Stanisław Tarasiewicz: Zuokas napisał do mnie krótkie „powinieneś”

-

Litewski Związek Wolności, czyli partia mera Zuokasa, postanowiła nie wystawiać własnej listy w rejonie wileńskim, z którym jestem związany od urodzenia. Początkowo więc nawet nie planowałem uczestniczyć w wyborach, najwyżej poprzez samo głosowanie. Otrzymałem jednak kilka propozycji wystartowania. Wahałem się, dlatego znów na Facebooku zapytałem swoich znajomych i przyjaciół, czy powinienem przystać na takie propozycje. Ich odpowiedź była jednoznaczna. A najbardziej przekonywająca dla mnie była odpowiedź Artūrasa Zuokasa, który napisał krótkie „powinieneś”. Stąd mój udział w tegorocznych wyborach samorządowych – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Stanisław Tarasiewicz, dziennikarz „Kuriera Wileńskiego”, polski działacz polityczny na Litwie, od lat startujący w wyborach samorządowych. W tym wywiadzie rozmawiamy o polityce krajowej oraz lokalnej.

Stanisław Tarasiewicz urodził się w 1966 r. na Wileńszczyźnie. W 1983 r.ukończył szkołę średnią im. Stanisława Moniuszki w Kowalczukach, później zaś także zawodową szkołę kolejarską w Wilnie. Od 1989 do 1994 r. kształcił się w dziedzinie historii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Po powrocie na Litwę pracował w pismach „Słowo Wileńskie”, „Gazeta Wileńska” i „Kurier Wileński”. Od 2000 r. był zatrudniony jako asystent posła na Sejm. Zaangażował się w działalność w Związku Liberałów i Centrum Artūrasa Zuokasa, wielokrotnie kandydował z jego listy w wyborach samorządowych i sejmowych. Po powstaniu Litewskiego Związku Wolności w 2014 r., będącego następcą liberało-centrystów, został szefem jego oddziału w rejonie wileńskim. W styczniu 2019 r. ogłosił start na radnego rejonu wileńskiego z listy Gediminasa Kirkilasa i jego Litewskiej Socjaldemokratycznej Partii Pracy. Żonaty, ma trzech synów. Od paru lat mieszka w Wielkiej Brytanii, dokąd wyemigrował „za chlebem”.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Przez całe lata był Pan związany z partią Artūrasa Zuokasa, był Pan jej szefem na rejon wileński. Obecnie kandyduje Pan z listy Litewskiej Socjaldemokratycznej Partii Pracy Gediminasa Kirkilasa. Co się stało?

Stanisław Tarasiewicz: Opowiem o wszystkim od początku. Niedawno przy okazji zbierania obowiązkowych podpisów mieszkańców rejonu wileńskiego na listę z której startuję, zwróciłem się z prośbą o wsparcie do swoich przyjaciół, znajomych rzeczywistych oraz facebookowych. Zaznaczyłem zarazem, że nie zmieniłem ani swoich poglądów ani też przynależności partyjnej. Nadal jestem bowiem członkiem drużyny politycznej mera Artūrasa Zuokasa, wspieram go w tegorocznych wyborach na mera Wilna, bo uważam, że poglądy jego ugrupowania, podejście do problematyki stolicy Litwy, są najlepszą opcją dla Wilna. A więc nic się nie stało ani z moimi przekonaniami politycznymi ani też nic się nie zmieniło w moich relacjach z Artūrasem i jego drużyną.

Jak zatem rozumieć Pański start z listy Gediminasa Kirkilasa, skoro nadal wspiera Pan Litewski Związek Wolności i jest jego szefem w rejonie wileńskim?

