Saulius Sužiedėlis: Antysowieckie powstanie na Litwie w 1941 roku było wydarzeniem spontanicznym, ale jego rocznicy nie powinno się świętować

-

Powstanie czerwcowe, które wybuchło na Litwie wraz z niemieckim atakiem na ZSRR nie było zaplanowaną operacją wojskową. Panował nastrój wyzwolenia, tym bardziej, że ledwie kilka dni wcześniej skończyły się radzieckie deportacje. Wybuch walk przeciwko Sowietom i lokalnej przemocy nie może być zaskoczeniem. Powołany wówczas litewski Rząd Tymczasowy, choć nie wpłynął decydująco na przebieg wydarzeń, przyczynił się jednak do stworzenia struktur administracyjnych i policyjnych, które później zostały wykorzystane do udziału w akcjach wymierzonych przeciwko Żydom – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu historyk i badacz Holokaustu na Litwie prof. Saulius Sužiedėlis.

Saulius Sužiedėlis (ur. 1945) jest litewskim i amerykańskim historykiem, badaczem dziejów najnowszych Litwy i Holokaustu. Pochodzi z rodziny emigrantów, którzy opuścili Litwę pod koniec II wojny światowej. Jego ojciec Simas Sužiedėlis był historykiem i publicystą oraz działaczem emigracyjnym. Saulius Sužiedėlis studiował w Katolickim Uniwersytecie Ameryki w Waszyngtonie oraz Uniwersytecie Kansas w Lawrence, w 1977 roku obronił doktorat na temat przemian społeczno-ekonomiczno-kulturalnych na Litwie w XIX wieku. Wykładał historię na uczelniach amerykańskich, w latach 80. pracował jako konsultant ds. krajów bałtyckich w Departamencie Sprawiedliwości USA oraz w Głosie Ameryki. Od 1990 jest profesorem (obecnie emerytowanym) Uniwersytetu w Millersville (Pensylwania).  Był redaktorem czasopisma „Journal of Baltic Studies” oraz prezesem Association for the Advancement of Baltic Studies (AABS). W 1998 roku powołany w skład Międzynarodowej Komisji ds. Oceny Zbrodni Okupacyjnych Reżimów Nazistowskiego i Radzieckiego na Litwie. Jest autorem wielu publikacji, książek, artykułów, zbiorów dokumentów dotyczących najnowszej historii Litwy, II wojny światowej i Holokaustu, m.in. The Persecution and Mass Murder of Lithuanian Jews during Summer and Fall of 1941 (2006, wspólnie z niemieckim historykiem Christophem Dieckmannem). W 2013 roku otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, a w 2018 roku – nagrodę im. Leonidasa Donskisa przyznawaną przez Fundację im. Chiune Sugihary.

Dominik Wilczewski, Przegląd Bałtycki: 22 czerwca 1941 roku to dzień ataku Niemiec na Związek Radziecki. 23 czerwca – to data wybuchu tzw. powstania czerwcowego przeciwko Sowietom na Litwie. Dziś to wydarzenie budzi kontrowersje – głównie za granicą, ale także na Litwie. Co jest przyczyną tych kontrowersji?

Saulius Sužiedėlis: Przede wszystkim wybuch powstania czerwcowego zbiega się z początkiem przemocy przeciwko Żydom. Wśród litewskich Żydów często można się spotkać ze stwierdzeniem, że Holokaust na Litwie zaczął się właśnie 23 czerwca 1941 roku. Nie do końca się z tym zgadzam. Według mnie Holokaustu nie da się oddzielić od „ostatecznego rozwiązania”, a wydaje się jasne, że decyzja o wyniszczeniu całej ludności żydowskiej została podjęta przez nazistów przed końcem lipca 1941 roku. Ale nawet jeśli 23 czerwca nie jest początkiem Holokaustu, to jest dla mnie niepokojące, że ktoś może chcieć obchodzić tę rocznicę jako święto państwowe. Nie widzę do tego żadnego moralnego uzasadnienia, a już szczególnie oburzają mnie porównania tego powstania z powstaniem roku 1863, rewolucją 1905 roku czy wojną o niepodległość 1918–1920. Pomimo tych kontrowersji cieszy mnie fakt, że w ostatnim czasie nie brakuje szczególnie młodych historyków, którzy dogłębnie badają ten temat. To bardzo ważne, biorąc pod uwagę skonfliktowane narracje.

Jaka była skala powstania? Jakie nastroje w społeczeństwie litewskim mu towarzyszyły? Zwykle mówi się, że Litwini witali wojska niemieckie jako wyzwolicieli…

W powstaniu aktywnie uczestniczyło od 16 do 20 tysięcy ludzi. Trwało ono bardzo krótko: w ciągu jednego tygodnia niemal cały kraj znalazł się pod kontrolą Niemiec. Formalnie rzecz biorąc, powstanie zakończyło się 28 czerwca. Jest faktem, że wielu uczestników powstania, być może większość, znalazło się później w szeregach policji pomocniczej i okupacyjnych struktur policyjnych. Trzeba jednak pamiętać, że już po zakończeniu walk znaleźli się ludzie, którzy dołączali do tych grup. Myślę, że większość Litwinów cieszyła się z wybuchu wojny, ale na pewno nie cieszyli się Żydzi i komuniści. Panował nastrój wyzwolenia, tym bardziej, że ledwie kilka dni wcześniej skończyły się radzieckie deportacje. Kraj był w stanie wrzenia, co potwierdzają raporty radzieckich służb specjalnych. Wybuch – nie tylko walk przeciwko Sowietom, ale także lokalnej przemocy – nie powinien być więc zaskoczeniem. Radziecka propaganda przedstawiała powstanie jako „cios w plecy” i działanie „piątej kolumny”. Pamiętajmy jednak, że większość żołnierzy 29 korpusu litewskiego Armii Czerwonej zdezerterowała w momencie wybuchu wojny i niektórzy z nich zwrócili się przeciwko Sowietom.

Przeczytaj także:  Sowieckie deportacje w czerwcu 1941 roku

Czy powstanie było drobiazgowo zaplanowaną operacją wojskową?

Moim zdaniem nie. Większość działaczy podziemia wojskowego na Litwie, którzy chcieli organizować powstanie, została aresztowana w ciągu pierwszego roku okupacji radzieckiej. Sam wybuch przemocy nie był wcześniej zaplanowany. Nawet mimo tego, że przez granicę przerzucano wyszkolonych przez Niemców agentów, których celem było wywołanie przemocy. Byli również ludzie ukrywający się w lasach przed radzieckimi deportacjami. Wielu z nich przed wojną należało do paramilitarnej organizacji strzeleckiej, mieli przeszkolenie wojskowe, ukrytą broń. Nie trzeba było wiele, żeby powstanie wybuchło. Tym bardziej, że Sowieci zaczęli wycofywać się na masową skalę. Wszystkie te czynniki zbiegły się w jednym momencie. Samo powstanie było, według mnie, wydarzeniem spontanicznym. Znajomy mojej matki, przedwojenny pułkownik litewskiego wojska, Juozas Vebra, był w Kownie 23 czerwca, nagle zadzwonił do niego przyjaciel, który powiedział mu, że wybuchło powstanie i że jest członkiem Litewskiego Frontu Aktywistów (LAF). Vebra nigdy wcześniej nie słyszał o Froncie, ale dołączył do powstania. Według mnie wielu powstańców, szczególnie na prowincji, nie wiedziała dużo o LAF. Z drugiej strony jest prawdą, że LAF próbował organizować powstanie, licząc na to, że wybuch wojny zbiegnie się z odrodzeniem litewskiej państwowości.

Zatrzymajmy się przy temacie LAF. Wiemy, że powstał 17 listopada 1940 roku w Berlinie, a jego liderem był Kazys Škirpa, przedwojenny oficer i dyplomata, poseł litewski w Niemczech. Czy Front był w stanie utrzymywać jakieś związki z antysowieckim podziemiem na Litwie?

Myślę, że związki pomiędzy LAF w Berlinie a podziemiem na Litwie były słabsze, niż jest to czasem przedstawiane, zwłaszcza we wspomnieniach działaczy Frontu, pisanych po wojnie. Większość tych, którzy zostali przerzuceni przez granicę w celu nawiązania kontaktów została aresztowana i sama organizacja została rozbita do maja 1941 roku. Zwłaszcza sekcja działająca wśród oficerów 29 korpusu litewskiego Armii Czerwonej. Propaganda LAF, w tym propaganda antysemicka, docierała jednak do pewnych ludzi na Litwie.

Kazys Škirpa. Zdj. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Škirpa jest przez niektórych litewskich autorów przedstawiany jako „mózg” powstania. Jaka była jego rzeczywista rola?

Myślę, że jest wyolbrzymiana. Nawet przez samego Škirpę w jego obszernych wspomnieniach i zbiorach dokumentów, wydanych w 1973 roku. Z których, swoją drogą, usunął to, co mogłoby negatywnie świadczyć o LAF. Jego relacja z Niemcami była skomplikowana. Nawet jeśli w LAF zdawano sobie sprawę, że Niemcy mogą być problemem dla niepodległej Litwy, to jednak zdecydowano się na współpracę. Spodziewano się, że Litwa uzyska status podobny do Słowacji, czyli de facto stałaby się protektoratem, ale w dużym stopniu samorządnym.

Jaką ideologią kierował się Litewski Front Aktywistów?

W ideologii LAF były wyraźne tendencje autorytarne, a nawet pseudofaszystowskie. Oraz antysemickie – nie ma co do tego wątpliwości. Było to wyraźne odcięcie się od reżimu Antanasa Smetony, który upadł 15 czerwca 1940 roku (wraz z wkroczeniem Sowietów). Uderzające jest, że gdy ministrowie Rządu Tymczasowego, który został proklamowany 23 czerwca 1941 roku, głosili że będą przestrzegać konstytucji obowiązującej przed 15 czerwca 1940 roku, czyli tzw. autorytarnej konstytucji smetonowskiej. Ale ta konstytucja z 1938 roku gwarantowała równość wszystkich obywateli bez względu na religię i narodowość. To zostało jednak wyraźnie podważone przez Rząd Tymczasowy. Nie powinno to zaskakiwać, jeśli się weźmie pod uwagę ideologiczne tendencje LAF.

Przeczytaj także:  „Zostaliśmy sami ze swoją rozpaczą”. Sowiecka aneksja krajów bałtyckich w 1940 roku

Z dzisiejszego punktu widzenia wiara ówczesnych litewskich liderów w to, że Niemcy pozwolą na powstanie niepodległej Litwy wydaje się naiwna. Czy Niemcy w jakikolwiek sposób sygnalizowali, że mogą poprzeć przywrócenie Litwie niepodległości? Czy w Berlinie w ogóle rozpatrywano taką możliwość?

Z moich ograniczonych badań wynika, że Niemcy nigdy nie obiecywali przywrócenia niepodległości państw bałtyckich. Stwierdzali jedynie, że te kwestie zostaną rozstrzygnięte po niemieckim zwycięstwie w wojnie przeciwko bolszewizmowi. Niektórzy urzędnicy niższej rangi, z którymi kontaktował się Škirpa, mogli sugerować, że Litwini otrzymają jakąś formę samorządu. Jednak ani w podejściu Hitlera, ani w znanych nam dokumentach nie ma nawet śladu świadczącego o tym, że przywrócenie niepodległości państwom zniszczonym w latach 1939–1940 było w jakikolwiek sposób rozpatrywane. Przygotowania do wojny świadczą wręcz o tym, że zakładano straty na masową skalę na obszarach zamieszkanych przez Słowian i ograniczone represje w krajach bałtyckich. Mieszkańców Łotwy i Estonii uważano za „lepszych” rasowo od Polaków czy Rosjan. Polityka zarządzania podbitymi terytoriami wschodnimi nie zakładała powstania żadnych małych państw z własnymi władzami. Może inni badacze znają więcej szczegółów, ale moim zdaniem Niemcy nigdy niczego Škirpie nie obiecywali. Škirpie, choć spędził dużo czasu w Niemczech, nie udało się też uchwycić ludobójczej natury nazizmu. Nawet mimo tego, że już w 1933 roku bliski przyjaciel Smetony, Valentinas Gustainis, redaktor „Lietuvos aidas”, opublikował w miesięczniku „Vairas” artykuł, w którym wyjaśniał, że ludobójstwo jest częścią programu nazistowskiego – wspominał nawet o użyciu gazów do celów ludobójczych. Smetona również miał lepsze rozeznanie w naturze nazizmu niż ludzie z otoczenia Škirpy.

Antanas Smetona. Zdj. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Czy Smetona, przebywający wówczas na emigracji lub litewska służba dyplomatyczna, działająca pomimo aneksji kraju przez Związek Radziecki, byli informowani o działalności Litewskiego Frontu Aktywistów?

Škirpa, który sam był dyplomatą, prowadził korespondencję z ambasadorem Stasysem Lozoraitisem w Rzymie, dyplomatami litewskimi we Francji i Szwajcarii, a także litewską misją w Waszyngtonie. Widać w niej, że dyplomaci byli przychylnie nastawieni do programu Škirpy. Problemem było to, że Škirpa i LAF byli krytycznie nastawieni do międzywojennego reżimu Smetony za jego naiwność w dążeniu do neutralności i miękkość w stosunku do Żydów. Niektórzy dyplomaci się z tym nie zgadzali. Część korpusu dyplomatycznego podzielała jednak nastroje litewskiego społeczeństwa wobec tzw. „żydowskiej zdrady” z czerwca 1940 roku, gdy nadeszli Sowieci. Ogólnie rzecz biorąc byli bardziej ostrożni w stosunku do Niemiec niż Škirpa, np. Bronius Balutis z Londynie czy Povilas Žadeikis w Waszyngtonie. Škirpa starał się między nimi manewrować.

Przeczytaj także:  Alfonsas Eidintas: w przedwojennym litewskim MSZ działały także kobiety

Jak dużą rolę w ideologii LAF odgrywały kwestie żydowskie? Z tego, co wiem, niektórzy litewscy autorzy próbują uzasadniać antysemityzm LAF zabieganiem o uznanie ze strony Niemców.

Nie sądzę, żeby to było głównym motywatorem. Na pewno nie bardziej niż to, że liderzy LAF zdawali sobie sprawę z niebywałego wzrostu antysemityzmu na Litwie w latach 1940–1941. Nie da się zaprzeczyć temu, że pierwsza okupacja radziecka dramatycznie pogorszyła stosunki między Litwinami a Żydami. Okupacja radziecka unieważniła jakikolwiek umiarkowany dyskurs polityczny. Ludzie byli rozczarowani tym, że nie było zbrojnego oporu przeciwko obcej inwazji. To zradykalizowało opinię publiczną na Litwie, która stała się antysowiecka. Chociaż muszę powiedzieć, że duża część społeczeństwa litewskiego witała nadejście Sowietów i z początku miała nadzieję, że nowe rządy będą bardziej sprawiedliwe społecznie. Te nastroje niemal całkowicie zniknęły do wiosny 1941 roku. LAF reagował na nastroje panujące na Litwie. Jest dokument, w którym Škirpa pisze, że nie ma już potrzeby wysyłania antyżydowskiej propagandy na Litwę, żeby stymulować antysemityzm. Była to jednak istotna część jego programu. LAF ujawnił się wraz z wybuchem wojny deklarując, że dla Żydów nie będzie już więcej miejsca na Litwie. Są zatem podstawy, by twierdzić, że LAF jawnie opowiadał się za czystkami etnicznymi.

Wówczas nie oznaczało to jednak jeszcze masowej eksterminacji?

Nie spotkałem się z żadnym dokumentem, który by na to wskazywał. Choć muszę powiedzieć, że istniała skrajnie prawicowa część LAF, która opowiadała się za prawdziwe nazistowską Litwą. I ich stanowisko było bliskie programowi ludobójczemu. Ale ogólnie rzecz biorąc LAF nie popierał eksterminacji Żydów. Pamiętajmy jednak i o tym, że przed wybuchem wojny między III Rzeszą a ZSRR – myślę, że większość historyków się co do tego zgadza – decyzja w sprawie „ostatecznego rozwiązania” nie została jeszcze przez nazistów podjęta. To stało się dopiero wraz z rozwojem sytuacji po wybuchu wojny, przed końcem lata 1941 roku. Następuje wówczas rozszerzenie operacji ludobójczych, które choć poprzedzały konferencję w Wannsee, to wyraźnie wskazywały na to, że okupanci zmierzają do totalnej eksterminacji.

Przeczytaj także:  Faina Kukliansky: Nigdy nie zaakceptuję kultu Litewskiego Frontu Aktywistów

Wracając do LAF i powstania – czy planowano, że zacznie się wraz z niemieckim atakiem na Związek Radziecki? A może liderzy LAF chcieli je przeprowadzić bez względu na to?

Z pewnością wybuch powstania był ściśle związany z wojną. To było jedyne rozsądne i praktyczne rozwiązanie. Bez niemieckiego ataku nie było mowy, żeby jakiekolwiek antysowieckie powstanie odniosło skutek. Oczekiwanie na wojnę nie było dla nikogo tajemnicą. Nawet w raportach sowieckich służb policyjnych, NKWD i innych, odnotowuje się powtarzające plotki o nadchodzącej wojnie. Są one powszechne. Ujmując to sarkastycznie – jak mawiał mój ojciec – gdyby wówczas w Wilnie i Kownie wylądowali kosmici i przegnali Sowietów, to ludzie też witaliby ich z kwiatami. Rzeczywistość była taka, że jedyną nadzieją na wygnanie Sowietów był rozłam w sojuszu między nazistami a ZSRR.

Patrol powstańczy na ulicach Wilna, 1941 rok. Zdj. Wikimedia Commons / PD.

Centralnym punktem powstania wydaje się być 23 czerwca, zajęcie kowieńskiej radiostacji i proklamowanie Rządu Tymczasowego. Początkowo na jego czele miał stanąć Kazys Škirpa, ale Niemcy się na to nie zgodzili. Co jeszcze wiemy o tym rządzie? Jaki był jego skład polityczny? Jakie cele sobie stawiał?

Obowiązki premiera pełnił Juozas Ambrazevičius, wywodzący się z chrześcijańsko-demokratycznego, katolickiego skrzydła litewskiej sceny politycznej. Rząd zdominowany był przez LAF. Nie było w nim jednak skrajnej prawicy, która stanie się Litewską Partią Nacjonalistyczną (były między nimi konflikty, później dojdzie nawet do próby przewrotu). Rząd, chociaż ogłosił się suwerenną władzą, to nigdy nie posiadał pełnej kontroli nad krajem, który znalazł się pod okupacją. Wygłaszał oczywiście godne pożałowania oświadczenia pod adresem Hitlera, o budowaniu „nowej Europy” itd. Być może to, co powiem, będzie uznane za mało patriotyczne, ale chyba dobrze, że na początku sierpnia 1941 roku Rząd Tymczasowy został przez Niemców rozwiązany. Bóg jeden raczy wiedzieć, w co jeszcze by się wdał. Nawet jeśli nie posiadał on suwerennej władzy i nie mógł decydująco wpływać na przebieg wydarzeń, to przyczynił się on do stworzenia struktur administracyjnych, powstających żywiołowo w całym kraju. Wiemy, że później, od sierpnia 1941 roku, te struktury – administracyjne, cywilne i policyjne – zostały wykorzystane do udziału w akcjach wymierzonych przeciwko Żydom. Wydaje mi się, że członkowie rządu rozumieli to od samego początku, ale mieli nadzieję, że uda im się coś na tym zyskać. Z jednej strony publicznie nawoływali do zaprzestania samosądów, ale jest też faktem, że główna gazeta LAF, który był przecież częścią tego rządu, publikowała artykuły podsycające nastroje antysemickie. To dla mnie trudna sprawa. Nie chciałbym w żadnym razie minimalizować znaczenia tej antysemickiej propagandy, ale nie sądzę też, że Rząd Tymczasowy planował eksterminację Żydów. Zmierzał on jednak w stronę uczynienia z Żydów mniejszości pozbawionej wszelkich praw – co miało poprzedzać ich wydalenie. Był do tego gotowy na krótko przed rozwiązaniem. Kontrowersje wynikają nie tylko z powodu działań, wypowiedzi i polityki prowadzonej przez ten rząd, ale także z tego, że krewni niektórych członków rządu byli lub są ludźmi wpływowymi na Litwie. To naturalne, że bronią oni Rządu Tymczasowego i próbują przedstawiać go w korzystnym świetle. Ja, podobnie jak wielu moich kolegów, jestem krytyczny wobec tego rządu i nie uważam, że należy go w jakikolwiek oficjalny sposób legitymizować.

Przeczytaj także:  Między publicznym i prywatnym: Nowy etap pamięci Holokaustu na Litwie

Jakie były początkowe relacje między Rządem Tymczasowym i niemieckimi władzami okupacyjnymi?

Niemieckie władze nigdy oficjalnie nie uznały rządu. Nie uznał go zresztą żaden inny rząd na świecie. Nawet litewscy dyplomaci na emigracji nie do końca uznawali go za legalny. Istniał bowiem problem kontynuacji między rządem Smetony a Rządem Tymczasowym, który był otwarcie antysmetonowski. Stosunki z niemieckimi komendantami wojskowymi, którzy kontrolowali Litwę do końca lipca 1941 roku, kiedy ustanowiono cywilną administrację, nie były nieprzyjazne. Tolerowali oni rząd, ponieważ był przydatny do utrzymania porządku w kraju. Oficjalnego uznania jednak nie było i Niemcy wprost oświadczyli rządowi, że nie posiada on władzy politycznej. Kontakty z Niemcami miały charakter czysto administracyjny. Zajęło trochę czasu, zanim członkowie rządu zdali sobie sprawę, że Niemcy nie zamierzają go uznać.

Masakra Żydów w garażu „Lietūkisa” w Kownie, 27 czerwca 1941 r. Zdj. Vilna Gaon State Jewish Museum.

Zatrzymajmy się przy kwestii przemocy wobec Żydów. Najokrutniejsze wydarzenia, wiązane z powstaniem to pogromy w Kownie: na Wiliampolu i garażu „Lietūkisa” (patrz przypis na końcu artykułu). Czy uzasadnione jest twierdzenie, że te zbrodnie zostały popełnione przez powstańców?

To zależy od tego, jak zdefiniujemy uczestnika powstania, co wcale nie jest łatwe. Mamy np. zapis w pamiętniku Jonasa Matulionisa, ministra finansów w Rządzie Tymczasowym: na posiedzenie rządu wtargnął „jakiś dowódca partyzancki” – prawdopodobnie Algirdas Klimaitis – który poinformował, że Niemcy nakazali mu zabijać Żydów, „im więcej, tym lepiej”. Matulionis odnotował to tego samego dnia, gdy zaczął się pogrom w Wiliampolu. Jeśli chodzi o organizowanie i zachęcanie do pogromów, to Niemcy byli przy nich obecni od początku. I w tym sensie pogromy nie były częścią powstania. Choć wśród ludzi biorących w nich udział mogli być też uczestnicy powstania. Wtedy i później wprowadzono pewną kwalifikację tego, kto jest powstańcem – ktoś, kto nie splamił się kradzieżą cudzej własności czy innymi czynami kryminalnymi. W raportach sporządzanych przez samych powstańców w pierwszym tygodniu wojny wspomina się o przypadkach ludzi biorących udział w kradzieżach i morderstwach. Czy byli wówczas tacy ludzie, którzy po prostu biegali wokół z bronią i dokonywali przestępstw? Owszem, byli. Ale czy byli to ci sami ludzie, którzy walczyli i ginęli w walce z oddziałami sowieckimi (co najmniej 160 w samym Kownie)? Gdzieś musimy zdefiniować pojęcia.

Powstanie bywa jednak często utożsamiane z pogromami…

Często słyszę od osób pochodzenia żydowskiego, że nie było żadnego powstania, a jedynie uzbrojeni ludzie polujący na Żydów. Z osobistych, bezpośrednich doświadczeń nietrudno jest stworzyć wiele różnych narracji. Ale gdy spojrzymy szerzej, czym było to powstanie, np. na wsi, to otrzymujemy zupełnie inny obraz. W Wilnie nie ma pogromów, a przynajmniej nie na taką skalę jak w Kownie. A nie sądzę, że mieszkańcy Wilna byli mniej antysemiccy niż w Kownie. Na przemoc pierwszego tygodnia wojny nie tylko na Litwie, ale także gdzie indziej, np. w Polsce, musimy patrzeć przez pryzmat badań historycznych. Historycy, którzy badali niedawno sytuację w Polsce (Jeffrey S. Kopstein, Jason Wittenberg, Intimate Violence. Anti-Jewish Pogroms on the Eve of the Holocaust, Ithaca-London: Cornell University Press, 2018 – przyp. red.) stwierdzają, że w 91 proc. polskich miejscowości nie było przypadków antysemickiej przemocy po wybuchu wojny w 1941 roku. Przypadek Jedwabnego jest szokujący – ale dlatego, że jest wyjątkiem, a nie normą. Ale jednocześnie trzeba zaznaczyć, że w wielu innych miejscach dochodziło do mniejszych incydentów. Dochodziło do sytuacji, gdy powstańcy strzelali do wycofujących się ludzi, w tym do radzieckich żołnierzy, ale i do cywilów uciekających na wschód. Mamy też dwie narracje: o rzucaniu kwiatów i o ucieczce. W czerwcu 1941 roku Żydzi, którzy rok wcześniej rzucali kwiaty Sowietom, uciekają przed Niemcami. W 1944 i 1945 roku Litwini, tacy jak np. moi rodzice, uciekają na zachód przed Armią Czerwoną. Ludzie którzy chcą stworzyć z tego jakąś narrację, mogą to zrobić. Ja z resztą uważam, że wyolbrzymia się znaczenie rzucania kwiatów. Czy Czesi, którzy w maju 1945 roku witali w Pradze z kwiatami wkraczających radzieckich żołnierzy, popierali stalinizm? Wątpię. Wszystko należy widzieć w szerszym kontekście. A do tego potrzeba cierpliwości i obniżenia temperatury dyskusji.

Przeczytaj także:  Historia z Szawli, którą przemilczano

Przedmiotem kontrowersji pozostaje to, czy któreś z tych pogromów i masakr wydarzyły się spontanicznie, bez udziału Niemców, czy też zdarzyły się dlatego, że Niemcy zachęcali Litwinów do mordowania Żydów.

Wśród społeczności żydowskiej i części badaczy zachodnich popularny pozostaje pogląd, że 10 tysięcy Żydów zostało zabitych w 40 pogromach jeszcze przed pojawieniem się Niemców. Christoph Dieckmann i ja szukaliśmy na to dowodów, i stwierdziliśmy, że ta narracja nie ma podstaw. Oczywiście, w sytuacji wybuchu wojny i powstania, dochodziło – nawet bez obecności Niemców czy też przed ich pojawieniem się – do indywidualnych aktów i wybuchów przemocy nie tylko przeciwko Żydom, ale także przeciwko domniemanym komunistom, porachunków między sąsiadami, np. odzyskiwania ziemi zabranej w czasie reformy rolnej itp. Jednak jeśli chodzi o zorganizowane pogromy na dużą skalę Niemcy są obecni praktycznie w każdym przypadku. Nie zawsze nimi kierują, ale na pewno do nich zachęcają i podżegają, z pełną wiedzą o tym, co się dzieje. Są na to dowody. Pokazuje to choćby zapis Matulionisa, o którym wspominałem. Nie zdejmuje to oczywiście odpowiedzialności z Litwinów za bezpośrednią przemoc, której się dopuścili. Niemcy jednak do tego zachęcali. Jak dowodzi Dieckmann, intensyfikacja przemocy w większości miejscowości następuje wraz z pojawieniem się Niemców.

Czy oprócz zachęcania do pogromów Niemcy sięgali również po propagandę, która podsycała antysemickie nastroje?

Robili to, choć nie potrzebowali jej szczególnie wzmacniać. Jak już mówiłem, antysemickie nastroje narastały w okresie okupacji sowieckiej i tuż przed rozpoczęciem wojny osiągnęły wybuchowy poziom. Do tej pory uważałem, że nazistowska propaganda nie była tak ważnym czynnikiem. Ostatnie badania pokazują jednak, że doszło do czegoś w rodzaju „ideologicznego zanieczyszczenia” i pewne nazistowskie antysemickie tropy docierały również do litewskiej inteligencji. Najbardziej skutecznym narzędziem w nazistowskiej propagandzie był jednak mit „judeobolszewizmu”. Tylko to, a nie sięganie po jakieś teorie rasowe, mogło skutecznie przyczynić się do tego, by nastawić miejscową ludność przeciwko Żydom. Takie było jej doświadczenie w okresie pierwszej okupacji radzieckiej. Wielu ludzi po raz pierwszy od długiego czasu widziało Żydów u władzy. I tak upowszechnił się mit, że władza radziecka była władzą żydowską. To oczywiście było błędne, ale tak widziała to duża część społeczeństwa.

Odpowiedzialność za przemoc wobec Żydów spoczywa jednak nie tylko na Niemcach…

Litewscy kolaboranci, którzy są głęboko odpowiedzialni za swoje działania, zwłaszcza w kierownictwie policji i struktur administracyjnych, w swoich decyzjach powoływali się na rozkazy i zarządzenia ze strony Niemców: „zgodnie z rozkazem Wehrmachtu muszę nakazać”, „zgodnie z instrukcjami komisarza okręgu zarządzam” itp. Wiemy, kto wydawał rozkazy. Bez Niemców nie ma ludobójstwa, bez Hitlera nie ma Holokaustu. Pamiętajmy, że Niemcy mogli zatrzymać to, co się działo, niemal natychmiast. I to musimy brać pod uwagę, gdy mówimy o ogólnej odpowiedzialności. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Holokaust był projektem europejskim. Holokaust był projektem III Rzeszy. W którym, niestety, Europejczycy zaczęli uczestniczyć, zwłaszcza po ataku na ZSRR. Nie unieważnia to natomiast faktu, że większość Żydów zamordowanych latem i jesienią 1941 roku – gdy społeczność żydowska została niemal całkowicie zniszczona – zginęła z ręki etnicznych Litwinów (do końca 1941 roku wymordowano ok. 70-80 proc. z liczącej ok. 210 tysięcy społeczności Żydów litewskich – przyp. red.). To zupełnie inna sytuacja niż np. w Polsce. Niektórzy Polacy mogli zachowywać się źle w stosunku do Żydów w czasie okupacji, ale większość polskich Żydów zginęła bezpośrednio z ręki Niemców.

Przeczytaj także:  Żydowskie pamiętanie Janowa

Czy przynajmniej w początkowym okresie członkowie Rządu Tymczasowego i inni litewscy liderzy próbowali zapobiec masakrom albo powstrzymać Litwinów przed udziałem w zbrodniach?

To swego rodzaju szara strefa. Nie było żadnej publicznej wypowiedzi, stanowiska, niczego w rodzaju odezwy jaką wydał metropolita Andrzej Szeptycki we Lwowie. W czasopiśmie „Į laisvę” znalazło się oświadczenie, że Litwini powinni unikać angażowania się w nieusankcjonowaną przemoc, przemoc kryminalną itd. Ministrowie Rządu Tymczasowego oświadczyli, że są przeciwni „publicznym egzekucjom Żydów”, co samo w sobie jest dość dziwnym stwierdzeniem. Nie udało mi się jednak znaleźć żadnego dokumentu, który byłby oficjalnym publicznym oświadczeniem i jednoznacznie stwierdzałby, że Litwini nie powinni uczestniczyć w prześladowaniu i mordowaniu Żydów. Istnieje zapis w pamiętniku generała Stasysa Raštikisa o spotkaniu z niemieckimi komendantami wojskowymi, którym przedstawił on sprzeciw Rządu Tymczasowego wobec mordów na Żydach, które rozpoczęły się w lipcu. Jest list pasterski biskupa żmudzkiego Justinasa Staugaitisa z lipca 1941 roku, w którym pisze, że nie wolno zabijać ludzi, którzy są „inni”, nie wspominając jednoznacznie narodowości (ale jest to wyraźne odniesienie do Żydów). We wrześniu, gdy mordy osiągnęły apogeum, były premier Rządu Tymczasowego Ambrazevičius odwiedził metropolitę kowieńskiego Juozapasa Skvireckasa i wezwał go do ogłoszenia jakiegoś stanowiska potępiającego mordy na Żydach. Jest jasne, że członkowie Rządu Tymczasowego byli zaniepokojeni tą sytuacją, ale z drugiej strony trzeba powiedzieć, że nie zrobili nic, by ograniczyć antysemicką propagandę, sami wydawali zarządzenia, głównie dotyczące spraw ekonomicznych, dyskryminujące Żydów, ale także Rosjan. Rodziny ludzi należących do Rządu Tymczasowego twierdzą, że gdyby zdobyli się oni na jakiś sprzeciw, to byliby represjonowani, aresztowani albo nawet zabici. Nie widzę na to żadnych dowodów. Niemcy nie byli wtedy zainteresowani antagonizowaniem lokalnej ludności.

Członkowie Rządu Tymczasowego przed rozwiązaniem przez władze niemieckie, 5 sierpnia 1941 roku. Zdj. Wikimedia Commons.

Jak na przemoc wobec Żydów zareagowali zwykli Litwini?

Samo społeczeństwo nie zdołało potępić tych mordów. Czy byłoby to w ogóle możliwe? Nie wiem, to historia spekulatywna, w którą nie chciałbym się wdawać. Z drugiej strony były też setki ludzi, którzy pomagali i ukrywali Żydów, są świadectwa księży, którzy potępiali mordy (tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata uhonorowano 916 osób pochodzących z Litwy – przyp. red.). To bolesne pytanie, które dotyczy też problemu moralności społecznej. Obowiązkiem historyka jest natomiast opisanie reakcji ludzi, a tu spektrum jest bardzo szerokie, od radości z powodu zabijania Żydów po obojętność, szok, nawet przerażenie. Mój ojciec, który pracował wówczas w Akademii Nauk w Wilnie, był świadkiem tego, jak 6 września 1941 roku litewska policja zwoziła Żydów do getta. Raz wracając do miasta widział przy drodze ludzi odprowadzanych do lasu. Był tym bardzo poruszony, nie opowiadał o tym zbyt dużo. Duża część społeczeństwa tego nie popierała. Ale z drugiej strony szokująca jest skala grabieży majątku żydowskiego, zajmowania mieszkań. Jeśli mówimy o reakcji społeczeństwa w ogóle, to dużo jeszcze pozostało do zbadania.

Przeczytaj także:  Arkadijus Vinokuras: nie dzielmy cierpienia na „żydowskie” i „litewskie”

Czy uważa pan jednak, że litewska narracja, która w powstaniu widzi zryw niepodległościowy i żydowska pamięć, widząca w tych wydarzeniach przede wszystkim początek największej tragedii narodu żydowskiego, mogą się gdzieś spotkać?

Prawdopodobnie nie, co mnie smuci. Mówimy o dwóch całkowicie różnych doświadczeniach. Jako historyk nigdy nie kwestionowałbym czyichś osobistych doświadczeń. Ale jeśli to doświadczenie zostaje zapisane i przedstawiane jest potem jako dowód ogólnych historycznych trendów, to muszę to doświadczenie traktować krytycznie, tak jak każde inne źródło, dokument czy pamiętnik. Jedna z przyczyn, dla których te dwie narracje nie mogą się spotkać, jest czysto psychologiczna: dla Żydów 23 czerwca 1941 roku był krokiem na drodze do całkowitego zniszczenia. To jest silne doświadczenie, którego nie da się zakwestionować. Ale dla Litwinów to nie tylko nie jest ich doświadczenie, również chronologia jest inna. Większość etnicznych Litwinów, zamordowanych w XX wieku, zginęło już po klęsce Niemiec w 1945 roku a przed 1950 rokiem. Ogólnie ucierpiało wówczas ok. ćwierci miliona ludzi, nie tylko zamordowanych (ok. 40-50 tysięcy), ale także deportowanych i aresztowanych. To dwa zupełnie różne doświadczenia. Naukowcy to rozumieją, mogą zestawiać ze sobą te narracje i dyskutować na ten temat. Ale dla ludzi, którzy nie posiadają warsztatu naukowego, trudne będzie przyjęcie i zrozumienie innego punktu widzenia. To wymaga dużego wysiłku.

Co zatem mogłoby pomóc we wzajemnym zrozumieniu?

Po pierwsze, Litwini powinni włączyć historię Żydów jako część własnej historii, co dotychczas nie w pełni się udało. Po drugie, Litwini powinni zacząć postrzegać Holokaust jako centralne, najbardziej tragiczne wydarzenie historii Litwy w XX wieku (Holokaust był najgorszą zbrodnią w historii Litwy jeśli chodzi o skalę, liczbę ofiar, tempo przeprowadzenia). Po trzecie, konieczne jest uczciwe rozpoznanie roli etnicznych Litwinów i innych obywateli Litwy w przeprowadzeniu tej zbrodni. Wykonanie tych trzech zadań mogłoby nas przybliżyć do wzajemnego zrozumienia. Dla człowieka zachodu, zwłaszcza Amerykanina, ukształtowanego przez pamięć o II wojnie światowej, o „najlepszym pokoleniu” (The Greatest Generation – pokolenie obywateli amerykańskich biorących udział w II wojnie światowej – przyp. red.), to trudne do zrozumienia, bo jego doświadczenie jest zupełnie rozbieżne z doświadczeniem takich ludzi, jak np. moi rodzice, którzy przeżyli II wojnę światową w zupełnie inny sposób. Na Litwie panowała wówczas iluzja, że II wojna powinna skończyć się tak samo pierwsza: upadkiem Rosji, a potem klęską Niemiec ze strony zachodnich aliantów. To przywróciłoby sytuację, w której możliwe byłoby odbudowanie niepodległego państwa. To oczywiście była fantazja, ale dla wielu była to jedyna iluzja, która miała jakikolwiek sens. Myślę, że warto mieć to na uwadze w dyskusjach, które toczymy na temat wybuchu wojny, powstania czerwcowego i wielu innych tematów, które nadal są trudne do udźwignięcia.

Pogrom na Wiliampolu i garażu „Lietūkisa” – według niemieckiego historyka Christopha Dieckmanna najbardziej wiarygodna liczba ofiar pogromów, do których doszło w Kownie przed 4 lipca 1941 roku to ok. 1 tysiąca osób (w tym na Wiliampolu i „Lietūkisie”). Dieckmann powołuje się m.in. na obliczenia kowieńskiego Judenratu. Pojawiająca się w innych publikacjach liczba 3,8 tysiąca ofiar, pochodząca z raportu SS-Brigadeführera Franza Waltera Stahleckera, szefa Einsatzgruppe A z 15 października 1941 roku jest prawdopodobnie zawyżona o liczbę ofiar masowych egzekucji w kowieńskim Forcie VII (4-6 lipca). Nie były to jednak pogromy, ale zorganizowane egzekucje wykonane przez uzbrojone i umundurowane oddziały.

Absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, współpracownik Zakładu Bałtystyki Uniwersytetu Warszawskiego, interesuje się krajami bałtyckimi, stosunkami polsko-litewskimi i polsko-białoruskimi, był współautorem "Programu Bałtyckiego" w Radiu Wnet, publikował m.in. w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe", "Tygodniku Powszechnym", portalu "Więź" i "Magazynie Pismo".

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

Subskrybuj newsletter Przeglądu Bałtyckiego, żeby otrzymywać informacje o nowych artykułach.





ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj