Bitwa, której Polska wygrać nie mogła. Stulecie plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu

-

Równo sto lat temu na terenie Warmii, Mazur i Powiśla odbył się plebiscyt rozstrzygający o przynależności państwowej spornych terenów leżących w Prusach Wschodnich. Czas ten w naszym kraju wspomina się z niewielkim entuzjazmem, jest bowiem historyczną porażką strony polskiej. Porażką, której nie dało się uniknąć.

Upadek Cesarstwa Niemieckiego

Pierwsza wojna światowa, zwana przez ówczesnych „Wielką Wojną” wreszcie dobiega końca. Świat otrząsa się po zawierusze o niespotykanej dotąd skali. Upadają mocarstwa – rozpadają się Austro-Węgry, w Rosji kończy się wojna domowa, w której „czerwoni” spychają „białych” na niedostępne pustkowia. Zjednoczone Niemcy, choć przegrały kilka istotnych potyczek, utrzymują linię frontu zachodniego. Naród niemiecki jest jednak wyczerpany – całe pokolenie młodych mężczyzn wykrwawiało się w wojnie, której sensu i przyczyn już wielu nie pamiętało. Niepokoje wewnętrzne targają Niemcami, trwają bunty marynarzy wspierane przez prosocjalistycznych robotników. W końcu Niemcy podpisują 11 listopada 1918 roku rozejm; podpisanie rozejmu odbywa się w wagonie kolejowym w Compiègne. Już wtedy Niemcy zgodzili się na wycofanie wojsk z Alzacji, a na wschodzie na powrót do granic sprzed wojny (a zatem w granicach Niemiec pozostawała Wielkopolska, Śląsk, Pomorze i Prusy Wschodnie). W tym czasie rodzi się niepodległa Polska.

Paryskie rokowania pokojowe zaczynają się w styczniu 1919 roku, a ostateczna ratyfikacja głównego dokumentu – tzw. traktatu wersalskiego następuje rok później. Niemcy do czerwca 1919 roku ociągają się z przyjęciem upokarzającego traktatu, obejmującego wysokie odszkodowania dla krajów Ententy, oddanie Francji Alzacji i Lotaryngii, de facto utratę na 15 lat uprzemysłowionego serca Niemiec – okręgu Saary (po tym czasie miał być przeprowadzony plebiscyt), Gdańska i Kłajpedy, przyłączonych do Polski Wielkopolski i Pomorza Gdańskiego, a także rozdanych między zwycięskie kraje kolonii zamorskich. Ostatecznie jednak Niemcy, straszeni przez Francję wznowieniem działań wojennych, podpisują traktat.

Co w dzisiejszym artykule jest najistotniejsze, to właśnie w myśl tego traktatu miały rozstrzygnąć się losy przynależności państwowej Warmii, Mazur, Powiśla, Śląska, a także etnicznie duńsko-niemieckiego Szlezwiku. Rozpisano plebiscyty, a zatem głos oddano w ręce mieszkańców. Choć… w przypadku Prus Wschodnich, jak się później okazało, nie tylko mieszkańców.

Przeczytaj także:  Litewska flaga na Kurfürstenstraße. Sto lat stosunków litewsko-niemieckich

Kwestia mazurska

Mapa etniczna Prus Wschodnich z 1907 r. sporządzona przez Paula Langhansa.

Obszar mazurski, wedle najprostszych definicji, to teren zamieszkiwany niegdyś przez polskojęzycznych mieszkańców Prus Wschodnich o przeważającym wyznaniu ewangelickim. I choć wielu historyków roztrząsa temat przynależności danego skrawka ziemi do tego regionu, to jednak kryterium językowo-wyznaniowe było decydujące. Plebiscyt objął obszar ośmiu mazurskich powiatów: ostródzkiego, nidzickiego, szczycieńskiego, mrągowskiego, piskiego, giżyckiego, ełckiego i oleckiego. Choć dawniej posługiwano się mową mazursko-polską także na terenie części powiatu kętrzyńskiego, jak również węgorzewskiego i gołdapskiego, w końcu drugiej dekady XX wieku obszary te uznawano już za niemal w pełni zgermanizowane (co potwierdzały zresztą statystyki językowe).

