Inflanckie kaprysy. Rzecz o „Inflanckich pitoreskach” Teresy Rączki-Jeziorskiej

-

Świat dawnych polskich Inflantczyków dzięki plastycznym opisom Teresy Rączki-Jeziorskiej ukazuje się oczom czytelnika w krasie i okazałości. Z przyjemnością można rozsmakować się w językowych delikatesach serwowanych przez znakomitą literaturoznawczynię, niczym gościnną gospodynię polsko-inflanckich pałaców.

Wysokie progi

Pitoresk nie jest dziś słowem powszechnie używanym, choć podświadomie kojarzymy (ci, którzy znają angielski lub łacinę) ten wyraz z czymś artystycznym, związanym ze sztuką. Według słownika Michała Arcta „pitoresk” oznacza malowniczy opis, rysunek. Podobnie jest z tytułowym przymiotnikiem „inflancki”. W wyobraźni zbiorowej Polaków to słowo niewyraźnie majaczy, odwołuje się do czegoś, co zostało zdeponowane dość głęboko w naszej pamięci. Już nazwa publikacji wskazuje na raczej elitarny niż egalitarny charakter książki. Kto jednak zrozumie tytułowe słowa-klucze może liczyć na to, że na oścież zostaną otworzone przed nim/nią podwoje wyjątkowej polsko-inflanckiej budowli intelektualnej.

Kaprys, czyli capriccio

W tytule recenzji nie chodzi oczywiście o pospolite znaczenie słowa „kaprys”. Dawniej, a w terminologii historyczno-artystycznej do dziś, oznaczało (i oznacza) szczególny rodzaj grafiki, która wyobrażała przedmiot w sposób nietypowy, zaskakujący, czasami fantastyczny, choć niekoniecznie karykaturalny. Wydaje się, że dla Autorki korzystanie z bogatego rezerwuaru tekstów inflanckich nie stanowi najmniejszego problemu. Z łatwością sięga ona do pism nawet głęboko ukrytych w specjalnych działach bibliotek i archiwów (Warszawa, Kraków, Lwów, Wilno, Ryga). Dzięki temu jest w stanie zestawić obok siebie pisma i inne teksty kultury – książkę zilustrowano rzadkimi fotografiami – jakich razem na co dzień wyobrazić sobie nie sposób. I nie mam tu w ogóle na myśli ułożenia w jednym rzędzie wizerunku Autorki (il. 18) – choć podpis ilustracji wskazuje skromnie na zamkowy piec – oraz portretu hrabiny Ludwiki Borchowej (il. 19).

Bez pracy nie ma kołaczy

Rączka-Jeziorska wykonała znakomitą – i przy tym bardzo ciężką – pracę intelektualną (a pewnie i fizycznie było to zajęcie męczące, co dokumentuje fotografia nr 11), żeby przybliżyć nam obraz życia dworskiego dawnych Inflant Polskich. Badaczka posługując się wybornie dobranymi egzemplifikacjami, ukazała geograficznie odległą szlachecką rzeczywistość w dziewiętnastym stuleciu. Książka o imponujących rozmiarach, które początkowo mogą wzbudzać podejrzenia nieufnego czytelnika, napisana jest językiem żywym, barwnym, ale nie kolokwialnym. Wydawać by się mogło, że zajmowanie się dawnymi elitami spowoduje, że i Autorka będzie poruszać się jedynie między pergaminami obwieszonymi czcigodnymi pieczęciami. Nic z tych rzeczy! Zajmując się tą tematyką trzeba mieć na uwadze, że tutaj „pospolitość skrzeczy”, albo – jak pisała Rączka-Jeziorska, gdy nie było możliwości odczytania dokumentu – „Wyraz częściowo nieczytelny w związku z dziurą w karcie” (s. 226).

Kołacz

Narracja prowadzona przez Rączkę-Jeziorską jest płynna. Czytelnika prowadzi od dworu do dworu wytrawna przewodniczka. Spacer z polsko-inflancką damą rozpoczynamy od tekstu Stanisława Barańczaka, wprowadzającego nas do tajemniczej krainy-gmatwaniny. Co dalej? Może na moment zajrzymy do Józefa Weyssenhoffa (tytułowanego przez Autorkę baronem! s. 66)? Potem w mgnieniu oka przenosimy się do domeny Platerów, gdzie zostajemy uraczeni opowieścią o edukacji domowej. Wkrótce zaś, niestety, opuszczamy gościnne progi Platerowskiego Krasławia. Za chwilę musimy być na popołudniowej herbacie u księdza Monstowicza, który prezentuje nam przepiękne piece kaflowe. Wychodzimy punkt szósta, bo na kolację zapraszał do Drycan baron (autentyczny) Gustaw Manteuffel, który przygotował właśnie utwór dla swojej dalekiej krewnej. Nie lubi spóźnialskich, a więc czytamy dalej. Czujemy się jak na jednym wielkim balu, na którym co chwila podchodzi do nas ktoś i, chcąc się zaznajomić, wręcza nam bilet wizytowy, koniecznie z grawerowanego wizytownika. I jak na każdym porządnym balu nie może obejść się bez plotek. Wydawałoby się, że dworskie szepty są grą dyskretnych pozorów i subtelnych aluzji, jednak w książce znajdziemy m.in. dokładną informację o tym, który z polskich arystokratów „rzekomo” utrzymywał harem złożony z chłopców, a także o jednej z zamożnych pań, która ponoć prowadziła się tak lekko, że wieść o tym trafiła nawet na dwór w Petersburgu.

Przeczytaj także:  Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej: dziedzictwo Platerów

Jeśli dotarliśmy do ostatnich kartek, to czeka nas nagroda. Pewnie zdążyły już wylecieć nam z głowy nazwiska uczestników polsko-inflanckiego spotkania i nazwy ich posiadłości, ale uporządkowana lista osób, z którymi zadzierzgnęliśmy znajomość znajduje się właśnie na końcu. Książkę z przekonaniem mogę polecić nie tylko garstce akademickich inflantologów, ale każdemu, kto jest ciekaw dziejów Rzeczypospolitej, zwłaszcza na rubieżach, tych najdalej wysuniętych na północny-wschód. Z recenzenckiego obowiązku muszę jednak wynotować kilka uwag różnej wartości i niedociągnięć dostrzeżonych w tekście, co nie zmienia mojej pozytywnej oceny.

Toponomastyka jako pole starcia

Mimo powoływania się na niewątpliwy autorytet w zakresie nazewnictwa „krajów inflanckich” jakim jest prof. Bogusław Dybaś, nie uniknęła Autorka pewnych niezręczności. W dworskim tańcu z nazwami zdarzył się, w moim odczuciu, zły ruch. Obok Kurlandii, Liwonii postawiono Łatgalię (s. 18), spośród tych trzech określeń – według mnie – ostatnie nie pasuje do grona dawnych nazw. Chyba w żadnym z zaprezentowanych przez siebie tekstów z epoki nie znajdzie Autorka słowa „Łatgalia”, którego by użyto do polskiego opisu „Inflant Polskich”. Utożsamienie zaś łotewskiej „Łatgalii” z polskimi „Inflantami Polskimi” jest rzutowaniem łotewskiego punktu widzenia na polskie nazewnictwo – coś na kształt perspektywy kolonialnej à rebours. Rzecz to nie mniej niebezpieczna niż pisanie o „ludzie polsko-inflanckim” (a nie „łatgalskim”) przez Gustawa Manteuffla.

Przeczytaj także:  Gustaw Manteuffel – historyk i etnolog Inflant Polskich

Przeczytaj także:  Niełatwe dzieje Łatgalii. Na marginesie rozważań o tożsamości łatgalskiej

Inflanckie rodowody

Fragment utworu Gustawa Manteuffla ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej. Zdj. Radosław Budzyński.

Niezbyt jasne, wyłożone w pięciu lapidarnych punktach, zasady edytorskie tekstów źródłowych mogą powodować niejednokrotnie uczucie skonfundowania. Już na pierwszym roku polonistyki uczono nas, młodych adeptów filologii, żeby tytułów dzieł nie spisywać z okładki. Nazwisko to ważna sprawa, jedna litera, a nawet znak diakrytyczny ma znaczenie i raczej nikogo nie trzeba co do tej oczywistej prawdy specjalnie przekonywać. W pewną pułapkę wpadła jednak Autorka omawianej książki. Nieprawidłowa odmiana nazwiska rodziny sprowadziła ją na manowce („rodzina Brunnów” s. 272, zamiast prawidłowej „rodzina Brunnowów”, tak jak Nowak – rodzina Nowaków). Tytuł (przynajmniej) jednego utworu spisano najwyraźniej z internetowej karty katalogowej, nie zaś z oryginalnego tekstu, na który się powoływano i rozpowszechniono w druku. Rzecz dotyczy wiersza autorstwa Gustawa Manteuffla. Bogumiła Brunnow (a nie Brunnów jak błędnie, ale i konsekwentnie, podano w książce) wywodziła się z tego samego rodu, co Szymon, Józef i inni, którzy pojawili się na kartach publikacji. W indeksie Bogumiła, co prawda, figuruje też z oboczną wersją nazwiska, ale w tekście głównym (s. 272-273) jest ewidentna omyłka, co można zweryfikować jedynie patrząc na oryginał, gdyż w internetowym katalogu Biblioteki Jagiellońskiej podano błędną pisownię. W ilu innych przypadkach pozwolono sobie na tego typu wątpliwe rozwiązania? Trudno powiedzieć, zapewne nie każdy czytelnik będzie gotów odbyć podróż śladami Autorki w celu weryfikacji pozostałych źródeł archiwalnych.

W przypadku wydawania tekstu źródłowego wymagana jest szczególna uwaga. Jestem przekonany, że gdyby badaczka zechciała znowu spojrzeć na dopisek Manteuffla pod wierszem, to dostrzegłaby kilka miejsc, które we współczesnej edycji znacząco odbiegają od dziewiętnastowiecznego oryginału. Warto je wskazać:

  • W omawianej publikacji: „Miałem go dla Was na Atlasie”, według mnie: „Miałem go dla Was na atłasie”;
  • W publikacji: „zeskanotował”, według mnie: „zeskamotował” (eskamotować, czyli „zręcznie coś ukryć lub skraść” za SJP PWN);
  • W publikacji: „70 zim wiosen”, według mnie: „70-ciu wiosen”;
  • W publikacji: „Ale cicho, cicho, Bo posłyszą, bądźcie cicho”, według mnie: „Ale cicho, cicho, cicho, bo posłyszą będzie licho!”
  • W publikacji: „dobra Brunnonów”, według mnie: „dobra Brunnowów”.

Szkoda też, że badaczka nie wyjaśniła kwestii pokrewieństwa Manteuffla z Bogumiłą Brunnow, ograniczając się jedynie do powtórzenia stwierdzenia historyka z Drycan. Chyba mało kto będzie w stanie rozwikłać tę sprawę. Jako ciekawostkę warto w tym miejscu zaznaczyć, że rękopis tego rzadkiego druku zachował się w zbiorach prywatnych rodziny Manteufflów – w nim również znajduje się forma „Bogumiła Brunnow”.

Autorskie wybory

Wiąże się z tym kolejny wątek. Niewyraźne były kryteria wyboru tablic genealogicznych umieszczonych pod koniec książki. Czemu znalazł się tam wywód rodowy Emilii Plater, jest ona jednak postacią dość dobrze znaną, a nie rodowód np. rzeczonej Bogumiły Brunnow, o której to prawie nic nie wiemy? Takich pytań można postawić jeszcze co najmniej kilka. Podobnie jak można zapytać o cudzysłowy, których w tej pracy niemało: „Polonica”, „gorączka”, „uczucie”, „archeologiczny”, „z niczego”… Pomijając fakt, że już sam niebyt jest poważnym zagadnieniem z zakresu filozoficznej ontologii, to czemu ma służyć wzięcie w cudzysłów gorączki? Derrida, do którego Rączka-Jeziorska niejednokrotnie się odwołuje, zapisywał to pojęcie bez specjalnego wyróżnika. Czy oznacza ono dla Autorki coś innego niż dla francuskiego filozofa? Krytycznie należy spojrzeć także na operowanie dość licznymi i długimi cytatami zapożyczonymi od innych badaczy (np. s. 191 i 193).

Pamiętajcie o lasach

Nie mowa tu o szlacheckich sylwach, choć w lesie aneksów z łatwością można się pogubić. Z pewną arystokratyczną nonszalancją wydawcy podeszli do kwestii papieru. Gdyby policzyć ilość niezadrukowanych kartek z pewnością uzbierałaby się ich niemała dwucyfrowa liczba. Nie żebym żałował Autorce arkuszy, po prostu kwestie estetyczne wyraźnie dominują tu nad myśleniem o środowisku. Poza tym szacie edytorskiej trudno cokolwiek zarzucić. Może jedynie niezbyt konsekwentną adjustację cytatów (np. s. 296 i 297). W obrębie aneksu X badaczka raz uwzględniała „e” pochylone (é), a raz nie (s. 273). Nie wiadomo też na przykład dlaczego niemiecki napis został przetłumaczony na polski (s. 84), zaś fragmentów rosyjskich i łacińskich już nie przełożono (s. 86 i 92). Zdarzają się błędy w pisowni, ale są one – na szczęście – nieliczne, np. „kotły wrzącej słomy” (s. 45), Otfnowskich (s. 254). Lapidarnie wyłożone zasady wydania tekstów źródłowych powodują, że czytelnik nie wie czy liczne wielokropki (s. 100) oznaczają po prostu ubytki w tekście, a może są to miejsca nieczytelne i, jeśli tak, to czy pochodzą od Autorki, czy może od Józefa Weyssenhoffa? Nie rozwinięto (zresztą zgodnie z zapowiedzią na początku książki) niektórych skrótów (np. „Cntus”, s. 181; lub najpierw podano wersję skróconą „Datt.”, a dopiero później rozwiniętą „Datt[um], s. 181). Czasami wyjaśniono trudniejsze słowa, niekiedy zaś dzisiejszy czytelnik musi się zmierzyć z aktykacjami, czymś „warzennym” i kilkoma innymi nieoczywistościami, a więc zabierając się do lektury nie zapomnijcie: dykcjonarze w pogotowiu.

Wy, którzy zdjęcia wykonujecie

Uwaga dotycząca ilustracji jest chyba dość ogólną zasadą fotograficzną. Jeśli potrzebujemy zdjęcia elewacji frontowej, a tak się składa, że akurat rosną przed nią drzewa o koronach zasłaniających widok, cóż – nie radzę wycinać drzew, może lepiej poczekać do późnej jesieni? Prawdopodobnie w tym przypadku zabrakło czasu, bowiem zdjęcie pałacu Borchów w Warszawie (fot. 20) przedstawia dwa niskie iglaki i korony drzew liściastych oraz słabo widoczne elementy architektoniczne. Chyba więc czytelnikom spoza stolicy zostaje „dopitoreskowanie” brakujących części, albo wycieczka do syreniego grodu (polecam to drugie). Na marginesie dodam, że podobny problem występuje z kościołem – wystawionym także przez Borchów – w Warklanach na Łotwie. Nijak nie da się sfotografować głównego wejścia do tej świątyni od wiosny do późnej jesieni.

***

Inflanckie pitoreski są książką wartą polecenia. Omawianą publikację należy pochwalić za propagowanie wiedzy o Inflantach, jednak krytycznie trzeba ocenić uciekanie w cytaty i obrazki w miejsce analiz. Nie czyta się jej jednym tchem i raczej nie znajdzie w niej zabawy osoba pragnąca lektury lekkiej i łatwej. Nie oznacza to oczywiście czytelniczej ciężkości i trudności. Co to to nie. Teresa Rączka-Jeziorska sprawnie włada słowem i za jego pomocą po mistrzowsku kreuje dawno nie istniejący, zapomniany świat wytwornych warstw, który dla nas zrekonstruowała na podstawie zachowanych tu i ówdzie (na dość dużym obszarze!) źródeł. Czerpanie z nich – w myśl zasady ad fontes! – jest znakomitym walorem pracy badawczej Autorki. Któż z nas bowiem odważyłby się przedzierać nie tylko przez miejskie dżungle Warszawy, Krakowa czy Lwowa, ale i przez małe drogi (lub bezdroża) Litwy i Łotwy, aby dotrzeć do dokumentu, który w interesującym fragmencie jest niekompletny? Dzięki książce o kulturze szlacheckiej dawnych Inflant Polskich pewna część pracy została wykonana. Reszta należy do nas, czytelników, więc czytajmy! Bądźmy jednak ostrożni, gdyż w dworskim świecie Inflantczyków zaprezentowanym przez badaczkę czają się niebezpieczeństwa spowodowane przyjęciem mało przejrzystych zasad edytorskich. Uważajmy, aby inflanckie pitoreski nie stały się inflanckimi kaprysami.

Teresa Rączka-Jeziorska, Inflanckie pitoreski. Kultura dworu ziemiańskiego dawnych Inflant Polskich w XIX wieku, Warszawa 2018, s. 498.

Radosław Budzyński
Radosław Budzyński
Doktorant w Katedrze Międzynarodowych Studiów Polonistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiował również na Uniwersytecie Warszawskim (bałtystyka) i University College London (SSEES). Jego zainteresowania badawcze obejmują m.in. kulturę I Rzeczypospolitej (zwłaszcza dawnych Inflant Polskich) oraz glottodydaktykę (edukacja międzykulturowa). Nauczał języka polskiego w Kazachstanie i na Ukrainie. Stypendysta Rządów Republiki Litwy (2010) i Łotwy (2013). Publikował m.in. w:„Ruchu Literackim”, „Wielogłosie” i „JOwS”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here