Enn Eesmaa: Partia Centrum udowodniła, że potrafi sprawować rządy

-

Dwa ostatnie lata pokazały, że jesteśmy jako Partia Centrum zdolni kierować rządem i mieć swojego premiera, mimo, że przez lata, kiedy szefował nam Edgar Savisaar, doklejano nam łatkę rusofilów, w dodatku współpracujących z Kremlem. Przez ostatnie dwa lata pozbyliśmy się jednak tego, co może także jest częściowo odpowiedzią na Pańskie pytanie, dlaczego już tak bardzo nie popiera nas elektorat rosyjskojęzyczny – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Enn Eesmaa, wiceprzewodniczący Riigikogu z ramienia Partii Centrum.

Enn Eesmaa urodził się 1946 roku w Tallinnie. Kształcił się w lokalnym Koledżu Angielskim, wówczas szkole średniej nr 7. Później odbył studia z dziedziny anglistyki na Uniwersytecie Tallińskim. Podjął pracę w telewizji estońskiej jako prezenter programów rozrywkowych, kulturalnych, a także quizów. Był wydawcą wiadomości w programie „Aktuaalne Kaamera”. W okresie pierestrojki rozpoczął współpracę z mediami fińskimi jako ich korespondent bałtycki. Po objęciu funkcji prezydenta przez Lennarta Meriego został jego doradcą ds. medialnych. Później powrócił do pracy w telewizji. W 2003 r. przystąpił do Estońskiej Partii Centrum. W tym samym roku został posłem do Riigikogu, gdzie sprawował funkcję wicemarszałka, szefa i wiceszefa Komisji Spraw Zagranicznych. Był także związany z samorządem, zasiadając w radzie miejskiej Tallinna, zaś od 2017 r. w radzie powiatowej na wyspie Saaremaa. Od 2016 jest ponownie wiceprzewodniczącym Riigikogu. Interesuje się historią, literaturą, kinem, a także muzyką.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Czy mógłby Pan opowiedzieć naszym czytelnikom coś więcej o sobie? Studiował Pan filologię angielską, później przez wiele lat pracował Pan jako dziennikarz, zaś na początku XXI stulecia włączył się Pan w politykę.

Enn Eesmaa: Z wykształcenia jestem nauczycielem języka angielskiego. Pracowałem jako dziennikarz telewizyjny przez ponad trzydzieści lat. Początkowo była to estońska telewizja państwowa, później zaś zaangażowałem się w dziennikarstwo w telewizjach prywatnych. Nawet stałem na czele jednego z kanałów. Bardzo ważnym wydarzeniem dla mnie jako dziennikarza był pucz Janajewa w sierpniu 1991 roku. Z jednej strony sytuacja bardzo dramatyczna, z drugiej szczęśliwa dla Estonii, bo po niepowodzeniu tego puczu uzyskaliśmy niepodległość. Z tej racji, że znam język fiński, pracowałem także przez jakiś czas dla telewizji fińskiej, robiąc newsy z Estonii. Później objąłem funkcję doradcy pierwszego prezydenta Estonii Lennarta Meriego, następnie zaś w 2003 r. poproszono mnie o to, bym zaangażował się w działalność w Estońskiej Partii Centrum. Mój wizerunek społeczny był pozytywny, dlatego Edgar Savisaar zaproponował mi współpracę. Wtedy znalazłem się w Riigikogu, gdzie pracowałem w Komisji Spraw Zagranicznych, a także Komisji ds. Europejskich. Od dwóch lat pełnię funkcję pierwszego wiceprzewodniczącego parlamentu.

Przeczytaj także:  Edgar tańczy na lodzie, czyli wzloty i upadki Edgara Savisaara

Chcę wrócić jeszcze do czasów sowieckich. Kształcił się Pan w Koledżu Angielskim w Tallinnie, a później studiował filologię angielską na Uniwersytecie Tallińskim, ale wtedy nie było to takie powszechne.

Jeśli się nie mylę, to już od drugiej klasy uczyliśmy się rosyjskiego jako języka obcego, dopiero później, po paru latach, przyszedł angielski. Ja złapałem bakcyla, poszedłem za ciosem i ostatecznie otrzymałem magisterium z dziedziny filologii angielskiej, uprawniające mnie do bycia nauczycielem. Zabawne, ale gdy uczyłem tego języka w czasach sowieckich, to moi studenci pytali się: „po co to robimy?” A później, już po przełomie, płacili spore pieniądze, żeby nauczyć się języka Szekspira. Dziś nie można wyobrazić sobie Estończyka, który nie mówi po angielsku. Po części wynika to z faktu, że nasza telewizja po 1990 roku nie dubbinguje już filmów i można słuchać angielskiego, czytając jednocześnie napisy po estońsku. W czasach Estonii Sowieckiej nigdy nie słyszeliśmy zaś Gérarda Philipe, który mówiłby po francusku. Wszystko było dubbingowane. Rosjanie mieli swoją drogą świetnych specjalistów od dubbingu. Ale dubbingowanie to częściowe zabijanie filmu.

Trzeba jednak powiedzieć, że w czasach sowieckich równie popularny co angielski był język fiński.

Do Tallinna docierała telewizja fińska, a my mogliśmy oglądać program bez cenzury. Słuchaliśmy także fińskiego radia. Pamiętam, że gdy w listopadzie 1963 roku John F. Kennedy został zabity w zamachu, to dowiedziałem się tego właśnie z helsińskiego radia. Przerwano wtedy program i nadano specjalny komunikat. Także w kwietniu 1986 roku, gdy telewizja sowiecka nie pisnęła słowa o Czarnobylu, o katastrofie dowiedzieliśmy się właśnie z mediów fińskich. Telewizja w Moskwie i Tallinnie nie mówiła nic przez parę dni, co okazało się groźne dla gapiów z Ukrainy, którzy pojechali obserwować płonącą elektrownię. Nic nie wiedzieli o radiacji.

Przeczytaj także:  Kalle Palling: Obecny rząd to strata czasu dla Estonii

Jaki jest obecnie status fińskiego?

Przed 1990 rokiem język fiński był oknem na świat, dziś jednak nie jest już tak popularny. W szkołach młodzi Estończycy uczą się angielskiego, niemieckiego. Z kolei nasza telewizja pokazuje już te same seriale i filmy, co w Finlandii. Nie ma więc specjalnego zainteresowania, by uczyć się tego języka. Notabene jest on jednak nam tak samo bliski jak litewski Łotyszom czy łotewski Litwinom.

Jako dziennikarz, który pracował dla mediów fińskich, jak ocenia Pan obecne relacje fińsko-estońskie?

Sądzę, że jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Łączy nas wspólnota ugrofińska. Ale pod wieloma względami konkurujemy ze sobą. Przykładem jest chociażby terminal LNG. W Finlandii pensje i emerytury są wyższe, dlatego wielu młodych Estończyków wyjeżdża, co odbija się negatywnie na naszej sytuacji demograficznej. Wyjeżdżają zresztą także do Irlandii, Szwecji czy Australii. Niby dzięki temu rodziny reperują swoje budżety, ale z drugiej strony w Estonii zaczyna brakować rąk do pracy i pojawia się imigracja.

Pan pracował w Komisji Spraw Zagranicznych i Komisji ds. Europejskich. Jaka jest wizja polityki zagranicznej w przypadku Partii Centrum? Co prawda w rządzie Jüriego Ratasa to socjaldemokraci i partia „Isamaa” są odpowiedzialni za resorty spraw zagranicznych i obrony, ale z pewnością macie jakąś wizję. Należycie do ALDE, czyli do forum, które grupuje europejskie partie liberalne.

Kiedy w 2003 roku przyłączaliśmy się do Unii Europejskiej, wiele osób, w tym część członków naszej partii, była sceptycznie nastawiona. Powstała nawet organizacja, która nazywała się „Paragrahv 1”, nawiązująca do przepisu w naszej konstytucji mówiącego, że „Estonia jest niepodległą republiką”. Ja wtedy pytałem, czy Finlandia po 1995 roku jest niepodległa? A wtedy Finowie zdecydowali się przystąpić do Unii. Ludzie odpowiadali „tak”, choć wcześniej te same osoby wyrażały wątpliwość co do naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Ja należałem do osób, które były zwolennikami akcesji i przekonywały tych, którzy mieli wątpliwości. Ciekawe, że Estończycy nie mieli takich wątpliwości co do wejścia do NATO, które od początku uznawano za ważny czynnik bezpieczeństwa i swego rodzaju „parasol” nad Estonią.

Muszę jednak przyznać, że nasza partia, nawet jeśli przez ponad dziesięć lat była w opozycji, to w Riigikogu zawsze popierała naszą politykę nastawioną na integrację z Brukselą. To było ważne, by Estonia miała jedną pozycję co do stosunków z Unią Europejską i NATO. Dzięki stanowisku naszej partii to osiągnęliśmy. Natomiast różniliśmy się w stosunku do Federacji Rosyjskiej. Nasza partia jest bowiem jedynym ugrupowaniem estońskim, które przyciągnęło do siebie Rosjan. Mieliśmy nawet porozumienie o współpracy z rządzącą w Moskwie partią „Jedna Rosja”. Poparcie miejscowych Rosjan przydawało nam się zwłaszcza w wyborach lokalnych. Dwa duże miasta, czyli Tallinn i Narwa, zawsze były w rękach Partii Centrum.

Przeczytaj także:  Centryści wygrali wybory lokalne w Estonii

Jeśli zaś chodzi o obecną politykę zagraniczną, to sądzę, że jako centryści prowadzimy ją z sukcesem. Nie słyszałem, by były jakieś wątpliwości co do okresu, gdy Estonia sprawowała prezydencję w Unii Europejskiej. To było w 2017 roku, gdy premierem był już nasz człowiek Jüri Ratas. Myślę, że od dwóch lat, gdy weszliśmy do koalicji rządzącej, nasi członkowie odczuwają większą odpowiedzialność za treść polityki zagranicznej.

Ale jako partia członkowska w ALDE opowiadacie się za ściślejszą integracją?

W naszym programie zawarte jest sformułowanie „Europa narodów” i tak uważa większość naszych członków. Jedynie nasza organizacja młodzieżowa jest zdania, że może Europa federalna byłaby skuteczniejsza. Gdy w 2003 r. wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, we wszystkich dokumentach mówiono o „Europie narodów”, a nie federalizacji. Choć przyznaję, że może w niektórych aspektach federalna Europa, zarządzana z Brukseli, byłaby bardziej efektywna. Jednak dla naszego elektoratu to byłoby za dużo. Trzeba by zresztą przeprowadzić referendum na ten temat.

Czy jeśli chodzi o relacje z Rosją i USA, są jakieś różnice między partiami estońskimi? Wspomnieliśmy już, że wasze ugrupowanie ma podpisane porozumienie z „Jedną Rosją”.

To jest specjalny protokół podpisany piętnaście lat temu, gdy sytuacja międzynarodowa była zupełnie inna. Ja byłem od początku sceptyczny wobec tej idei, ale nie protestowałem głośno, bo przyjąłem argument, że po podpisaniu umowy zamiast monologu rozpocznie się dialog estońsko-rosyjski. Ale byliśmy naiwni. Różnica potencjałów jest bowiem ogromna. Ciężko sobie wyobrazić by Władimir Putin albo Dmitrij Miedwiediew jako liderzy „Jednej Rosji” zaczęli negocjować coś z szefem Partii Centrum. To niemożliwe. Sugerowano nam zresztą, by zamiast tego podpisać umowę o współpracy z regionem Sankt Petersburga, który ma podobny potencjał co Estonia. Ale dla nas by to było trochę upokarzające. Partia Centrum jest bowiem partią ogólnokrajową.

Jeśli zaś chodzi o współpracę z USA, to szczerze mówiąc, nie ma dużych różnic między partiami politycznymi. Problem pojawia się tylko, gdy mówimy o administracji Donalda Trumpa. Nie jest jednak wykluczone, że ten ostatni będzie miał jeszcze kolejną kadencję, bo jego slogan „America first” jest jednak popularny,  dlatego nie ma sensu przedwcześnie palić sobie mostów. Choć większość Estończyków jest jednak sceptyczna.

Przeczytaj także:  Trump dla Łotwy nadal niewiadomą

Czy jako Estończyk czuje się Pan bezpieczny w świecie Trumpa?

Była jego wypowiedź na temat Czarnogóry, którą uważam za niepotrzebną. Jeśli chodzi o Estonię, to za nami przemawia fakt, że jako jeden z nielicznych krajów wydajemy więcej niż 2% PKB na obronę narodową. Trump wiele razy podkreślał, że kraje Europy muszą wnosić więcej do NATO. Nawet, jeśli jesteśmy krytyczni wobec Trumpa, to nasza prezydent Kersti Kaljulaid odwiedziła USA. Wydaje mi się, że relacje estońsko-amerykańskie mimo wszystko są dobre.

Przeczytaj także:  Kersti Kaljulaid – pierwsza kobieta prezydent Estonii

Czy Partia Centrum ma wizję polityki regionalnej, współpracy z krajami nordyckimi, Litwą czy Łotwą?

Nasze relacje ze Skandynawią są wyśmienite. Premier Finlandii Juha Sipilä także reprezentuje Partię Centrum, która jest naszym partnerem. W październiku był gościem naszego kongresu w Tallinnie. Problematycznie stosunki estońsko-fińskie postrzegają związkowcy w Finlandii, którzy mają pretensje do Estończyków, że obniżają koszty pracy. W Finlandii pracuje bowiem około 20-30 tysięcy Estończyków. Różnice w płacach są ogromne, dlatego jest to dla nich wciąż atrakcyjne miejsce pobytu. Nawet jeśli pod wieloma względami to gospodarka estońska jest bardziej efektywna.

Czy jako polityk socjalnej Partii Centrum jest Pan zadowolony z poziomu płac w Estonii?

Oczywiście, że nie. Ale podam jeden przykład. Gdy dawno temu byliśmy w koalicji, weszliśmy do rządu tylko dlatego, że zapewnił darmowe posiłki dla uczniów w szkołach. Drugim warunkiem był wzrost wynagrodzeń, które od lat były na tym samym poziomie, dość niskim zresztą. Obecnie, gdy znów jesteśmy w koalicji, przeciętna płaca w Estonii wynosi ponad tysiąc trzysta euro. Liczymy jednak, że to będzie wzrastać. Nasz slogan wyborczy jest taki, że „dobrobyt w Estonii musi być odczuwany przez wszystkich”.

Partia Reform zaproponowała ostatnio, by podnieść przeciętną emeryturę o dwieście euro.

Mam ochotę powiedzieć, że to jest populistyczne zagranie, bo jak my zaczęliśmy mówić o stu euro, to wtedy oskarżano nas o populizm. My jednak jesteśmy za tym, by zwiększać emerytury. Kolejną propozycją Partii Reform było ostatnio zniesienie podatku socjalnego, co skrytykował premier i lider centrystów Jüri Ratas. Dziennikarze zaczęli nam jednak wytykać, że „nie jest rozsądne”, by pomijać ten temat w dyskusji. Osobiście uważam, że zniesienie podatku socjalnego w Estonii to jest pomysł populistyczny.

Polityka socjalna będzie dla Was ważna przed wyborami do Riigikogu w marcu 2019 roku?

Chcemy podkreślić jako Partia Centrum, że nikt nie zostanie pozostawiony sam sobie. Chcemy pomagać starszym, niepełnosprawnym, dzieciom. Nie chcemy zapominać o mniejszościach. Oczywiście ważna jest perspektywa wzrostu pensji i emerytur. A także rozwój Estonii poza dużymi ośrodkami, jak Tallinn i Tartu. Byłem ostatnio na wyspie Hiiumaa, gdzie znajduje się mój okręg wyborczy. Tam jest na przykład potrzeba budowy większej liczby domów i mieszkań socjalnych. Jeśli jakieś młode małżeństwo zostaje nauczycielami na wyspie Hiiumaa, to oni nie mają gdzie mieszkać. Partia Centrum chce adresować także takie problemy.

Przeczytaj także:  Darmowe obiady w przedszkolach czy kolejka na Toompea? Wyborcza niedziela w Estonii

Obecnie Jüri Ratas stoi na czele koalicji złożonej z Partii Centrum, socjaldemokratów i konserwatystów. Jednak jest mało prawdopodobne, by taka koalicja utrzymała większość po wyborach do Riigikogu. Wtedy pojawia się opcja rządzenia z Partią Reform albo nacjonalistami z EKRE. Który pomysł jest Panu bliższy?

To, czy obecna koalicja utrzyma się, zależy od wyniku socjaldemokratów. Gdybym ja miał wybierać, to najlepsza byłaby koalicja Partii Centrum i Partii Socjaldemokratycznej. W wielu punktach mamy wspólny program. Problematyczna jest sytuacja partii „Isamaa”, która jest naszym kolejnym partnerem koalicyjnym. Może być tak, że dostaną 6-7% w wyborach, a może być tak, że w ogóle nie wejdą do Riigikogu. Natomiast gdyby teraźniejsza koalicja nie uzyskała większości, to mój wybór padłby jednak na Partię Reform. Z powodów pragmatycznych. Jeśli założymy, że po wyborach będzie wciąż piętnaście ministerstw, to wtedy połowa z nich powinna przypaść naszemu partnerowi koalicyjnemu. Reformiści mają około dwudziestu eksministrów, w większości dobrych fachowców, zaś w przypadku EKRE, jeśli znajdzie parę osób doświadczonych do rządzenia, to już będzie sukces. Sądzę, że nacjonaliści mogą mieć dwie osoby, które nadają się do zasiadania w rządzie, ale gdzie znajdą kolejnych pięć? Ponadto trzeba pamiętać, że i nasza partia, i reformiści należą do ALDE. My jesteśmy bardziej socjalni, oni bardziej prawicowi, ale nasze partie są liberalne. Wiem skądinąd, że EKRE wolałaby koalicję z nami, a nie z Partią Reform. Jedynym środowiskiem, które nie chce mieć nic wspólnego z nacjonalistami, są socjaldemokraci.

Przeczytaj także:  Eiki Nestor: Krytykują nas ortodoksi zarówno rosyjscy, jak i estońscy

Natomiast co do wyborów do Riigikogu… Musimy wiedzieć, która partia wygra. Obecnie w sondażach reformiści są na pierwszym miejscu, ale gdy mowa o osobowościach liderów, to nasz przewodniczący Jüri Ratas jest o wiele popularniejszy od szefowej Partii Reform Kai Kallas. Z kolei EKRE jest bardzo mocna na estońskiej prowincji, wśród mężczyzn, nazwałbym ją „partią macho”. Musimy poczekać na wynik wyborów w marcu, wtedy łatwiej będzie mówić, kto z kim wejdzie w koalicję.

Przeczytaj także:  Martin Helme: związki partnerskie to dla lewicy i liberałów coś w rodzaju świeckiej religii

Wasza partia była zawsze bardzo popularna wśród rosyjskich wyborców, popierało was nawet 80% rosyjskojęzycznych w Estonii. Obecnie to poparcie spadło do 65%. Dlaczego?

Myślę, że jednym z powodów jest zmiana szefa partii. Edgar Savisaar był po prostu człowiekiem legendą dla Rosjan.  Są ludzie, którzy mają zastrzeżenia do Jüriego Ratasa, że nie jesteśmy już tacy silni jak w 2016 roku, że nasza polityka się zmieniła. Nasza odpowiedź jest taka, że będąc w koalicji z dwoma ugrupowaniami, nie jesteśmy w stanie zachowywać się tak samo jak opozycja, musimy iść na kompromisy.

To jest jeden powód. Ja zawsze pytam się jednak, na kogo będą głosować Rosjanie, jeśli nie na nas. Socjaldemokraci próbowali przyciągać elektorat rosyjski, ale oni w sprawach obyczajowych są zbyt liberalni, podczas gdy elektorat rosyjskojęzyczny jest bardzo przeciwny choćby sprawom LGBT. W naszej frakcji wszyscy rosyjscy posłowie głosowali przeciwko związkom partnerskim. Zapytałem się ich, dlaczego. Odpowiedź była następująca: z powodów religijnych. Tak więc Rosjanie nie zagłosują na socjaldemokratów, podobnie jak na reformistów czy nacjonalistów z EKRE. My z kolei mamy 65% w sondażach. Ja nie uważam, że to jest źle.

Czy Jüri Ratas będzie waszym asem w rękawie podczas wyborów?

On się bardzo poprawił. Pamiętam, gdy zaczynał. Obecnie jego wypowiedzi czy sposób w jaki zwraca się do ludzi imponują. Jest pewny siebie, ale w tym pozytywnym słowa znaczeniu. Wiele się nauczył, ma coraz większe doświadczenie. Nie chce mi się w to wierzyć, ale widzę, że ma niewyobrażalną ilość energii, może dlatego, że jest sportowcem. Podróżuje po całej Estonii, w ciągu dnia ma dwa, trzy spotkania. A to jest człowiek, który posiada czwórkę dzieci, z których najmłodsze ma pół roku. Niedawno był w Mali, on ciągle gdzieś podróżuje.

Przeczytaj także:  Wszystkie zwycięstwa Jüriego Ratasa. Nowy premier i rząd Estonii

Przeczytaj także:  Tõnis Saarts: Estoński rząd jest całkiem silną drużyną

Przeczytaj także:  Andreas Kaju: W rządzie Ratasa dobrze się pracuje, ale wdrażanie polityk nie wychodzi

Jakie są trzy największe sukcesy centrystów w tej kadencji?

Jest ich dużo, ale na pewno polityka socjalna. Dalej darmowa komunikacja, która została wprowadzona w całej Estonii, a która była niezmiernie krytykowana. Obecnie mamy zaś taki problem, że jest za mało autobusów. Gdy w 2016 roku zawieraliśmy naszą centrolewicową koalicję, wiele osób przestrzegało, że zniszczymy politykę gospodarczą. Tymczasem Estonia rozwija się stabilnie, mamy parę procent wzrostu PKB. Kolejny sukces rządu Jüriego Ratasa, to udana prezydencja w Unii Europejskiej, za którą chwalił nas szef Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker.

Dwa ostatnie lata udowodniły, że jesteśmy jako Partia Centrum zdolni kierować rządem i mieć swojego premiera, mimo, że przez lata, kiedy szefował nam Edgar Savisaar, doklejano nam łatkę rusofilów, w dodatku współpracujących z Kremlem. Przez ostatnie dwa lata pozbyliśmy się jednak tego, co może także jest częściowo odpowiedzią na Pańskie pytanie, dlaczego już tak bardzo nie popiera nas elektorat rosyjskojęzyczny.

Jakiś czas temu wasza europosłanka Yana Toom zaproponowała wprowadzenie autonomii dla Wschodniej Wironii, gdzie mieszka liczna mniejszość rosyjska.

Sądzę, że to jest wciąż retoryka przedwyborcza. Mamy w Estonii dwie społeczności, które posiadają autonomię kulturalną, mam na myśli Finów i Żydów. Ale oni muszą mieć obywatelstwo estońskie, a mnóstwo ludzi we Wschodniej Wironii takiego obywatelstwa nie ma. Nie sądzimy zatem jako partia, że wprowadzenie takiej autonomii dla Rosjan nie jest możliwe.

Przeczytaj także:  Tarmo Tammiste: Narwa jest następna, ale nie będzie następnym Donieckiem

Chcę jeszcze zapytać o możliwe przetasowania na estońskiej scenie politycznej. Chwalił Pan rząd Jüriego Ratasa, ale czy wyobraża sobie Pan także prace Partii Centrum w rządzie Kai Kallas, gdzie ważniejszą rolę odgrywałaby Partia Reform?

Radziłem już Jüriemu Ratasowi, żeby był ostrożny w stosunku do Kai Kallas. Po pierwsze jest kobietą i nie wypada jej atakować, po drugie, nie wiadomo, co się stanie po wyborach w marcu 2019 r. Konkurujemy z Partią Reform, ale nie możemy „pójść na noże”, bo w przyszłym roku może się okazać, że będziemy razem rządzić. Musieliśmy jednak jako Partia Centrum wiedzieć, jakie możemy objąć resorty w takim gabinecie i jaki będzie program tego rządu. Sądzę jednak, że jeśli Partia Reform wygra wybory, może po prostu sformować rząd z EKRE. Dla nich byłoby to wygodne. Trudno bowiem sobie wyobrazić doświadczonych ludzi reprezentujących nacjonalistów w takim rządzie, a wtedy rola Partii Reform automatycznie wzrasta. Nie sądzę jednak, żeby to był dobry wariant dla Estonii. Wielu ludzi w Europie mogłoby się negatywnie odnieść do tego, że wpuszczamy taką partię do koalicji. Były bowiem różne wypowiedzi ze strony EKRE, które nie przynoszą Estonii chluby.

Dziękuję za rozmowę.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj