nas jasne, że nie mamy dużych szans, a nasz lider nie zostanie premierem. Skoro ogłoszono trzech kandydatów, wiadomo było, że nikt nie będzie zainteresowany tym, by poprzeć naszego człowieka. Gobzems i Pabriks mieli bowiem także szansę, wystarczyło nie poprzeć Bordānsa. Sądzę, że to była świadoma gra prezydenta.

W końcu pojawił się Krišjānis Kariņš, kandydat „Nowej Jedności”, który został premierem.

Sądzę, że to nie jest zły polityk, pamiętam go z czasów, gdy obaj byliśmy członkami „Nowej Ery”. Jest nie najgorszym premierem.

Przeczytaj także:  Łotwa: każdy ma ochotę na odrobinę władzy

Przeczytaj także:  Krišjānis Kariņš albo Jedności życie po śmierci

Wy otrzymaliście trzy ministerstwa w rządzie: sprawiedliwość, edukację oraz transport. Jesteście zadowoleni?

Uważam, że największym osiągnięciem tego rządu jest wypchnięcie Związku Zielonych i Rolników poza koalicję. Byliśmy w stanie pójść na ustępstwa, jeśli chodzi o podział tek, by osiągnąć ten cel. Sądzę, że Juta Strīķe czy Juris Jurašs byliby świetnymi kandydatami na szefów ministerstwa spraw wewnętrznych, ale niestety nie udało się tego osiągnąć, jesteśmy bowiem w skomplikowanej koalicji.

Z kolei nikt nie chciał ministerstwa oświaty, więc wzięliśmy je my. Wciąż są bowiem problemy z obietnicami poprzedniego rządu, że nauczyciele dostaną podwyżki, ale nie ma nic na ten temat w tegorocznym budżecie. To wszystko spadło na nas, choć wolelibyśmy zajmować się finansami i np. podwyższyć minimalną pensję czy emeryturę. W kasie nie ma jednak pieniędzy. Nasza minister oświaty Ilga Šuplinska pracuje ciężko i sądzę, że uda nam się poprawić los nauczycieli. Na razie musimy znosić krytykę ze strony Związku Zielonych i Rolników, że nie kontynuujemy ich programu wsparcia dla nauczycieli.

Sądzi Pan, że rząd Krišjānisa Kariņša przetrwa do końca kadencji w 2022 r.?

Powołam się na słowa Jānisa Bordānsa: jakkolwiek każdy przewiduje temu rządowi krótkie trwanie, on może zaskoczyć wszystkich i przetrwać bardzo długo. Jaka jest bowiem sytuacja? Nie mamy alternatywy.

Jest Pan w stanie wyobrazić sobie powrót do koalicji Związku Zielonych i Rolników?

Jako Nowa Partia Konserwatywna nie będziemy pracować w takiej koalicji. W latach 2017-2018 jako radny Rygi przyzwyczaiłem się do pracy w opozycji i nie boję się tego, że moglibyśmy zostać poza rządem. Na pewno nie wejdziemy do sojuszu ze Związkiem Zielonych i Rolników.

A propos samorządu ryskiego. Minister ochrony środowiska i rozwoju regionalnego Juris Pūce zdecydował o opróżnieniu stanowiska mera Rygi.

Uważam, że ta decyzja powinna była zapaść wiele lat temu. Sądzę, że Nił Uszakow już dawno powinien zostać aresztowany za to, co robi w samorządzie ryskim. On w ogóle nie powinien był stanąć do wyborów w 2017 r. Oczywiście jego dymisja była trudna, ale należało podjąć tę decyzję. Możliwe, że także rozwiązać samą radę miejską. Mamy bowiem do czynienia z kradzieżą dóbr należących do władz miejskich Rygi. Sądzę, że musimy mieć nowe wybory. I wtedy obojętne jest kto wygra: czy będzie to Nowa Partia Konserwatywna, czy narodowcy czy liberałowie. Chodzi o odsunięcie tego chorego układu od władzy.

Przeczytaj także:  Mer Rygi porzuca stanowisko i jedzie do Parlamentu Europejskiego

Przeczytaj także:  Mer Rygi Nił Uszakow usunięty ze stanowiska

Sądzi Pan, że Baiba Rozentāle mogłaby być dobrym następcą Niła Uszakowa?

Absurdalne, kim ona jest? W zasadzie teraz jest ciągle dyskusja, wyciąganie królików z kapelusza: „może ten, może ta” etc. Mówi się, że merem mógłby zostać Oleg Burow, obecnie pełniący obowiązki mera. To naprawdę nie jest w tym momencie ważne. Ci ludzie nie mają żadnych kwalifikacji, by pełnić funkcje w samorządzie bałtyckiej stolicy.

Jaki wynik będzie Was satysfakcjonować jako Nową Partię Konserwatywną w wyborach europejskich?

Minimalnie jeden mandat, maksymalnie trzy.

Więc politolog Andis Kudors jako lider Waszej listy, a także ktoś jeszcze. Inne pytanie: nie jesteście członkiem żadnej rodziny europejskiej?

Na razie nie, choć rozważamy przyłączenie się do różnych ugrupowań. Mamy dobrą komunikację z Europejską Partią Ludową.

Przeczytaj także:  Andis Kudors: Białoruś nie uderza swoją polityką w Łotwę

Będziecie więc w tej samej frakcji co „Nowa Jedność”.

Całkiem możliwe, ale proces jeszcze trwa.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here