Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Kordák z geszénkani, czyli Wielkanoc po mazursku

Mazurzy to lud na wskroś synkretyczny. Wynika to przede wszystkim z położenia geograficznego i historii tegoż małego narodu. Żyjący na dawnych ziemiach Prusów, na styku kultury polskiej, niemieckiej i bałtyjskiej, wytworzyli własne wariacje na temat obyczajowości religijnej. Trudno jest zebrać wszystkie informacje na temat Wielkiej Nocy na Mazurach (Zielgónocÿ), ale warto pochylić się nad najważniejszymi obyczajami i przesądami.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Przygotowania

O czasie przygotowań do Wielkanocy, szczególnie o ostatnich dniach, mówi się dość niewiele. Kilka najciekawszych informacji udało się jednak zebrać badaczowi Mazur Maxowi Toeppenowi, który w swoim dziele „Wierzenia Mazurskie” pokrótce opisał Triduum na Mazurach.  Wielki targ przed Wielkanocą kończył się dziecięcymi zabawami, w tym grą w pytkę, w której prowodyrami byli chłopcy wykrzykujący imiona pogańskich bożków: Perkunos, Pikollos, Potrimpos! (Nibork – obecnie Nidzica)

Przeczytaj także:  Prusowie: utraceni kuzyni Łotyszów i Litwinów

Zaczynało się od Wielkiego Czwartku (Zielgi Cwártek). Był to dzień związany z pracami ogrodniczymi. To w ten właśnie dzień sadzono nowe rośliny, kwiaty. Przesadzano także już wyrosłe rośliny doniczkowe (prżeflancowacz  – przesadzić, flanca  – sadzonka). Wielki Piątek (Zielgi Psióntek lub Czichi Psióntek) był obchodzony tylko w niektórych stronach. Część Mazurów pościła, niektórzy bardzo ściśle tego dnia, ale postawy były raczej zindywidualizowane w tej kwestii. Od zapytanych przeze mnie Mazurów wiem, że w ten dzień jadano ryby z ziemniakami, chleb z najprostszą „pomaskó” – to mógł być dżem czy marmolada, konfitury. Z Wielkim Piątkiem wiązał się także przesąd, jakoby nie wolno było w ten dzień się czesać (podobnie jak i w samą Wielkanoc). Niezastosowanie się do tego zakazu miało skutkować rozgrzebywaniem ziemi w ogrodzie przez kury. Ponieważ w Czichi Psióntek milczały dzwony, w ich rolę wchodzili chłopcy z kołatkami.

Przeczytaj także:  Mazurzy i mazursko godka – etnos skazany na wymarcie?

W Wielką Sobotę (Zielgá Sóbota) przede wszystkim porządkowano obejście i dom (rumowacz  – sprzątać, porządkować). W pracach domowych uczestniczyli wszyscy – dzieci i mężczyźni zajmowali się obejściem, kobiety zaś przygotowywały potrawy na niedzielę. Sobota to był także dzień układania gniazd na jajka – dzieci tworzyły miejsca, w których w niedzielny poranek powinny znaleźć się wspomniane jajka, smakołyki lub inne podarki (Schmackosten). A owe „geszénki” przynosił Zajónc, w niektórych stronach zwany także Kordákiem. Inną wariacją tego obyczaju jest podkładanie prezentów dla dzieci w nieznanym im miejscu. Wtedy dziatwa (bachi, dżiecziuki) musiały chodzić po całym obejściu i szukać gniazd z upominkami. Moi rozmówcy wspominają to jako czas doskonałej zabawy i frajdy. Co istotne, Mazurzy nie chadzali ze święconką, ten obyczaj na Mazurach pojawił się po wojnie wraz z ludnością mazowiecką.

Wielkanoc i Drugie Święto

Niedziela Wielkanocna dla wielu zaczynała się o samym świcie, a czasem nawet i wcześniej. Wtedy wstawano i w zupełnym milczeniu szło się do najbliższego strumyka czy rzeki, najlepiej płynącej na wschód, by móc się tam zanurzyć. Wierzono, że taki rytuał ma zdrowotne i oczyszczające właściwości. Leczono tym sposobem wysypki czy choroby oczu. Milczenie było obowiązkowe, starano się więc na nikogo nie natrafiać podczas wyjścia i powrotu z kąpieli (by nie musieć odwzajemniać pozdrowień). Zamienienie słów z sąsiadami czy przechodniami miało niszczyć magiczną moc obrządku. Uważano też, że osoba, która dokona oczyszczenia jako pierwsza, niejako otrzyma największe korzyści, więc spieszono się, by wyprzedzić innych mieszkańców. W niektórych miejscach podczas samej ablucji wymawiano następujące słowa: wodo kristałowá, ôbmiwas wselke korżénie, ôbmij ji me. Podobno niektórzy również pławili konie w noc wielkanocną.

Woda zaczerpnięta przed wschodem słońca (wznijszcziém) miała posiadać cudowne właściwości. Zanoszono ją przede wszystkim tym, którzy byli zbyt chorzy, by dokonać samodzielnie oczyszczenia. Istniały miejsca, które miały szczególnie zdrowotne wody – na przykład sadzawka w pobliżu pola bitwy pod Grunwaldem.

Dzieci natomiast o świcie próbowały wypatrywać tzw. baraniego skoku. Miał to być specyficzny sposób mienienia się światła wokół dopiero co wschodzącego słońca.

Śniadanie wielkanocne nie miało jakiegoś stałego, tradycyjnego zestawu dań. Często jednak, podobnie jak na Kaszubach, wspomina się o jajecznicy. Jedzono oczywiście także jaja na twardo, chleb, produkty mleczne. Nieraz bardziej obfite od śniadania bywały kolacje wielkanocne, które składały się, szczególnie u zamożniejszych, z ciast i mięs, a także alkoholu.

W niektórych domostwach chowano jajka czy skorupki po nich pod próg, by zapewnić powodzenie na przyszły rok. Jaja malowano (choć nie zawsze), a do tego celu używano naturalnych barwników, np. z cebuli, a dokładniej wywaru z jej skorupy. Dla połysku nacierano jajo słoniną.

Poniedziałek na Mazurach generalnie nie był lany. Zwyczaj oblewania się przejęto z Mazowsza, dopiero po wojnie. Chodziło się natomiast po smaganiu (w niektórych miejscach smagano już w niedzielę). Chłopcy mieli przy sobie witki brzozowe, wierzbowe lub kadykowe (jałowcowe), którymi smagali po nogach młode dziewczęta. Te z jednej strony próbowały uniknąć kontaktu z witką, a z drugiej jednak dawały się choć raz nią uderzyć, bowiem brak smagania mogło być złym omenem dla niezamężnej dziewczyny. Chadzano także po wykupkach, co pamiętam jeszcze z własnego dzieciństwa na Działdowszczyźnie. Wędrowano od domu do domu, z reguły do bliskich sąsiadów czy rodziny, z prośbą o wykup, czyli smakołyki, rzadziej pieniądze. Miała to być nagroda za smaganie witką mieszkanek danego domu, co ponoć przynosi pomyślność i zdrowie. Ze swojego dzieciństwa pamiętam już wariację związaną z dyngusem. Wykup był nagrodą za to, że pani domu nie zostawała oblewana szerokim strumieniem wody, a raczej lekko skropiona, najlepiej perfumami. To kolejny przykład, jak obyczajowość mazurska wtapiała się pewnymi swoimi elementami w nową, mazowiecką czy kresową.

W poniedziałek odwiedzano także rodzinę (w niektórych domach obyczaj zakazywał spotykania się z niespokrewnionymi osobami), wspólnie pito i biesiadowano.

Podsumowanie

Dawna mazurska Wielkanoc łączyła liczne elementy – religijne i ludowe, germańskie, słowiańskie i bałtyjskie. To święto jak mało które pokazywało wielokulturowy, synkretyczny charakter mazurskości, pięknej formy odrębności poprzez kreatywne łączenie tendencji z różnych stron. Dziś niestety nasza tradycja jest w zaniku, ustępując ogólnopolskiej. Chowanie smakołyków to rzadkość, smaganie od lat nie jest praktykowane, gdzieniegdzie jeszcze trzyma się tradycja wykupek. Dlatego warto wspominać i opowiadać, także najmłodszym, a może pewnego dnia część z tych tradycji ożyje?

 

Źródła:

A także wspomnienia własne i informatorów ze społeczności facebookowej Mazurská Gádka. Wstawki językowe – opracowanie własne na bazie źródeł etnolektu mazurskiego.

 

Zdjęcie tytułowe: Jacek / Flickr / CC.

Polub nas na Facebooku!