Eduardas Borisovas: Pracując wspólnie łatwiej jest rozwiązywać problemy

-

W grudniu ubiegłego roku do Warszawy przybył nowy ambasador Republiki Litewskiej. Eduardas Borisovas pracę na placówce w Polsce podejmuje po raz drugi. Za pierwszym razem gościł w Warszawie w gorących miesiącach 1991 roku, gdy Litwa wybijała się na niepodległość. – Nastawienie było bardzo pozytywne. To że Litwa, jak i pozostałe państwa bałtyckie, powinna być niepodległa, nie podlegało w Polsce żadnej wątpliwości – tak w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim wspomina Eduardas Borisovas swój pierwszy zawodowy pobyt w Polsce. Jak dziś widzi on relacje polsko-litewskie? – Stosunki bilateralne są na bardzo dobrym poziomie i myślę, że mogą być trwale dobre, niezależnie od koniunktury politycznej. Im częściej ludzie z obu stron spotykają się ze sobą, im więcej wiedzą o sobie nawzajem, tym więcej jest możliwości, by znaleźć wspólne rozwiązanie – mówi dyplomata.

Eduardas Borisovas ma 54 lata, jest zawodowym dyplomatą. 19 listopada 2018 roku otrzymał nominację na Ambasadora Litwy w Warszawie. Po ukończeniu w 1989 roku studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Wileńskim podjął pracę w wydziale prasowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych Litewskiej SRS. Od 1990 roku jest związany z MSZ niepodległej Litwy. Przez kilka miesięcy w 1991 roku pracował w tymczasowym przedstawicielstwie Litwy w Warszawie. Pracował na placówkach w Czechach i na Słowacji, w Konsulacie Generalnym w Sankt Petersburgu oraz w Stałym Przedstawicielstwie przy Biurze ONZ w Genewie. Ostatnie lata spędził na stanowiskach zastępcy dyrektora generalnego Rady Państwa Morza Bałtyckiego w Sztokholmie (2009–2015) oraz dyrektora Departamentu Ameryki Łacińskiej, Afryki, Azji i Oceanii MSZ (2015– 2018).

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Przyjechał pan w grudniu do Polski, w styczniu złożył pan listy uwierzytelniające. Zapytam zatem na początek, jak pan się czuje w Warszawie po tych paru miesiącach?

Eduardas Borisovas: Miałem szczęście, że wprowadziłem się do mieszkania mojego poprzednika, a nie musiałem szukać sobie mieszkania, dzięki czemu miałem więcej czasu na sprawy związane z pracą. Przyjechałem przed Bożym Narodzeniem, więc nie miałem tego czasu tak dużo, ale wykorzystałem go na spotkania z kolegami ambasadorami. To bardzo ważne, ponieważ w Warszawie rezyduje 20 ambasadorów akredytowanych na Litwie i nasza ambasada jest łącznikiem między nimi a MSZ na Litwie. Warszawa jest takim hubem stosunków bilateralnych. To dodatkowa praca, bardzo ciekawa, ale wymagająca czasu.

TO: Ale to nie jest pana pierwszy pobyt w Warszawie. Był pan już tutaj w latach 90.

EB: Byłem w Polsce w 1991 roku, po wydarzeniach styczniowych na Litwie. To był wyraz dużego poparcia Polaków dla litewskich dążeń niepodległościowych. Dzięki temu poparciu możliwe stało się otwarcie w Warszawie biura informacyjnego litewskiej Rady Najwyższej. Na początku mieściło się ono w Zajeździe Napoleońskim. Przyjechaliśmy, kiedy zapadła decyzja, że biuro informacyjne musi zostać przejęte od Rady Najwyższej przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Uznania oficjalnego jeszcze nie było, ale Polska już się zgodziła na otwarcie takiego biura.

Dominik Wilczewski, Przegląd Bałtycki: …które nie miało jeszcze rangi ambasady.

EB: Powiedziałbym, że było taką quasi-ambasadą. Chociaż nie było jeszcze oficjalnego uznania, umożliwiono nam tutaj pracę, mieliśmy możliwość spotykania się z innymi ambasadorami, wizytowania innych ambasad i polskich urzędów, ale także rozpowszechniać informacje o Litwie, o naszych celach niepodległościowych. Byliśmy tu od końca lutego 1991 roku.

DW: Z jakimi nastrojami wśród Polaków spotykali się wówczas panowie? Jakie było nastawienie do Litwy i do jej dążeń do odzyskania niepodległości? 

EB: Nastawienie było bardzo pozytywne. To że Litwa, jak i pozostałe państwa bałtyckie, powinna być niepodległa, nie podlegało w Polsce żadnej wątpliwości. Pamiętam, że po wydarzeniach styczniowych w Wilnie, gdy została zaatakowana wieża telewizyjna i siedziba radiokomitetu, były bardzo duże demonstracje w Warszawie i Krakowie, gdzie doszło nawet do ataku na konsulat Związku Radzieckiego. To było bardzo mocne poparcie, które trwało i później. Nie miałem żadnych problemów z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych, z którego przedstawicielami spotykaliśmy się dość często.

Przeczytaj także:  25. rocznica obrony wieży telewizyjnej w Wilnie

DW: Czy miało to jakiś wymiar praktyczny?

EB: Był taki ciekawy przykład: w 1991 roku Polska gościła w Krakowie Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) dotyczącą ochrony zabytków i dziedzictwa kulturowego. Pojawił się problem uczestnictwa Litwy w konferencji. Związek Radziecki chciał włączyć nas w swoją delegację i obiecywali nam dosłownie wszystko, rozwiązanie spraw bardzo dla nas ważnych, dotyczących np. wileńskiej Starówki czy nadmorskiej Neringi jako zabytku dziedzictwa naturalnego. Litwa stała na stanowisku, że na żadną współpracę, żadne kompromisy ze Związkiem Radzieckim nie pójdziemy. Ale uczestniczyć trzeba było. Porozumieliśmy się więc z komitetem organizacyjnym, że Litwa weszła w skład delegacji polskiej. Dzięki temu w konferencji mógł wziąć udział litewski minister kultury, mogliśmy przedstawić kierunki naszego rozwoju, dążenia niepodległościowe itd. To stworzyło dobry klimat i możliwość uczestnictwa w spotkaniach międzynarodowych. Było to bardzo pozytywne. 

DW: Mimo wszystko Polska zwlekała z uznaniem niepodległości Litwy. Stało się to faktem dopiero po puczu Janajewa w sierpniu 1991 roku. Czy Litwini nie mieli o to żalu do Polski? 

EB: Pierwsza była Islandia, której parlament od razu po ogłoszeniu niepodległości w marcu 1990 roku zadeklarował możliwość faktycznego uznania Litwy. Potem była Dania, dopiero w marcu 1991 roku. Litwa potrzebowała uznania ze strony członków ONZ, których nie miała dużo. Nawet te państwa, które nie uznawały okupacji Litwy przez 50 lat, takie jak USA czy kilka państw Ameryki Łacińskiej, także nie spieszyły się z przyznaniem uznania de iure. Musimy patrzeć na tę sytuację otwarcie. Ciężko było nam się z tym pogodzić, bo czuliśmy, że racja jest po naszej stronie, bo to my byliśmy anektowani i okupowani. Tym bardziej, że nawet pakt Ribbentrop-Mołotow został uznany przez Radę Najwyższą Związku Radzieckiego za nieważny od chwili zawarcia. A więc uważaliśmy, że de iure racja jest po naszej stronie i oczekiwaliśmy, że to się zmaterializuje. Ale trzeba było na to poczekać. I Polska nie była wcale ostatnim krajem. W przypadku Polski nie było to tak naprawdę uznanie, ale faktycznie było to odnowienie relacji dyplomatycznych, które mieliśmy wcześniej. Niektóre państwa zrobiły to już po Związku Radzieckim, po 6 września, kiedy stało się jasne, że Związek Radziecki zgadza się z tym, że kraje bałtyckie nie są już jego częścią. Wówczas również ze strony Stanów Zjednoczonych uznano, że wchodzi w życie polityka nieuznawania aneksji i okupacji państw bałtyckich.

DW: Zatrzymajmy się na chwilę w sierpniu 1991 roku, kiedy doszło właśnie do próby siłowego przejęcia władzy w Moskwie. Czy na Litwie były wtedy obawy, że może dojść do zdławienia dążeń niepodległościowych?

EB: Sytuacja była bardzo ciężka i rozumiano, że tym razem sprawa nie rozstrzygnie się na Litwie, jak w styczniu 1991 roku. Wtedy było jasne, że broniono struktur państwowych. W sierpniu było natomiast jasne, że jeśli nie dojdzie do radykalnego sprzeciwu wobec tego tzw. GKCzP (ros. Gosudarstwiennyj komitiet po czriezwyczajnomu położeniju, Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego – organizacja powołana przez puczystów chcących utrzymania Związku Radzieckiego w dotychczasowym kształcie – przyp. red.), to faktycznie los Litwy będzie przesądzony. Co nie znaczy, że ludzie się poddawali. Stawali do obrony parlamentu i innych urzędów. Faktycznie, w sierpniu widać było ruchy techniki wojskowej niedaleko budynku, w którym obecnie mieści się rząd, a wówczas była siedziba partii komunistycznej. Widać było, że szykują się oni do czegoś poważnego, czekali tylko na rozkaz z Moskwy. Myślę, że wystąpienie Jelcyna na czołgu zrobiło duże wrażenie na Rosjanach i odwróciło bieg wydarzeń. Ale zdecydowało się to wszystko w Moskwie.

TO: 1991 rok to czas, kiedy Litwa zostaje uznana i odzyskuje niepodległość już nie tylko de iure, ale także de facto. Młode państwo stoi przed wyzwaniem budowy swoich służb dyplomatycznych. W sowieckiej Litwie istniało Ministerstwo Spraw Zagranicznych…

EB: Po pierwsze błędem jest uważać, że to była część Ministerstwa Spraw Zagranicznych Związku Radzieckiego. Poszczególne republiki miały swoje własne ministerstwa. Jedyne, czego nie posiadały, to departamentu politycznego. Ja przyszedłem tam do pracy na początku 1989 roku, do wydziału prasy. Z wykształcenia byłem dziennikarzem i pisałem pracę dyplomową o tym, jak różne sytuacje historyczne były przedstawiane w różnych okresach litewskiej historii, przed wojną, po wojnie, na emigracji. Kiedy rozpoczynałem pracę, ministerstwo było bardzo małe, zatrudniało 20 osób. W Moskwie zapadła wtedy decyzja, żeby rozszerzyć pełnomocnictwa republik radzieckich i tych ministerstw, aby bardziej przypominały strukturą ministerstwo federalne.

TO: Bo przed 1989 rokiem te wszystkie republikańskie ministerstwa to była jednak fikcja?

EB: Faktycznie tak. Nasza praca polegała na zbieraniu informacji prasowych na temat różnych państw, pracowało nas trzech w tym wydziale i podzieliliśmy między siebie cały świat. Ja byłem odpowiedzialny za Europę Środkowo-Wschodnią i całą Azję. Gromadziłem informacje z agencji prasowych, co gdzie się dzieje, jakie zachodzą zmiany. Ten wydział na początku 1990 roku został przekształcony w wydział regionalny. Faktycznie jednak zmieniła się tylko nazwa, praca dalej polegała na tym samym.

Przeczytaj także:  Wieczorem stała się po prostu Litwą. Rocznica 11 marca 1990 roku

TO: Proszę opowiedzieć, jak wyglądała transformacja do ministerstwa niepodległego już kraju?

EB: Transformacja była bardzo prosta. Po ogłoszeniu niepodległości 11 marca 1990 roku ministerstwo zostało przejęte przez Sąjūdis, który wcześniej wygrał wybory. Otrzymaliśmy wypowiedzenia, co było normalne. A tymczasem do początku lipca wszystko zostało poddane bardzo poważnej weryfikacji, kto mógł pracować dalej, a kto został zwolniony. Ja zrobiłbym to samo na nich miejscu. Ja jednak trafiłem do ministerstwa, kiedy faktycznie byłem jeszcze studentem ostatniego roku na Uniwersytecie Wileńskim. Miałem wówczas 25 lat.

DW: Wkrótce trafił pan do Polski. Ale czy był to dla pana pierwszy kontakt z Polską?

EB: Oczywiście, że nie. Kontakt z polską kulturą miałem cały czas, bo od czasów szkolnych kupowałem „Sportowca”. To był na tamte czasy naprawdę bardzo dobry magazyn sportowy. Oglądałem też po polską telewizję, ale w Taurogach, skąd pochodzę, była ona dostępna dopiero po północy. Pamiętam, że w soboty oglądałem westerny. Chociaż obraz był niewyraźny, to słyszałem język polski. Jako uczeń byłem też w Polsce na wymianie szkolnej w latach 70.

DW: Czy w czasie pierwszego zawodowego pobytu w Polsce miał pan okazję poznać kraj bliżej, odwiedzić inne miasta poza Warszawą?

EB: Byłem na konferencji w Krakowie, o której wspominałem. To była dobra okazja, by zwiedzić miasto. Większość czasu spędzaliśmy jednak w Warszawie, nie mieliśmy też zbyt dużo środków na podróżowanie. Faktycznie zatem zbyt często nie wyjeżdżaliśmy poza Warszawę, bo cała praca odbywała się tutaj. Najważniejszą sprawą było utrzymywanie kontaktu z innymi ambasadami oraz polskimi urzędami centralnymi w Warszawie, np. z biurem ds. uchodźców…

DW: Czego dotyczyły te kontakty?

EB: Mieliśmy duży problem z Litwinami, którzy służyli w armii radzieckiej i uciekali z jednostek stacjonujących w Polsce. Próbowali się tutaj ukryć. Miało miejsce parę takich wypadków, gdy zostali oni złapani przez wojsko polskie i przekazani z powrotem do baz radzieckich, np. w Legnicy. Musieliśmy coś z tym zrobić. I udało nam się doprowadzić do tego, że potem polskie władze już tego nie robiły. To był błąd, że ich zatrzymywano. Uważano, że są to po prostu dezerterzy, których należy oddać w ręce armii radzieckiej, ale oni tak naprawdę byli dezerterami politycznymi. Oni przecież nie uciekali z armii litewskiej, tylko obcej, więc była to zupełnie inna sytuacja.

DW: To na pewno ciekawy temat, ale niemniej ciekawe zadania czekają na pana teraz. Proszę powiedzieć, jak pan zareagował, kiedy dowiedział się, że ma objąć placówkę w Warszawie? Czy pomyślał pan, że stosunki mamy teraz tak dobre, że praca tutaj to będzie sama przyjemność?

EB: No nie byłem aż tak naiwny. Propozycję wyjazdu do Polski otrzymałem jeszcze wiosną ubiegłego roku, ale trzeba jeszcze było poczekać na agrément ze strony polskiej. Ale nie zastanawiałem się długo i od razu się zgodziłem. Miałem do Polski pewien sentyment, bo była to moja pierwsza praca zagraniczna, choć jeśli patrzeć racjonalnie, nie jest to na pewno najłatwiejsza placówka dyplomatyczna Litwy, ale bardzo ciekawa i bardzo dynamiczna. Muszę przypomnieć, że kiedy w 1991 roku wróciłem do Wilna i zostałem kierownikiem wydziału ds. Europy Środkowo-Wschodniej w MSZ to zajmowałem się tam prawdopodobnie pierwszą po unii lubelskiej umową między Polską a Litwą. Była to deklaracja podstaw prawnych, która była zawarta jeszcze przed traktatem z 1994 roku. Uczestniczyłem wówczas w negocjacjach ze stroną polską. Stało się jednak tak, że tuż przed przyjazdem ministra Skubiszewskiego do Wilna na pierwszą rocznicę wydarzeń styczniowych wyjechałem do Pragi, by zakładać tam litewską ambasadę. Niemniej jednak, jeśli jest się odpowiedzialnym za Europę Środkowo-Wschodnią, to nie da się uniknąć zajmowania się stosunkami z Polską. Wtedy trzeba było działać bardzo szybko, otwierać nowe ambasady, mieć podstawy prawne dla ruchu obywateli itp. Przyjęliśmy na Litwie zasadę, że nie uznajemy żadnych umów podjętych przez Związek Radziecki. Dlatego bardzo szybko musieliśmy zawrzeć nowe, musieliśmy przygotować traktaty, umowy o ruchu wizowym i bezwizowym. Pracowaliśmy w dużym napięciu, ale wspominam to jako okres romantyczny. Teraz tej romantyki trochę brakuje, a więcej jest pragmatyzmu…

DW: Może gdy w stosunkach bilateralnych jest więcej pragmatyzmu to łatwiej jest też się porozumieć?

EB: I w tym są pewne ograniczenia, wynikające ze stosunków prawnych, umów i interesów. Teraz jednak te stosunki bilateralne są na bardzo dobrym poziomie i myślę, że mogą być trwale dobre, niezależnie od koniunktury politycznej. To jest ważne dla sąsiadujących ze sobą państw. Im częściej ludzie z obu stron spotykają się ze sobą, im więcej wiedzą o sobie nawzajem, tym więcej jest możliwości, by znaleźć wspólne rozwiązanie.

DW: Zatem zgodzi się pan pewnie z opinią, że w ostatnich latach mieliśmy jednak do czynienia z regresem w stosunkach dwustronnych? Niektórzy mówili nawet o swego rodzaju „zimnej wojnie”.

EB: Były takie momenty, choć przyznam, że nie śledziłem tego zbyt dokładnie, ponieważ przez sześć lat pracowałem w Sztokholmie, poza MSZ. Nie było może bardzo dobrze, ale nie nazwałbym tego „zimną wojną”. Stosunki między różnymi instytucjami były podtrzymywane, zawierane były różne umowy. Ustaliliśmy też ostatecznie granicę, a ten proces demarkacji i delimitacji też trwał dość długo, a fakt, że zostało to ostatecznie zakończone w czasie trwania tej „zimnej wojny” pokazuje, że te stosunki wcale nie były takie złe.

TO: Mieliśmy jednak różne wypowiedzi np. ministra Sikorskiego, że nie przyjedzie do Wilna, dopóki nie zostaną rozwiązane główne problemy polsko-litewskie. Także prezydent Dalia Grybauskaitė przez pewien czas nie chciała przyjeżdżać do Warszawy. Więc pewne negatywne rzeczy w naszych stosunkach jednak były.

EB: To ludzka rzecz, że człowiek ma osobiste poglądy. Pan Sikorski chciał rozwiązania wszystkich spraw na Litwie natychmiast. Ale pewne sprawy w stosunkach międzynarodowych czasem potrzebują więcej czasu. Strona polska ma swój punkt widzenia, strona litewska swój i nie zawsze są one w stu procentach jednakowe. Na rozwiązanie niektórych kwestii potrzebujemy więcej czasu i przyczyny bywają nie tylko subiektywne. Są także obiektywne okoliczności, np. w kwestii zwrotu ziemi i nieruchomości. Zależy to nie tylko od urzędów, ale też od ludzi. Nie można ich przecież zmusić do tego, by napisali wniosek o zwrot ziemi. Albo gdy rozbudowywana jest nowa dzielnica mieszkalna w Wilnie, w miejscu, gdzie była wcześniej ziemia należąca do rolników – jak to rozwiązać, czy wypłacić rekompensatę, czy oddać w zamian ziemię w innym miejscu? Pan Šimašius (Remigijus, mer Wilna – przyp. red.) zapowiedział, że władze Wilna są gotowe to rozwiązać. Ale na Wileńszczyźnie ten proces idzie bardziej powoli niż gdzie indziej na Litwie. Pozostały zatem takie problemy, gdzie znalezienie rozwiązania jest trudne.

Przeczytaj także:  Wileńskie ulice przyjaźni

TO: W kwietniu będziemy obchodzić 25. rocznicę traktatu polsko-litewskiego. Pewne sprawy w nim zawarte są wciąż niezałatwione, np. kwestia oryginalnej pisowni nazwisk. Ale tutaj strona litewska ma inne zdanie niż polska.

EB: Jeśli dosłownie odczytywać traktat, to jest w nim zapisane, że nazwiska będą zapisywane zgodnie z oryginalnym brzmieniem. I to już dawno zostało załatwione. Podam dla przykładu: gdy w reprezentacji Litwy w koszykówce grają Polacy, bracia Krzysztof i Dariusz Ławrynowiczowie, to ich nazwiska zapisane są jako „Lavrinovič”, a nie „Lavrinovičius”.

TO: Natomiast polska strona chce, żeby to była polska ortografia. Jaką pan widzi możliwość rozwiązania tej kwestii?

EB: Gdyby to zależało tylko ode mnie, to ja bym to rozwiązał już 20 lat temu. Można to rozwiązać dwustronną umową albo można to rozwiązać wewnętrznie. Czy jest szansa, by to rozwiązać na Litwie? Jakaś na pewno, choć nie wiem, czy jeszcze w tej kadencji Sejmu. Zobaczymy. Nie jestem pesymistą.

TO: Jakie widzi pan największe problemy w stosunkach polsko-litewskich? Ustaliliśmy, że ostatnio się one polepszyły i wszyscy to odczuwają. Natomiast pewne problemy pozostały. Gdzie pan widzi największe przeszkody dla rozwoju naszych relacji?

EB: Jeśli widzę jakieś problemy, to może niedostateczne zrozumienie, że oba kraje są sobie niezbędne. Dla Polski to może jest mniejszy problem, przede wszystkim dlatego, że Polska jest większym krajem, a po drugie jest, powiedzmy, bardziej na Zachodzie, nie jest też tak zagrożona ze strony Rosji jak Litwa czy pozostałe kraje bałtyckie, nie ma problemu elektrowni atomowej w Ostrowcu, która powstaje 40 km od Wilna. Więc ta potrzeba nie jest odczuwana w takim stopniu jak na Litwie. Ale myślę, że teraz zaczynamy do tego dochodzić, zaczynamy rozumieć, że na lądzie to Polska łączy nas z Europą Zachodnią. Geografia się nie zmieni. I ta niezbędność dla Litwy staje się oczywista. I myślę, że te stosunki strategiczne z Polską, które deklarowaliśmy i chyba jednak mieliśmy – i w latach 90., i na początku XXI w. – mają szansę rozwoju. I w tym kierunku trzeba pracować. Kiedy dwa państwa pracują wspólnie, to wówczas łatwiej jest rozwiązywać problemy, niż gdy jedno państwo próbuje to robić na własną rękę.

DW: Wspominaliśmy o sprawach mniejszości polskiej na Litwie, ale jest też mniejszość litewska w Polsce. Jakie pan widzi główne wyzwania i zadania do wykonania w tej kwestii?

EB: To lustrzane odbicie sytuacji, jaką mamy na Litwie. Problemy po polskiej stronie są bardzo podobne. Dlatego, że problemy mniejszości zawsze są podobne, bez względu na to, czy liczy ona 7 tys. czy 270 tys. ludzi. Są to sprawy dotyczące edukacji, liczby szkół, możliwości rozwoju kultury na tych terenach, które są zamieszkane przez Litwinów. A także centrów kultury. Ostatnio pojawiła się kwestia budowy takiego centrum w Suwałkach.

TO: W Suwałkach mieszka coraz więcej Litwinów…

EB: To bardzo ciekawe zjawisko. Litewscy autochtoni są skoncentrowani w Puńsku i Sejnach, natomiast w Suwałkach powstała nowa fala emigracji litewskiej, nowa społeczność litewska. A co za tym idzie, pojawiają się kwestie związane z edukacją, kulturą itd. I dlatego też pojawił się pomysł centrum kulturalnego w Suwałkach, żeby ludzie którzy się tam osiedlają mieli też warunki dla podtrzymywania swojej tożsamości. To też jest bardzo ważne. Teraz sprawa jest dopiero na bardzo początkowym etapie, ale staramy się znaleźć wspólne rozwiązanie i porozumienie co do tego, kto ma się tym zajmować z polskiej strony: czy władze centralne, czy wojewódzkie, czy urząd w Suwałkach.

Przeczytaj także:  Wizyta robocza parlamentarzystów litewskich na Sejneńszczyźnie

TO: A inne problemy dotyczące litewskich autochtonów?

EB: Jeśli chodzi o edukację, to pojawia się kwestia zmniejszenia liczby szkół podstawowych i liceów. Takie problemy są i po polskiej, i po litewskiej stronie. Na Litwie faktycznie były napięcia związane z procesem optymalizacji sieci szkół, kiedy jedna z polskich szkół w Wilnie została przeniesiona w inne miejsce. Teraz jednak te sprawy są już rozwiązane. Ale takie pytania stale się pojawiają ze strony mniejszości narodowych, co jest zrozumiałe. Wynalezione zostało nawet pojęcie „pozytywnej dyskryminacji”. Litwini w Polsce są autochtonami, mieszkają u siebie, ale wiadomo też, że jeśli chcą np. załatwić sprawę w urzędach centralnych, to muszą znać język polski, bo nikt nie zrobi dla nich specjalnego wydziału z językiem litewskim. Podobnie jest na Litwie i chodzi o to, żeby nauczanie języka państwowego było na jak najlepszym poziomie. A także o to, żeby młodzi ludzie, Polacy na Litwie i Litwini w Polsce nie opuszczali swoich krajów, tylko na miejscu tworzyli warstwę inteligencji. Młodzi Litwini też wyjeżdżają po na studia na Litwę, ale przy mniejszej ilości jest to mniejszy problem, niż gdy Polacy wyjeżdżają do Polski, bo to jest dla nas szczególnie dotkliwe. My chcemy, żeby była też polska inteligencja na Litwie.

DW: W najbliższych latach, na które przypada akurat pańska kadencja, czekają nas rocznice ważnych, ale też bardzo kontrowersyjnych wydarzeń w stosunkach polsko-litewskich, np. powstania sejneńskiego w 1919 roku czy zajęcia Wilna w 1920 roku. Czy widzi pan jakieś zagrożenie związane z tymi rocznicami, czy raczej pole do otwarcia dialogu?

EB: Oczywiście, rocznicy roku 1920 na Litwie świętować nie będziemy. Co do tego chyba będzie zgoda. Trzeba jednak pamiętać, że w traktacie, którego 25-lecie będziemy obchodzić w tym roku zostało bardzo jasno napisane, że stolicą Polski jest Warszawa, a stolicą Litwy jest Wilno. Myślę, że jest bardzo ważne, by te demony przeszłości już nie powracały. Można oczywiście na wszystkie relacje polityczne czy nawet gospodarcze patrzeć przez pryzmat historii, ale to chyba nie jest najwłaściwsza droga. I chyba nie o to chodzi, by przypominać sobie nawzajem wszystkie te negatywne daty. Musimy rozumieć, że lata 1919–1920 to tak naprawdę było rozdzielenie dwóch bratnich narodów. Litwini przeszli w XIX w. emancypację, która doprowadziła ich do tego, że byli w stanie stworzyć własne państwo.

W Polsce wizja wspólnego państwa była chyba bardziej żywotna niż na Litwie. Polska, jak sądzę, z powodów geopolitycznych chciała mieć silne i jak największe państwo, które mogłoby być przeciwwagą dla Rosji radzieckiej. My nie myśleliśmy w taki sposób. Dla nas to była kwestia stworzenia narodu, już nie jako narodu Wielkiego Księstwa, ale nowoczesnego narodu litewskiego. Piłsudski proponował Litwie bardzo dużo, włącznie z terenami dzisiejszej Białorusi, ale widział ją w związku federacyjnym z Polską. A to było dla nas trudne do przyjęcia, także z psychologicznego punktu widzenia. Na Litwie inna warstwa społeczna dominowała w polityce. O ile w Polsce nadal jeszcze dominowała szlachta, to na Litwie do głosu doszła warstwa zamożnych chłopów. To był także problem gospodarczy. Jedną z najbardziej udanych reform w międzywojennej Litwie była reforma rolna, która faktycznie wyeliminowała polskojęzyczną szlachtę z życia politycznego. Ale raz jeszcze podkreślę, że mówimy o rozdzieleniu dwóch braterskich narodów.

Przeczytaj także:  Dzień był mglisty i pochmurny. 99 lat temu uchwalono niepodległość Litwy

DW: Zróbmy duży skok do współczesności. Mówiliśmy o stosunkach bilateralnych, ale ja chciałbym zapytać, jakie widzi pan szanse dla Polski i Litwy na wspólne działania na rzecz większej wspólnoty, np. w ramach Unii Europejskiej?

EB: Pierwszą rzeczą, jaką Polska i Litwa mogą zrobić razem to podtrzymywać Unię Europejską, aby się nie rozpadła, zwłaszcza po Brexicie. Musimy zrobić wszystko, by zachować europejską jedność, żeby Europa miała coś do powiedzenia na świecie. Po drugie, Litwa i Polska mają jednakowe poglądy na stosunki Europy ze Stanami Zjednoczonymi. Jesteśmy ostatnimi krajami, które poparłyby rozpad zjednoczenia transatlantyckiego. Tutaj widzę rolę Polski i Litwy. Mamy też dużo do zrobienia na rzecz krajów sąsiednich: Ukraina, Mołdawia, Gruzja czy nawet Białoruś, o ile będą tam jakieś możliwości. Tam też mamy coś do powiedzenia, możemy mieć wpływ na politykę tych krajów, możemy być ich adwokatami w Unii Europejskiej, ale i przeciwko Rosji, i na arenie międzynarodowej. Razem możemy zrobić bardzo dużo, nie mówiąc już o sprawach gospodarczych, w których mamy podobne poglądy na infrastrukturę europejską, czy to kolejową, czy gazową, czy morską itd.

TO: A jak pan ocenia te stosunki gospodarcze? Rozmawialiśmy o historii, polityce, to wszystko jest ważne, ale gospodarka chyba jest najważniejsza.

EB: Podam tylko taki przykład, że Polska jest na trzecim miejscu jako kraj eksportujący i importujący z Litwy. Wyżej są już tylko Niemcy i Rosja, o drugie miejsce byłoby bardzo trudno walczyć. Ale to pokazuje, że z Polską mamy stosunki handlowe większe nawet niż ze Stanami Zjednoczonymi. To pokazuje, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Teraz polepszyła się też atmosfera dla rozwiązywania problemów gospodarczych, np. warunków pracy Orlenu na Litwie.

TO: Mamy bardzo dobrą decyzję Kolei Litewskich o odbudowie spornego odcinka do rafinerii w Możejkach.

EB: Tak, to dlatego, że udało się stworzyć odpowiedni klimat polityczny. Myślę, że robimy duży krok naprzód, np. jeśli chodzi o Via Baltica czy Rail Baltica. Te sprawy nie dotyczą tylko Litwy i Polski, ale są bardzo ważne i dla pozostałych państw bałtyckich, Łotwy i Estonii, a nawet Finlandii. Dlatego, że połączenie Europy Północno-Wschodniej z Europą Zachodnią biegnie przez Polskę.

Przeczytaj także:  Riia Sillave: Rail Baltiką pojedziemy w 2027 roku

Przeczytaj także:  Finlandia dołącza do projektu Rail Baltica

TO: A czy widzi pan branże gospodarki, gdzie współpraca polsko-litewska mogłaby być jeszcze lepsza?

EB: Teraz zrobiono bardzo poważne kroki w kwestii synchronizacji bałtyckiego rynku energetycznego z Europą Zachodnią. Od kiedy zawarto porozumienie, że ta synchronizacja ma przebiegać przez Polskę, to faktycznie wszystko nabrało większego obrotu. Prace polityczne są już zakończone i teraz toczą się prace praktyczno-techniczne. Praca polityczna trwała długo, ale ostatecznie wszystkie kraje porozumiały się, że trzeba zerwać połączenie państw bałtyckich z systemem energetycznym na Wschodzie i zbudować połączenie z Europą Zachodnią. Do tego potrzebna jest właśnie synchronizacja. Oprócz tego w grudniu 2018 roku podpisana została umowa między Polską a Litwą w sprawie połączenia energetycznego biegnącego przez Morze Bałtyckiego i to faktycznie jest duże osiągnięcie. Im więcej mamy takich połączeń, czy to rurociągów, czy połączeń energetycznych, kolejowych, drogowych, to tym łatwiej będzie naszym krajom się komunikować, poznawać i współpracować.

Przeczytaj także:  Rodzina Narwojszów powraca – recenzja drugiej części sagi „Silva Rerum” Kristiny Sabaliauskaitė

DW: Ważną rolę w komunikowaniu się i poznawaniu odgrywa kultura. Pan również jako ambasador będzie odpowiadał za promocję kultury litewskiej w Polsce, więc zapytam, co z osiągnięć litewskiej kultury poleciłby pan polskim czytelnikom, aby mogli poznać Litwę jeszcze lepiej?

EB: Przede wszystkim życzyłbym sobie, aby jak najwięcej Polaków przyjeżdżało na Litwę. Najlepiej poznaje się kraj, gdy się go widzi. Ja też, będąc tutaj, będę poznawał Polskę. Po drugie, nie mamy niestety zbyt dużo literatury polskiej przetłumaczonej na litewski, na pewno nie tak dużo jak literatury skandynawskiej. I to samo można powiedzieć o znajomości literatury litewskiej w Polsce. Ale mamy dobry przykład literatury historycznej, powieść „Silva rerum”, która pokazuje, że i w Polsce litewska literatura może spotkać się z zainteresowaniem. Dlatego, że dotyczy to wspólnej historii, ale z litewskiego punktu widzenia. To musi być ciekawe dla Polaków. Mamy też unikalne przykłady urbanistyki, np. architektura Kowna, która chyba nie jest w Polsce tak dobrze znana jak barokowa architektura wileńska. Jesteśmy zadowoleni, że coraz więcej Polaków przyjeżdża do Druskienik, czy to z powodów historycznych, czy wypoczynkowych, czy leczniczych. Litwinom także polecamy, aby jak najczęściej przyjeżdżali do Polski. Niedawno w litewskiej telewizji publicznej był bardzo ciekawy program – „Ekspedycja Narodowa” do Polski. Dzięki niemu Litwini mogli poznać Polskę przez pryzmat litewskiej historii. Żeby zachęcić Litwinów do poznawania Polski trzeba im powiedzieć, że tam jest też obecna historia Litwy.

Dziękujemy za rozmowę.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

Absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, interesuje się krajami bałtyckimi, stosunkami polsko-litewskimi i polsko-białoruskimi, był współautorem "Programu Bałtyckiego" w Radiu Wnet, publikował m.in. w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe" i "Tygodniku Powszechnym".

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj