Sto lat! Sto lat, bracia Polacy!

-

Mój romans z Polską zaczął się od Krakowa – od wędrówek śladami Czesława Miłosza, Jana Pawła II, melodii trębacza, granej z wieży Bazyliki Mariackiej, półek księgarni „Massolit”, która szeroko otworzyła drzwi do bogatego świata polskiej literatury, stadionu krakowskiej Wisły, gdzie przed każdym meczem brzmiało „Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon”. Mogę powiedzieć, że pokochałem i nadal kocham Polskę, która dziś, 11 listopada, świętuje swoje stulecie – czuję jednak, że powinienem wyjaśnić, dlaczego.

Odkryłem historię Polski, opowiadającą o ludziach, którzy po rozbiorach Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie poddali się, ale podjęli walkę pod hasłem „Za waszą i naszą wolność”. Wierzyli oni, że walki o własną wolność nie da się oddzielić od wsparcia dla innych narodów walczących o swoją wolność. Gdy inni tracą wolność, tobie też grozi niebezpieczeństwo.

Czytałem historię Polski o ludziach, którzy pozbawieni fizycznej ojczyzny zachowali ją w słowie – w poezji, dramacie, powieściach. Dla nich słowo nie było tylko zabawką. Dla nich słowo było istotą, w której niczym w ziarnie zachowana została siła witalna narodu, czekająca na sprzyjające warunki, by się odrodzić.

Kiedy ta istota stała się tylko pustą formą, maskującą pychę, a pielęgnowanie swojskości groziło przerodzeniem się w szowinizm, znaleźli się twórcy, którzy w swoich dziełach bronili wolności, prawdy i godności człowieka z pomocą ironii, sarkazmu i humoru.

W wolnej i niepodległej Polsce międzywojennej słychać było głosy tych, którzy występowali przeciwko nawoływaniom do tego, by za wszelką cenę stawiać na swoim, którzy nie zgadzali się z tym, żeby z mniejszymi sąsiadami rozmawiać z pozycji siły. Uważali oni, że ludzi tak naprawdę jednoczy wspólna mowa nie ust, a serc. Głosili oni, że najważniejsze są nie fizyczne, ale duchowe mosty.

Kiedy w okupowanym kraju szaleli naziści, warszawscy Żydzi ogłosili najbardziej pozbawioną nadziei deklarację powstańczą, głoszącą, że wszystkim przyjdzie umrzeć. Ale umrzeć chcieli w walce, nie godząc się na triumf zła. Kiedy ci Żydzi byli zamykani w gettach, wywożeni do obozów śmierci, nie wszyscy byli tylko obojętnymi obserwatorami. Byli nawet tacy, którzy z wieściami o obozach śmierci dotarli do stolic państw zachodnich. Tyle że tam, niestety, nie zostali usłyszani.

Kiedy w Warszawie dopalało się powstanie, brutalnie stłumione przez nazistów, na co z drugiej strony Wisły biernie patrzyli Sowieci, znalazło się wielu takich, którzy przysięgli, że „jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden/on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania/on będzie Miasto”.

Kiedy w czasie komunistycznego ucisku wielu pospieszyło, by przywdziać własne ketmany i nauczyło się zasad totalitarnego reżimu, słyszałem tam poetę, który lubił wódkę mrożoną, śledzie w oliwie i ciemną słodycz kobiecego ciała, opowiadającego światu o fenomenie zniewolonego umysłu.

Kiedy nie tylko w bloku wschodnim, ale i po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny dawały się odczuć napięcie i obawy z powodu sowieckich żądań, słowa papieża z Polski „Nie lękajcie się!” natchnęły miliony znoszących ucisk ludzi do tego, by odważyli się żyć w prawdzie. W końcu ci, którzy licząc własne czołgi kpili z następcy św. Piotra, nie posiadającego własnych dywizji, musieli przyznać, że w historii nie zawsze przemoc zwycięża.

Kiedy totalitarny reżim żywił się i czerpał siłę ze skłócania społeczeństwa, rozbudzając wzajemną nieufność, w Polsce powstali ci, którzy wysoko wznieśli sztandar solidarności. Solidarności między lewicą a Kościołem, robotnikami a intelektualistami. Solidarności, która nie była skierowana przeciw komuś, ale w imię czegoś szlachetnego. Nie brakowało tam nigdy tych, którzy za wolność gotowi byli zapłacić własną wolnością, gdy tylko pojęli, że między więzienną celą a Polską, która sama stała się więzieniem jest niewielka różnica. Przeciwnie nawet, ci więzieni byli duchowo bardziej wolni od większości tych, którzy zostali po drugiej stronie krat.

Kiedy zanim w Polsce i całym bloku wschodnim dało się poczuć powiew wolności, już pojawili się ci, którzy tworzyli wizje dla wolnej ojczyzny. Przestrzegali oni swoich rodaków, że wolność ojczyzny stanie się możliwa dopiero wtedy, gdy Polska uzna niepodległość i suwerenność swoich sąsiadów, zostawiając wspomnienia o Lwowie i Wilnie podręcznikom do historii.

Czytałem z podziwem o tych niezwykle mądrych braciach Polakach, którzy, krusząc fundamenty systemu komunistycznego radzili nie palić komitetów partyjnych, ale zakładać własne. Zemsta jedynie niszczy, a nie wydaje owoców. Owoce dojrzewają przez cierpliwą pracę oświetlane ideałami. Przypominam sobie również tych, którzy agitowali nie za rewolucją, ale za tym, co zostało wynegocjowane przy Okrągłym Stole i co później zostało ochrzczone mianem „refolucji” (czymś pomiędzy reformami a rewolucją, czymś, co rodzi się z rewolucji bez rozlewu krwi).

Kiedy po upadku Muru Berlińskiego, gdy powiał wiatr przemian, pojawiła się możliwość odkłamania historii, w Polsce znaleźli się odważni ludzie, którzy głośno przypominali, że nie wystarczy mówić o sobie wyłącznie jako bohaterach, ofiarach i biernych obserwatorach. Trzeba koniecznie mówić i o tych, którzy z własnej woli stali się wspólnikami zła. Bo tylko prawda i pokuta mogą wyzwolić i uleczyć rany.

Nie zamierzam pisać błyskotliwych uogólnień, bo na każdy naród składają się rozmaite odcienie. Jednak patrząc na historię Polski, zauważam w niej mnóstwo ludzi, którzy w godzinie najwyższej próby autentycznie świadczyli o ludzkiej godności, solidarności, wolności, wierze i prawdzie. Kiedy myślę o Polsce, myślę przede wszystkim o takich szlachetnych ludziach jak Jerzy Giedroyc, Jan Karski, Czesław Miłosz, św. Jan Paweł II, Zbigniew Herbert, Adam Michnik, Leszek Kołakowski, Józef Tischner i wielu innych. Pozwala to wierzyć, że w obliczu wszystkich dzisiejszych i mających nadejść w przyszłości wyzwań powstaną nowe pokolenia, które w swoich duszach będą pielęgnować ziarna najszlachetniejszych ideałów człowieczeństwa. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, bracia Polacy, w dniu stulecia Waszego państwa! Za Waszą i naszą wolność! Už šimtmetį! Sto lat!

Artykuł oryginalnie został opublikowany na portalu bernardinai.lt. Przedruk w Przeglądzie Bałtyckim dzięki uprzejmości autora. Tłumaczenie z języka litewskiego Dominik Wilczewski.

Dziennikarz, publicysta i działacz społeczny. Był zastępcą redaktora naczelnego i redaktorem naczelnym katolickiego portalu informacyjnego Bernardinai.lt. Obecnie pracuje na stanowisku szefa programu medialnego w Wileńskim Instytucie Analiz Politycznych. W 2014 roku był nominowany do nagrody Człowiek Tolerancji przez Fundację Sugihara – Dyplomaci Pokoju. Pochodzi z Poniewieża.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj