Via Catalana (2014). Zdj. Òmnium Cultural / Flickr / CC.

Otto Ozols: Katalończycy pytali mnie, jak to jest żyć w wolnym kraju

-

Próbuję skończyć książkę na temat Katalonii. Inną sprawą jest przyjechać do Barcelony na parę dni, porozmawiać o polityce. Jednak ja byłem także na prowincji katalońskiej. Widziałem „Via Catalana”. Chodząc z miasta do miasta, ze wsi do wsi, poznałem zwyczajnych ludzi. Najważniejsze, by zrozumieć ich. Oni zrobili na mnie ogromne wrażenie. Zaczęli pytać: „jak to jest żyć w niepodległym kraju?”. Niestety nie potrafiłem im odpowiedzieć, dlaczego ja mogę żyć w wolnej Łotwie, a oni nie mogą w wolnej Katalonii. Inna sprawa to arogancja Hiszpanów, która jest podobna do tej, którą Polacy, Litwini czy Łotysze zaznali od imperium rosyjskiego. Zabrakło szacunku. Sądzę, że w UE kluczowym słowem w 2019 r. powinien być „szacunek” – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtycki Otto Ozols, łotewski pisarz, publicysta, kandydat w wyborach europejskich w maju 2019 r.

Otto Ozols (właśc. Mārtiņš Barkovskis) urodził się w 1970 r. Pracował jako asystent reżysera w redakcji audycji literatury i sztuki telewizji LTV. Był twórcą służby wiadomości pierwszej niezależnej telewizji na Łotwie pod nazwą „NTV 5”. Pracował jako dziennikarz i pisarz, jest autorem kilku książek („Latvieši ir visur”, Rīga 2010; – pol. „Łotysze są wszędzie”; „Theodorus. Deja ar ziloņzivi”, Rīga 2014; „Neērtās patiesības”, Rīga 2015; „Niewygodne prawdy”). W 2013 r. zaangażował się we wsparcie dla ruchu katalońskiego, trzy lata później odbył długą podróż po Katalonii. Obecnie pracuje nad poświęconą jej publikacją. W wyborach europejskich w 2019 r. kandyduje z drugiego miejsca centrowej partii Łotewskie Zjednoczenie Regionów.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Pierwsze pytanie chciałem zadać o Katalonię. Obserwowałem Pańskie konto na Twitterze, Pańskie wpisy, wiele z nich dotyczy Katalonii, a Pan sam stanął po stronie zwolenników jej niepodległości. Jak to się stało?

Otto Ozols: Dla mnie to bardzo naturalne, bo pamiętam nasz ruch odrodzeniowy, „atmodę” na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uczestniczyłem w pierwszej antysowieckiej demonstracji pod Pomnikiem Wolności 23 sierpnia 1987 r., gdy po raz pierwszy protestowano przeciwko konsekwencjom paktu Ribbentrop-Mołotow. Pamiętam to bardzo dobrze, choć byłem wtedy młodą osobą. Miałem siedemnaście lat. Pamiętam nasze marzenia o niepodległości, wolności, własnej fladze. Mogliśmy wreszcie śpiewać nasz hymn narodowy. Wszystko było inaczej niż w Polsce. Dla mnie to są ważne wspomnienia. Po tym wszystkim nastąpiła „bałtycka droga” w 1989 r. Później w 2013 r. zobaczyłem „Via Catalana”, w której wzięło udział 1,6 miliona Katalończyków, wzorowaną na naszej „bałtyckiej drodze”. To nie jest jakaś marginesowa sprawa, to wielka demonstracja w środku Europy.

Przeczytaj także:  Łotwa także miała swoje barykady

Przeczytaj także:  Prawo do wolności czy intryga Kremla. Bałtowie za Katalonią?

Przeczytaj także:  Bałtycki łańcuch. Protest Litwinów, Łotyszy i Estończyków w 50. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow

Po tym jak odbyła się „Via Catalana”, zacząłem się interesować Katalonią. Dowiedziałem się, że jest 7-8 mln Katalończyków, którzy mają własną historię, tradycję, kulturę i język, ale nie mają praw, których się przestrzega. W nowoczesnej Europie. Zacząłem z tymi ludźmi rozmawiać i znalazłem wiele podobieństw między Łotwą i Katalonią w XX w. W oczach Katalończyków widziałem tego samego demokratycznego ducha, który był w Łotyszach w latach osiemdziesiątych. Dlatego moje sympatie są po stronie Katalonii.

Czy podobieństwa między Łotwą a Katalonią w XX w. to jedyny powód, dla którego zaangażował się Pan w tę sprawę?

Chodzi o coś więcej, o to jaki kształt będzie miała Europa. O wolność słowa, o to, żeby nie było w Unii Europejskiej więźniów politycznych. Jeśli zaczniemy zamykać demokratycznie wybranych polityków, to podążymy za przykładem Federacji Rosyjskiej. Ja nie jestem za czy przeciwko niepodległości Katalonii, opowiadam się za ich prawem do decyzji. Chodzi o prawo do samookreślenia. Nie akceptuję tego, że część krajów posiada takie prawo, a część nie. Szkoci je mają, dlaczego nie mają go mieć Katalończycy? Unia Europejska powinna trzymać wysokie standardy demokracji.

W 2016 r. odbył Pan podróż do Katalonii.

Próbuję skończyć książkę na ten temat. Inną sprawą jest przyjechać do Barcelony na parę dni, porozmawiać o polityce. Jednak ja byłem także na prowincji katalońskiej. Widziałem „Via Catalana”. Chodząc z miasta do miasta, ze wsi do wsi, poznałem zwyczajnych ludzi. Najważniejsze, by zrozumieć ich. Oni zrobili na mnie ogromne wrażenie. Zaczęli pytać: „jak to jest żyć w niepodległym kraju?”. Niestety nie potrafiłem im odpowiedzieć, dlaczego ja mogę żyć w wolnej Łotwie, a oni nie mogą w wolnej Katalonii. Inna sprawa to arogancja Hiszpanów, która jest podobna do tej, którą Polacy, Litwini czy Łotysze zaznali od imperium rosyjskiego. Kiedy George W. Bush spotkał się z Władimirem Putinem, ten ostatni powiedział, że Ukraina nie jest państwem. Ze strony Kastylijczyków mieliśmy tylko arogancję wobec mieszkańców Katalonii: „nie jesteście narodem, nie macie odrębnego języka”. Zabrakło szacunku. Sądzę, że w UE kluczowym słowem w 2019 r. powinien być „szacunek”.

Przeczytaj także:  Rosyjskojęzyczni na Łotwie a wojna na Ukrainie

Widzę, że ma Pan na piersi znaczek wspierający więźniów politycznych w Katalonii.

Od ponad roku liderzy niepodległościowi są więzieni przez Hiszpanów, to mi przypomina Związek Sowiecki.

Niewielu polityków na Łotwie wspiera Katalonię, może robi to liderka Rosyjskiego Związku Łotwy Tatiana Żdanok.

To jest rosyjska prowokacja, ona de facto wspiera Madryt, podobnie jak Moskwa. To toksyczna osoba, nienawidzona na Łotwie, wspierająca Putina. Jej zadaniem jest zdyskredytowanie ruchu katalońskiego. Ona nie może go wspierać, bo sama w 1990 r. była przeciwko niepodległości małych państw. Madryt potrzebuje toksycznych ludzi, żeby wspierali Katalonię, by ośmieszyć te postulaty. Na Łotwie są za to inne osoby wspierające Katalonię, ale one boją się reakcji ambasady hiszpańskiej. Ze znanych osób na Łotwie za Barceloną opowiedział się kompozytor Mārtiņš Brauns. Na świecie robi to aktor amerykański Viggo Mortensen czy muzyk Peter Gabriel. Moskwa zaś wspiera Madryt, ze względu na udostępnienie jej portów hiszpańskich.

Jest Pan dziennikarzem, publicystą i pisarzem. Dlaczego zdecydował się Pan wejść do polityki i kandydować do Parlamentu Europejskiego?

Od wielu lat zajmuję się pisaniem, ale zawsze zabierałem głos w sprawach publicznych. Teraz uważam, że powinienem zrobić następny krok. Wcześniej robiłem coś w rodzaju lobbingu na rzecz demografii. Ona jest jednym z powodów, dlaczego zaangażowałem się w politykę. Rząd Krišjānisa Kariņša, choć powołał specjalnego pełnomocnika ds. demografii, nie ma na nią pomysłu. A sytuacja na Łotwie jest naprawdę poważna. Łotysze mogą zniknąć za ileś lat.

Przeczytaj także:  W 2017 roku wzrosła liczba ludności Estonii

Ze względu na emigrację i niski poziom urodzeń.

Z tą drugą sprawą jest ostatnio o wiele lepiej. Tracimy jednak populację, wg danych światowych od 2000 r. Łotwa straciła 18% ludności. Gdy mowa o Polsce, ta zmiana wyniosła paręnaście razy mniej. Zmieniła się także struktura wieku na Łotwie, jest mało młodzieży. Nie mam nic przeciwko starszym ludziom, ale za ileś lat będziemy mieli deficyt podatników i pracowników. Nasz budżet tego nie wytrzyma.

Jednym z powodów Pańskiego startu do Parlamentu Europejskiego jest demografia, kolejnym edukacja?

Ja kocham nauczycieli, bo moi dziadkowie trudnili się tą profesją. Wierzę w Boga, wierzę w edukację. Mam pomysł, by zrobić specjalny fundusz unijny na oświatę. Marzę, by w każdym kraju europejskim minimalna płaca dla nauczycieli wynosiła co najmniej 50% pensji członka Parlamentu Europejskiego. To 3 tys. euro po opodatkowaniu. Stać nas na to, bo jesteśmy po USA największą gospodarką na świecie, większą od Chin. Sądzę, że nauczyciel musi być w centrum uwagi, bo on pracuje na rzecz kolejnych pokoleń. Dlaczego Finlandia jest tak silnym gospodarczo państwem? Czy nie dlatego, że ma bardzo dobrze zorganizowany system oświaty? Tam zawód nauczyciela jest jednym z najbardziej prestiżowych w kraju. Sądzę, że ten system powinniśmy przenieść do całej Europy. Nie wiem, ile nauczyciele zarabiają w Polsce, ale na Łotwie to jest tragedia. A nauczyciel jest najważniejszą osobą w życiu dziecka zaraz po rodzicach.

Przeczytaj także:  Hosams Abu Meri: państwo łotewskie nie jest w stanie sponsorować szkół obcojęzycznych

Kolejna sprawa, którą chce się zająć w Strasburgu to gospodarka.

Zależy mi na rozwoju gospodarczym Unii Europejskiej. Jesteśmy drugą po USA gospodarką na świecie, ale jakby Pan zapytał, ile znanych firm IT ma siedzibę w Unii Europejskiej, to mielibyśmy wspólnie kłopot z odpowiedzią. W USA ma Pan „Amazon”, „Apple”, „Facebook”, w Korei mają „Samsung”. Tymczasem XXI w. będzie skoncentrowany na technologiach, na informatyce. Niestety pieniądze na technologię wychodzą poza Unię Europejską. Niedługo będziemy mieli z tym wielkie problemy. To samo jest z edukacją, ile najlepszych uniwersytetów mamy w Unii Europejskiej? Możemy porozmawiać o Oxfordzie. Większość tych uczelni jest w USA. Teraz jest ostatni dzwonek, żebyśmy zrobili coś z edukacją w UE.

Na Łotwie także nie jest z tym najlepiej. Uniwersytet w Tartu w Estonii ma dwa razy wyższy budżet niż Uniwersytet w Rydze. Chcemy mieć inteligentnych studentów, ale nie będziemy ich mieli bez dobrej edukacji podstawowej i średniej. A żeby ona była, musimy mieć dobrze opłacanych nauczycieli. I tutaj kółko się zamyka.

Przeczytaj także:  Nauka przez całe życie. Rozmowa z Liią Hänni o systemie edukacji w Estonii

Zaproponował Pan także reformę Komisji Europejskiej.

Obecnie nikt nie ma pojęcia na jakich zasadach wybiera się komisarzy, brakuje transparentności. Nie wiemy, kto jest za co odpowiedzialny, mamy różnych komisarzy, którzy są odpowiedzialni za oświatę. Każdy komisarz powinien być z kraju, który w danej dziedzinie osiąga najwięcej sukcesów. Komisarz ds. edukacji powinien pochodzić z kraju, który ma najlepsze wyniki testów PISA. Niech będzie to Finlandia, bo ona ma najlepsze praktyki w tej dziedzinie. Oprócz tego każda dziedzina powinna mieć drugiego komisarza. Z kraju, który ma najgorsze wyniki. W przypadku edukacji mogłaby być to Łotwa (śmiech). Nazwijmy to „challenging commissioners”, a więc najsłabsze ogniwa. Dwóch komisarzy powinno pracować razem na rzecz zmian.

Jeśli chodzi o inne sprawy, to Łotwa ma także kiepskie statystyki. W całej Unii Europejskiej na milion mieszkańców ginie w wypadkach co roku jakieś 50 osób, w Skandynawii ta liczba jest o dziesięć osób niższa, z kolei w Bułgarii czy na Łotwie mamy 80-85 ofiar wypadków co roku. Z jednej strony są to tragedie dla rodzin, z drugiej tracimy w ten sposób pieniądze. Szwecja dobrze sobie poradziła z wypadkami na drogach. Niech więc ma w tej dziedzinie swojego „achievement commissioner”, zaś „challenging commissioner” niech pochodzi z Łotwy lub Bułgarii. Jeśli stworzymy taki system, wtedy każdy mieszkaniec Unii Europejskiej będzie wiedział z jakiego klucza wybiera się komisarza. Ludzie w Bułgarii, na Łotwie czy w Finlandii będą wiedzieli w czym ich kraje są silne, a gdzie jest pole do natychmiastowej poprawy.

Przeczytaj także:  Inicjatywa „Wizja Zero”. Bezpieczeństwo ruchu drogowego w Szwecji

Jakiego komisarza mogłaby mieć wtedy Łotwa?

Radzimy sobie dobrze z równouprawnieniem kobiet, może w tej dziedzinie? Podobnie z zieloną gospodarką. Czytałem gdzieś, że Hiszpania lideruje obecnie na  świecie, jeśli chodzi o długość życia. Może oni mogliby mieć komisarza ds. jakości życia? My na Łotwie jesteśmy w tej dziedzinie na szarym końcu. Mógłby do nas na przykład przyjechać komisarz z Finlandii, który pomógłby nam rozwiązać sprawy naszej edukacji…

Jest Pan zadowolony z Valdisa Dombrovskisa jako komisarza unijnego?

Nie bardzo. Nie bardzo wiem, za co odpowiada?

Za ekonomię, jest wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej.

On odpowiada za wzmocnienie strefy euro. Jest na tym stanowisku od 2014 r. Zastanawiam się, dlaczego Dania, Szwecja czy Polska nie chcą dołączyć do strefy euro, nie ma na ten temat dyskusji. Wy radzicie sobie świetnie bez wspólnej waluty. Ale Dombrovskis odpowiada za jej wzmocnienie. I nie widzę żadnych aktywności z jego strony, by wspierać poszerzenie strefy euro. Czy on daje jakieś argumenty?

Jeśli euro jest dobrym pomysłem, każdy w Polsce powinien chcieć je przyjąć.

Przeczytaj także:  Droga państw bałtyckich do wspólnej waluty euro

Mało kto chce, ludzie się boją.

A ja zapytam, co zrobił Valdis Dombrovskis, by przekonać Polaków. Tak samo w Szwecji czy Danii, ludzie nie są głupi. Widzą swoje gospodarki i chcą mieć własną walutę. Jeśli euro jest tak świetnym projektem, niech Dombrovskis ich przekona. Swoją drogą uważam, że dla Łotwy euro było okej. Ale nie potrafimy przekonywać Skandynawów.

Podczas naszej rozmowy na Facebooku przekonywał mnie Pan, że nie jest zadowolony z obecnego systemu partyjnego. Dlaczego? Nie mamy już oligarchów na Łotwie, powstały nowe partie, które przebiły się w 2018 r., takie jak Nowa Partia Konserwatywna, liberałowie czy partia showmana Artussa Kaimiņša.

To nie jest kwestia oligarchów, ich nazwisk. Tutaj chodzi o system, który stwarza im możliwości. Ainārs Šlesers, Andris Šķēle odeszli, Aivars Lembergs jest słabszy, ale w to miejsce pojawiają się nowe osoby. Wiele partii szuka innych ludzi, którzy będą je wspierać. Sądzę, że któregoś dnia KNAB wykona swoje zadanie. Obecny rząd Krišjānisa Kariņša nie jest rządem ludzi nowego pokolenia.

Przeczytaj także:  Krišjānis Feldmans: Ludzie dziękowali nam, że wyrzuciliśmy Związek Zielonych i Rolników z koalicji

Ale ma Pan paru młodych ludzi, którzy w nim zasiadają, na przykład ministra spraw wewnętrznych.

On pochodzi z populistycznej partii KPV LV, która okłamuje ludzi. W dodatku w cieniu są jakieś toksyczne pieniądze. Artuss Kaimiņš jest sądzony za posiadanie nielegalnych pieniędzy. Nie mogę jednak powiedzieć, że każdy w rządzie jest zły, widzę osoby, które są w porządku.

A premier Krišjānis Kariņš?

Nie traktuję go poważnie, bo nie widzę szans na uregulowanie najważniejszego problemu, który uderza w gospodarkę Łotwy, czyli emigracji.

Miało powstać ministerstwo ds. demografii.

Ale dopiero po naciskach innych, ostatecznie skończyło się na doradcy premiera ds. tej tematyki. Wcześniej premier w ogóle nie wspomniał o tym w swych deklaracjach. Sądzę, że on nie rozumie wagi problemu. Demografia w końcu nas zabije, gdy masowa imigracja na Łotwę otworzy drogę ksenofobom.

Łotwa nie jest przygotowana na imigrację?

My mamy mało młodych rodzin. Jeśli co roku będzie przyjeżdżać do nas 20 tysięcy Ukraińców, to wtedy w ciągu dziesięciu lat będziemy mieli 200 tys. ludzi, którzy posługują się językiem rosyjskim. Łotysze staną się mniejszością w swoim kraju.

Co Pan sądzi o Wietnamczykach czy Chińczykach?

Lubię ich, oni ciężko pracują. Ale jeśli co roku będzie przyjeżdżać do nas 10 tysięcy ludzi z Azji, oni w końcu zmajoryzują młodych Łotyszy. Oczywiście nie mam nic przeciwko tym ludziom, chodzi o jakiś instynkt samozachowawczy ze strony Łotyszy.

Co można zatem zrobić?

Podążać za przykładem Estonii. Rząd w Tallinnie, podobnie jak rządy w Unii Europejskiej, wspiera rodziny. Na wsparcie dla rodzin idzie 2,5% PKB. Na Łotwie to jest 1,5%. Musimy zwiększyć te pieniądze. Estończycy budują przedszkola, dają darmową edukację, darmowe posiłki. Jest duże wsparcie rządu. Jeśli masz trójkę dzieci, dostajesz miesięcznie od rządu 500 euro. Czegoś takiego nie ma na Łotwie.

Przykład Estonii sugeruje, że można opanować tę sytuację. Bo w dzisiejszych czasach apel do kobiet: „ródźcie więcej dzieci”, nie ma sensu. Musimy uczyć się dobrych praktyk choćby ze Skandynawii. Tam rząd robi wszystko, by każda rodzina dostała wsparcie. Słyszałem, że w Polsce program 500+ także odniósł sukces.

Jest Pan kandydatem Łotewskiego Zjednoczenia Regionów do Parlamentu Europejskiego. Jak by Pan opisał swoją partię?

Jest centrowa.

Ale ma inklinacje konserwatywne, konserwatywno-liberalne, chadeckie?

Reprezentujemy lokalne samorządy, a tam są pragmatyczni ludzie, merowie czy radni. Nie walczą o żadną ideologię, bardziej o to, by ich rejony się rozwijały. Nie są ani chadeccy, ani liberalni.

Przeczytaj także:  Juris Viļums: Łotwa nie prowadzi polityki regionalnej

W Parlamencie Europejskim będzie Pan jednak musiał przyłączyć się do jakiejś frakcji.

Odpowiedź jest prosta: będzie to ta grupa, która wesprze mój plan w sprawie nauczycieli.

Przed nagraniem wspomniał Pan o polsko-łotewskich relacjach, jest Pan z nich zadowolony?

Podoba mi się Wasza ambasadorka Monika Michaliszyn. Ona świetnie mówi po łotewsku, zna łotewską kulturę, jest jedną z najbardziej znanych i aktywnych ambasadorek w Rydze. Ona jest właściwą osobą, we właściwym czasie i miejscu. Łotysze ją bardzo szanują. Możesz także poczuć, że jest naprawdę polską patriotką. A my lubimy takie osoby. Ona zna świetnie polsko-łotewską historię. W sposób sympatyczny, przyjazny reprezentuje Polską.

Wspomniał Pan wcześniej, że trzeba stworzyć silniejszy sojusz między Polską z krajami bałtyckimi.

Mamy wspólne doświadczenia historyczne. Nie chodzi tylko o okupację sowiecką, złe karty historii, ale także wcześniejsze stulecia. Łotwa była częścią Rzeczypospolitej, zaś pierwsza książka po łotewsku została opublikowana w Warszawie. Polscy księża chronili język łatgalski. Polska zrobiła dużo, by pomóc stworzyć naszą współczesną kulturę. Wielu Łotyszy ma polskie korzenie, zaś Polska ma dobrą reputację na Łotwie. Byliście dla nas inspiracją w czasie ruchu „Solidarności”, który w sposób pokojowy walczył z reżimem sowieckim. Wspomnijmy jeszcze nazwisko Lecha Wałęsy, waszego przywódcy…

Przeczytaj także:  Album „100 Polaków zasłużonych dla Łotwy”

A co z współpracą gospodarczą, kulturalną?

Powinno być lepiej, choć nie znam dokładnych liczb. Sądzę, że Monice Michaliszyn uda się pobudzić nasze relacje ekonomiczne. Ona jest bardzo zorientowana na cel.

Gdy zaś mowa o kulturze, to są pola do poprawy. Wyrośliśmy w czasach sowieckich na Waszych filmach: „Czterej pancerni i pies”, „Va banque”. Teraz tego nie ma. Wiem, że macie świetny przemysł filmowy. Chciałbym zobaczyć polskie filmy na Łotwie. Niestety w Unii Europejskiej ludzie znają albo własne filmy, albo amerykańskie. Gdy pytam syna, czy oglądał filmy szwedzkie, niemieckie czy hiszpańskie, jest problem z odpowiedzią.

Uważa Pan, że Łotwa powinna zbliżyć się do Grupy Wyszehradzkiej?

Dlaczego nie?

Przeczytaj także:  Raivis Zeltīts: Narodowcy zbliżyliby Łotwę do Grupy Wyszehradzkiej

Widzi Pan jakieś wspólne interesy, jakiś punkt zaczepienia między Łotwą a Węgrami czy Czechami?

Nie jestem zadowolony z naszej obecnej polityki zagranicznej i naszego ministra Edgarsa Rinkēvičsa. On jest konformistą, patrzy, skąd wieje wiatr. Jeśli chodzi o edukację, to macie także problemy, podobnie jak Łotwa straciliście także wiele osób, które wyjechały z Polski. Oczywiście nie w takiej skali. Mamy wspólne problemy. Każde państwo w Europie Środkowo-Wschodniej inwestuje w każde dziecko, które przychodzi na świat i kształci za jakieś 60 tysięcy euro. Później ci obywatele wyjeżdżają. Zasilają gospodarki Europy Zachodniej. Nie jesteśmy w stanie wysłać rachunku Irlandii czy Niemcom za to wszystko, ale moja propozycja jest taka, byśmy jako Łotwa, Węgry czy Polska stworzyli wspólny fundusz dla nauczycieli, którzy kształcą nasze dzieci. Każde dziecko w Europie Środkowo-Wschodniej powinno być tak samo chronione społecznie, według systemu unijnego. Kolejna sprawa to wspólna polityka obronności. Bo wciąż zagraża nam Władimir Putin.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here