Jest pewien problem techniczny. Litewski Związek Wolności, czyli partia mera Zuokasa, postanowiła nie wystawiać własnej listy w rejonie wileńskim, z którym jestem związany od urodzenia. Początkowo więc nawet nie planowałem uczestniczyć w wyborach, najwyżej poprzez samo głosowanie. Otrzymałem jednak kilka propozycji wystartowania. Wahałem się, dlatego znów na Facebooku zapytałem swoich znajomych i przyjaciół, czy powinienem przystać na takie propozycje. Ich odpowiedź była jednoznaczna. A najbardziej przekonywająca dla mnie była odpowiedź Artūrasa Zuokasa, który napisał krótkie „powinieneś”. Stąd mój udział w tegorocznych wyborach samorządowych.

Tylko dlaczego od razu Kirkilas i jego „starzy socdemowie”? Nie było innych partii?

To, że początkowo znalazłem się na liście partii Kirkilasa nie jest ani żadną zmianą moich przekonań politycznych ani też żadnym przypadkiem.

Przeczytaj także:  Gediminas Kirkilas: Naciski Brukseli na Polskę przypominają mi nasze przygody z Moskwą

Bo Pan ocenia go pozytywnie.

Kirkilasa, podobnie jak wszystkich „starych” liderów lewicy, znam jeszcze z końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, gdy jedną kadencję pracowałem jako asystent jednego z posłów. Później przez kilkanaście lat wielokrotnie rozmawiałem z nimi jako dziennikarz „Kuriera Wileńskiego” oraz już nieistniejącego mojego portalu infopol.lt. Mimo że obecnie nasze polityczne upodobania różnią się, a wcześniej jako dziennikarz musiałem krytycznie oceniać działania Kirkilasa jako polityka, to wciąż uważam, że jest on jednym z niewielu litewskich „mężów stanu”, który w swojej działalności zawsze kierował się interesami państwa i społeczeństwa.

Nie popełnił błędów?

Problematyczne było jego mocne zaangażowanie w tzw. projekt 2K, czyli forsowanie wspólnie z konserwatystami Andriusa Kubiliusa (stąd nazwa 2K, Kubilius-Kirkilas – przyp. red.) pomysłu budowy na Litwie nowej elektrowni atomowej w Ignalinie. Aczkolwiek w kontekście atomowych planów Aleksandra Łukaszenki na Białorusi i Władimira Putina w zajętych do dziś przez Rosję Prusach, sam pomysł budowy nowej Ignaliny dziś może nie wydawać się kontrowersyjny. Jednak uważam, że ówczesny plan jego realizacji wspólnie z właścicielami litewskich supermarketów nie był na miejscu. Niemniej Kirkilas zawsze racjonalnie oceniał sytuację i potrafił przyznać się do błędów. Ostatnio nie śledzę uważnie jego kariery, ale myślę, że nie zmienił swego podejścia do spraw rangi państwowej. Darzę go sympatią również za obiektywne podejście do problematyki polskiej mniejszości na Litwie.

To chyba jeden z nielicznych polityków lewicy, którzy autentycznie myśleli zawsze o pojednaniu z mniejszościami narodowymi. A Pan ma chyba dużo sympatii do działaczy „starych socdemów”?

Oceniam, że jeszcze tylko dwóm politykom z kiedyś wspólnego, a dziś podzielonego grona socjaldemokratów, mógłbym wystawić podobną opinię co Kirkilasowi. Są to wiceprzewodniczący Sejmu Algirdas Sysas i minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius. Czego absolutnie nie mogę powiedzieć na przykład o premierze Algirdasie Butkevičiusie, na którym zawiodłem się jako dziennikarz, obywatel, wreszcie Polak.

Butkevičius zawiódł chyba wszystkich.

