Marina Kaljurand wraz z Partią Socjaldemokratyczną dziękują za uzyskane głosy. Zdj. Sotsiaaldemokraatlik Erakond / Facebook.

Wybory europejskie w krajach bałtyckich: średnie zainteresowanie, nowe i stare twarze, mandaty dla mniejszości

-

W miniony weekend trzy kraje bałtyckie po raz czwarty w historii wybierały swoich eurodeputowanych. O ile frekwencja na Litwie, gdzie połączono głosowanie do Strasburga z drugą turą wyborów prezydenckich, była przyzwoita, to na Łotwie i w Estonii głosowała najwyżej jedna trzecia uprawnionych. Wilno i Tallinn zaufały w tych wyborach opozycji, podczas gdy w Rydze triumfy święciły trzy partie koalicyjne. Do Parlamentu Europejskiego wybrano nowe, ale także stare twarze. Choć obawiano się, że w tych wyborach mniejszościom narodowym może powinąć się noga, bałtyckich Polaków i Rosjan będzie w tej kadencji reprezentować czterech, a nawet pięciu posłów.

Słodki smak sukcesu „Jedności”, gorycz u konserwatystów

Otwieramy szampana – mówili w sobotę wieczór, nie czekając na oficjalne wyniki, działacze centroprawicowej „Nowej Jedności”. To ugrupowanie, któremu jeszcze w 2016 r. wróżono polityczną śmierć, „odkuło się” po zeszłorocznych wyborach do Sejmu i objęciu w styczniu br. stanowiska premiera przez Krišjānisa Kariņša, członka ugrupowania i wcześniej wieloletniego europosła, specjalisty od energetyki. „Nowa Jedność” uzyskała w sobotnich wyborach 26,2% głosów i dwa mandaty, które obejmą obecny wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i były premier Valdis Dombrovskis, a także znana łotewska polityk, urodzona na Syberii była minister spraw zagranicznych, Sandra Kalniete. Komentatorzy wskazują, że na łotewskich wyborców jeszcze raz zadziałały nazwiska „gwiazd politycznych” umieszczonych na bardzo silnej personalnie liście partii.

Przeczytaj także:  Krišjānis Kariņš albo Jedności życie po śmierci

Przeczytaj także:  W butach do tańca przez syberyjskie śniegi, Sandra Kalniete – recenzja

Liczymy teraz na to, że stanowisko komisarza europejskiego przypadnie „Nowej Jedności” – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim jej działacz i były szef frakcji w Sejmie Hosams Abu Meri, nawiązując do toczącej się na Łotwie debaty o tym, kto mógłby objąć stanowisko w Komisji Europejskiej. Valdis Dombrovskis, wiceszef tego gremium, ma konkurenta w postaci bardzo pozytywnie ocenianego europosła Robertsa Zīle, lidera listy narodowców, którzy wzięli w tych wyborach 16,40% głosów i dwa mandaty europejskie (zajęli trzecie miejsce). Na fotel w Komisji Europejskiej mieli także chrapkę liberałowie z koalicji „Attīstībai Par”, jednak tym razem spotkał ich zimny prysznic. Liczyli na na dwa mandaty, ich reprezentantem w europarlamencie będzie zaś tylko znany łotewski politolog Ivars Ijabs.

Liberalna koalicja wzięła w wyborach 12,42% głosów, zajmując czwartą pozycję, choć i tak jest to wynik znacznie lepszy niż Nowej Partii Konserwatywnej, która także nęciła wyborców umieszczonym „na jedynce” znanym politologiem Andisem Kudorsem, dyrektorem Centrum Badania Europy Wschodniej (APPC). Konserwatyści, czwarte ugrupowanie koalicyjne, które w jesiennych wyborach z 2018 r. uzyskało jedną szóstą miejsc w Sejmie, obecnie nie przekroczyło nawet progu wyborczego, otrzymując 4,35% głosów. Jeszcze gorzej poradził sobie piąty człon koalicji: partia znanego showmana i dziennikarza Artussa Kaimiņša „Do kogo należy państwo?”, której w sobotę zaufało zaledwie 0,94% wyborców, podczas gdy rok temu zajęła ona w wyborach… drugie miejsce (16 ze 100 mandatów w Sejmie). Zarówno lider konserwatystów, wicepremier i minister sprawiedliwości Jānis Bordāns, jak i  Kaimiņš, mają poważne powody do przemyśleń po tych wyborach. Na razie pocieszają się tym, że do wyborów europejskich na Łotwie chodzi inny elektorat niż do sejmowych.

Rosjanie trzymają się mocno

Wbrew obawom, czy kryzys korupcyjny w radzie miejskiej Rygi nie zrujnuje do końca ich wizerunku, drugie miejsce w eurowyborach zajęła rządząca łotewską stolicą Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda”, popularna wśród elektoratu rosyjskojęzycznego. Na „Zgodę” padło 17,45% głosów, co przełożyło się na dwa miejsca w europarlamencie. – To klasyczna ucieczka, Nił Uszakow i Andris Ameriks chcą mieć immunitet po tym, jak nabałaganili w Rydze – komentowali łotewscy dziennikarze, po tym jak jasne stało się, że to były mer i były wicemer Rygi będą reprezentować „zgodowców” w Strasburgu.

Smakiem musiał obejść się wieloletni aktywista na rzecz praw człowieka Boris Cilewicz, który w rankingu spadł na czwartą pozycję i będzie musiał zostać w Sejmie (od lat liczył zaś na miejsce w Brukseli ). Oprócz „Zgody” do Parlamentu Europejskiego dostała się także radykalna partia Rosyjski Związek Łotwy, której w sobotę zaufało 6,24% wyborców. To ugrupowanie, które do Strasburga wybrało ponownie wieloletnią posłankę i aktywistkę Tatianę Żdanok, obecną podczas krymskiego referendum w 2014 r., jeżdżącą z pielgrzymkami do dyktatora Syrii Baszszara al-Asada, zamyka stawkę łotewskich eurowyborów. Opozycyjny Związek Zielonych i Rolników, do 2018 r. główne ugrupowanie rządzące Łotwą, przekroczył co prawda próg wyborczy, ale nie uzyskał mandatu. Jego czołowa kandydatka, szachistka Dana Reizniece-Ozola, była minister finansów i gospodarki, musi jeszcze poczekać na swoją „europejską przygodę”.

Przeczytaj także:  Boris Cilewicz: Łotwa jest krajem, gdzie grupy etnicznie spokojnie koegzystują

Przeczytaj także:  Dana Reizniece-Ozola: efekty rządu Mārisa Kučinskisa będą widoczne po latach

Łotewskie wybory europejskie przyniosły sukces partiom koalicyjnym, najbardziej „Nowej Jedności”, która marzy o tym, by znów odgrywać taką rolę, jaką przed wielu laty, za czasów premierostwa Valdisa Dombrovskisa, ale także nacjonalistom i liberałom. Partie koalicyjne wzięły bowiem aż pięć z ośmiu mandatów przeznaczonych dla Łotwy. Trzy mandaty, o jeden więcej niż w 2014 r., obejmą opozycyjne partie rosyjskie.

W Estonii triumf opozycji

Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego w Estonii nie przyniosły większych niespodzianek, potwierdziły sondażowe przewidywania. Najlepsze rezultaty osiągnęły ugrupowania opozycyjne – Partia Reform uzyskała poparcie 26,6% głosujących (87,2 tys. głosów), drugie największe poparcie osiągnęła Partia Socjaldemokratyczna – 23,3% głosujących (77,4 tys. głosów). Wyniki obu tych partii dały im po dwa mandaty. Co ciekawe, oba środowiska znajdują się w opozycji wobec utworzonego w kwietniu 2019 r. rządu Jüriego Ratasa, składającego się z Partii Centrum, konserwatystów z „Ojczyzny” („Isamaa”) oraz nacjonalistów z Estońskiej Konserwatywnej Partii Ludowej (EKRE).

Partia Centrum premiera Ratasa uzyskała w tych wyborach poparcie zaledwie 14,4% głosujących (47,8 tys. głosów), druga EKRE zdobyła serce 12,7% głosujących (42,3 tys. głosów) a Ojczyzna otrzymała 10,3% głosów (34,2 tys. głosów). Wyniki te dają jeden mandat centrystom oraz jeden mandat EKRE. Jeśli Brexit dojdzie do skutku, jedno z miejsc zwolnionych przez brytyjskich polityków zajmie przedstawiciel Ojczyzny.

