Parlament Europejski. Zdj. European Parliament / Flickr / CC.

Jānis Ikstens: nie wierzę w powstanie nowej partii rosyjskiej na Łotwie

-

Nie sądzę, żeby była potrzeba powołania do życia nowego ugrupowania rosyjskiego na Łotwie. Raczej należałoby zastąpić Uszakowa jakimś nowym liderem. Nie uważam, żeby musiał to być Jānis Urbanovičs. Na horyzoncie jest chociażby Vjačeslavs Dombrovskis. On jest Rosjaninem, ma doświadczenie polityczne, jest dobrym mówcą. Jego problemem może być natomiast zaangażowanie po przeciwnej stronie barykady przez długi czas, przynależność do Partii Reform Zatlersa i „Jedności”. Dalsza pozycja „Zgody” będzie jednak zależeć od tego, jak Rosjanie podejdą do tego, to co się dzieje w samorządzie ryskim. Na razie Nił Uszakow pozycjonuje siebie jako ofiarę. Ofiarę z tego powodu, że jest Rosjaninem. Nie chodzi o korupcję, nieefektywne zarządzanie, ale o kwestie etniczne – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim łotewski politolog Jānis Ikstens.

Jānis Ikstens urodził się w 1970 roku. Jest absolwentem Wydziału Historii i Filozofii Uniwersytetu Łotewskiego, studiował także w Danii i Holandii. Uzyskał stypendium rządu amerykańskiego. W latach 1997-1999 sprawował funkcję rektora Wyższej Szkoły Vidzeme w Valmierze. Obecnie stoi na czele Katedry Politologii Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Łotewskiego. Jest także prorektorem tej uczelni ds. nauk społecznych i prawnych.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Za miesiąc będziemy mieli wybory europejskie, którymi Łotysze raczej nie są zainteresowani. W 2014 r. frekwencja wyniosła 30%. Jaki jest powód?

Jānis Ikstens: Łotysze nie są pod tym względem unikalni. Proszę spojrzeć na którykolwiek z krajów Unii Europejskiej, zobaczy Pan, że frekwencja w tych wyborach jest zawsze niższa niż w krajowych. A to jest miernik zainteresowania społeczeństwa tym wydarzeniem. Wybory europejskie nazywa się często wyborami „drugiego sortu”, to nie jest priorytet dla ludzi. Sądzę, że to wiąże się, przynajmniej w przypadku Łotwy, z percepcją Unii Europejskiej i jej instytucji, z ich uprawnieniami. Ludzie zastanawiają się, czy jest sens głosować, skoro wpływ łotewskich deputowanych na prace Parlamentu Europejskiego nie jest duży. Łotwa posiada bowiem ośmiu europosłów, ogółem tych posłów jest ponad siedmiuset. Wielu Łotyszy zastanawia się: czy nasi politycy rzeczywiście mają wpływ?

W 2009 r. frekwencja w wyborach europejskich była jeszcze całkiem przyzwoita, zaś pięć lat temu wyniosła jedynie 30%. Nie sądzę, żeby w tym roku było lepiej. I to pomimo faktu, że jak twierdzą badania Eurostatu Łotysze ufają instytucjom unijnym o wiele bardziej niż własnym. Mam na myśli choćby nasz krajowy Sejm z jednej strony, z drugiej Komisję Europejską. Ta różnica sięga nawet parudziesięciu punktów. Niestety nie widzę ze strony centralnych instytucji europejskiej dążenia, by coś zrobić z tą niską frekwencją. Każdy zgadza się z tym, że to nie jest dobre, a później i tak pozostaje wszystko tak jak było.

Przeczytaj także:  Jānis Ikstens: mniejszość rosyjska, wchodząc do rządu, zadowoliłaby się trzema resortami

Wspomniał Pan o tym, że Łotwa ma jedynie ośmiu deputowanych, ale to przecież nie tylko problem liczby, ale także jakości tych ludzi.

Zgadza się, byli posłowie dobrze oceniani, jak Roberts Zīle, z kolei niektórzy inni nie byli wystarczająco aktywni w minionej kadencji…

Jak chociażby posłanka Iveta Grigule…

Ale i tak nie zmienia to sytuacji maleńkiego wpływu Łotwy na bieg spraw w Parlamencie Europejskim. Odrębna sprawa to listy. W tym roku kandyduje wiele osób doświadczonych w sprawach europejskich, choćby były premier i wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis, europosłanka i była minister spraw zagranicznych Sandra Kalniete, oboje z listy „Nowej Jedności”, wieloletni europoseł Roberts Zīle z ramienia narodowców…

A także dwóch znanych profesorów Ivars Ījabs oraz Andis Kudors.

Ale oni niekoniecznie są doświadczeni w sprawach europejskich, po prostu są politologami. Ani Ivars Ījabs, ani Andis Kudors nie badali problematyki Unii Europejskiej. Są znani i popularni na Łotwie, nigdy jednak nie pisali prac o strukturach unijnych. Z kolei Roberts Zīle zasiadał w Parlamencie Europejskim od piętnastu lat, wspierał także proces akcesyjny Łotwy. Sandra Kalniete też od lat zasiada w Strasburgu. Gdy mowa o innych kandydatach to sądzę, że bardzo doświadczoną osobą jest była minister gospodarki i finansów Dana Reizniece-Ozola, która kandyduje na europosłankę z listy Związku Zielonych i Rolników. Mam na myśli doświadczenie w branży finansowej. Wreszcie nie można pomijać Rosyjskiego Związku Łotwy, który wystawia trzech doświadczonych polityków, a także byłych i aktualnych europosłów Tatianę Żdanok, Andrieja Mamykina i Mirosława Mitrofanowa.

Przeczytaj także:  Andis Kudors: Białoruś nie uderza swoją polityką w Łotwę

Przeczytaj także:  Dana Reizniece-Ozola: efekty rządu Mārisa Kučinskisa będą widoczne po latach

Kandyduje także Nił Uszakow, były mer Rygi.

Ale on również pozbawiony jest doświadczenia europejskiego. Wracając do Pańskiej uwagi – nie sądzę, by jakość kandydatów do Parlamentu Europejskiego per se wpływała na Łotwie na niższą lub wyższą frekwencję.

Na Łotwie istnieją de facto dwie wspólnoty: Łotysze i rosyjskojęzyczni. Czy możemy uznać, że ci ostatni mniej interesują się wyborami europejskimi? W 2014 r. bardzo silna Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda”, notowana na pierwszym miejscu w sondażach, uzyskała cztery razy mniej głosów niż największa wówczas partia łotewska, czyli „Jedność”.

Musi Pan wziąć pod uwagę, że głosy rosyjskie w dużej mierze poszły na Rosyjski Związek Łotwy, więc jeśli się doda poparcie dla „Zgody” i partii Tatiany Żdanok, to uzyskamy łącznie znacznie większy procent. Nie sądzę więc, by Rosjanie na Łotwie mniej interesowali się wyborami europejskimi niż Łotysze.

Zostawmy wybory europejskie. Na wiosnę mamy także wybory prezydenckie, a część partii już ogłosiło, że wesprze w nich sędziego Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości Egilsa Levitsa.

Który ma jednoznacznie konserwatywną i prawicową agendę, jeśli weźmiemy jego poglądy na kwestie konstytucyjne czy stosunek do mniejszości narodowych. To może być pewnym problemem dla liberałów z partii „Attīstībai Par”. Dla nich może być trudno głosować na Egilsa Levitsa (rozmowa była nagrywana w marcu, zanim pięć partii koalicji rządzącej ogłosiło, że będzie wiosną 2019 r. głosować na Levitsa – przyp. red.). W dodatku trzeba pamiętać, że wybory prezydenckie są częścią szerszego dealu politycznego. Chodzi o wybór takich osób jak prokurator generalny, szef Banku Łotewskiego czy komisarz Unii Europejskiej. Jeśli ktoś ma premiera, nie dostanie raczej prezydenta, jeśli ktoś otrzymał stanowisko marszałka Sejmu, także nie ma szans na najwyższy urząd.

Przeczytaj także:  Łotwa: Koalicja rządowa porozumiała się w sprawie kandydata na prezydenta

Gdyby Egils Levits został prezydentem, byłby jednak kolejnym kandydatem narodowców po przewodniczącej Sejmu Inārze Mūrniece, który uzyskał jakąś funkcję w nowym układzie rządzącym.

To jest właśnie dość interesujące, bo tak naprawdę do dziś nie wiemy, z którą partią polityczną oficjalnie kojarzyć Levitsa. Z jednej strony można powiedzieć, że to człowiek Sojuszu Narodowego, bo oni wystawili go w 2015 r. Z drugiej strony uzyskał także wsparcie Nowej Partii Konserwatywnej. Na razie Levitsa wspierają jednocześnie konserwatyści i narodowcy. Pamiętajmy, że w 1999 r. ówczesna kandydatka na prezydenta Vaira Vīķe-Freiberga także była wystawiona przez ówczesnych narodowców z TB/LNNK. Ale czy była prezydentką nacjonalistów? Chyba nie.

Co z głosami opozycji podczas wyborów prezydenckich?

Nie sądzę, żeby którykolwiek z jej deputowanych poparł Levitsa. Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda” nie zrobi tego z powodów pryncypialnych, zaś Związek Zielonych i Rolników przynajmniej do pewnego momentu będzie musiał oficjalnie wspierać obecnego prezydenta Raimondsa Vējonisa. Co stanie się, gdy on odpadnie z gry, będzie zależało od dalszych układów w parlamencie.

W tym roku prezydent po raz pierwszy będzie wybierany w otwartych wyborach, jak to wpłynie na cały proces?

Partie polityczne będą miały mniej możliwości, by kłamać. W praktyce ugrupowania nie będą w stanie zaciągać żadnych zobowiązań, chyba, że zrobią to publicznie, oficjalnie. Ale czy to zmieni wynik wyborów, tego nie wiem.

Niektórzy twierdzą, że gdyby w 2015 r. wybory były otwarte, wtedy Egils Levits miałby większe szanse.

Możliwe. Ale wszystko tak czy inaczej zależy od wyborców. Elektorat liberałów z koalicji „Attīstībai Par” może powiedzieć: „Levits? W żadnym wypadku”. Więc nawet w głosowaniu otwartym część polityków może wyrazić swoje niezadowolenie i „wywrócić stolik”, jak to bywało wcześniej, kiedy wybory były tajne. Na pewno konserwatyści i narodowcy będą głosować na Levitsa, już to zapowiedzieli. Z kolei, gdy mowa o KPV LV wcale nie jestem pewien, czy ich elektorat jest zainteresowany wyborami prezydenckimi. Sądzę, że oni mogą się podzielić podczas głosowania. Jeśli zaś chodzi o „Nową Jedność”, najmniejsze ugrupowanie działające w Sejmie, to oni co prawda mówili, że mają własną kandydatkę na prezydenta, ale teraz widzimy Sandrę Kalniete na liście do Parlamentu Europejskiego, a więc nie było to pomyślane serio.

Obecnie mijają trzy miesiące od kiedy Krišjānis Kariņš jest premierem Łotwy. Czy ma szanse przetrwać na tym stanowisku do 2022 r., czyli do końca kadencji?

Nie ma takiego precedensu na Łotwie.

Valdis Dombrovskis przetrwał kiedyś całą kadencję.

Ale później były przyspieszone wybory do Sejmu. Nie wiemy, jak będzie tym razem. Szczerze mówiąc intuicja podpowiada mi, że Kariņš nie przetrwa do końca.

Koalicja rozpadnie się? Kto będzie tym razem najsłabszym ogniwem, czyżby KPV LV Artussa Kaimiņša?

Trzeba pamiętać, że dwaj liderzy tej partii Artuss Kaimiņš i Atis Zakatistovs są obecnie na celowniku prokuratury. Jeśli stracą mandaty poselskie ta partia straci swoje kierownictwo. Aldis Gobzems jest już poza partią. Teoretycznie można wyobrazić sobie, że wróci, ale sądzę, że frakcja KPV LV się wtedy rozpadnie. Jeśli do tego dojdzie, będzie to oznaczać, że jedno z największych środowisk w Sejmie przestanie istnieć.

Czy Związek Zielonych i Rolników będzie wtedy mieć szansę, by powrócić do koalicji?

Przeciwko temu opowiada się Nowa Partia Konserwatywna. Ale trzeba obserwować, w jaki sposób konserwatyści zaadoptują się do nowej sytuacji politycznej, w jakim stadium będzie proces mera Windawy Aivarsa Lembergsa, który jest patronem Związku Zielonych i Rolników. W każdej chwili „zieloni i chłopi” mogą się jednak odciąć od Lembergsa, powiedzieć: „to nie nasz człowiek”. A w dodatku mamy jeszcze proces Jurisa Jurašsa, byłego pracownika biura antykorupcyjnego KNAB, obecnie wiceszefa frakcji Nowej Partii Konserwatywnej. Jak to wpłynie na całą sytuację? Trzeba to będzie obserwować.

Przeczytaj także:  Afera u Zielonych i Rolników z Jurmałą w tle

W nawiązaniu do tego nie sądzę, by rząd Kariņša przetrwał długo. W dodatku przeciwko niemu przemawia fakt, że składa się aż z pięciu partii politycznych.

Sądzi Pan, że Jānis Bordāns wciąż ma ambicje, by zostać premierem?

Absolutnie. Odrębną kwestią jest to, czy nim zostanie. Być może Nowa Partia Konserwatywna wiąże swoje nadzieje z tym, że Egils Levits jako prezydent nominuje Bordānsa na to stanowisko, ale praktyka pokazuje, że żeby zostać premierem, trzeba mieć najpierw stabilną większość w Sejmie albo przynajmniej szanse na nią. Bordāns nie okazał się zaś parę miesięcy temu wielce utalentowanym negocjatorem.

Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda” wygrała wybory do Sejmu jesienią 2018 r. już trzeci raz z rzędu. Mimo to nie weszła do koalicji. Ponadto mamy obecnie kryzys w radzie miejskiej Rygi, od 2009 r. rządzonej przez „Zgodę”. W jaki sposób wpłynie to na sytuację „partii rosyjskich”?

To zależy jak Rosjanie będą postrzegać, to co się dzieje w samorządzie ryskim. Na razie Nił Uszakow pozycjonuje siebie jako ofiarę. Ofiarę z tego powodu, że jest Rosjaninem. Nie chodzi o korupcję, nieefektywne zarządzanie, ale o kwestie etniczne, o to, że jest z Socjaldemokratycznej Partii „Zgoda”. Nie sądzę, żeby wielu Łotyszy wierzyło w jego narrację, ale z Rosjanami jest inna sprawa. Wybory europejskie będą pierwszym testem popularności dla Niła Uszakowa. Trzeba także obserwować generalny poziom poparcia dla „Zgody” w sondażach.

Mamy obecnie dwie partie rosyjskie: „Zgodę” oraz Rosyjski Związek Łotwy. Czy widzi Pan szansę na powstanie nowego ugrupowania rosyjskiego, które zastąpiłoby partię Niła Uszakowa?

Nie widzę, nie sądzę, żeby była potrzeba. Raczej należałoby zastąpić Uszakowa jako lidera jakimś innym politykiem. Nie sądzę, żeby musiał to być Jānis Urbanovičs. Na horyzoncie jest chociażby Vjačeslavs Dombrovskis. On jest Rosjaninem, ma doświadczenie polityczne, jest dobrym mówcą. Jego problemem może być natomiast zaangażowanie po przeciwnej stronie barykady przez długi czas, przynależność do Partii Reform Zatlersa i „Jedności”.

Z kolei stworzenie nowej partii wymagałoby wysiłku, znalezienia odpowiedniego „brandu”, a także wytłumaczenia ludziom, dlaczego „Zgoda” jest już nieaktualnym projektem politycznym. Nie sądzę, by ktoś chciał to robić.

Co z partią Tatiany Żdanok?

W naszym społeczeństwie zachodzą pewne procesy, które działają przeciwko Rosyjskiemu Związkowi Łotwy. Mniejszości słowiańskie stają się coraz bardziej przyzwyczajone do używania języka łotewskiego. Protesty przeciwko reformie edukacji nie wypaliły. Dobre pytanie zresztą, dlaczego. Czy dlatego, że nie ma wsparcia dla nich, czy może nasze służby specjalne pracują lepiej?

Przeczytaj także:  Reforma oświaty na Łotwie wejdzie w życie, polskie szkoły w Łatgalii i Rydze zostają

Przeczytaj także:  Filips Rajevskis: nie ma szans dla Tatiany Żdanok

Ale jeśli odrzucimy teorie spiskowe, to na dłuższą metę Rosyjski Związek Łotwy będzie tracić. Podam taki przykład. W październiku 2018 r., gdy były wybory sejmowe, robiliśmy jako Uniwersytet Łotewski nasz exit poll. Daliśmy ludziom do wyboru jednostronicowe kwestionariusze w dwóch językach: po łotewsku i po rosyjsku. Byliśmy bardzo zaskoczeni, że wielu Rosjan wybrało łotewski. To było w całym kraju, nie tylko w Rydze. Rozmawialiśmy także z innymi firmami zagranicznymi, a także ludźmi, którzy zajmują się statystyką. Coś się zmienia, ale Rosjanie coraz chętniej posługują się łotewskim. To nie będzie działać na korzyść Tatiany Żdanok.

Pracuje Pan z wieloma młodymi ludźmi, jak bardzo interesują się oni polityką?

To trochę źle skierowane pytanie, bo ja pracuję z ludźmi, którzy naturalnie interesują się polityką. Są w końcu studentami politologii. Wielu z nich angażuje się w młodzieżówki partyjne. Generalnie jednak młodzież łotewska interesuje się polityką znacznie rzadziej niż ludzie w średnim wieku. Frekwencja w wyborach jest wciąż niższa wśród młodzieży. Oni mają zresztą inne priorytety życiowe. Łotwa nie jest zresztą tutaj żadnym wyjątkiem.

Ale w Sejmie macie dużo młodych polityków, choćby w porównaniu z polskim parlamentem.

Jest coś takiego, że nasi wyborcy lubią tych młodych działaczy. Wierzą, że wniosą oni do Sejmu coś nowego.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here