Do dziś wspominam rozmowę z nim przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2012 r., po których on został premierem. Rozmawialiśmy o przeforsowanej wtedy przez konserwatystów i liberałów ustawie o oświacie, która mocno uderzała w rozwój szkolnictwa polskiego na Litwie. W naszej rozmowie sprzed wyborów Butkevičius oświadczył, że jeśli tylko zostanie premierem, natychmiast odwoła kontrowersyjne poprawki dotyczące polskiej oświaty. Gdy po wyborach zapytałem go już jako premiera, marudził coś o konstytucyjnej wyższości języka państwowego, czyli litewskiego. Słowem, jego punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, czemu później wielokrotnie dawał dowody jako premier wygłaszając tego samego dnia dwie skrajnie różne opinie, a dotyczące tej samej sprawy.

W końcu jednak przegrał wybory, a teraz może trafi do Parlamentu Europejskiego. Wróćmy jednak do tego rejonu wileńskiego. Na początku był Pan zwolennikiem wystawienia jednej listy partii opozycyjnych wobec AWPL-ZChR w rejonie wileńskim…

To prawda. Wspólnie z lokalnymi liderami innych ugrupowań i wspólnot lokalnych aktywnie uczestniczyłem w tych procesach, w przygotowaniu się do wyborów. Z naszych ustaleń wynikało, że większość mieszkańców rejonu nie ma swoich przedstawicieli w samorządzie, bo te wybory są coraz bardziej upolitycznione. W wielu samorządach przedstawiciele większości sejmowej Związku Chłopów i Zielonych tworzą koalicje z sejmową opozycją – Związkiem Ojczyzny, czyli konserwatystami Gabrieliusa Landsbergisa. A wszyscy przecież widzą jak przeciwne, czasami wręcz wrogie wobec siebie są te ugrupowania w Sejmie. Dlatego byłem zwolennikiem i współtwórcą szerokiej współpracy wszystkich ugrupowań politycznych i komitetów społecznych rejonu wileńskiego w zbliżających się wyborach.

Pierwszym owocem tej współpracy stała się wspólna odezwa ugrupowań politycznych i organizacji społecznych do mieszkańców rejonu wileńskiego, żeby przed wyborami zdążyli zadeklarować swoje miejsce zamieszkanie w rejonie wileńskim, żeby mogli głosować w rejonie wileńskim, czyli tam, gdzie mieszkają.

Uważam, że jest to sprawa oczywista, bowiem rzesza mieszkańców rejonu wileńskiego jest „wykluczona” z praw politycznych. Ci ludzie, z powodu różnicy w deklaracji adresu zamieszkania i faktycznego zamieszkania, nie mogą wybierać swoich przedstawicieli do samorządu, a co za tym idzie, ich problemy nikogo nie obchodzą. Wielu z nich zwraca się do nas z prośbą o interwencję w jakiejś sprawie, bo obecne władze zwyczajnie zbywają ich prostą uwagą: „Nie jesteście mieszkańcami rejonu, więc niczego nie możecie żądać”. Przykre, ale samorządowi urzędnicy po części mają rację. Na Litwie bowiem podatek od osób fizycznych spływa do kas samorządowych według zadeklarowanego miejsca zamieszkania. Stąd ogromna liczba mieszkających w rejonie, a deklarujących adres w Wilnie, bądź „u babci gdzieś na Litwie”, wspiera swoimi podatkami inne samorządy, a swoje problemy takie jak remont czy budowa dróg dojazdowych, oświetlenia, rozwiązania komunikacyjne chcą rozwiązywać kosztem podatników, którzy podatki płacą w rejonie wileńskim. Jest to niesprawiedliwe ani wobec pierwszych, ani wobec drugich. Z tego przekonania wyszła odezwa o deklarowanie miejsca zamieszkania w rejonie wileńskim, której byłem współautorem. Udało się nam przekonać do podpisania tej odezwy wszystkie ugrupowania działające w rejonie. Oczywiście poza Akcją Wyborczą Polaków na Litwie, której liderzy potraktowali odezwę jako akt polityczny wymierzony w ich partię, a uogólniając, przekonywali, że również w miejscowych Polaków. To bzdura. Przecież gdyby wszyscy mieszkańcy rejonu płacili podatek tu na miejscu, to samorządowy budżet pozyskałby ogromne dodatkowe środki na potrzeby wszystkich mieszkańców.

Dlaczego w rejonie wileńskim pojawiła się w ogóle lista Kirkilasa?

Po podpisaniu wspólnej odezwy mieliśmy przekonanie, że współpraca wszystkich ugrupowań politycznych będzie kontynuowana również podczas wyborów samorządowych. Po części tak się też stało, lecz wygórowane ambicje polityczne niektórych ugrupowań, a raczej ich liderów, wzięły górę nad rozsądkiem. Dlatego takie partie jak socjaldemokraci z Robertem Duchniewiczem czy Partia Pracy z Viliją Filipovičienė poszły swoją drogą. Pozostałe ugrupowania kontynuowały współpracę, czego owocem jest powołanie dwóch list koalicyjnych: centroprawicowej z lokalnymi konserwatystami oraz centrolewicowej, w której na równi współpracują socjaldemokraci Kirkilasa, przedstawiciele Związku Chłopów i Zielonych, a także kilka innych partii, w tym członkowie Związku Wolności Litwy. Stąd też moja obecność na tej liście.

Pan formalnie nie działa w „starych socdemach”, tylko kandyduje z ich listy, ale proszę coś opowiedzieć o tym, jak wygląda działalność partii Kirkilasa w rejonie wileńskim. O tym jaka jest sytuacja socjaldemokratów wiemy chociażby z wypowiedzi ich lidera Roberta Duchniewicza dla mediów. Czy partia Kirkilasa jest na Wileńszczyźnie „martwym ugrupowaniem”, jak przekonywał w ostatniej rozmowie z Przeglądem Bałtyckim wiceprzewodniczący partii Paluckasa Algirdas Raslanas?

Obydwa odłamy socjaldemokratów działają w rejonie wileńskim. Ich liderzy są obecnie radnymi rejonu. Robert Duchniewicz, członek partii Paluckasa, może więcej udziela się w sieciach społecznościowych, natomiast Algis Šatas od Kirkilasa woli bezpośredni kontakt z ludźmi. Nie ma żadnej współpracy między tymi ugrupowaniami. Wynika to z po pierwsze politycznych ambicji Roberta Duchniewicza, który nie zgodził się na współpracę z jedną bądź drugą koalicją, bo ta współpraca wymagałaby wystawienia wspólnego kandydata na mera. A pan Robert miał ambicje być tym kandydatem. Na to z kolei nie mogły się zgodzić inne ugrupowania. Po drugie obydwie partie socjaldemokratyczne na poziomie swoich central postanowiły nie współpracować ze sobą w tegorocznych wyborach samorządowych, co w kontekście wyborów lokalnych jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe, bo jak już mówiłem, w lokalnych wyborach powinno być najmniej polityki krajowej.

Przeczytaj także:  Algirdas Raslanas: w drugiej turze mógłbym głosować na Juozaitisa

Przeczytaj także:  Robert Duchniewicz: nie tylko AWPL może rozwiązywać problemy Wileńszczyzny

Wierzy Pan, że obie frakcje socjaldemokratyczne się kiedyś zjednoczą?

Mam taką nadzieję. Chciałbym, żeby w moim kraju działały ugrupowania wszystkich nurtów politycznych, ale żeby nie było po kilka organizacji reprezentujących ten sam nurt. Jednak wciąż uczymy się demokracji i chyba musimy odrobić te podstawowe lekcje. My liberałowie już to przerabialiśmy. Dziś po tak zwanej aferze „poczty tulipanowej” widzimy, kto stał i może stać za tymi podziałami (prezydent Dalia Grybauskaitė, podpisując się jako „tulipan”, korespondowała z oskarżonym o korupcję liderem konkurencyjnego wobec Artūrasa Zuokasa Ruchu Liberałów, Egidijusem Masiulisem, afera „tulipanowa” wybuchła w 2018 r. – przyp. red.). Przecież pamiętam tę nagonkę byłych kolegów Zuokasa, którzy oskarżali go o nepotyzm i korupcję. Niestety sam poddałem się tym emocjom i nieświadomie stałem się jednym z założycieli opozycyjnego wobec Zuokasa Ruchu Liberałów. Na szczęście już po kilku miesiącach przejrzałem na oczy i wycofałem się z tego ugrupowania. Dziś tylko bezczelni albo do końca głupi politycy tego ugrupowania mogą twierdzić, że nie wiedzieli po co i za czyje pieniądze była tworzona ta partia.

Wróćmy jednak do socjaldemokratów.

Podejrzewam, że także ten podział nie jest do końca naturalny, bo gdy odłam Gediminasa Kirkilasa stara się kontynuować politykę wspólnej partii, to Gintautas Paluckas i jego towarzystwo mają poważny problem z identyfikacją poglądów politycznych. Szczególnie niepokoi mnie fakt, że ostatnio do szeregów tej partii zapisało się na raz aż kilku byłych szefów służb specjalnych. Z tego powodu mam bardzo przykre skojarzenia. Pamiętam bowiem, że przed ostatnimi wyborami do Sejmu do siedzącego dziś na ławie oskarżonych Ruchu Liberałów, też wstąpiło kilku wpływowych byłych szefów służb specjalnych. Litewska scena polityczna czasami jest bardzo dziwna.

Przeczytaj także:  Gintautas Paluckas: Litewska socjaldemokracja musi wrócić do swoich podstawowych wartości

Uff. Znowu odbiegliśmy od tematyki rejonu wileńskiego. Zapytam personalnie. Czy mer Maria Rekść, powinna już odejść na emeryturę polityczną? Personalnie to jest zły mer, przeciętny mer, a może lepszy niż reszta AWPL-ZChR?

Gdyby pani Maria mogła samodzielnie decydować o tym co robić, to podejrzewam, że chętnie zajęłaby się już swoim ogródkiem w podwileńskich Rukojniach. Niestety działacze AWPL-ZChR nie mają takiego komfortu, by decydować o tym, czego chcą lub nie chcą. Tam o tym decyduje wódz. Kto kim ma być, kim nie być, co powiedzieć, co napisać, o czym przemilczeć, co zapomnieć, lub co zapamiętać na całe życie. Taka niestety jest prawda Wileńszczyzny.

Ale jaka jest prawda o Marii Rekść?

Osobiście poznałem ją prawie dwadzieścia lat temu, gdy była jeszcze zwykłą księgową starostwa w Rukojniach. Potem raptem stała się „organizatorką” stałej pikiety przed wileńską „Syrokomlówką”, żądającej żeby jej dyrektor Jan Dowgiałło (radny miasta Wilna) złoży mandat i ustąpił ze stanowiska dyrektora, bo nie poparł rewolty Waldemara Tomaszewskiego przeciwko merowi Zuokasowi (były to początki sławetnego początku podziału liberałów). Od tej pikiety zaczęła się właśnie zawrotna polityczna kariera pani Marii. Wobec tego, że ona o mało czym mogła sama decydować, trudno też mi oceniać, jakim ona była, a raczej wciąż jest, merem. Uważam, że jest dobrym człowiekiem. Może zagubionym w swoich ambicjach, bo jeszcze za młodu w okresie sowieckim została członkinią Komunistycznej Partii Litwy. Miała więc chyba jakieś ambicje, ale wydaje się, że sposoby na ich realizację wybrała miałkie, upokarzające…

Największe błędy AWPL-ZChR w trakcie ostatniej kadencji w rejonie wileńskim to…

To wciąż te same błędy, które to ugrupowanie popełnia od ponad dwudziestu lat samodzielnego rządzenia rejonem. Głównym problemem ich rządów jest polaryzacja społeczeństwa. Podział na „naszych wyborców” i „obcych”. Takie podejście władzy podsyca inne konflikty, bo ze względu na strukturę narodowościową rejonu każda nawet drobna sprzeczka sąsiadów może urosnąć do sporu na tle narodowościowym. I tak też często się zdarza. Ten podział „my” i „oni” istnieje na wszystkich szczeblach. Jest to toksyczne dla rozwoju każdej społeczności, a dla tak specyficznej jaką tworzą mieszkańcy rejonu wileńskiego, jest podwójnie problematyczne. Kolejnym problemem władzy AWPL-ZChR w rejonie wileńskim jest nepotyzm na niespotykaną dotąd skalę. Jeśli spojrzymy na listy pracowników samorządowych, czy osób zasiadających w spółkach należących do samorządu, to są tam same rodzinne klany. A od nepotyzmu jeden krok do korupcji. Lider tej partii Waldemar Tomaszewski może co prawda głosić, że jego partia jest jedyną uczciwą siłą na Litwie, jednak przykłady procesów sądowych jej działaczy, na przykład byłego starosty Rudomina Tadeusza Kułakowskiego świadczą, że partia ta jest daleko od malowanego przez siebie obrazu. Czasami mnie aż dziwi, dlaczego oczywiste przypadki nadużyć i korupcji w rejonie nie interesują litewskiego wymiaru sprawiedliwości. Jest choćby sprawa starosty szaternickiego Wiesława Starykowicza, któremu litewska służba antykorupcyjna zarzucała w swoim czasie przywłaszczenie ziemi państwowej. I mimo przedstawianych wtedy oczywistych faktów kwestia ta raptem ucichła. Dlaczego? To jest pytanie, na które być może kiedykolwiek poznamy odpowiedź. Ja w to wierzę.

A wierzy Pan, że w rejonie wileńskim może dojść do II tury wyborów? Robert Duchniewicz mówił o tym ostatnio w wywiadzie dla „Znad Wilii”. On wierzy w swoją wygraną.

Na pewno wierzę, że może dojść do II tury. Nie wiem, czy akurat teraz to nastąpi i czy na pewno będzie to Robert Duchniewicz, bo nie wykluczałbym co najmniej dwóch innych kandydatów: konserwatysty Gediminasa Kazėnasa oraz działaczki wspieranej przez naszą listę Aleksandry Minajewej. Problem polega na tym, że wybory w rejonie wileńskim wciąż są dalekie od standardów demokratycznych. Obecna władza AWPL-ZChR doskonale umie wykorzystywać w wyborach struktury administracji samorządowej. Zresztą podczas każdych wyborów rzesze partyjno-rodzinnych klanów ugrupowania Waldemara Tomaszewskiego od rana do wieczora przez kilka wyborczych miesięcy pracują „na sukces wyborczy” AWPL-ZChR, oczywiście kosztem zaniedbania swoich bezpośrednich obowiązków.

A jest coś dobrego, co potrafi Pan powiedzieć o AWPL-ZChR w rejonie wileńskim? Żeby nasz wywiad nie był „od a do z” taki przewidywalny?

Och, znam tam wiele osób, z niektórymi jesteśmy w dobrych relacjach. Na ogół są to mili i sympatyczni ludzie, ale podobnie jak pani Maria Rekść są chyba zagubieni w swoich możliwościach, otoczeniu, ocenie sytuacji… Wielu z nich po cichu chwaliło moje krytyczne wobec nich materiały z mojej kariery dziennikarskiej, ale zawsze na końcu dodawali „Ale wie pan jaka jest sytuacja..?”.  A ja wciąż nie wiem, nie rozumiem…

Gdyby Robert Duchniewicz trafił do II tury, czy wyobraża sobie Pan jego poparcie przez „starych socdemów”?

Widząc wyniosłe ambicje pana Roberta ja raczej sobie tego nie wyobrażam. Nie wyobrażam sobie także, by zabiegał on o poparcie u swoich byłych kolegów. Czy trafi do drugiej tury, to już przekonamy się niebawem. Ale jak najbardziej tego mu życzę. Dla rejonu wileńskiego każda bowiem zmiana będzie dobrą zmianą. Bo jak mówi mądrość ludowa „pod leżącym kamieniem woda nie płynie”, a przecież głaz samodzielnych rządów AWPL-ZChR ciąży na Wileńszczyźnie już od ponad 20 lat.

Na koniec niech Pan opowie coś o sobie. Mieszkańcy Wilna, a także ludzie z Warszawy, którzy interesują się Polakami na Litwie, kojarzą Pana z „Kuriera Wileńskiego”. Wiedzą, że zawsze kandydował Pan spoza AWPL, na listach Zuokasa. Ale w pewnym momencie wyjechał Pan do Wielkiej Brytanii. Czy start w wyborach oznacza, że wraca Pan na Litwę, czy będzie Pan nadal zawieszony między dwoma krajami? Jak się Panu w ogóle żyje w Zjednoczonym Królestwie?

Żyję tu bardzo dobrze, czego też wszystkim życzyłbym. Ale jeśli mówić na poważnie, to boli mnie, że musiałem szukać lepszego życia w innym kraju. Wyjechałem głównie z szacunku wobec swojej rodziny, która zawsze wspierała mnie w moich daleko „niekomercyjnych” poczynaniach. Musiałem w końcu zatroszczyć się o nich. Z żoną wychowujemy trójkę dzieci, z których jedno jest całkowicie niepełnosprawne.

Nie potrafił Pan „sprzedać się” politycznie?

Nie, nie potrafiłem. Tym bardziej nie potrafiłem „sprzedawać” swoich dziennikarskich tekstów. Nie mogłem liczyć na jakąkolwiek perspektywę na Litwie, Od początków swojej kariery w „Słowie Wileńskim”, które było pierwszym na Litwie niezależnym polskim tygodnikiem, później zaś w tygodniku „Gazecie Wileńskiej”, hołdowałem niezależności dziennikarskiej. „Kurier Wileński” był zaś moim kolejnym etapem zawodowym. W tym samym czasie byłem dwa lata dziennikarzem portalu „Wirtualna Polska”, w ciągu siedmiu lat redagowałem także własny portal infopol.lt, pierwszy polskojęzyczny portal na Litwie. Byliśmy niezależni, dlatego nie mogliśmy liczyć na jakiekolwiek wsparcie ani ze strony Polski ani ze strony Litwy. Skończyłem więc z dziennikarstwem i wyjechałem na Wyspy.

Czuje się Pan już po trochu Brytyjczykiem?

W Wielkiej Brytanii jedynie pracuję, bo jestem związany z moim krajem oraz moim ulubionym miastem i rejonem. Dlatego chyba też zgodziłem się uczestniczyć w wyborach. Ale nie dla siebie. Przede wszystkim chcę, żeby ludzie mieli wybór i to od ich wyboru zależy, czy będę musiał na stałe wrócić na Litwę, żebyśmy wspólnie mogli coś zrobić dla Wileńszczyzny.

Ten wywiad jest częścią cyklu wyborczego, który rozpoczęliśmy w styczniu 2019 r. Opublikowaliśmy już wywiady z Rajmundem Klonowskim („Komitet Wilnian „Lokys”) oraz Aleksandrem Radczenką (Litewska Partia Socjaldemokratyczna). Planujemy także rozmowy z przedstawicielami innych opcji politycznych, w tym Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i Aliansu Rosjan.

Przeczytaj także:  Rajmund Klonowski: środki unijne nie powinny być dla wilnian złotym cielcem

Przeczytaj także:  Aleksander Radczenko: dla mniejszości w Wilnie najważniejsze są szkoły

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj