Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Media mniejszościowe to kwestia bezpieczeństwa – rozmowa z Ainārsem Dimantsem

Media wymieniane są jako jedno z narzędzi wojny hybrydowej. Rosyjski atak na Ukrainę pokazał jak duże znaczenie ma informacja w fazie poprzedzającej wojnę, jak i w czasie wojny. Rosyjska propaganda została wycelowana nie tylko w Ukrainę, ale także w jej partnerów, w tym w kraje bałtyckie, które jednoznacznie opowiedziały się po stronie Ukrainy.

Ainārs Dimants

Ainārs Dimants

Na pytania Przeglądu Bałtyckiego o media, przestrzeń medialną i rosyjską propagandę odpowiedział Ainārs Dimans – przewodniczący Łotewskiej Rady Mediów Elektronicznych, szef Instytutu Mediów w Rydze, profesor teorii komunikowania i dyrektor studiów doktoranckich na Uniwersytecie Turība, dziennikarz i badacz mediów.

Naszą rozmowę chciałbym zacząć od pytania o terminy i ich definicje. Działania Rosji w mediach są nazywane bardzo różnie – propaganda, kampania informacyjna, wojna informacyjna. Jakie określenie jest najwłaściwsze dla tego co obserwujemy od początku konfliktu ukraińskiego?

Odpowiedź możemy znaleźć w dyrektywie Unii Europejskiej dotyczącej audiowizualnych środków przekazu. Propaganda nie jest zabroniona, propaganda jako taka jest właściwie częścią Public Relations. Problemem jest nawoływanie do nienawiści na fundamencie narodowym, etnicznym. Możemy w tym przypadku mówić o wojnie informacyjnej. Dyrektywa jasno wskazuje, że w momencie, w którym pojawia się nienawiść, kończy się wolność słowa. Mowa nienawiści w mediach jest zabroniona i naszą rolą, jako regulatora, jest podejmować w takich przypadkach odpowiednich działań. Jest to niedozwolone również w świetle naszego prawa krajowego.

To jest jedna część odpowiedzi. Inna dotyczy alternatywnych propozycji wobec propagandy rosyjskiej. Nie jest to kwestia regulacji, ale polityki medialnej. Musimy mieć w mediach zróżnicowanie, różne punkty widzenia, które zneutralizują rosyjską propagandą. Moim zdaniem rosyjska propaganda wystartowała nie w ostatnich latach, ale po 31 grudnia 1991 roku. Kraje bałtyckie właściwie są w stanie zimnej wojny z Rosją.

Czyli nie jest to nic nowego dla krajów bałtyckich?

Były oczywiście okresy, kiedy było „cieplej”, ale problem mediów rosyjskich nie jest niczym nowym. Nie zaczęło się to wraz z rosyjską agresją na Ukrainę, ale już w czasach kiedy pan Andriej Kozyriew był ministrem spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, kiedy inicjował politykę bliskiego sąsiedztwa, obrony etnicznych Rosjan w krajach bałtyckich. W wyniku tej polityki kraje bałtyckie zajęły pierwsze, drugie, trzecie miejsce wśród największych wrogów Rosji. Oczywiście jest to wynik działalności rosyjskich państwowych kanałów telewizyjnych. Nie jest to dla nas nic nowego.

To co się pojawiło niedawno to wykorzystanie mediów jako propagandy wojennej w czasie aneksji Krymu. Użyto chociażby bardzo starej taktyki, w której wrogów przedstawiano jak zwierzęta. Taka strategia wykorzystywana jest, by pokazywać Ukraińców i ich partnerów jako, nazywając po niemiecku, unmenschen, a więc potwory, bestie. Jeśli przeciwnicy przestają być ludźmi to wtedy jest łatwiej osiągnąć cele wojenne.

Rosyjskie media kierują swoją kampanię także przeciwko partnerom Ukrainy – w rosyjskim przekazie regularnie występuje Unia Europejska, Stany Zjednoczone, NATO. Nowością jest tutaj wyjście poza granice zwykłej propagandy i prowadzenie za pomocą mediów wojny, nawoływanie do nienawiści. To także jest bardzo jasnym naruszeniem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Tutaj następuje koniec wolności wypowiedzi.

Jaka jest skuteczność rosyjskiej propagandy w krajach bałtyckich?

Są ludzie, którzy identyfikują się z przekazem rosyjskim, z narracją, wierzą w słowa Putina. Mniejszość rosyjskojęzyczna nie jest jednak homogeniczna. Są ludzie, którzy identyfikują się z Łotwą, określają się jako Europejczycy. Jest duża grupa osób, które unikają określenia swojej przynależności. Nawet dla miłośników Putina dobrze byłoby mieć alternatywną ofertę. Taka oferta jest jak terapia – niektórzy ludzie odrzucają taką możliwość, ale kiedy ją otrzymają stają się zdrowi. Alternatywa neutralizuje propagandę i to co może być następstwem propagandy. To co widzieliśmy na Ukrainie, a więc militaryzację informacji, było przygotowaniem do działań militarnych. Idąc dalej można powiedzieć, że jest to pytanie czy popieramy czy nie działania militarne w naszym kraju. Jeśli ludzie otrzymują informacje z różnych źródeł myślą pięć, siedem razy zanim poprą agresywne działania. Konkretnym przykładem mogą być wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w naszym kraju. Nawet teraz w czasie kryzysu ukraińskiego partie radykalne nie otrzymały poparcia. Co więcej nawet rosyjska partia umiarkowana otrzymała mniej głosów niż cztery lata wcześniej. Pewna neutralizacja rosyjskiej propagandy nastąpiła. Otrzymując informację z alternatywnych źródeł, znajdujesz się jednocześnie w innej przestrzeni medialnej.

Wspomniał pan o poszerzeniu oferty. Niedawno łotewski nadawca państwowy otrzymał zielone światło, by stworzyć kanał telewizji rosyjskojęzycznej.

Kanał otrzymał zielone światło od nas, ale jeszcze nie od rządu. Podkreślamy, że nie jest to kwestia tylko spójności naszego społeczeństwa, nie jest to tylko problem tego, że nasz krajowy nadawca nie dociera do 1/3 odbiorców. Nadawanie tylko w języku łotewskim wyklucza społeczność rosyjskojęzyczną z krajowej przestrzeni medialnej. A jest to przecież zadanie mediów publicznych, w tym telewizji – całe społeczeństwo powinno mieć dostęp do informacji. Do tej pory społeczność ta w dużej mierze żyje w rosyjskiej przestrzeni medialnej. Według sondaży, 75% z nich czerpie informacje o świecie, Łotwie i Rosji z telewizji, czyli w praktyce z kanałów rosyjskiej telewizji państwowej ponieważ nie mamy krajowej oferty w języku rosyjskim. Mamy kilka nowych programów (od listopada 2014 roku), które są poszerzeniem dotychczasowej oferty – programu informacyjnego i jednego talk-show, które mogą być postrzegane jako fundament nowego kanału. Do tej pory nie docierają one do szerszej publiczności ponieważ nadawane są w kanale łotewskojęzycznym. Ludzie oglądają telewizję linearną – nie szukają konkretnych programów, ale śledzą określone kanały. Możemy w ten sposób dotrzeć do starszych odbiorców, którzy czerpią wiedzę właśnie z telewizji. Te programy są projektem pilotażowym, który ma doprowadzić do powstania nowej telewizji.

Co chcę podkreślić, obecnie problem braku kanału rosyjskojęzycznego jest nie tylko związany z kwestią spójności społeczeństwa czy wypełnianiem misji nadawcy publicznego, ale jest wyzwaniem dla bezpieczeństwa narodowego. Rząd dużo mówi o bezpieczeństwie jako ważnej kwestii, obronności jako ważnej kwestii, ale politycy nie rozumieją, że jeśli państwo nie dociera do lokalnej społeczności tworzy prawdziwe zagrożenie. Wspominał o tym także Mark Laity, szef komunikacji strategicznej NATO, kiedyś dziennikarz BBC. Z punktu widzenia komunikacji strategicznej w granicach NATO istotne jest docieranie do lokalnych odbiorców, nie do odbiorców w Rosji. Jeśli nie docieramy do miejscowej rosyjskiej społeczności z naszymi wartościami, narracją, przekazem, treściami tworzymy dla siebie zagrożenie. Nie jest to problem języka, ale bezpieczeństwa. Niestety jest to ignorowane w debacie na temat bezpieczeństwa Łotwy.

Łotwa i Estonia tworzą obecnie kanały rosyjskojęzyczne telewizji publicznej. Czy są w stanie konkurować z mediami rosyjskimi?

Nadawca publiczny powinien docierać do mniejszości ponieważ ich członkowie również płacą podatki. To jest klasyczne zadanie mediów publicznych. Tworząc rosyjskojęzyczną telewizję możemy konkurować treścią dotyczącą spraw lokalnych z telewizjami nadawanymi z Rosji. Badania pokazują, że mniejszość byłaby zainteresowana kanałem rosyjskojęzycznym. Mamy specjalistów, już tworzymy programy w drugim kanale telewizji publicznej, więc jest realistyczna możliwość konkurowania z telewizją rosyjską.

Dodam, że mamy dobre przykłady mediów rosyjskojęzycznych jak chociażby Radio 4 na Łotwie, które jest najpopularniejszą stacją wśród rosyjskojęzycznych mieszkańców kraju, pomimo dużej konkurencji między rosyjskojęzycznymi stacjami radiowymi. To samo dotyczy mediów internetowych: LSM.LV ma swoją wersję rosyjskojęzyczną, największe portale również serwują rosyjskojęzyczne treści.

Co jest więc problemem? Finanse?

Jest to oczywiście spore wyzwanie finansowe, ale już teraz inwestujemy milion euro w finansowanie programów rosyjskojęzycznych. Na tej płaszczyźnie wyzwanie jest w dużej mierze polityczne ponieważ taka telewizja potrzebuje nie przebudowy modelu finansowania, ale nowych funduszy z budżetu państwa, co oznacza potrzebę zatwierdzenia ze strony nie tylko rządu, ale także parlamentu.

Problem leży w głowach klasy politycznej. Zagadnienie nie jest rozpatrywane w oparciu o paradygmat spójności społecznej czy bezpieczeństwa narodowego, ale o paradygmat polityki językowej, co też jest podstawowym argumentem w debacie. Mówią oni: po co mamy inwestować w kanał rosyjskojęzyczny, to mniejszość powinna nauczyć się języka łotewskiego, żeby śledzić kanały łotewskojęzyczne. Jeśli mniejszość tego nie robi jest automatycznie obwiniana za ten problem. Jest to głupia argumentacja. Zajmując takie stanowisko możemy czekać 25 lat i być może nastąpi zmiana w kwestii znajomości języka łotewskiego przez mniejszość, nastąpi asymilacja kulturowa, zmiana języka języka ojczystego w rodzinach. Media są blisko związane z językiem ojczystym. Ludzie nie śledzą kanałów łotewskich nie dlatego, że treści są niskiej jakości. Konsumpcja mediów jest uczestnictwem w kulturze. Jeśli akceptujemy daną kulturę, mniejszość, musimy także zaoferować tej relatywnie dużej mniejszości, należącej do bogatej kultury ciekawą ofertę. W przeciwnym wypadku czekając 25 lat nie dotrzemy do niej ze swoim przekazem, zwłaszcza w czasie wojny, jak ma to  miejsce obecnie we wschodniej Ukrainie.

Należy oczywiście wspierać także edukację w języku łotewskim, naukę łotewskiego, ale trzeba też wspierać produkcję treści medialnych w językach mniejszości. Etniczni Łotysze są właściwie mniejszością w Rydze, naszej stolicy. Jeśli nie będzie alternatywnej oferty ze strony nadawcy publicznego mamy sytuację, gdzie Rosjanie żyją w rosyjskiej przestrzeni medialnej, mentalnie w Rosji i jest to dla nas pewne zagrożenie.

W maju Litwa zablokowała jeden z rosyjskich kanałów. Czy jest to rozwiązanie w obecnej sytuacji?

Uważam, że nie jest to główny sposób rozwiązania problemu. Tak jak wcześniej mówiłem, musimy tworzyć alternatywne media we właściwym języku, a więc w języku, który pozwoli dotrzeć do docelowych odbiorców. Musimy pamiętać, że zamykając kanał telewizji, wzrasta zainteresowanie propozycjami poza naszą kontrolą, chociażby ofertą satelitarną.

Kiedy zaczynamy używać tych samych metod co reżimy autorytarne musimy odpowiedzieć na pytanie czy jesteśmy silniejsi czy słabsi od nichW przypadku Ukrainy uważam, że kraj ten ma prawo bronić się, także bronić swojej przestrzeni informacyjnej w czasie wojny. W Rosji wszystkie media są kontrolowane przez Kreml, który jest odpowiedzialny za tę wojnę. Nasze prawo również pozwala blokować wrogie media w czasie wojny.

Czy mają państwo jakieś narzędzia do walki z propagandą w Internecie?

Uważam, że największy problem na Łotwie to przekaz rosyjskich telewizji państwowych, a nie Internet. Regulator poza wybranymi aspektami (jak nadawanie online lub VoD) nie zajmuje się informacją online. Pytanie co z tym można zrobić jest dobrym pytaniem. Rozsądnym krokiem może być rejestracja dla komentujących w serwisach informacyjnych, pewna samoregulacja. Wraz z rozwojem technologii jest coraz trudniej regulować i zabronić czegoś – są pewne wyjątki jak Chiny czy Korea Północna, ale jak wiemy tam nie ma wolności wypowiedzi.

Polub nas na Facebooku!