W tegorocznych wyborach najwięcej głosów uzyskała przedstawicielka socjaldemokratów – Marina Kaljurand, na którą zagłosowało aż 65 549 wyborców (84,7% wszystkich głosów oddanych na ugrupowanie). Świetny wynik byłej ambasadorki, minister spraw zagranicznych, kandydatki na urząd prezydenta w 2016 r., polityk cieszącej się dużym autorytetem w estońskim społeczeństwie, zagwarantował socjaldemokratom dwa mandaty przy sondażowym poparciu dla nich wynoszącym zaledwie 10-12%. Kaljurand tym samym pomogła uzyskać mandat Svenowi Mikserowi, byłemu ministrowi obrony, który zdobył zaledwie 2886 głosów.

Wyborcy nie mieli problemu z głosowaniem na SDE, kiedy mogli poprzeć Kaljurand, ale to właściwie był wybór Kaljurand, a nie poparcie udzielone partii – komentuje dla Przeglądu Bałtyckiego Tõnis Leht, politolog z niezależnego serwisu analitycznego politiika.guru. – SDE będzie wybierać nowego przewodniczącego na początku czerwca i jeśli uda się im połączyć efekt świeżości po wyborze nowego lidera ze świetnym wynikiem Kaljurand, być może uda im się zyskać kilka dodatkowych punktów poparcia – dodaje Leht.

Partia Reform, zwycięzca tych wyborów, wyśle do Parlamentu Europejskiego dwóch deputowanych. Najlepsze wyniki z tego ugrupowania uzyskali były premier i komisarz europejski Andrus Ansip oraz były minister spraw zagraniczny i europarlamentarzysta Urmas Paet. Ansip zdobył 41 017 głosów, a Paet 30 014.

Rosjanka z listy centrystów, nacjonaliści z jednym mandatem

Partię Centrum w Parlamencie Europejskim będzie reprezentowała dotychczasowa europosłanka,  Rosjanka Yana Toom, dość kontrowersyjna polityk, znana podobnie jak Tatiana Żdanok z wizyt u Baszszara al-Asada. Szefowa centrystów w regionie Wschodniej Wironii (Ida-Viru) co prawda poprawiła swój rezultat sprzed pięciu lat uzyskując 26 990 głosów (w 2014 r. – 25 251), ale cała partia straciła ok. 25,5 tys. głosów. Słaby rezultat Partii Centrum tłumaczony jest przede wszystkim bardzo niską frekwencją w regionie Ida-Viru, który zamieszkany jest w większości przez mniejszość rosyjskojęzyczną tradycyjnie głosującą na to ugrupowanie. Utworzenie rządu z nacjonalistami z EKRE wyraźnie odbiło się na sympatiach politycznych mniejszości – o ile do niedawna Partia Centrum osiągała poparcie w tej grupie społecznej na poziomie nawet ponad 80%, to według części sondaży obecnie może liczyć na zaledwie co drugi głos.

Ostatni z obecnie dostępnych mandatów uzyskała EKRE. Partia, która najbardziej poprawiła swój stan posiadania w parlamencie krajowym w marcowych wyborach tym razem uzyskała poparcie 12,7% głosujących, a więc ok. 5 punktów procentowych mniej. Z drugiej jednak strony należy zaznaczyć, że EKRE, która zdobyła teraz trzy razy więcej głosów w niż w eurowyborach w 2014 r., w upływającej kadencji nie miała swojego przedstawiciela w Parlamencie Europejskim. Ugrupowanie będzie reprezentował Jaak Madison, który uzyskał 22 819 głosów.

– Ten wynik to pogorszenie wyniku w porównaniu z wyborami w marcu, kiedy EKRE miało 17,8% głosów. Możliwe, że eurosceptycyzm EKRE nie jest główną przyczyną, dla której wyborcy popierają ich – według ostatniego sondażu Eurobarometru 88% Estończyków ma przychylny stosunek i uważa, że kraj skorzystał na członkostwie w UE – komentuje dla Przeglądu Bałtyckiego Piret Ehin, politolożka z Uniwersytetu w Tartu. –  EKRE nie zapełniło swoich list poważnymi kandydatami. Na szczycie listy znaleźli się ojciec i syn Mart i Martin Helme, którzy piastują stanowiska ministerialne, dalej znalazł się Henn Põlluaas, który jest przewodniczącym parlamentu. Wyborcy mogli nie chcieć głosować na wabiki. Wreszcie EKRE mogła zniechęcić wyborców kontrowersyjną retoryką i specyficznymi symbolami oraz trudnościami w obsadzeniu pozycji ministerialnych we współtworzonym rządzie – wyjaśnia Ehin.

Na Brexit i zwolnienie miejsca w Parlamencie Europejskim czeka Riho Terras z Ojczyzny, który zdobył 21 477 głosów.

Wspomnieć należy o dobrym rezultacie Raimonda Kaljulaida, który startował jako niezależny. Kaljulaid, który nie zgodził się na koalicję macierzystej Partii Centrum i Ojczyzny z EKRE, w wyniku czego opuścił partię, uzyskał 20 640 głosów. Politykowi zabrakło ok. 14 tys. głosów, by wyprzedzić całą Ojczyznę i 22 tys. głosów, by wyprzedzić EKRE i uzyskać mandat. W 2009 r. i 2014 r. wysokie poparcie uzyskiwał Indrek Tarand pokonując partie i wchodząc do Parlamentu Europejskiego jako polityk niezależny. Tym razem Tarand startując z listy Socjaldemokratów zdobył 2857 głosów, a więc 30 za mało, by wyprzedzić Miksera i wejść do europarlamentu.

Eurowybory w Estonii nie przyniosły dużych zaskoczeń, zwłaszcza jeśli pominąć świetny wynik Socjaldemokratów uzyskany dzięki popularności Mariny Kaljurand. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy: słaby wynik partii koalicyjnych oraz znaczną utratę popularności Partii Centrum wśród wyborców rosyjskojęzycznych.

Partie koalicyjne uzyskały w sumie ok. 38% głosów, podczas gdy opozycja (z Raimondem Kaljulaidem) aż 56%. Wynik ten jest efektem przede wszystkim bardzo słabego wyniku Partii Centrum premiera Jüriego Ratasa, która uzyskała 14,4% głosów. W tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego frekwencja w Estonii wyniosła 37,6%, a więc tylko nieco więcej niż w 2014 r., kiedy sięgnęła 36,5%. Porównując wyniki obecne i sprzed pięciu lat, centryści utracili ok. 30% głosów. Przyczyna tej zmiany upatrywana jest w rozczarowaniu wyborców rosyjskojęzycznych, co jest następstwem stworzenia przez Ratasa koalicji z nacjonalistyczną EKRE, której przedstawiciele uznawani są za antyrosyjskich – tak w wymiarze relacji z Moskwą, jak i narracji wobec krajowej mniejszości rosyjskojęzycznej. Było to zauważalne szczególnie w regionie Ida-Viru, gdzie frekwencja wyniosła zaledwie 24,3%, co było najgorszym wynikiem w kraju i przy tym jedynym, gdzie była ona niższa niż 30%.

Biorąc pod uwagę, że wybory europejskie odbyły się zaledwie trzy miesiące po krajowych wyborach parlamentarnych, z ich wyników można odczytać niezadowolenie wyborców z Partii Centrum. Spadek ilości głosów jest rzeczywiście dramatyczny – mówi Piret Ehin. – Niska frekwencja wśród rosyjskojęzycznych wiązana jest z ich odwróceniem się od Partii Centrum, która przez niemal dwie dekady stanowiła podstawowy wybór polityczny mniejszości. Mniejszość nie zaakceptowała decyzji ugrupowania, by wejść w koalicję ze skrajnie prawicową EKRE. Wpływ na to miały także niedawne skandale związane z lokalnymi strukturami partii w regionie Ida-Viru – wyjaśnia Ehin.

Podobnego zdania jest Tõnis Leht, który wskazuje, że rozmowy koalicyjne i utworzenie rządu przez Partię Centrum z EKRE było dużym nieprzyjemnym zaskoczeniem dla rosyjskojęzycznego elektoratu centrystów. – Rosyjskojęzyczni wyborcy od jakiegoś czasu są dezorientowani działaniami i komunikatami płynącymi z Partii Centrum. Ugrupowanie pod przewodnictwem Jüriego Ratasa nie podniosło podstawowych problemów mniejszości, jak zachowanie edukacji rosyjskojęzycznej, liberalizacja warunków uzyskania obywatelstwa, poprawa relacji z Rosją. Premier Ratas jest raczej skupiony na budowaniu zaufania wśród wyborców estońskich i partnerów zachodnioeuropejskich – wyjaśnia Leht.

Słaby rezultat osiągnęła także powstała w ubiegłym roku partia Estonia 200. Podobnie jak w przypadku krajowych wyborów parlamentarnych w marcu, Estonia 200 po serii dobrych sondaży, w których poparcie dla ugrupowania sięgało nawet wyniku dwucyfrowego, ostatecznie uzyskała ok. 3% głosów.

