Patriota to już nie idiota – Alvydas Nikžentaitis o tym, jak Litwini świętowali stulecie odzyskania niepodległości

-

W roku 2018 nie tylko Polacy, ale także Litwini świętowali stulecie odzyskania niepodległości. Jak obchody jubileuszu odbudowy niepodległego państwa wpłynęły na litewskie społeczeństwo? Czy Litwini interesują się swoją historią? Które tematy historyczne ożywiają litewską opinię publiczną? Odpowiedzi na te pytania w rozmowie z „Przeglądem Bałtyckim” udzielił litewski historyk, prezes polsko-litewskiego Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia prof. Alvydas Nikžentaitis. – Po raz pierwszy pojawiły się głosy mówiące, że przez ostatnie 25 lat osiągnęliśmy jako państwo bardzo dużo. Zaczęliśmy doceniać swoją państwowość i także przez pryzmat tego należy patrzeć na obchody stulecia niepodległości Litwy. Okazało się, że samo państwo jest dla wielu ludzi wartością – mówi naszemu portalowi prof. Nikžentaitis.

Alvydas Nikžentaitis to litewski historyk, doktor habilitowany nauk historycznych, w latach 1993–1998 kierownik Katedry Historii Uniwersytetu Kłajpedzkiego, od 2000 do 2008 roku dyrektor Instytutu Historii Litwy, obecnie pracownik naukowy Wydziału Historii XX w. Instytutu Historii Litwy, wykładał na uczelniach litewskich i zagranicznych. Specjalizował się w tematyce stosunków Wielkiego Księstwa Litewskiego z Zakonem Krzyżackim, historii Żmudzi, historii stosunków litewsko-niemieckich i historii społecznej Litwy średniowiecznej. Jest autorem licznych prac poświęconych historii Litwy oraz wielu artykułów publicystycznych na tematy okołohistoryczne. Za wybitne zasługi w rozwijaniu współpracy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską i propagowanie wiedzy o wspólnym dziedzictwie historycznym narodów tworzących Rzeczpospolitą Obojga Narodów został w 2009 roku odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP. Obecnie pełni funkcję prezesa polsko-litewskiego Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia.

Przeczytaj także:  Wilno dla Białorusinów, a my – dla Rosjan

Dobiega końca rok, w którym Litwa obchodziła stulecie odzyskania niepodległości. Jak pan jako historyk ocenia te obchody? Czy spełniły one pana oczekiwania? Czy coś pana rozczarowało, a może zaskoczyło?

Stulecie Litwy – powiedziałbym nawet: stulecie nowoczesnego narodu litewskiego – to były pierwsze tego rodzaju obchody, gdzie faktycznie nie było jakiegoś szczególnego programu ogólnopaństwowego. W 2016 roku zmienił się rząd i nowemu rządowi nie spodobał się dotychczasowy program. Próbowano go zmienić, ale ostatecznie organizację pozostawiono obywatelom i w efekcie imprez związanych ze stuleciem więcej było chyba na prowincji, niż w Wilnie. Moim zdaniem te obchody się udały. Okazało się, że ludzie nie potrzebują jakiegoś specjalnego programu i że cenią sam fakt, że Litwa jest znów niepodległa. Zapraszaliśmy naszych kolegów z Polski do Wilna na stulecie i obserwowaliśmy, jak Litwini świętują. Był wspaniały nastrój. To chyba było największe, najbardziej udane święto narodowe, które obchodziliśmy w ciągu ostatnich 10-15 lat.

Przeczytaj także:  Rimantas Miknys: Dzięki obchodom stulecia niepodległości Litwini poczuli, że „państwo to my”

Czy można na podstawie tych obchodów wyciągnąć wniosek, jaki stosunek Litwini mają do własnej historii, czy cenią własną historię?

Tak i moim zdaniem możemy tutaj mówić o litewskiej „dobrej zmianie”, która nastąpiła mniej więcej w tym samym czasie, co polska. Ale tutaj nie było to związane z sytuacją wewnętrzną, ale z tym, co działo się na Ukrainie. Do czasu aneksji Krymu i wojny ukraińsko-rosyjskiej na wschodzie Ukrainy Litwini uważali, że niczego nie osiągnęli, byli pesymistami, porównywali swoją sytuację do poziomu życia w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Wydarzenia na Ukrainie okazały się wstrząsem dla społeczeństwa. Ludzie zaczęli myśleć: „Co się stanie, jeśli nie będziemy mieć własnego państwa?” Po raz pierwszy pojawiły się głosy mówiące, że przez ostatnie 25 lat osiągnęliśmy jako państwo bardzo dużo. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy takie głosy są dominujące, ale na pewno są słyszalne. Dzięki Ukraińcom zaczęliśmy doceniać swoją państwowość i także przez pryzmat tego należy patrzeć na obchody stulecia niepodległości Litwy. Okazało się – choć nikt tego nie oczekiwał, ani nie planował – że samo państwo jest dla wielu ludzi wartością. Taki, powiedzmy, „zdrowy nacjonalizm” zaczyna być teraz na Litwie mocno odczuwany, inaczej niż jeszcze parę lat temu, gdy słowo „patriota” utożsamiano ze słowem „idiota”.

Przeczytaj także:  Litewska deklaracja niepodległości będzie wystawiona na widok publiczny

Odnalezienie Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego z 16 lutego 1918 roku sprawiło, że w centrum uwagi znalazł się sam dokument. A co z sygnatariuszami Aktu? Czy oni także znaleźli się w panteonie bohaterów narodowych?

Niewątpliwie są ważni. To, co zauważyłem w tegorocznych publikacjach im poświęconych, to że zwracały one uwagę na postacie zasłużone dla Litwy, ale szczególnie na te, które miały mieszane pochodzenie. Jednym z takich bohaterów narodowych, o którym dużo się pisało, był Stanisław Narutowicz (brat Gabriela), który wciąż dla Litwinów jest postacią dosyć egzotyczną. W tym roku upamiętniono go w jego rodzinnej miejscowości (m.in. odsłonięto mural przedstawiający Narutowicza na ścianie szkoły noszącej jego imię w Olsiadach – przyp. aut.) i ogólnie poświęcano bardzo dużo uwagi tej postaci. W tym roku także powstanie pomnik Jonasa Basanavičiusa, patriarchy litewskiego ruchu narodowego. Jeszcze nie tak dawno myślałem, że do tego nie dojdzie, że Litwini się nie dogadają, ale jednak ten pomnik powstanie, chociaż zostanie odsłonięty już po najważniejszych obchodach stulecia niepodległości.

Przeczytaj także:  85 lat temu samobójstwo popełnił Stanisław Narutowicz

Jak w tym kontekście Litwini patrzą na tę „pierwszą”, przedwojenną Republikę Litewską? Czy idealizują ją, tak jak Polacy II Rzeczpospolitą?

Słychać na ten temat różne głosy. Można powiedzieć, że jedna rzecz to tradycja państwowości, którą na pewno bardzo się szanuje. Ale na to wszystko pada cień Antanasa Smetony i jego autorytarnych rządów. Po latach okazuje się, że w tamtym czasie ludzie czuli się oddaleni od władzy, nie do końca rozumieli, co zdarzyło się w 1940 roku, gdy Litwa została anektowana przez Sowietów, a Smetona opuścił kraj. Niektórzy wręcz cieszyli się, że nie ma już Smetony. Dziś mamy taką sytuację, że wedle sondaży ok. 30 proc. mieszkańców Litwy za największą hańbę w historii Litwy uważa fakt, że w 1940 roku Litwini nie sprzeciwiali się okupacji sowieckiej. I ta ucieczka, czy jak czasem się mówi „wyjazd” Smetony z Litwy kładzie się cieniem na tym wszystkim. Litwa jest pod tym względem wyjątkiem na tle krajów Europy Środkowej i Wschodniej i jest to również ogromna różnica między Litwą a Polską.

W Polsce Józef Piłsudski jest idealizowany…

Tak, jest bohaterem i to jest zupełnie zrozumiałe, bo w przeciwieństwie do Smetony był on też wodzem, który pokonał bolszewików. Bohaterowie, którzy zasłużyli się na polu walki są zwykle bardziej cenieni niż prezydenci, którzy byli humanistami albo także przywódcami autorytarnymi, jak właśnie Smetona.

Jednak sam fakt, że nie mamy mitów z tym związanych, wiele mówi o podejściu Litwinów do okresu międzywojennego. Litwini doceniają tradycję państwowości, ale już nie bardzo odnajdują w tym okresie osoby, z którymi mogliby ją utożsamić. Taka sytuacja złożyła się już w końcu lat 80., kiedy ukazała się jedna z pierwszych bardziej otwartych publikacji o prezydencie Smetonie, napisana przez historyka a później dyplomatę Alfonsasa Eidintasa. Była ona bardzo krytyczna i stała się podstawą dla takiej właśnie oceny prezydenta. Tutaj znów widzimy, że o ile w Polsce naczelnik państwa Józef Piłsudski jest bohaterem narodowym i już w okresie międzywojennym był silny kult jego osoby to na Litwie sytuacja jest inna.

Przeczytaj także:  Duet Antanasa i Zofii Smetonów

Czy nie ma szans na to, aby na Litwie powstał mit Smetony?

Nie, choć podejmowane są próby, żeby to zrobić. Czasem ma to nawet zabawne cechy. Jest jeden projekt, który częściowo jest już realizowany, nie na pełną skalę, w miejscu, w którym Smetona uciekł z Litwy na teren ówczesnych Niemiec. Miejscowi chcieli odtworzyć ten szlak ucieczki Smetony i przygotować tam coś w rodzaju spektaklu na ten temat. Ale tego ostatecznie nie zrobiono, a jedynie oznakowano miejsce, w którym Smetona przekroczył granicę. Są również drobne jubileusze szkół, które noszą jego imię. Nie ma żadnych wydarzeń z nim związanych w skali całego społeczeństwa czy państwa.

W przyszłym roku minie sto lat od wyboru Smetony na prezydenta. Czy wokół tego będą organizowane jakieś uroczystości?

Będą miały miejsce bardzo drobne wydarzenia. Kiedy przeprowadzono sondaże, kto jest najpopularniejszym człowiekiem stulecia, to Smetona nie znalazł się w czołówce. Był na 3-4. miejscu, a dużą przewagę nad nim miały inne postaci z naszego ostatniego stulecia. Nawet większość historyków nie poparła jego kandydatury. Podjęto próbę ogłoszenia przyszłego roku jako roku Smetony, ale te próby są podejmowane wbrew opinii najważniejszych ośrodków historycznych. Np. Instytut Historii Litwy, który poproszono o opinię w tej sprawie był zdania, że taki rok jak rok Smetony nie jest na Litwie potrzebny.

Przeczytaj także:  Papież Franciszek w krajach bałtyckich: Mosty zamiast murów

W obchody stulecia, o których rozmawiamy wpisał się też w jakiś sposób papież Franciszek, który gościł niedawno na Litwie i który w swoich przemówieniach dużo miejsca poświęcał sprawom historycznym.

Muszę przyznać, że papież Franciszek był bardzo dobrze przygotowany. Poruszał w swoich przemówieniach takie nuty, które dla Litwinów są bardzo ważne, przede wszystkim deportacje i walka przeciwko okupacyjnym reżimom, szczególnie przeciwko Sowietom. To jest jeden z najważniejszych mitów założycielskich na Litwie. Ale warto zaznaczyć, że papież wsparł też bardzo jednoznacznie jedną stronę w debatach na inny temat, mianowicie o udziale Litwinów w Holokauście…

Jego wizyta zbiegła się z 75. rocznicą likwidacji wileńskiego getta…

Myślę że przyjazd na tę rocznicę był nieprzypadkowy. Papież chyba wiedział o dyskusjach na ten temat. One toczą się bardzo aktywnie w ostatnich latach, ale zaczęły się już w latach 90. Franciszek wsparł tę stronę, która poszukuje nie tylko heroizmu własnego narodu, ale także swojej odpowiedzialności. I dlatego myślę, że ta wizyta zostawiła bardzo głęboki ślad wśród wielu Litwinów. Inaczej niż w przypadku wizyty Jana Pawła II, tutaj nikt za wiele nie oczekiwał po wizycie papieża. Okazało się jednak, że choć mówił on niewiele, to mówił o ważnych dla Litwinów tematach. I mówił to do tych Litwinów, którzy są ogarnięci tym „zdrowym nacjonalizmem”, o którym mówiłem wcześniej.

Zatrzymajmy się przy temacie Holokaustu. Można spotkać się z zarzutami wobec Litwinów, że nie do końca rozliczyli się ze współuczestnictwa w Zagładzie, że nadal coś ukrywają. Na ile w tym momencie te zarzuty są uzasadnione?

Jeśli chodzi o środowisko historyków, to muszę powiedzieć, że nie mam żadnych zarzutów wobec moich kolegów. Myślę, że większość tego typu przypadków została już przez nich dokładnie opisana. Wiem też o publikacjach, które dopiero powstają i co w nich jest opisane. To otwarcie się w gronie historyków obserwuje się już od 10 czy nawet więcej lat. I dla historyków nie jest żadnym problemem, żeby pisać na ten temat w sposób otwarty. Czego brakuje w badaniach historyków litewskich, zajmujących się tym tematem, to wyjaśnienia, dlaczego w ogóle mogło do tego dojść. Bo to jest chyba najważniejsze pytanie. Ale wiem, że na to pytanie sami historycy nie są w stanie odpowiedzieć. Muszą powstać badania interdyscyplinarne z udziałem socjologów i przedstawicieli innych dyscyplin. Ten przykład pokazuje aktualność stwierdzenia, że historia nie musi należeć wyłącznie do historyków.

Przeczytaj także:  W odmętach wschodnioeuropejskiej niepamięci. „Nasi” – recenzja książki

Czy ta debata wychodzi jednak poza grono badaczy historii?

To musi być dyskusja na większą skalę. Ale obserwujemy to od kilku lat na Litwie. Także dzięki inicjatywom dramaturga Mariusa Ivaškevičiusa, który zorganizował marsz pamięci w miejscowości Malaty, gdzie zostali zamordowani Żydzi. Na ten marsz przyjechało bardzo dużo Litwinów i w końcu nawet najważniejsi politycy litewscy poczuli się w obowiązku, by wziąć w nim udział. Także książka Rūty Vanagaitė (wyd. pol. Nasi. Podróżując z wrogiem – przyp. aut.) pokazuje, że ta wiedza dzięki różnego rodzaju akcjom PR-owym dociera także do społeczeństwa. Ogólnie rzecz biorąc, dzięki takim ludziom jak Ivaškevičius czy Vanagaitė wiedza historyków staje się częścią wiedzy społecznej. Gdybym miał porównać sytuację na Litwie i w Polsce, to widzę różnicę, która polega na tym, że w ostatnich dwóch latach na Litwie mówienie o udziale Litwinów w Holokauście stało się wręcz modne.

Przeczytaj także:  Marsz Pamięci w Malatach

Wspomniał pan o książce Rūty Vanagaitė, która wywołała wiele kontrowersji. Ale czy sama dyskusja wokół niej przyniosła pozytywny efekt?

Tak, a to dlatego, że autorka potrafi prowokować takie dyskusje i udało się jej to także poprzez tę książkę. W tej dyskusji poparło ją zresztą większość opiniotwórczych postaci na Litwie. Nagle okazało się, że Litwini nie boją się już tego tematu. Oczywiście były też krytyczne głosy, mówiące, że to nieprawda, albo że książka Vanagaitė jest napisana nieprofesjonalnie itd. Ale to opinie ludzi, którzy – moim zdaniem – pozostali na marginesie.

Przeczytaj także:  Wnuczka Ramanauskasa „Vanagasa”: Ciało można zabić, lecz nadziei na wolność, wiary i prawdy – nie

Ale czy Vanagaitė w jakimś stopniu nie zmarnowała tego potencjału swoimi późniejszymi nieuzasadnionymi oskarżeniami, które rzuciła pod adresem dowódcy partyzanckiego Adolfasa Ramanauskasa?

W tym przypadku ona naprawdę uwierzyła, że może wszystko i że nie mając doświadczenia pracy ze źródłami historycznymi może walczyć z różnymi mitami i wygrać z nimi. To był wielki błąd Vanagaitė, ponieważ do tej nowej dyskusji – o Ramanauskasie „Vanagasie” – była po prostu nieprzygotowana. Powiem szczerze, że bardzo się wtedy obawiałem, czy nie będzie to powtórzenie polskiej drogi po debacie o Jedwabnem. W tej debacie, dotyczącej bardzo symbolicznej postaci podziemia powojennego, jaką jest „Vanagas”, także pojawiły się wątki żydowskie. Vanagaitė, bez jakichkolwiek dowodów, nawet nie czytając wydanych już na ten temat prac historycznych, oskarżyła go, że być może także uczestniczył w Holokauście.

Jaka była reakcja litewskiego społeczeństwa?

Pojawiły się głosy, że trzeba raz jeszcze przedyskutować temat udziału Litwinów w Holokauście, bo skoro to ona wywołała taką dyskusję, to być może trzeba do tego tematu powrócić. Był pewien moment, kiedy niechęć do Vanagaitė mogła dotknąć też tematyki litewskiego udziału w ludobójstwie. Logika była prosta – jeżeli Vanagaitė pisze nieprawdziwe rzeczy o dowódcy litewskich partyzantów, to taką samą nieprawdę pisała też w książce Nasi. Na szczęście, z tego co widzę, okazuje się, że ludzie, którzy wtedy do tego nawoływali, byli wtedy na marginesie. Ale wówczas, w czasie tej drugiej debaty, nie było jeszcze wiadomo, w którym kierunku się ona potoczy. Szczerze mówiąc, nie jestem jednak do końca pewien, czy społeczeństwo jest w tych sprawach na tyle dobrze zorientowane, że nie nastąpi powrót do jednoznacznie heroicznego wychwalania partyzantów oraz przemilczania udziału Litwinów w Holokauście. Co mnie trochę martwi, bo mamy takie siły np. w litewskim wojsku czy różnych środowiskach „patriotycznych”, które tego właśnie by chciały. I musimy o tym mówić otwarcie.

Przeczytaj także:  Niezakończona wojna „Vanagasa”

Takie szczere spojrzenie na grzechy własnego narodu oznacza, że trzeba będzie również inaczej spojrzeć na niektóre osoby z panteonu bohaterów narodowych, np. na polityków, którzy uprawiali politykę antysemicką czy na partyzantów, którzy mogli brać udział w zbrodniach. Czy Litwini są na to gotowi?

To jest długi proces. Bo w przypadku sporów o takie postaci jak np. Jonas Noreika (w czasie okupacji niemieckiej urzędnik cywilnej administracji litewskiej oskarżany o wydawanie zarządzeń skierowanych przeciwko Żydom – przyp. aut.), ludzie nie do końca rozumieją, co to znaczy udział w Holokauście. Na Litwie dominuje dosyć wąskie rozumienie, zgodnie z którym uczestnikami Zagłady byli jedynie ci, którzy zabijali litewskich Żydów. Nadal jeszcze nie rozumie się tego, że uczestnikami całego procesu Holokaustu mogli też być ludzie, którzy przygotowywali getta, którzy pilnowali Żydów w tych gettach, choć nie musieli sami zabijać. Dopóki społeczeństwo nie rozumie związku między jednym a drugim i szerzej, na czym polegał ten proces, tak długo taka dyskusja będzie wyglądać jak rozmowa, w której jedni drugich nie słyszą. Tutaj potrzebna jest nieco szersza dyskusja, a nie dotycząca tylko konkretnych przypadków. Choć pewnie o takich pojedynczych przypadkach łatwiej jest dyskutować niż o jakichś bardziej złożonych procesach historycznych.

Przeczytaj także:  Bohaterowie, złoczyńcy i racja stanu. Partyzanci i pamięć zbiorowa we współczesnej Litwie

Zbliżając się do końca rozmowy chciałbym również zapytać o dialog polsko-litewski wśród historyków: jak pan go ocenia? Czy udaje się dziś historykom polskim i litewskim osiągać porozumienie w jakichś kwestiach?

Odpowiedziałbym na to pytanie cytatem z Adama Michnika, który kiedyś powiedział nam: „Jak fajnie żyje się u was na Litwie – jesteście 10 razy mniejszym krajem, więc macie 10 razy mniej idiotów”. Odpowiedziałem wtedy Michnikowi, że to Polska jest szczęśliwszym krajem, bo będąc 10 razy większa ma też 10 razy więcej ludzi rozsądnych. Tak samo teraz, gdy mówię o dialogu polskich i litewskich historyków, to mogę powiedzieć, że proporcje ludzi mądrych wśród nich są dosyć wysokie. Większość historyków w ogóle nie ma żadnych problemów, by się porozumieć. Ale nawet wśród historyków zdarzają się idioci, a oni zawsze mają problemy. Nie ma więc problemu braku porozumienia między historykami litewskimi i polskimi, a jedynie problem nieporozumienia normalnych z idiotami. A w tej sytuacji nie jest ważne, czy ktoś jest Polakiem czy Litwinem.

Dziękuję za rozmowę.

Absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, interesuje się krajami bałtyckimi, stosunkami polsko-litewskimi i polsko-białoruskimi, był współautorem "Programu Bałtyckiego" w Radiu Wnet, publikował m.in. w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe" i "Tygodniku Powszechnym".

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj