Pocztówka z międzywojennego Sopotu - na pierwszym planie kuracjusze, w tle Grand Hotel (Kasino Hotel).

Muzeum Sopotu: lato 1939 roku w Sopocie tylko pozornie wydaje się normalne

-

Gdy mówimy o sytuacji międzynarodowej, to latem 1939 r. w Sopocie z jednej strony wszystko toczy się w swobodnej, przyjemnej atmosferze, jest wiele atrakcji takich jak teatr w centrum miasta, Opera Leśna, wyścigi konne, Sopocki Tydzień Sportu. Przyjeżdżają kabarety z Berlina, niemieccy muzycy. W najbardziej luksusowym hotelu odbywają się tańce na „zimnej płycie”, do których przygrywa berlińska orkiestra (…) Ale w 1939 r. pojawia się już jedynie 15 tys. gości, prawie o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadek wynika  z przygotowań do wojny. Polacy nie pojawiają się na przykład po raz pierwszy na zawodach tenisowych i zawodach jeździeckich. Polscy letnicy znikają z Sopotu (…) Jest Sopot dla letników, ten bawiący się, kolorowy. Z drugiej strony codzienność jego mieszkańców diametralnie się zmienia – mówią w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Karolina Babicz-Kaczmarek, dyrektor Muzeum Sopotu, oraz Jagoda Załęska-Kaczko, kuratorka wystawy „Cisza przed burzą, czyli lato 1939 roku w Sopocie” w tymże muzeum.

Karolina Babicz-Kaczmarek

Karolina Babicz-Kaczmarek – absolwentka historii na Uniwersytecie Gdańskim (UG), związana z Muzeum Sopotu od 2007 roku. Autorka artykułów, współautorka i kuratorka wystaw oraz licznych projektów, m.in. „Polonia Sopocka” i „Sopocianie”. Od 2018 roku pełni funkcję Dyrektor Muzeum Sopotu.

 

 

 

Jagoda Załęska-Kaczko

Jagoda Załęska-Kaczko – absolwentka prawa i historii sztuki na Uniwersytecie Gdańskim, obecnie doktorantka w Instytucie Historii Sztuki UG. Autorka artykułów naukowych i tekstów do wystaw. Od 2018 roku współpracuje z Muzeum Sopotu przy organizacji wystaw historycznych. Jest kuratorką wystawy „Cisza przed burzą, czyli lato 1939 roku w Sopocie”, której wernisaż odbył się w maju 2019 r.

 

 

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Zanim zaczniemy rozmowę o wystawie, chciałbym zwrócić uwagę, że w tym roku obchodzimy stulecie Traktatu Wersalskiego i stulecie powstania Wolnego Miasta Gdańska. Chciałbym zapytać, jak Sopot odnalazł się w tym tworze?

Karolina Babicz-Kaczmarek (KBK): Nie do końca mogę się z Panem zgodzić, jeśli chodzi o daty. Dopiero w 2020 r. będziemy obchodzić setną, okrągłą rocznicę powstania Wolnego Miasta Gdańska.

Jagoda Załęska-Kaczko (JZK): W styczniu 1920 r. wszedł w życie Traktat Wersalski, zaś akty prawne odnoszące się do Wolnego Miasta Gdańska przypadają głównie na listopad 1920 r. Przygotowujemy zatem obchody na następny rok.

Będziecie w ogóle obchodzić tę rocznicę?

KBK: We współpracy z Muzeum Gdańska będziemy tworzyć wspólną ekspozycję, każdy partner w swoim zakresie. Ekspozycja będzie pokazywać historię poszczególnych miejscowości w Wolnym Mieście Gdańsku. W całą sprawę zostanie włączone między innymi Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku, będące oddziałem Muzeum Gdańska. To będzie generalnie wspólna, duża ekspozycja dotycząca Wolnego Miasta.

Są jakieś krytyczne głosy ze strony mieszkańców czy polityków, że obchodzicie w 2020 r. stulecie Wolnego Miasta Gdańska?

KBK: Ja nie słyszałam żadnych krytycznych głosów, aczkolwiek często Muzeum Sopotu, pokazując w różnych odsłonach przedwojenną historię kurortu, czy to historię architektów, czy wystawy poświęcone życiu codziennemu, modzie, spotyka się z ludźmi, którzy nie znają specyfiki lokalnych dziejów i oskarżają nas, że pokazujemy niemiecką historię. Proszę jednak pamiętać: Sopot ma taką historią, jaką ma. I nie zamierzamy z niej wymazać okresu niemieckiego. Miasto rozwinęło się dzięki Jeanowi Georgowi Haffnerowi, lekarzowi z francusko-niemieckiego pogranicza. Innej historii Sopot nie ma.

Przejdźmy teraz właśnie do tej historii. W 1920 r. powstaje Wolne Miasto Gdańsk, jaka jest wtedy sytuacja samego Sopotu?

JZK: Sopot zaliczał się do czterech miast Wolnego Miasta Gdańska, wśród takich ośrodków jak Gdańsk, Nowy Dwór Gdański czy Nowy Staw. Sopot był siedzibą władz powiatu i miastem granicznym, jednocześnie jak wykazują dane statystyczne z lat dwudziestych, było to miejsce bardziej multietniczne niż sam Gdańsk, miało inną specyfikę. Oprócz Niemców mieszkali tutaj Żydzi, Polacy czy Kaszubi, posługujący się często kilkoma językami naraz. Sopot odróżniał się od Gdańska nie tylko w zakresie struktury etnicznej, ale także w sensie politycznym, bo rządziły nim grupy określane przez nazistów jako „grupy reakcyjne”. Mówimy tutaj o radzie miejskiej Sopotu, która w 1933 r. spotkała się z poważnymi trudnościami natury politycznej.

Powiedziała Pani, że Sopot był multietniczny.

JZK: Oprócz Polonii mieszkali tutaj Kaszubi, ale akurat tę ludność często możemy uznać za Polaków posługujących się językiem kaszubskim, polskim czy niemieckim. Sytuacja była dość złożona. Jeśli chodzi o liczby, to po 1929 r. nie prowadzono badań statystycznych na temat zaludnienia Sopotu. Generalnie w Sopocie żyło około trzydziestu tysięcy mieszkańców, z czego samych Żydów cztery tysiące trzysta. Większość tej społeczności wyemigrowała około 1938 r. z Sopotu na skutek represji nazistowskich. W przededniu wojny w Sopocie zostało zaledwie około dwustu Żydów. Po 1945 r. w badaniach nad historią Trójmiasta bardzo koncentrowano się na społeczności polskiej. Jednak ta społeczność była mniej liczna niż sopoccy Żydzi. Na początku lat dwudziestych Polaków było w Sopocie od dwóch i pół do trzech tysięcy, co stanowi jedną dziesiątą mieszkańców miasta. Żydzi, w tym również osoby z Polski, pod koniec lat dwudziestych stanowili jakieś dwanaście procent. Natomiast zdecydowana większość, czyli 85% ludności Sopotu w okresie Wolnego Miasta Gdańska to byli Niemcy, oczywiście trzeba zastosować pewne widełki, ze względu na dużą dynamikę migracji.

Czy te dziesięć procent Polaków, o których wspomnieliśmy, identyfikowało się jednoznacznie z polskością?

JZK: Możemy przywołać wyniki wyborów z lat dwudziestych, z których wynika, że ok. 6% do 10% głosów w Sopocie padało na listy polskie, jeśli mówimy o wyborach do gdańskiego Volkstagu, czyli parlamentu Wolnego Miasta Gdańska. Z kolei w latach trzydziestych Polacy zbierali już jedynie poniżej 5% głosów, co wiązało się z rozbiciem polskiej społeczności i konfliktem między Gminą Polską a Związkiem Polaków w Wolnym Mieście, dwoma organizacjami polonijnymi.

Jeśli zaś chodzi o Żydów…

JZK: Początkowo także oni mieli swoich reprezentantów w Volkstagu . Po 1933 r. to się zmienia, gdy Żydzi są usuwani nie tylko z urzędów publicznych, ale także z zarządów różnych korporacji i przedsiębiorstw. Ich los znacznie wcześniej niż los miejscowej Polonii był tragiczny.

Kim byli Żydzi sopoccy?

JZK: W dużej mierze byli to emigranci z terenów dawnej Rosji carskiej. Trzeba rozdzielić Żydów pod kątem przynależności narodowościowej. Żydzi niemieccy, którzy przed 1918 r. mieszkali w Sopocie, często odróżniali się jedynie wyznaniem. Natomiast sporo Żydów przyjechało już po 1920 r. do Sopotu i to byli Żydzi posługujący się językiem jidysz, rosyjskim czy polskim. Niektórzy spośród nich należeli do grona syjonistów. Część posługiwała się również językiem hebrajskim.

Jak wygląda ówczesny krajobraz polityczny Sopotu?

JZK: W latach dwudziestych dominuje socjaldemokracja w koalicji z partiami centrowymi. Pamiętajmy, że w Wolnym Mieście Gdańsku partie działające w Republice Weimarskiej miały swoje odpowiedniki. Byli więc socjaldemokraci, liberałowie, katolicka partia Centrum, komuniści, nacjonaliści z DNVP, powstaje także partia nazistowska. Do 1933 r. rządy w Sopocie mają charakter koalicyjny, często mniejszościowy. W maju 1933 r. NSDAP zdobywa większość, to była niewielka większość, mniej niż 51%. Poparcie dla nazistów było w Sopocie mniejsze niż w Gdańsku, co wynika m.in. z wieloetniczności kurortu. Na przykład w Gdańsku, który był prawie dziesięciokrotnie większym miastem niż Sopot, bo mającym ok. 250 tys. mieszkańców, liczba Żydów mieszkających tam na stałe w latach dwudziestych  wynosiła ok. 6 tys., a w Sopocie 4 tys. Działacze polityczni wywodzący się ze społeczności żydowskiej to byli często ludzie o proweniencji lewicowej. Byli wśród nich także syjoniści, którzy organizowali swoje zjazdy w Sopocie.

Gdy mowa zaś o Polakach sopockich?

JZK: Polacy prowadzą także życie polityczne, a także bardzo aktywne życie kulturalne, społeczne, pomagają sobie nawzajem. Wszystkie nacje współżyją w sposób pokojowy. Po 1933 r. wszystko się zmienia, następuje załamanie życia polskiego, najpierw napiętnowanie Polonii, później jej prześladowanie. Żydzi przed wybuchem wojny byli w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo w tym czasie, gdy piętnuje się Polaków, to Żydów dotykają otwarte prześladowania. Odbiera im się majątek, prawo wykonywania zawodu etc. Mamy w naszych zasobach informacje na temat szeregu sopockich domów, które zostały bezprawnie odebrane Żydom przez nazistów bez żadnej rekompensaty. Część przedsiębiorstw żydowskich przenosi się do Gdyni, zwłaszcza w przypadku Żydów mówiących po polsku. Z kolei „mischlingowie”, czyli Żydzi będący w związkach z Niemcami, liczą na uniknięcie represji, ale najczęściej władze zmuszają ich małżonków do rozwodu. Znamy przypadek rodziny, gdzie mąż chronił żonę Żydówkę do końca wojny, mimo, że Gestapo prześladowało go, biło. Nie chciał się rozwieść, bo rozwód oznaczałby dla żony wyrok śmierci. Większość sopockich Żydów, która została w mieście po 1938 r.,  straciła życie najpewniej w gettach na terenie okupowanej Polski albo w obozie w Stutthof.

KBK: Jest taki cytat przedstawiciela Polonii sopockiej, pana Jana Biangi, który mówi, że przed 1933 r. wszyscy żyliśmy tutaj jak sąsiedzi, bez kłótni. Dopiero później się to zmienia. Muzeum Sopotu zajmuje się szczególnie Polonią sopocką, od szeregu lat prowadzimy duży projekt „Sopocianie”. Nagraliśmy relacje starszych przedstawicieli przedwojennej Polonii, którzy wtedy byli dziećmi lub nastolatkami, oni opowiadali, że rok 1933 miał dla nich wymiar bardzo ludzki. Nagle okazywało się, że sąsiad, którego znali od zawsze, przyjaźnili się, jest zwolennikiem NSDAP i nie ma już miłych relacji sąsiedzkich. Dochodzi wtedy do rozłamów w rodzinach, w społecznościach sąsiedzkich i to jest taki zdecydowanie prywatny wymiar, tego co w 1933 r. się dzieje w polityce. Zresztą to wszystko dzieje się nie tylko w Sopocie, ale także w miastach Rzeszy, szczególnie na pograniczu.

W 1933 roku naziści przejmują władzę w Sopocie…

JZK: Wybory odbywają się w maju, natomiast formalnie naziści przejmują władzę w całym Wolnym Mieście Gdańsku dopiero w czerwcu 1933 r. Wkrótce nadburmistrz Sopotu doktor praw Hermann Lewerenz zostaje odsunięty od władzy, podobnie jak jego zastępca, przy czym dochodzi do naruszenia Konstytucji Wolnego Miasta Gdańska. Naziści wprowadzają bowiem nową funkcję komisarza rządowego niezależnego od nadburmistrza Sopotu. Najpierw ten komisarz miał kontrolować władze Sopotu, później zaś zawiesił nadburmistrza w czynnościach. Od jesieni 1933 r. mamy taką sytuację, że nie działa w Sopocie ani rada miasta, ani magistrat, funkcjonuje tylko komisarz i dopiero po dwóch latach, gdy udało się wymienić część składów władz na osoby lojalne wobec nazistów, przywrócono działalność rady miejskiej, która jest pozbawiona praktycznych kompetencji i uzależniona od nowego nadburmistrza. W tej radzie nie ma już miejsca dla opozycji. Od 1933 r. we wszystkich urzędach sopockich obowiązuje partyjne pozdrowienie, zaś od 1934 r. we wszystkich miejscach wiszą już portrety Adolfa Hitlera. Po likwidacji sądu obwodowego w Sopocie, mieści się tam jedna z siedzib partii nazistowskiej. Partia rozrasta się w Sopocie, w archiwum państwowym w Gdańsku można obejrzeć listy członków poszczególnych sopockich obwodów partii NSDAP. Można prześledzić, kto w którym roku przystąpił do partii.

Czy działalność nazistów w Sopocie ma swoją specyfikę?

JZK: Ona funkcjonuje tak samo jak w Gdańsku. W Sopocie mamy natomiast do czynienia z przykładem błyskawicznej kariery Georga Lippke, który był adiutantem nadburmistrza nazistowskiego Ericha Tempa. To był człowiek zaledwie trzydziestoletni, który ze stanowiska adiutanta i członka rady miejskiej, awansował na stanowisko burmistrza. W listopadzie 1939 r. zostaje nadburmistrzem Gdańska, mając zaledwie trzydzieści trzy lata. Kluczem do sukcesu w partii nazistowskiej w Sopocie była bezwzględna lojalność i podporządkowanie się zaleceniom z góry. Kariery są błyskotliwe.

Co się dzieje w Sopocie od 1933 do 1939 r., od czasu przejęcia władzy przez nazistów aż do wybuchu II wojny światowej?

KBK: Następuje zwrot w życiu codziennym w stronę nazyfikacji. Będę się do tego odnosić, bo w swojej pracy zajmuję się historią mówioną, uważam, że to jest bardzo ważne świadectwo dla przeszłości. Po 1933 r. rozpoczynają się szykany na bardzo wielu poziomach. Na przykład rodzice pani Elżbiety Szlomskiej, po mężu Wiatrak, to było małżeństwo polsko-niemieckie. Jej ojciec był wyzywany przez swojego przełożonego. Kazano mu wypisać córkę ze szkoły polskiej, bo inaczej straci pracę. Zdarzały się przypadki pobicia dzieci idących do polskiej szkoły w Sopocie przez niemieckich kolegów. Niszczono witryny sklepowe, zwłaszcza żydowskich przedsiębiorców. Służba wymawiała pracę Żydom. Jeden z dyrektorów Opery Leśnej, który miał żonę Żydówkę, zaangażował się bardzo w życie polityczne, by chronić swoją małżonkę. Polityka ma zatem bardzo duży wpływ na życie ludzi. To narasta od 1933 r. od małych, codziennych form agresji, po zorganizowaną działalność. Trzeba pamiętać o tym, że środowisko Polonii Gdańskiej było świetnie inwigilowane. Gdy wybuchła II wojna światowa, naziści doskonale wiedzieli po kogo idą.

JZK: Dzięki protokołom policyjnym wiadomo, że wszystkie siedziby Polaków w Sopocie zostały przejęte przez nazistów w ciągu pół godziny. W ciągu jednego dnia czołowi działacze zostali aresztowani, przewiezieni tak samo jak gdańszczanie do Viktoria-Schule, byli przesłuchiwani, część z nich wylądowała w Stutthof, część została ofiarami Piaśnicy.

KBK: Proszę pamiętać, że wciąż istnieje jednak codzienna warstwa życia. Sopot funkcjonuje dalej jako kurort. Mamy letników, bogatą ofertę na okres letni. To wszystko dalej istnieje.

Ogród przez Domem Zdrojowym nocą (sierpień 1939 roku). Ilustracja pochodzi ze zbiorów Biblioteki Gdańskiej PAN.

Kiedy zaczyna się bojkot Sopotu ze strony Polaków?

JZK: Ten bojkot niekoniecznie związany był z dojściem do władzy nazistów w 1933 r., dlatego, że Sopot bojkotowano już w latach dwudziestych. Mam tutaj na myśli choćby bojkot kasyna przez środowiska polonijne, a później także zamożnych żydowskich kuracjuszy, którzy w ten sposób reagowali na informacje o złym traktowaniu Żydów w mieście.

Przechodząc do samej wystawy „Cisza przed burzą, czyli Lato 1939 roku w Sopocie”…

JZK: Wprowadziliśmy dwutorową narrację, która może i powinna wzbudzać uczucie dysonansu. Z jednej strony skupiamy się na beztroskim wypoczynku w kurorcie, gdzie wszystko toczy się swobodnej, przyjemnej atmosferze, było wiele atrakcji takich jak teatr w centrum miasta, Opera Leśna, wyścigi konne, Sopocki Tydzień Sportu, dom zdrojowy, zawody tenisowe, pokazy mody, bale, wyścigi chartów. Przyjeżdżają kabarety z Berlina, niemieccy muzycy. W najbardziej luksusowym hotelu odbywają się tańce na „zimnej płycie”, do których przygrywa berlińska orkiestra. To wszystko dzieje się latem 1939 r. Wydawałoby się, że wszystko odbywa się normalnie, bez zmian. Ale w 1939 r. w Sopocie pojawia się już jedynie 15 tys. gości, prawie o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadek wynika oczywiście z przygotowań do wojny. Polacy nie pojawili się na przykład po raz pierwszy na zawodach tenisowych i zawodach jeździeckich. Polscy letnicy znikają z Sopotu.

KBK: Ciągle jest jednak dwutorowość. Bo jest Sopot dla letników, ten bawiący się, kolorowy. Z drugiej strony codzienność jego mieszkańców diametralnie się zmienia. Proszę pamiętać o tym, że nie wszyscy mieszkańcy niemieccy Sopotu zgadzają się z tym, co się dzieje z ich polskimi czy żydowskimi sąsiadami. Robiąc w 2018 r. wystawę o sopockich Żydach, dotarliśmy do historii Margarete Krzykało, była to Niemka, ewangeliczka, która wyszła za warszawskiego Żyda, który przyjechał do Sopotu założyć interes, miał sklep przy ulicy Grunwaldzkiej. Pani Krzykało była prześladowana przed wojną i podczas wojny za to, że wyszła za mąż za Żyda, jej syn wyjechał, zaś losów męża nie znamy. Naziści zmusili ją do rozwodu, zaś po 1945 r. ta sama osoba była prześladowana za to, że żyła jako Niemka w niemieckim Sopocie. Proszę zatem zauważyć, że nie w każdym Niemcu było przyzwolenie na nazyfikację i przemoc.

JZK: Tego nie dowiemy się oczywiście z prasy, która została w latach trzydziestych znazyfikowana. Wszystkie wydawnictwa opozycyjne znikają. Wydawcy i opozycjoniści są aresztowani albo wydalani do Polski, jeden z nich Hans Wichmann ginie w tajemniczych okolicznościach. W Wolnym Mieście Gdańsku opozycja przestaje istnieć w 1937 r., co odbywa się względnie późno w porównaniu z Rzeszą Niemiecką, ale jednak skutecznie eliminuje się inaczej myślących.

Co pisała prasa oficjalna?

KBK: Oficjalnie narracja była taka, że ideologia nazistowska świetnie przyjmuje się w Sopocie. Nawet sztandarowe czasopismo wakacyjne w Sopocie „Die Möwe” przed  1939 r. było trójjęzyczne: niemieckie, polskie i angielskie. Od 1939 r. jest już wydawane tylko po niemiecku i wychwala nazistów.

JZK: „Die Möwe” było wydawane od wiosny do jesieni, pisano w nim o atrakcjach, z których mogą korzystać kuracjusze w Sopocie. Był to bogato ilustrowany periodyk, z którego zaczerpnęliśmy wiele ilustracji do naszej aktualnej wystawy.

KBK:  W nowym Sopocie nie chciano obcojęzycznych gości, goście mieli być tylko niemieccy.

Wspomnieliśmy, że latem 1939 r. liczba gości Sopotu spadła niemal o połowę, ale czy poza tym coś się zmienia?

JZK: Liczba atrakcji nie ulega zmianie. Co więcej, pojawiają się nowe ciekawostki, takie jak picie wody morskiej, która była uzdatniana pod domem zdrojowym, w prasie pojawiają się zdjęcia aparatu do uzdatniania wody morskiej, bo lekarze uznali, że działa jak woda sodowa. W 1939 r. odbywają się pierwsze międzynarodowe zawody w koszykówce. Tak więc w  roku wybuchu wojny oferta nie zmienia się zasadniczo. Większe zmiany dostrzegamy dopiero w 1940 r., gdy podnosi się liczba kuracjuszy. Przyjeżdżają bowiem żołnierze Wehrmachtu na urlop.

KBK: W 1939 r. życie towarzyskie w Sopocie kwitnie do 20 sierpnia, czyli do końca sezonu letniego. Nie ma widocznego przełomu.

JZK: Choć trzeba przyznać, że zarówno prasa polska, jak i prasa niemiecka, podgrzewa atmosferę, a ludzie to dostrzegają. Mieszkańcy i turyści widzą na plaży zasieki, rowy, ale nie widzą, co się dzieje w lesie,  choć tuż obok przy Kamiennym Potoku, nad rzeką Sweliną, była granica z Polską. Pojawiają się patrole na ulicach, wzmożone kontrole celne. Nastrój staje się nerwowy, a ludzie domyślają się, że za chwilę coś się będzie działo.

Prawdziwy przełom następuje 1 września.

JZK: Zgadza się, aczkolwiek w miejscowych gazetach na próżno by szukać informacji o pełnym przebiegu wydarzeń w tamtych dniach. W lokalnej prasie niemieckiej pojawia się informacja, że Hitler zmierzał do ugody, chciał jedynie Gdańska i Pomorza, a Polacy się na to nie zgodzili i dlatego wybuchła II wojna światowa. Ta informacja pojawia się już w pierwszych dniach września.

Jednak co w praktyce dzieje się w Sopocie we wrześniu 1939 r.?

JZK: Sopot nie ponosi wielkiej ofiary ani w ludziach, ani w zabudowie miejskiej. Po niemieckiej napaści na Polskę i jednoczesnym ataku na polskie placówki w Wolnym Mieście Gdańsku, Polacy wdzierają się na teren Wolnego Miasta Gdańska, między Sopot a Oliwę, jednak szybko zostają wyparci. Raz po raz spada jakaś bomba, giną pojedyncze osoby. Na pewno ofiar w Sopocie jest mniej niż pięćdziesiąt. Zaś po 10 września nie dzieje się już nic. Sopocianie widzą wpierw Westerplatte, które płonie, później widzą dym nad Półwyspem Helskim. Ale okrucieństw wojny nie doświadczają w praktyce. Dla niemieckich obywateli uciążliwością stają się zaciemnienie i reglamentacja żywności, prawdziwy dramat spotyka natomiast sopocką Polonię. Z kolei 19 września 1939 r. do Sopotu przyjeżdża Hitler, stąd robi wypad w kierunku Warszawy samolotem. W Gdyni Hitler spotyka się z Goeringiem. W Gdańsku przemawia, na całej trasie jego przemówienie nadawane jest przez głośniki. Sopocianie wychodzą na ulicę, by przez sześć godzin czekać na jego powrót do sopockiego hotelu. Cieszą się jednocześnie, bo likwiduje się wprowadzone 1 września zaciemnienie ulic. Gdy Hitler pojawia się, ludzie witają go entuzjastycznie. Na naszej wystawie można przeczytać parę cytatów. Jeden z sopockich Niemców wspomina, że ulice w Sopocie podczas wizyty Hitlera były niezwykle kiczowato przystrojone. Sam Führer wybiera zaś najlepszy hotel w Wolnym Mieście Gdańsku, czyli powojenny Grand Hotel. Dla niego projektuje się specjalne wyposażenie wnętrz.

Jak się zmienia sytuacja Polonii sopockiej we wrześniu 1939 r.?

JZK: Do 1 września 1939 r. mamy do czynienia z szykanowaniem, napiętnowaniem, zmianą relacji międzysąsiedzkich. Ale po wybuchu II wojny światowej przekroczona zostaje granica szykan. Aresztuje się ludzi, oni nie wracają do domu, odbywa się polowanie. Każdy kto był na „Sonderfahndungsbuch”, czyli „liście gończej Polaków”, miał zostać aresztowany, stawał się ofiarą masowej zbrodni albo trafiał do obozu koncentracyjnego. W centrum miasta mieści się pomnik upamiętniający ponad siedemdziesięciu polskich sopocian, którzy stracili życie w czasie okupacji. Tę listę opracowano na bazie relacji członków rodzin po 1945 r.

Czy po jesieni 1939 r. w Sopocie mieszkają Polacy?

JZK: Owszem, zwłaszcza te osoby, które zostają wpisane do trzeciej czy czwartej grupy na volksliście. Dzieci mogą chodzić do szkoły, ale jest to już szkoła niemiecka. Polacy sopoccy muszą się podporządkować rygorom wojny takim jak kartki żywnościowe. To samo muszą robić Niemcy, ale to Polacy żyją w permanentnym strachu. Dlatego wiele rodzin rozdziela się, matki uciekają z dziećmi na wieś. Odrębna sytuacja ma miejsce z Żydami, jednak większość z nich uciekła już po nocy kryształowej w 1938 r.

Wracając do 1940 r., jak zmienia się sytuacja w tym sezonie?

JZK: Możemy ją odtworzyć na podstawie lektury czasopisma „Die Möwe”. O ile w 1939 r. mieliśmy do czynienia z zasadniczym spadkiem liczby turystów, to w 1940 r. ich liczba znów wzrasta do ok. 27 tys. To jest ważne z perspektywy utrzymania się lokalnej ludności. Sytuacji nie da się jednak porównać do tej sprzed wojny, gdy był swobodny dostęp do wszystkich dóbr, a poziom życia był znacznie wyższy. Także atmosfera i nastrój w lokalach był swobodniejszy, można było będąc Anglikiem, Francuzem czy Polakiem normalnie rozmawiać. Natomiast po 1939 r. w Sopocie przebywają jedynie Niemcy albo turyści z krajów sojuszniczych.

Wystawa „Cisza przed burzą, czyli lato 1939 roku w Sopocie” została otwarta 18 maja 2019 r., będzie można ją oglądać w Muzeum Sopotu do 15 września.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here