Mazurzy w większości byli potomkami polskich kolonistów z Mazowsza, przybywających na tereny odbite od Prusów przez Zakon Krzyżacki. Fal kolonizacji było kilka, choć decydujące o charakterze etnicznym tych ziem zdają się wieki od XV do XVII. W kolonizacji Mazur biorą także udział osoby z innych obszarów – z Niemiec, Francji, częściowo także Litwy, Rosji, Salzburga, a nawet Szkocji czy Niderlandów. Pewna część ludności mazurskiej ma w sobie również ślady krwi dawnych Prusów, którzy w sile blisko 100 tys. osób przetrwali podbój krzyżaków i chrystianizację, a wiek później brali udział m.in. w kolonizacji wewnętrznej zachodniej części Mazur (wsie na prawie pruskim). Nie ulega jednak wątpliwości, że to mowa mazurska, wywodząca się z dialektu mazowieckiego, wzbogacona o polskie literackie archaizmy z protestanckich kancjonałów i Biblii oraz liczne, choć stosunkowo późne germanizmy, stanowiły mocny argument w polskich rękach, by postulować przeprowadzenie głosowania.

Przeczytaj także:  Mazurzy i mazursko godka – etnos skazany na wymarcie?

Narodowo jednak Mazurzy nie czuli się, w większości, Polakami. Polska świadomość narodowa mas kształtowała się w XIX wieku, a przecież pierwszy Mazurzy zamieszkali Prusy w czasach, gdy Mazowsze nawet formalnie nie było integralną częścią Polski! W mojej ocenie kluczowe dla odrębnej historii Mazurów okazało się przyjęcie luteranizmu przez Prusy Książęce, powstałe w 1525 roku po upadku państwa krzyżackiego. To wówczas zaczął się kształtować odrębny etnos mazurski, choć należy pamiętać, że to właśnie polscy protestanci przynosili polskie słowo boże pod mazurskie strzechy. Wszystko rozstrzygnęło się tak naprawdę w XIX wieku, kiedy to kanonem polskości stał się katolicyzm (a protestantyzm, swego czasu modny wśród polskiego mieszczaństwa i szlachty, nie miał już tak dużego wpływu). Mazurzy jednak w swej masie pozostawali wiernymi luteranami. Nawet spora część późnych, katolickich osadników, z drugiej połowy XIX wieku, przybyłych z Mazowsza czy Ziemi Lubawskiej za pracą, nie zmieniła statystyk na tyle, by Mazury przestały być kulturowo luterańskie. Znaczne ilości katolików pojawiły się w powiatach nidzickim i szczycieńskim; tam mniejszość katolicka sięgała nawet kilkunastu procent. W innych obszarach Mazur katolicy mieszkali głównie w miastach i stanowili z reguły 2–3% ludności – byli to niemieccy urzędnicy lub wojskowi.

Wspominam tutaj o podziale religijnym, ponieważ powszechna była wówczas narracja o wyznaniu „polskim” (katolickim) i „niemieckim”, a więc luterańskim. Podobne podziały żyły zresztą i na Kaszubach, i na Śląsku.

Przeczytaj także:  W cieniu trudnej historii. Ewangelickie, mazurskie losy w Prusach Wschodnich

Przeczytaj także:  Kościół wrażliwy społecznie. Współczesność mazurskich ewangelików

Kwestie językowe, o ile były argumentem w rękach polskich dyplomatów i publicystów, o tyle dla samych Mazurów nie stanowiły istoty tożsamości narodowej. Mazurzy przez długi czas po prostu uznawali się za wiernych poddanych pruskiego, a później niemieckiego władcy. Do najistotniejszych czynników, które sprawiły, że z przednarodowej, lojalistycznej postawy wyklarowała się narodowa niemiecka tożsamość Mazurów, zaliczyć można:

  1. Zjednoczenie Niemiec, zmieniające postawę władz chociażby wobec germanizacji przestrzeni oficjalnej, szkolnej, publicznej;
  2. Udział Mazurów w wojnach – najpierw prusko-francuskiej (o której z rozmiłowaniem rozpisywał się chociażby Marcin Gerss w swoich kalendarzach dla Mazurów), a potem w I wojnie światowej. Wielu Mazurów właśnie w armii przyswajało sobie język niemiecki i zaczynało odczuwać identyfikację z narodem niemieckim;
  3. Dotarcie do Mazur kolei – gęsta sieć połączeń kolejowych pozwoliła na poszerzenie horyzontów, poznanie własnego państwa, był to też dowód na zaawansowanie technologiczne kraju;
  4. Szkolnictwo prowadzone w języku niemieckim – już w I połowie XIX wieku nauczanie w języku polskim na Mazurach było wypierane przez edukację niemieckojęzyczną, bastionem języka polskiego pozostawała nauka religii po polsku, jednak i ona ostatecznie została zakazana;
  5. Wsparcie dla kultury i języka niemieckiego przez struktury Kościoła Unijnego (ewangelickiego); nawet ruchy gromadkarskie (w ramach których Mazurzy modlili się po mazursku w domach; do ruchu gromadkarskiego mógł u szczytu należeć nawet co 3 Mazur) nie zmieniły tego trendu;
  6. Masowe wyjazdy do uprzemysłowionych obszarów Niemiec, głównie Westfalii. Choć mazurscy migranci w pierwszym pokoleniu utrzymywali mazurską mowę (tworzono dla nich nawet polskojęzyczne gazety, a pierwsza książka przetłumaczona w 1900 roku na mazurski „Ta Swenta Woyna” przez górnika, J. Sczepana, powstała i została wydana właśnie tam, w mieście Herne), to ich dzieci czy wnuki posługiwały się już językiem niemieckim. Przetrwał tam za to nawet do dziś ruch gromadkarski. Oczywiście niemieckojęzyczny. Wyjazdy do Westfalii były zresztą postrzegane jako ważny problem społeczny zachodnich Mazur – w nidzickim i szczycieńskim brakowało zwyczajnie młodych rąk do pracy – stąd właśnie między innymi późne osadnictwo katolickie na Mazurach.

Przeczytaj także:  Mazurska krew czy mazurski duch? Co dziś znaczy "być Mazurem"?

To język niemiecki i niemiecka kultura dawała Mazurom szanse awansu społecznego. Mazurzy, posługujący się dość wyszydzaną zarówno przez Niemców, jak i Polaków gwarą, pragnęli poprawy swego życia. Innego kraju niż Niemcy nie znali, Polska była dla nich abstrakcją – nie byli bowiem, tak, jak Kaszubi czy nawet Warmiacy „pod zaborem”. Oni po prostu zawsze mieszkali w kraju o dominującej kulturze niemieckiej.

„Mazurski Piemont” – Działdowszczyzna

Ze względu na powyższe, nie powinno dziwić, że mieszkańcy Działdowa i okolic, gdy ten fragment Mazur jako jedyny został przyłączony do Polski bez plebiscytu, prosili, by przywrócić go do Prus Wschodnich. Mieli zresztą dość osobliwą propozycję. Ale od początku.

Działdowszczyzna została przyłączona do Polski, ponieważ to właśnie tędy przebiegał istotny szlak kolejowy, łączący Warszawę z Pomorzem (przez Toruń, a nie tak jak dziś, przez Iławę). Przyłączenie tzw. Soldauer Gebiet, wcześniej należącego do powiatu nidzickiego, wzbudziło niemałe protesty ludności. Proponowano nawet wybudowanie za niemieckie pieniądze swego rodzaju obwodnicy – wiodącego przez okolice Żuromina (woj. mazowieckie) szlaku omijającego Działdowo, a realizującego polską potrzebę połączenia z Bałtykiem. Pomysł, jak można się domyślać, nie uzyskał aprobaty Ententy i strony polskiej.

Mazurzy działdowscy nie potrafili się odnaleźć w nowej, polskiej rzeczywistości. Nie brakowało przykładów wzajemnych nieporozumień polsko-mazurskich, dyskryminacji nauczycieli i urzędników. Choć po pewnym czasie sytuacja uległa poprawie, a polskie władze zaczęły obsadzać Mazurów na stanowiskach (istotna zmiana zaszła za tzw. sanacji), to jednak Mazurów dla sprawy polskiej uzyskać nie zdołano. W ciągu dwudziestolecia międzywojennego 2/3 Mazurów przeniosło się do Prus Wschodnich. Przenosiny, według Edwarda Małłka, brata propolskiego działacza, Karola Małłka, planowali nawet ich rodzice, gromadkarze posługujący się mazurskim i przychylnie odnoszący się do Polaków. Do wyjazdu nie doszło, zdaniem Edwarda, ponieważ rodzice nie zdołali znaleźć odpowiedniego gospodarstwa po drugiej stronie granicy (choć mieli bliskich krewnych choćby w Sławce Wielkiej, zaraz za granicą), ale także z powodu początku kariery Karola w polskim już Działdowie (Seminarium Nauczycielskie). Do czasu wojny na Działdowszczyźnie zostało mniej niż 10 tys. autochtonów.

Przeczytaj także:  Niepodzielne w Prusach Wschodnich było tylko niebo

Na ich miejsce przychodzili koloniści z Mazowsza, ale także osoby o propolskim nastawieniu, które w Niemczech nie miały już za bardzo czego szukać.

Co jednak najważniejsze, a nad czym ubolewała ewangelicka działaczka na Mazurach rodem z Łodzi – Emilia Sukertowa-Biedrawina, Działdowszczyzna przejęta przez Polskę 17 stycznia 1920 roku za pośrednictwem hallerczyków nie stała się wizytówką przyciągającą Mazurów „zza kordonu”, czyli z Prus Wschodnich. Przeciwnie, niemieckie media szybko wychwytywały przypadki nietolerancji wobec wyznania luterańskiego, podkreślały niższy stopień rozwoju ekonomicznego Polski. Plotki rozchodziły się szybko, a pewna część z nich miała podstawy w rzeczywistości. Niedźwiedzią przysługę sprawie polskiej na Mazurach wyświadczyła chociażby Akcja Katolicka, która skutecznie dążyła do marginalizacji ewangelików na Działdowszczyźnie.

Akcja plebiscytowa

Przygotowania do plebiscytu szły pełną parą. Mówię tu jednak o akcji niemieckiej, bowiem Polacy ani o Mazury zanadto walczyć nie chcieli (sam Piłsudski wyśmiewał koncepcję polskości Prus Wschodnich), ani nie mieli czasu i sił. Pamiętajmy, że w owym czasie nowo odrodzona Polska, sklejona z 3 zaborów, walczyła o niezależność w wojnie polsko-bolszewickiej. Sytuacja na froncie wyglądała coraz gorzej, armia bolszewików stopniowo przesuwała front na zachód, spodziewano się rychłego zajęcia Warszawy. Mazurzy nie mieli ochoty przynależeć do kraju, który lada chwila mógł stać się republiką radziecką. Mało tego, istotnym błędem okazało się, wbrew zapowiedziom, mobilizowanie ludności Działdowszczyzny do armii walczącej z bolszewikami. I ta pogłoska szybko rozeszła się po całych Mazurach.

Jak pisze Jerzy Minakowski w „Bazie artykułów dotyczących plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku”, do walki o niemieckie Prusy Wschodnie przystąpiły liczne organizacje:

Niemcy rozpoczęli prace przygotowawcze do plebiscytu zaraz po ogłoszeniu warunków traktatu wersalskiego. Mieli oni ostoje dla swej działalności w rozbudowanym aparacie urzędniczym oraz organizacjach wojskowych i półwojskowych, jak: „Sicherheitswehr (straż bezpieczeństwa), „Bürgerwehr(straż obywatelska), „Sicherheitspolizei (policja bezpieczeństwa), „Grenzschutz (straż graniczna), „Einwohnerwehr (straż mieszkańców). W terenie organizowano „Heimatsvereine(związki ojczyźniane). Na Powiślu istniała „Arbaitsagemeinschaft (wspólnota pracy), w Olsztyńskiem – „Ostdeutscher Heimatdienst (wschodnioniemiecka służba ojczyzny). W lipcu 1919 r. z połączenia związku Mazurów i Warmiaków powstał: „Ermländer- und Masurenbund (Związek Warmiaków i Mazurów), na czele którego stanął fabrykant, Max Worgitzki.

Mazurzy masowo przystępowali do rzeczonych organizacji. Sama organizacja Maxa Wotgitzkiego rozrosła się do ok. 220 tys. członków.

Przeczytaj także:  Z powrotem do Königsbergu

Dziwić może tak wysoka proniemiecka aktywność Mazurów, ale tylko na pierwszy rzut oka. Wspomniane wcześniej czynniki grały ogromną rolę, ale dodatkowym kluczem do mazurskich serc było wsparcie niemieckich miast w odbudowie zniszczonych w czasie I wojny światowej wsi i miasteczek mazurskich. Prusy Wschodnie były jedynym obszarem należącym do Niemiec, na których toczyły się walki niemiecko-rosyjskie. Po pierwszym zaskoczeniu Rosjanie zostali szybko wyparci, a już do czasu plebiscytu część szkód została naprawiona. Każde mazurskie miasto miało swoje niemieckie miasto patronujące, które organizowało pomoc finansową. Tak sprawnie przeprowadzona akcja imponowała Mazurom.

Wspomniany Worgitzki zresztą posuwał się często do nagonek na działaczy propolskich, nakłaniając do rozbicia propolskich zebrań, gdzie namawiano Mazurów do głosowania za Polską. Pobicia i szykany bywały ciężkie, nawet śmiertelne. Życiem przypłacił m.in. Bogumił Linka, który został śmiertelnie pobity po tym, jak próbował w Paryżu (podobno za namową warszawskich ewangelików) przekonywać do włączenia Mazur do Polski bez plebiscytu. Po samym plebiscycie do Polski musieli uciekać propolscy działacze – jak wymienia ich Mazur wywodzący się z poddziałdowskiego Brodowa, Edward Małłek, autor dość kontrowersyjnej książki „Gdzie jest moja ojczyzna?”:

„Friedrich Leyk, Gustaw Leyding, Bocian, Jan Jagiełłko-Jaegeral, Lipert, Sczech.”

Po czym dodaje:

Odważniejsi pozostali: Labusch Gottlieb (jun.), zmarł 3.10.1976 r. w Reszlu (Rößel); Labusch Emilia, córka Bogumiła (sen.), zmarła 11.07.1948 roku w Hosenbarku; Gottlieb z małżonką, zamordowani w 1945 roku, przypuszczalnie przez bandę szabrowników; Michał Kayka, poeta mazurski, którego pomnik stoi w Ełku, zmarł 22.09.1940 roku, pochowany w Ogródku, powiat Ełk.

Pomnik Bogumiła Linki w Olsztynie. Zdj. S. Czachorowski / Wikipedia / CC BY-SA 4.0.

Co godne zauważenia, Małłek dziwi się, że nie próbowano utworzyć odrębnego państwa wschodniopruskiego. Nie tylko uznawał ten pomysł za jedyną szansę uratowania wschodniopruskiego (w tym i mazurskiego) dziedzictwa, ale także za rzecz korzystną dla Ententy i Polski.

Akcja polska wyglądała przy tym niemrawo. Często organizowana była przez Polaków z innych stron, nieznających uwarunkowań. Biedrawina w autobiografii „Dawno a niedawno” wspominała wysłaną na mazurski front propagandowy młodą działaczkę, która miała organizować zebranie w jednej z mazurskich miejscowości. Przyszło sporo mazurskich „bziáłek”. Agitatorka siadła na biurku, zapaliła papierosa. Kobiety oburzone wyszły. Wyjaśnienie oburzenia jest proste – Mazurzy byli w tamtym okresie pod silnym wpływem ruchu gromadkarskiego – charakteryzującego się między innymi konserwatyzmem i wstrzemięźliwością od używek. „Do takiej Polski nie chcemy” – powiedziały Mazurki.

Przeczytaj także:  Powstaje nowa gazeta o Mazurach

Choć relacja ta jest anegdotyczna, musiało być ich więcej. Biedrawina raczej starała się z reguły usprawiedliwiać polskie potknięcia i jeśli o czymś pisała, musiało mieć to odpowiednią skalę i wagę. W swoich wspomnieniach zresztą często też narzekała na wieczny brak środków pieniężnych i niewielkie zainteresowanie Warszawy sprawą plebiscytu. W porównaniu z dobrze naoliwioną niemiecką machiną, polskie działania wyglądały jak działania partyzanckie pojedynczych idealistów.

Polen – Ostpreußen

Przytoczony kilka akapitów wcześniej Małłkowy argument o niepodległości Prus Wschodnich autor pomysłu uzasadnia pewnym zabiegiem zastosowanym podczas głosowania. Otóż głosujący wybierali między Polską a Prusami Wschodnimi, nie Niemcami. Małłek nie rozumiał, dlaczego zarówno Worgitzki, jak i propolscy działacze nie dogadali się i nie powołali odrębnego państwa. Sądził, że ambicje wspomnianych liderów ziściłyby się, a nawet więcej – bardziej imponowałoby im kierownictwo nowo powstałym państwem niż podrzędność w państwie niemieckim. Znając jednak niezwykle nacjonalistyczne poglądy Worgitzkiego, który sądził, że kultura niemiecka jest jedynym czynnikiem zdolnym ucywilizować Mazury, proponowanie takich rozwiązań byłoby zwyczajnie nierealne.

Dni okołoplebiscytowe były wielkim festiwalem niemieckości. Gdy czyta się relacje, nietrudno odnieść wrażenie, że plebiscyt traktowano właściwie nie jako demokratyczne głosowanie, w którym każdy ma prawo do własnego oglądu spraw, a raczej jako bohaterski odpór i demonstracja przeciw Polsce. Strojono budynki, szkoły w kwiaty i różne ozdoby, a napisy niemieckie deklamowały „Wir bleiben Deutsch” (pozostaniemy Niemcami). Ludzie, wedle opisu E. Małłka, ostentacyjnie machali kartkami z głosami za Prusami Wschodnimi (parę słów o tajności głosowania dalej).

To dodatkowo pokazuje, że Mazurzy w większości traktowali Polskę jako zagrożenie i twór obcy. Organizacje niemieckie zresztą tę atmosferę podkręcały, pisząc w swoich mediach, że Mazur pod polskim zarządem będzie musiał się stać katolikiem. Witano rzewnie przybywających z głębi Niemiec Mazurów. Na ich przyjazd i udział w głosowaniu zezwoliła Ententa na wniosek niemiecki. Wystarczył sam fakt urodzenia na terenie plebiscytowym. Sprawa zresztą jest niezwykle ciekawa – bowiem to strona polska wspominała pierwotnie o autochtonach żyjących w Zagłębiu Ruhry; ich wykluczenie miało być argumentem pokazującym niesprawiedliwość szykowanego plebiscytu. Polacy mieli nadzieję, że emigranci mogliby poprawić wynik polskiej opcji. Niemcy szybko temat podłapali, znając rzeczywiste nastroje wśród tamtejszej ludności, doprowadzając do włączenia ich w proces głosowania. Mało tego, Niemcy sami zorganizowali i opłacali ich przyjazd. W sumie przybyło prawie 130 tys. osób, wydatnie zwiększając proniemiecki elektorat.

Przyjazd głosujących do Kwidzyna (Marienwerder).F

Przeczytaj także:  Głosowanie na trzeźwo, czyli jak wybrano i jak obradował litewski Sejm Ustawodawczy

Głosowanie zasadniczo nie było tajne. Kartkę za Prusami Wschodnimi bądź za Polską trzeba było zdobyć u swoich agitatorów. Nie było zatem ogólnej karty, na której stawiano krzyżyk pod jedną z opcji. Od razu było wiadomo, kto jaką kartę niesie, i kogo ewentualnie potem prześladować.

Odezwa do mieszkańców Warmii

Dawniej często podnoszono problem fałszowania wyborów – zdarzały się przypadki niedopuszczania propolskich Mazurów do głosowania (nagle się okazywało, że dana osoba nie widnieje w spisie uprawnionych). Zwraca się także na kilkunastoprocentową grupę osób, które wstrzymały się od udziału w plebiscycie. Jednak dziś panuje konsensus, że nawet atmosfera poszanowania praw propolskich Mazurów, realne zaangażowanie się Ententy w zapewnienie bezpieczeństwa w okresie między wycofaniem oficjalnej administracji niemieckiej a plebiscytem, co zapobiegłoby kształtowaniu się bojówek, brak nieprawidłowości w czasie głosowania nie zmieniłyby ogólnego wyniku. Wynik w okolicach 15% za Polską zdaje się być wszystkim, co dałoby się osiągnąć.

Wynik ten był jednak w rzeczywistości dla Polski jeszcze bardziej druzgocący. Strona polska najlepszy rezultat osiągnęła w powiecie ostródzkim – było to 1 031 głosów stanowiących 2,19%. Kompletną porażką stało się głosowanie w powiecie oleckim – tam za Polską w całym powiecie padły ledwie 2 głosy (0,01%). Niedługo potem Olecko stało się Treuburgiem (Wiernym Grodem).

Wyniki plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 r. Zdj. Furfur / WIkipedia.

Polsce przypadły tylko 4 mazurskie wsie – Groszki, Napromek, Czerlin i Lubstynek. Źródła czasami podają tylko 3 wsie – a to pomijając Czerlin uznany za część Ziemi Lubawskiej, a to zapominając o leżących w powiecie działdowskim Groszkach. Szczególnie w Napromku zwycięstwo przypadło Polsce dosłownie o włos – 45 do 43. Warto zauważyć, że były to wsie przygraniczne, leżące przy Ziemi Lubawskiej, a spory odsetek mieszkańców był wyznania katolickiego. Akcja polska zwyciężyła także w podnidzickim Turowie i Browinie, jednak jako enklawy nie zostały dołączone do Polski. Po raz kolejny – rozwiązaniem zagadki jest fakt, że Turowo (sąsiadujące zresztą z Browiną) było przez wieki swoistym lokalnym centrum katolicyzmu na Mazurach. Ziemia ta już w XVII wieku należała do biskupa chełmińskiego. W czasach plebiscytu za Polską agitował tutejszy ksiądz, pobity po plebiscycie i zmuszony do uchodzenia do Działdowa.

Przeczytaj także:  Tradycyjne zwyczaje Warmiaków. Czas Bożego Narodzenia

W Groszkach zresztą do dziś obchodzone jest święto związane z polskim zwycięstwem w tej wsi. Przyznam szczerze, że nie znalazłem dotychczas artykułów dokumentujących dalsze losy propolskich mieszkańców tej wsi. Czy trwali wiernie przy Polsce? Jak odnaleźli się w nowej rzeczywistości? Czy żyją w Groszkach dziś ich potomkowie?

Przekazanie głosów regionu w budynku Rejencji Olsztyńskiej w dniu 16 sierpnia 1920.

Skutki

Plebiscyt sprawił, że ruch polski na Mazurach stracił swe podstawy. Wyniki głosowania od tej pory stanowiły (i do dziś stanowią) koronny argument Niemców pokazujący, że Mazurzy nie chcieli stać się Polakami. Po plebiscycie nastał czas „rozliczeń” – szykanowano i wyganiano propolskich działaczy, traktowano ich jako agentów i zdrajców. Nie pomagał zresztą fakt, że tworzeniem mazursko-polskich organizacji plebiscytowych zajmowało się, oprócz kilku rodów mazurskich, wielu Wielkopolan-katolików (zresztą podobnie Wielkopolanie byli bardzo aktywni w międzywojniu na Kaszubach, niosąc „kaganek” polskości) czy Polaków z innych części Polski.

W wielu wsiach stawiano obeliski z wyrytymi lokalnymi wynikami głosowania, podkreślającymi rzekomo niemiecki charakter tej ziemi. Mowa mazursko-polska także mocno osłabła – została zepchnięta do roli języka najsłabiej wykształconych i starszyzny. Powstawały co prawda w międzywojniu organizacje propolskie, jak chociażby Samopomoc Mazurska czy Zjednoczenie Mazurskie lub organizacje autonomiczne, składające się z Mazurów niezadowolonych z chaosu panującego w Republice Weimarskiej, jak Masurenbund, ale żadna z nich nie zdołała zmienić biegu historii. Samopomoc Mazurska, zrzeszająca ponad 6 tys. osób nie została zalegalizowana, Zjednoczenie Mazurskie zdołało w 1924 roku wspólnie z Polską Partią Ludową wystawić swojego kandydata do parlamentu pruskiego i niemieckiego (w obu uzyskując ok. 6,5 tys. głosów); Związek Mazurów zaś (Masurenbund) zgromadził około 3 tys. mazurskich autonomistów. Choć na dzisiejsze standardy, kiedy to nikt nigdzie nie chce należeć, organizacje liczące sobie po kilka tysięcy członków zdają się mieć imponujące rozmiary, w rzeczywistości osiągały marne wyniki (dość wspomnieć wcześniej przytaczany proniemiecki Związek Warmiaków i Mazurów z ponad 200 tys. dusz).

Przeczytaj także:  Od Memla do Kłajpedy: 94 lata po litewskim przewrocie

Wyniki plebiscytu, wraz z późniejszym poparciem dla NSDAP sprawiły, że w oczach Polaków i zdobywających te ziemie Sowietów Mazurzy niczym nie różnili się od Niemców. To na Mazurach wyładowała się ogromna część zemsty za zbrodnie wojenne III Rzeszy. Nowi, polscy osadnicy na Mazurach nierzadko nie akceptowali Mazurów, a sami Mazurzy w ramach demonstrowania tożsamości celowo używali języka niemieckiego (nawet, jeśli znali mazurski). Od czasów plebiscytu nie było praktycznie szans na rozwinięcie ruchu mazurskich autonomistów (choć to właśnie w polskim Działdowie, w skrawku przyznanym bez plebiscytu, działał Związek Mazurów – z jednej strony propolska organizacja blisko związana z wywiadem, z drugiej, jak twierdzi Edward Małłek – nie brakowało tam mazurskich separatystów wierzących, że taka współpraca jest jedynym wyjściem). Nie było też miejsca na ponadnarodową, tolerancyjną narrację o wielokulturowości. Wszystko musiało przebiegać według ostrych granic – Niemiec albo Polak. Ludzie tacy jak Kurt Obitz (najpierw członek i działacz ełckiego autonomicznego Masurenbundu, potem propolskiego Związku Mazurów w Działdowie), odpowiadający „Jestem Mazurem”, nie pasowali do ówczesnych uwarunkowań i musieli zostać zepchnięci na margines. Autonomistom nie ufała Polska; Niemcy zaś uważali ich za szpiegów.

Uroczystości w Działdowe z okazji rocznicy plebiscytu na Warmii i Mazurach. Zdj. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Finalnym skutkiem tak ostrego opowiedzenia się za niemieckością była utrata mazurskiej ojczyzny przez 95% Mazurów. Część z nich przepędzono, gdyż nie przeszli powojennej weryfikacji. Część sama wnosiła aż do końca komunizmu o pozwolenie na wyjazd (co najczęściej udawało się w latach 70.). Rekordziści takie wnioski składali po kilkanaście razy. Niektórzy wyjechali za chlebem już z demokratycznej Polski i tam zostali. Społeczność 250 tys. ludzi rozsiała się po całych Niemczech, a w Polsce pozostało nie więcej niż 10 tys. potomków Mazurów. Tylko ok. 1350 z nich zadeklarowało mazurską tożsamość w ostatnim spisie ludności, kilka tysięcy zadeklarowało niemieckość. Pozostali zasymilowali się z polską większością.

Przeczytaj także:  Vygantas Vareikis: mieszkańcy Kłajpedy lepiej znają swoją przeszłość niż wilnianie

Przeczytaj także:  Arūnas Baublys: Do Kłajpedy przyjeżdżają już zupełnie nowi Niemcy

Zdaniem prof. Andrzeja Saksona i Alfreda Czesli na przełomie tysiącleci do 20% Mazurów żyjących w Polsce deklaruje przynależność do tożsamości mazurskiej, znajdującej się pomiędzy polskością a niemieckością (bądź od nich odrębnej). Pozostali w większości czują się Niemcami, za wyjątkiem pokolenia młodego, już spolonizowanego. Starsi Mazurzy żyjący w Polsce należą do organizacji mniejszości niemieckiej, bo, jak sami mi nieraz przyznają, to jedyne miejsce, w których czuli się bezpieczni. To niemieckie, nie mazurskie organizacje utworzyły się po upadku komunizmu w Polsce i to one wzięły Mazurów pod swoje skrzydła. W Niemczech zaś temat mazurski umiera – młodzi mają inne, ogólnoniemieckie problemy, starsi zaś żyją wspomnieniami, gromadząc się w organizacjach byłych mieszkańców Prus Wschodnich. Narracje tych organizacji musiały się w ostatnich dekadach zmienić – a to na fali integracji europejskiej, jednak jeszcze w latach 90. nie brakowało kontestatorów granicy polsko-niemieckiej.

Zmieniła się także struktura wyznaniowa Mazurów żyjących w Polsce. Kościołów protestanckich, takich jak Ewangelicko-Augsburski czy Metodystyczny trzyma się w sumie ok. 5 tys. Mazurów. Nie brak już katolickich, mieszanych polsko-mazurskich rodzin. Można szacować, że liczba Mazurów – już katolików i Mazurów – protestantów w zasadzie się zrównała, choć to wszystko są nieprecyzyjne oszacowania, które zamieszczam na bazie rozmów z pastorami KEA. Nie ma też badań sprawdzających, ile jest dziś tradycyjnie katolickich rodzin ze wschodnioprusko-mazurskimi korzeniami przedwojennymi. Sprawa mazurska wymaga dalszych badań, ale brakuje na to środków i zasobów ludzkich – temat uznaje się już nierzadko za zamknięty, a tylko najbardziej uparci naukowcy i działacze walczą o Mazurów, może nawet nieco wbrew im samym.

W tak niekorzystnym układzie uwarunkowań historycznych szanse na przetrwanie mazurskości są dramatycznie małe; a wszystko to ostatecznie zadecydowało się właśnie w pamiętnym 1920 roku.

Pīteris Šātkis - pochodzi z mazurskiej wsi Krasnołąka koło Działdowa, absolwent skandynawistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Doktorant Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Od 2008 roku zaangażowany w naukę i badanie języka pruskiego. W 2015 roku w Elblągu wydano jego tłumaczenie na język pruski "Małego Księcia". Bada także gwarę mazurską. Prowadzi profile na Facebooku: "Mazurskie słówko na dziś", "Ziadomoscie" (maz. "Wiadomości") oraz „Pruskie słówko na dziś”. Ma korzenie częściowo mazurskie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj