Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Na skrzyżowaniu wiatrów – rozmowa z reżyserem Marttim Helde

Rozmowa z Marttim Helde, reżyserem filmu Na skrzyżowaniu wiatrów (Estonia, 2014).
play

„Na skrzyżowaniu wiatrów” (w dystrybucji pod nazwą „Na skrzyżowaniu wichrów”), film stworzony ze statycznych obrazów, ukazuje dramat Estończyków deportowanych na Syberię w latach 40. XX w. Film jest dramatycznym, ale i niezwykle estetycznym pomnikiem poświęconym ofiarom tamtych wydarzeń. O filmie rozmawiamy z jego reżyserem, Marttim Helde.

 

Martti Helde

Martti Helde

Martti Helde (1987) jest estońskim reżyserem, którego debiutancki pełnometrażowy film „Na skrzyżowaniu wiatrów” (Risttuules, 2014) jest jednym z najoryginalniejszych europejskich obrazów ostatnich lat. Helde stworzył dotychczas 7 filmów krótkometrażowych i ponad 150 reklamowych, za które wielokrotnie zdobywał nagrody. Reżyser ukończył reżyserię w Bałtyckiej Szkole Filmowej i Medialnej (Uniwersytet Talliński) oraz reżyserię teatralną w Akademii Muzycznej i Teatralnej w Tallinnie.

 

Kazimierz Popławski: Co zainspirowało Ciebie do stworzenia filmu o deportacjach? Temat jest trudny, jesteś młodym człowiekiem.

Martti Helde: Kiedy kończyłem studia nie wiedziałem co będzie tematem mojego pierwszego pełnometrażowego filmu. Bałem się swojego debiutu, było to dla mnie duże wyzwanie. W 2010 roku Estoński Instytut Filmowy ogłosił konkurs na film dokumentalny. Mój dziadek był więziony w obozie. Wiedziałem, że w rodzinnych archiwach mamy listy i pamiętniki moich krewnych. Pierwszy list, który przeczytałem dotyczył czasu. Autorka pisała w nim, że „czuje jakby czas się zatrzymał”. Po przeczytaniu tego listu zdecydowałem stworzyć film dokumentalny, w którym nikt się nie rusza. W ostatnim momencie przesłałem zgłoszenie. Otrzymaliśmy maksymalną ilość punktów, dzięki czemu otrzymaliśmy środki na realizację pomysłu. Zaczęliśmy tworzyć dokument, ale po pierwszej nagranej scenie zorientowaliśmy się, że będzie to coś innego niż zakładaliśmy, że będzie to pełnometrażowy film fabularny.

Pierwszy list, który przeczytałem dotyczył czasu. Autorka pisała w nim, że „czuje jakby czas się zatrzymał”.

Jest więc to historia rodzinna?

Temat był dla mnie bardzo ważny. Kiedy byłem dzieckiem dziadek opowiadał mi historie wojenne, o obozie, w którym był więziony.

Wspomniałeś o listach. Czy Erna Tamm, główna bohaterka filmu, jest z Tobą spokrewniona?

Tak, autorka listów jest moją krewną. Oczywiście w filmie występuje ona pod innym nazwiskiem – Erna Tamm. Listy czytane przez Ernę są w 60% oryginalne, a w 40% zostały stworzone w oparciu o materiały archiwalne – informacje i listy innych osób.

Przeczytaj także:  Na skrzyżowaniu wiatrów - recenzja filmu

Jak wyglądało dokumentowanie historii?

Zbieraliśmy materiał robiąc wywiady z osobami, które jeszcze pamiętają wojnę i deportacje. Odwiedziliśmy 12 osób, które przeżyły te wydarzenia. Szukaliśmy informacji także w książkach, w biografiach i w archiwach. Zbieraliśmy urywki – co się wydarzyło, jak wyglądały deportacje, jak wyglądało życie na Syberii, jak wyglądały domy czy krajobraz. Sowieci nie robili zdjęć i dokumentacji (w przeciwności do Nazistów), była to dla nich operacja tajna, więc zwłaszcza w estońskich archiwach nie ma materiałów zdjęciowych. Przeprowadzone przez nas wywiady pozwalały na odtworzenie atmosfery i przygotowanie scenografii, która możliwie blisko odzwierciedlała tamte wydarzenia. Te badania zajęły nam półtora roku.

Od pomysłu do jego realizacji minęły cztery lata.

Tak, film wymagał czasu. Dokumentację robiliśmy równolegle z jego nagrywaniem. Każda scena wymagała kilkumiesięcznych przygotowań – od dwóch do sześciu miesięcy.

Wykorzystałeś w filmie technikę tableau vivant. Jak wyglądała praca nad tymi scenami?

Przygotowania do jednej sceny zajmowały nam nawet pół roku, ale już jej nagrywanie odbywało się w ciągu dnia. Przygotowania zaczynaliśmy od rysowania mapy sceny, kreśliliśmy drogę kamery po planie zdjęciowym. Następnie zajmowaliśmy się castingiem. W filmie mamy tylko trzech profesjonalnych aktorów, a pozostali to statyści i amatorzy. Szukaliśmy ludzi, którzy mieli w sobie naturalny smutek, którzy pasowali do scen naszego filmu.

Czy było trudno znaleźć takie osoby?

Na castingi zaprosiliśmy w sumie 7000 osób, z których w filmie wzięło udział 700 osób.

Nagrane przez Ciebie obrazy zachwycają kompozycją, estetyką. Czy masz doświadczenie artystyczne, które pozwoliło Ci stworzyć tak piękne sceny?

Przygotowując się do tworzenia kolejnych scen wzorowaliśmy się na rzeźbach i obrazach. Rzeźby są idealnym przykładem ruchu zaklętego w bezruchu. To obiekt, który pomimo statycznej formy pokazuje ruch. Studiując rzeźby szukaliśmy odpowiedzi na pytanie w jakim ułożeniu ciało człowieka jest najbardziej ekspresyjne. Jak ciało człowieka może wyrazić określone uczucia. Dzieliliśmy sceny na tematy – dana scena miała wyrażać np. szczęście, rozłąkę, smutek, próbowaliśmy użyć różnych środków, by wyrazić podobne zagadnienie.

Po wielomiesięcznych przygotowaniach, kiedy już nagrywaliśmy, nasze plany i rysunki pozostawały na półkach, bo wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć. Nigdy nie mieliśmy potrzeby wracać do przygotowanej dokumentacji, a przy tym nigdy nie było momentu zawahania, „co powinniśmy teraz nagrać?”. Wiedzieliśmy jak powinny wyglądać sceny, kostiumy, światła. Myślę, że nagrywanie było nawet bardziej kreatywne niż same przygotowania.

Rzeźby są idealnym przykładem ruchu zaklętego w bezruchu. To obiekt, który pomimo statycznej formy pokazuje ruch.

Użyłeś w filmie techniki tableau vivant, ale również zastosowałeś czarno-białe zdjęcia, a duża część filmu to cisza przerywana głosem Erny czytającej swoje listy. Drugim głosem są szepty.

Edytor dźwięku, z którym chciałem współpracować niestety nie mógł w pełni poświęcić się pracy nad moim filmem. Kiedy zajmuję się czymś chciałbym, żeby moi pracownicy również oddawali się temu zadaniu w pełni, żeby to co tworzą było efektem inspiracji powierzonym zadaniem. Niestety tego zabrakło. Niedługo później, będąc w Finlandii, spotkałem człowieka, który po zobaczeniu filmu z entuzjazmem podszedł do pracy nad jego ścieżką dźwiękową. Zasugerował, by tłem dźwiękowym filmu były głosy imitujące szept wiatru. Ten świetny pomysł uzupełniliśmy nazwiskami deportowanych osób.  Sięgnęliśmy po książkę „Czarna księga”, w której zebrano nazwiska wszystkich Estończyków deportowanych w latach 1941 i 1949. To one są szeptaną melodią. Ta koncepcja jest silnie związana z przesłaniem filmu, a więc, jak pisała Erna „spotkamy się na skrzyżowaniu wiatrów”. Chcieliśmy, by odczytane zostały nazwiska osób, które już nie mogły wrócić do ojczyzny. Chciałem, żeby dźwięk był czymś więcej niż tylko ścieżką dźwiękową, chciałem żeby był uzupełnieniem zdjęć i przedstawionej historii.

Przeczytaj także:  Sowieckie deportacje w czerwcu 1941 roku
Przeczytaj także:  Deportacje z krajów bałtyckich w marcu 1949 roku

Twój film jest swojego rodzaju pomnikiem dla osób z Estonii, krajów bałtyckich, całego regionu deportowanych na Syberię. Jakie były reakcje estońskiej publiczności na film?

Film osiągnął niezłe wyniki oglądalności. Reakcje były bardzo delikatne, ale pozytywne. Nie mieliśmy negatywnych komentarzy. Część publiczności, zwłaszcza krytycy, z powodu jego odmienności, nie bardzo wiedziała co o nim powiedzieć i jak o nim pisać. Po pozytywnych ocenach i nagrodach, które zdobyliśmy w Europie, również krytycy mówią o nim bardziej otwarcie, piszą o nim „nasz film”. Wydaje mi się, że „Na skrzyżowaniu wiatrów” wypełnia lukę w historii estońskiego filmu. Lukę bardzo ważną, a publiczność czekała na ten film.

A jakie uczucia film wywołał u zwykłych widzów?

Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni reakcją publiczności. Po premierze filmu podszedł do mnie starszy człowiek, który pamiętał tamte wydarzenia i powiedział, że wyglądały one dokładnie tak jak przedstawiliśmy w filmie. Uchwyciliśmy w filmie coś istotnego. Otrzymałem mnóstwo listów od widzów. Ich autorzy piszą, że żyli, by zobaczyć tego rodzaju film. Poszedłem prywatnie na ostatni pokaz filmu w Estonii. Kupiłem bilet i usiadłem między widzami. Na projekcję przyszli starsi ludzie z wnukami, co jest naprawdę wzruszające. Wydaje mi się, że starsze pokolenie czekało na taki film, który będzie dowodem, obrazem ich życia, który upamiętni tamte wydarzenia i pokaże je młodszemu pokoleniu. Starsze pokolenie ma poczucie, że młodsza część społeczeństwa zachowa pamięć o historii. Wspaniałe jest to, że starsze i młode pokolenie dzięki filmowi chodzą razem do kina i zapewne po seansie rozmawiają o tym co zobaczyli.

Otrzymałem mnóstwo listów od widzów. Ich autorzy piszą, że żyli, by zobaczyć tego rodzaju film.

Czy myślisz, że młodsze pokolenie jest w stanie zrozumieć ten film bez wyjaśnień starszego pokolenia?

Myślę, że młodsi widzowie zrozumieliby ten film w inny sposób. To co nakręciłem jest jedyną wersją jaką mogę zaoferować. Moje pokolenie jest w o tyle lepszej sytuacji, że mamy lub mieliśmy dziadków, którzy opowiadali nam to co przeżyli. Kolejne pokolenie nie będzie miało już możliwości usłyszenia tych dramatycznych historii bezpośrednio od osób, które były deportowane. Film jest w pewnym sensie mostem łączącym współczesne społeczeństwo z historią i przy tym pomnikiem dla osób, które stały się ofiarami reżimu komunistycznego.

Wspomniałeś, że film zdobył wiele nagród, także za granicą. W krajach Europy Zachodniej społeczeństwa nie miały jednak doświadczeń deportacji jak w naszym regionie. Jakie były reakcje publiczności na Zachodzie?

Wiele osób powiedziało, że film opowiada o wydarzeniach, o których nigdy wcześniej nie słyszeli. Spotkałem się z takimi głosami nawet w Niemczech. Przez prawie 50 lat deportacje były dobrze przestrzeganą tajemnicą reżimu sowieckiego. Za dwa tygodnie film trafi do dystrybucji w Paryżu. Firma, która go kupiła nie miała pojęcia o historycznych wydarzeniach, o których film opowiada. Na Zachodzie film pełni funkcję edukacyjną, co jest bardzo ważne szczególnie wobec tego co się obecnie dzieje na Ukrainie. Schematy działania Rosji powtarzają to co robił poprzedni reżim, więc być może film pomoże zrozumieć to co się dzieje na Krymie czy w Donbasie.

Martti Helde i Laura Peterson (jako Erna Tamm) na planie filmu "Na skrzyżowaniu wiatrów"

Martti Helde i Laura Peterson (jako Erna Tamm) na planie filmu „Na skrzyżowaniu wiatrów”

Czy możliwe jest, żeby film przebił się do szerokiej publiczności? Czy pozostanie tylko filmem festiwalowym?

Być może film jest rzeczywiście zbyt trudny dla zwykłego widza, zbyt głęboki. Kiedy wybieraliśmy sposób wizualnej prezentacji tematu nie chcieliśmy, żeby był to typowy dramat historyczny, żeby był to typowy film patriotyczny. Chcieliśmy stworzyć coś co ważny temat przedstawi w ciekawej formie. Dzięki temu „Na skrzyżowaniu wiatrów” jest nie tylko filmem mówiącym o ważnych wydarzeniach, ale również prezentuje wartość estetyczną. Film trafi do dystrybucji we Francji ze względu na swoją warstwę wizualną, estetyczną. Francuzi to ludzie kina, którzy szukają w filmie czegoś więcej. Film we Francji jest istotną częścią kultury. W pozostałych częściach Europy kino jest raczej rozrywką. Rozpoczynając prace nad filmem wiedzieliśmy, że nie będzie go łatwo wprowadzić do kin i jesteśmy zaskoczeni tym, że trafi do kin francuskich.

Czy masz już kolejną historię, którą chciałbyś opisać?

Mam już pewien pomysł, znów będzie to pewna zabawa formą, regułami. Określenie pewnych ram konwencjonalnych zmusza do ich pokonywania i pobudza kreatywność. Będzie to historia współczesna. W tej chwili jednak zajmuję się dużą sztuką teatralną, która będzie mnie pochłaniała do czerwca. Będzie to koprodukcja Tallińskiego Teatru Miejskiego i Teatru Van Krahl. Na potrzeby tej sztuki budujemy nową scenę w jednej ze starych fabryk. Później wrócę do kolejnego filmu.

Polub nas na Facebooku!