Na Litwie triumfy święcą konserwatyści

Najwięcej mandatów europejskich zgarnęła na Litwie partia Związek Ojczyzny-Litewscy Chrześcijańscy Demokraci (TS-LKD). Na partię Gabrieliusa Landsbergisa, wnuka patriarchy i twórcy litewskiej niepodległości Vytautasa, zagłosowało 19,67% wyborców, co dało jej trzy miejsca w Strasburgu, które obejmą były premier Andrius Kubilius, politolog z Kowna Liudas Mažylis, znany z tego, że w 2018 r. odnalazł oryginał litewskiego aktu niepodległości z 1918 r., a także była minister obrony Rasa Juknevičienė. Litewskiej prawicy z pewnością pomogła druga tura wyborów prezydenckich, która sprawiła także, że zwiększyła się frekwencja. O ile w wyborach europejskich na Łotwie głosowało zaledwie 33,60% wyborców, to na Litwie już 53,08%. Na kandydatkę TS-LKD Ingridę Šimonytė głos oddało w drugiej turze 32.86% wyborców, głównie w dużych miastach.

Przeczytaj także:  Liudas Mažylis: w europarlamencie chcę działać na rzecz „globalizacji solidarności”

Tuż za konserwatystami uplasowali się socjaldemokraci Gintautasa Paluckasa, którzy mogli liczyć na 15,93% głosów i dwa mandaty, które przypadły wieloletniej europosłance Viliji Blinkevičiūtė oraz byłemu ministrowi obrony Juozasowi Olekasowi. Trzecie miejsce zajęła partia rządząca Związek Chłopów i Zielonych, otrzymując zaledwie 12,60% głosów i dwa mandaty. Jeszcze w wyborach do Sejmu w 2016 r. to ugrupowanie triumfowało, mówiło się nawet o tym, że premier Saulius Skvernelis ma szansę zostać prezydentem, jednak ostatecznie nic z tego nie wyszło (Skvernelis nie wszedł do drugiej tury). Wydaje się, że Związek Chłopów i Zielonych jest w swojej fazie schyłkowej, nawet jeśli ich popularny europoseł Bronis Ropė uzyskał 56 tys. głosów preferencyjnych. Pytanie, kto zastąpi to ugrupowanie w wyborach do Sejmu w 2020 r.

Gdy mowa o pozostałych partiach to po jednym mandacie do Parlamentu Europejskiego zdobyła Partia Pracy rosyjskiego biznesmena Wiktora Uspaskicha, Ruch Liberalny ze swym popularnym europosłem Petrasem Auštrevičiusem, a także Akcja Wyborcza Polaków na Litwie i jej lider Waldemar Tomaszewski. Na polską partię padło w tych wyborach 5,54% głosów, co oznacza znaczący spadek w porównaniu z wyborami z 2014 r. Gdyby nie głosy rosyjskie w Kłajpedzie i Wisagini Tomaszewski musiałby się pożegnać z mandatem europejskim. Wydaje się, że AWPL-ZChR dopiero stoi przed poważną dyskusją, jak odzyskać utracone po 2016 r. zaufanie społeczne, jednak na razie nie widać nawet prób zainicjowania takiej debaty wewnątrz partii. – AWPL-ZchR odniosła ogromny sukces – krzyczał w poniedziałek portal prowadzony przez polską partię l24.lt, a działacze ugrupowania rozprawiali się medialnie ze swoimi przeciwnikami.

Miejsce w Strasburgu uzyskała niezależna kandydatka Aušra Maldeikienė, która wcześniej zamierzała ubiegać się o urząd prezydenta, jednak ostatecznie zrezygnowała z wyścigu. Na komitet Maldeikienė głosowało w niedzielę 6,45% wyborców.

Wyniki wyborów na Litwie pokazują, że rządzący zostali ukarani. Związek Chłopów i Zielonych zdobył jedynie 12,60% głosów i dwa z jedenastu mandatów. Opozycja będzie dysponować w Parlamencie Europejskim dziewięcioma mandatami, jeśli liczyć także Waldemara Tomaszewskiego, który nieformalnie wspiera rząd Sauliusa Skvernelisa (obecnie partia stoi przed dyskusją, czy wchodzić w lipcu 2019 r. do rządzącej koalicji). Drugie ugrupowanie koalicyjne Litewska Socjaldemokratyczna Partia Pracy (LSDDP) Gediminasa Kirkilasa zdobyło w wyborach zaledwie 2,37% głosów, a jego lider, były premier i obecny wiceprzewodniczący Sejmu, który bardzo chciał dostać się do Parlamentu Europejskiego, musi się obejść smakiem. Przed kolejnymi wyborami  LSDDP będzie musiała się zastanowić, czy w ogóle warto startować samodzielnie.

Przeczytaj także:  Gediminas Kirkilas: Naciski Brukseli na Polskę przypominają mi nasze przygody z Moskwą

Pozostałe ugrupowania takie jak Porządek i Sprawiedliwości, lista byłego prezydenta Rolandasa Paksasa, Litewska Partia Zielonych czy Związek Wolności Litwy Arturasa Zuokasa, z którego kandydował potomek Adama Mickiewicza Roman Gorecki-Mickiewicz, „lokysowiec”, nie przekroczyły w tych wyborach progu 5%.

Przeczytaj także:  Roman Gorecki-Mickiewicz: liberalizm jest dla pięknych i młodych

Wybory miarodajne?

Estońskie wybory do Parlamentu Europejskiego, podobnie jak litewskie i łotewskie, odbywają się w jednym okręgu obejmującym cały kraj. Przy takim systemie ogromne znaczenie ma popularność i liczba głosów zdobywanych przez konkretne nazwiska. Z tego też względu procentowe poparcie tylko częściowo oddaje rzeczywiste poparcie dla partii politycznych. O „magii nazwisk” możemy także mówić na Łotwie, gdzie Valdis Dombrovskis, były premier, lider „Nowej Jedności” oraz obecny wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej zgarnął aż 211 tys. plusów, popularny wśród elektoratu rosyjskiego mer Rygi – 150 tys. plusów, zaś lider listy nacjonalistów Roberts Zīle – 131 tys, plusów. Wszystkie trzy osoby odpowiednio „pociągnęły” swoje listy, okazały się zatem dobrymi lokomotywami wyborczymi. Również dzięki popularności Tatiany Żdanok, którą rankingowało pozytywnie aż 47 tys. osób, Rosyjskiemu Związkowi Łotwy udało się przekroczyć próg wyborczy, czego nie udało mu się przy podobnym poparciu w wyborach sejmowych jesienią 2018 r.

Gdy mowa o miarodajności wyborów, to najbardziej miarodajne są one na Litwie, dzięki temu, że wzięła w nich udział ponad połowa uprawnionych do głosowania. Można więc je traktować jako wiarygodny sondaż przed wyborami do Sejmu jesienią 2020 r. (poważne ostrzeżenie dla Związku Chłopów i Zielonych, wskazanie na konserwatystów jako na liderów). Z kolei na Łotwie i w Estonii wyniki wyborów są „wykrzywione” czy „spaczone” przez to, że wzięła w nich udział zaledwie jedna trzecia uprawnionych. Tak czy inaczej pokazują jednak one pewne tendencje – w Estonii spadek poparcia dla koalicji rządzącej, zwłaszcza dla Partii Centrum, która podjęła ryzykowną grę, wchodząc do koalicji z nacjonalistyczną EKRE, zaś na Łotwie – wzrost i stabilizację poparcia dla tradycyjnych „starych partii” takich jak „Jedność”, narodowcy czy „Zgoda” oraz spadek zaufania dla nowych tworów politycznych typu Nowa Partia Konserwatywna czy KPV LV Artussa Kaimiņša

W trzech krajach bałtyckich przebiły się w wyborach „stare gwiazdy” takie jak Sandra Kalniete, Valdis Dombrovskis, Tatiana Żdanok, Petras Auštrevičius, Vilija Blinkevičiūtė czy Andrus Ansip. Jest także miejsce dla „nowicjuszy” typu Liudas Mažylis, Nił Uszakow, Andrius Kubilius czy Jaak Madison. Pod tym kątem, podobnie jak pod kątem „płciowym” (około jednej trzeciej posłów to kobiety) bałtycka reprezentacja będzie dobrze zbalansowana. Jest wreszcie w „bałtyckiej delegacji” miejsce dla przedstawicieli mniejszości narodowych. Gdy mowa o Rosjanach będą to Yana Toom, Tatiana Żdanok czy Nił Uszakow, w parlamencie znajdzie się także przedstawiciel polskiej partii Waldemar Tomaszewski. Od biedy jako przedstawiciela mniejszości można by także zakwalifikować Wiktora Uspaskicha, rosyjskiego biznesmena i lidera litewskiej Partii Pracy. Do kwestii mniejszościowych nigdy nie miał on jednak serca.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here