Łabus w Afganistanie. Recenzja „Jak się zostaje albinosem” Zigmasa Stankusa

-

Wyjazd na wojnę w Afganistanie był biletem w jedną stronę. Ci, którym udało się przeżyć piekło wojny wracali odmienieni. I to nie okropieństwa samej wojny odmieniały człowieka, a realia w Armii Sowieckiej. Dwa lata służby (a czasem więcej) w Afganistanie zmieniały człowieka w sowiecką machinę do wykonywania rozkazów. Wojnę w Afganistanie i absurdy służby w Armii Sowieckiej w książce „Jak się zostaje albinosem” opisuje Zigmas Stankus.

Byli sowieccy żołnierze w różny sposób radzili sobie z doświadczeniem wojny w Afganistanie. Większość z nich chciała zapomnieć o tym, co przeżyła i zobaczyła w trakcie sowieckiej interwencji z lat 80. Byli też tacy, jak Zigmas Stankus, dla których rodzajem terapii i rozliczenia z przeszłością było opowiedzenie o swoich doświadczeniach. Stankus swoje wspomnienia zebrał w książce „Jak się zostaje albinosem”, która jest rodzajem auto-denuncjacji. Stankus opowiada w niej o „diedowszczynie”, wojskowych absurdach, kondycji schyłkowego ZSRS, ale też o swoim uczestnictwie w czystkach etnicznych ludności afgańskiej.

Na Litwie „Jak się zostaje albinosem” wyszła wiele lat temu. Polskie wydanie w tłumaczeniu Jana Sienkiewicza ukazało się wiosną tego roku nakładem wydawnictwa KARTA.

Gułag+

Wojna jaką przeżył Stankus nie miała wiele wspólnego z bohaterstwem jakie kojarzymy z filmów wojennych. Nie ma dramatycznych scen walki, braterstwa broni, czy w końcu wielkich czynów przynoszących chwałę i tytuły. Są za to czystki etniczne, grabieże, śmierć i psychoza. To raczej operacja przeciw-partyzancka, której ofiarą często padały bezbronne afgańskie osady. Stankus i jego koledzy z wojsk powietrzno-desantowych większość czasu w Afganistanie spędzili w bazach i obozach, walcząc głównie z brudem, chorobami i absurdalnymi rozkazami dowództwa.

Działania zbrojne, w których bierze udział Zigmas Stankus nie są wcale głównym elementem narracji. Znacznie więcej uwagi autor poświęca okresom między kolejnymi wypadami na „akcję”. Czas spędzany w obozach, bazach i okopach, pozornie można uznać za wojenną nudę. Tej jednak żołnierze prawie nigdy nie uświadczą. Warto przytoczyć kilka przykładów spośród wielu historii opisanych przez autora książki. Bezsensownie kopanie umocnień, które zaraz po wykonaniu należało zakopać, by przygotować nowe kilka metrów dalej. Rekrutów w czasie szkolenia w Ferganie wykorzystywano do pozaregulaminowej pracy na rzecz oficerów. W końcu nudzić się poborowym w trakcie służby nie pozwalał plan dnia wypełniony ćwiczeniami i nawałem bezsensownej pracy fizycznej.

Stosunki przypominające relacje neo-feudalne między kadrą oficerską a poborowymi nie były jedynym systemem hierarchii panującym w Armii Sowieckiej. Równolegle z oficjalną strukturą podległości panował inny, czasem przechodzący nawet w poprzek oficjalnego, system zależności. „Diedowszczyna” (do pewnego stopnia odpowiednik znanej w Polsce „Fali”) wyznaczała realną drabinę społeczną wśród służących w Afganistanie. Według zasad „diedowszczyny” życie wojskowe regulował system kast, w ramach którego można było awansować za wysługi i uznanie wśród osób należących do kasty wyższej. Na dnie systemu w oddziale Stankusa znajdowali się „czado” (od rosyjskiego „чадо” czyli „dziecko”), których można porównać do niewolników. Byli oni zmuszani do najczarniejszej roboty i którzy byli ofiarami agresji innych żołnierzy. Wyżej na drabinie znajdowali się „weterani”, zaś najbardziej uprzywilejowani byli „dziadkowie”. To ci ostatni, zazwyczaj za pomocą pieści i terroru, wyznaczali granice relacji społecznych wśród żołnierzy. Cieszyli się oni szeregiem przywilejów – związanych ze strojem i wyglądem, byli oni także „zwolnieni” z większości prac fizycznych.

Innym czynnikiem determinującym pozycje w obu hierarchiach – oficjalnej i w „diedowszczynie” – było pochodzenie etniczne żołnierzy. Próżno szukać w opowieści Zigmasa Stankusa oficerów nie-Słowian. Większość z nich stanowili Rosjanie, wymienieni wśród dowódców są także Ukraińcy – pogardliwie nazywani „chachołami”. Dalej w kolejności podziałów klasowo-etnicznych są Bałtowie – „łabusy”, uznawani za element podejrzany choć tolerowany. Najniżej w hierarchii tej oficjalnej i nieoficjalnej są „czarnodupcy” – żołnierze pochodzący z republik kaukaskich i azjatyckich.

Czytając „Jak się zostaje albinosem” trudno nie odnieść wrażenia, że służba w Armii Sowieckiej była kolejnym elementem systemu sowieckiej represji. Stosunki między żołnierzy w znacznym stopniu przypominały te znane z opisów sowieckich i rosyjskich więzień czy obozów pracy przymusowej.

Sowietyzacja

Służba w siłach zbrojnych ZSRS była także metodą sowietyzacji młodych mężczyzn. Dziewiętnastoletnim rekrutom zanim nauczono ich regulaminu i obsługi kałasznikowa wtłaczana była znajomość języka rosyjskiego. Trudno może sobie to wyobrazić, ale w latach 80. w niektórych bardziej peryferyjnych regionach imperium znajomość rosyjskiego nie była czymś oczywistym. Problem ten dotyczył choćby młodych Litwinów, takich jak Zigmas Stankus, ale w większości jednak osób pochodzących z Syberii czy w jakimś stopniu z Kaukazu czy Azji Centralnej.

Kolejnym krokiem w transformowaniu cywila w żołnierza Armii Sowieckiej było spacyfikowanie jego indywidualizmu. Nowo wyszkolony żołnierz miał być częścią kolektywnego organizmu. Samodzielne myślenie i spryt miały być jedynie środkiem do sprawnego wykonania rozkazu. Rozkazy zresztą definiowały życie sowieckiego szeregowego. Dotyczyły one każdego aspektu życia. Bez rozkazu nie można było jeść, załatwiać potrzeb fizjologicznych, a nawet zasnąć. Wszystko miało odbywać w ustalonym odgórnie porządku czasowym i w ustalonej kolejności.

Wojskowe pranie mózgu nie tylko dotyczyło poborowych. Automatyzm i kolektywne myślenie wtłaczano również kadrze oficerskiej – Zdarzały się i porządne chłopy. Absolwenci Wyższej Szkoły Wojsk Powietrzno-Desantowych w Riazaniu, wyznaczeni do kompanii, byli przyjacielscy, rozumieli nas. W miarę jednak, jak awansowali, nadymali się niezdrowo, stawali się oficjalni. Wielu zaczynało sobie wyobrażać, że wszystkie ich rozporządzenia są niezwykle mądre i ludzki sposób myślenia ustępował w ich głowach regulaminowi wojskowemu. Na pytania odpowiadali cytatami z regulaminu: rozkaz to rozkaz, rozkaz najpierw się wykonuje, a dopiero potem dyskutuje, to i to jest niezgodne z regulaminem. Słowem, niektórzy tępieli tak, jak gdyby w dupę wsadzono im półmetrowy metalowy pręt, a do głowy Regulamin ogólny sił zbrojnych…

42 lata na wojnie

Książka „Jak się zostaje albinosem” wywołuje wiele skrajnych emocji. Śmiech, gdy czytamy o absurdach sowieckich sił zbrojnych. Strach w momencie, gdy uświadomimy sobie, że te absurdy nie są anegdotą, a opisem rzeczywistości. Żołnierski spryt i fantazja często wspominane w żartach o wojsku nie są podkoloryzowanym wspomnieniem ich autorów. Często zaś były jedyną metodą na przeżycie w realiach służby wojskowej.

Tragedię, którą poznajemy na kartach książki Stankusa dopełnia jeszcze jedna kwestia. Dla tych, którym udało się przetrwać i następnie wrócić do domu wojna w Afganistanie się nie zakończyła. Jak twierdzi autor, wojna została z takimi jak on na całe życie. Tragedia Bałtów w tej całej historii wydaję się podwójnie smutna: byli grupą o jednym z najdłuższych staży w Afganistanie. Służyli w trakcie interwencji sowieckiej w latach 80., a od 2005 roku są znów w Afganistanie w ramach sił NATO.

Książka „Jak się zostaje albinosem” w tłumaczeniu Jana Sienkiewicza została wydania nakładem wydawnictwa KARTA w 2021 roku.

Absolwent historii wojskowości w Akademii Obrony Narodowej i warszawskiego Studium Europy Wschodniej. Jego zainteresowania oscylują głównie wokół dziejów wojska narodowego i sowieckiego na obszarze Łotwy, Litwy i Białorusi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj