Aleksander Radczenko: dla mniejszości w Wilnie najważniejsze są szkoły

-

Sądzę, że najważniejsze dla mniejszości narodowych w Wilnie jest zachowanie sieci stołecznych szkół. Dotyczy to zarówno Polaków, Rosjan, jak i Żydów czy Białorusinów. Szkoły muszą być także bliżej ludzi. Wilno się rozrasta i jest coraz ciężej dowozić dzieci z jednego krańca miasta na drugi. Należy więc budować szkoły dla mniejszości w nowych dzielnicach miasta. To jest w programie Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Kolejny mój postulat to więcej języków mniejszościowych w przestrzeni publicznej, a więc umożliwienie zwracania się w formie nie tylko ustnej, ale i pisemnej do instytucji samorządowych, używanie polskiego i rosyjskiego w komunikacji samorządu z mieszkańcami, czy wreszcie upamiętnianie znanych przedstawicieli mniejszości narodowych w nazwach ulic czy placów, a także odsłanianie tablic z przedstawicielami znanych i zasłużonych dla Wilna Polaków, Rosjan czy Białorusinów – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim polski prawnik działający na Litwie Aleksander Radczenko, bloger, były urzędnik Ministerstwa Gospodarki.

Aleksander Radczenko urodził się w 1975 r. w Wilnie. Studiował prawo na Uniwersytecie Gdańskim. W latach dziewięćdziesiątych pracował jako dziennikarz w „Słowie Wileńskim”, był także redaktorem naczelnym „Gazety Wileńskiej”. Związany ze środowiskami alternatywnymi, redagował pismo „Chaos”, przewodniczył Klubowi Polskiej Młodzieży Alternatywnej na Litwie, zakładał także grupę twórców niezależnych TKM. Podjął pracę jako prawnik w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz Kancelarii Rządu Republiki Litewskiej. Ostatnio pracował w Ministerstwie Gospodarki. Angażował się w działalność polityczną w Ruchu Liberałów. Odszedł z partii w 2012 r., gdy rząd Andriusa Kubiliusa wsparł nowelizację ustawy o oświacie w kierunku nieprzychylnym wobec mniejszości narodowych. W 2015 r. popierał Remigijusa Šimašiusa jako kandydata na mera Wilna. Od kilku lat związany jest z Polskim Klubem Dyskusyjnym w Wilnie. Prowadzi swojego bloga „Inna Wileńszczyzna jest możliwa”. Jest regularnym gościem „Radia znad Wilii” oraz litewskiego radia „LRT Klasika”. W 2018 r. ogłosił swój start w wyborach samorządowych w Wilnie z listy Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Aleksandrze, zmieniłeś poglądy. Co się stało?

Aleksander Radczenko: To raczej przez publicystów w Warszawie i Wilnie zawsze byłem przedstawiany jako liberał…

No właśnie. Czytając Twojego bloga „Inna Wileńszczyzna jest możliwa”, także miałem takie wrażenie.

No cóż, ja raczej jestem wolnościowcem. Dla mnie bardzo bliski jest liberalny szacunek dla wolności osobistych, praw człowieka. Tak samo jednak ważna jest dla mnie odpowiedzialność i solidarność społeczna, o której mówią socjaldemokraci. Z jednej strony jestem bardzo bliski zarówno socjalistom, jak i liberałom, z drugiej strony – równie daleki. Kiedy Gintautas Paluckas, przewodniczący Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, zaproponował mi start z listy partii, powiedziałem mu wprost: „nie jestem socjaldemokratą”.

Może jesteś socjalliberałem?

Jeśli już stosować jakieś łatki, to powiedziałbym z angielska, że jestem „liberal left”. Z wartości liberalnych biorę wolność, demokrację, szacunek do wolnego rynku, ale z drugiej strony nie jestem przeciwnikiem związków zawodowych, syndykalizmu, zasadzie, że należy zasypywać nierówności materialne czy dążyć do sprawiedliwości społecznej. Mógłbym wystartować także z listy liberałów, ale to Gintautas Paluckas złożył mi atrakcyjniejszą propozycję.

Przeczytaj także:  Gintautas Paluckas: Litewska socjaldemokracja musi wrócić do swoich podstawowych wartości

Poparłbyś podwyżkę podatków na Litwie?

Nie jestem przeciwnikiem wyższych podatków ani progresji podatkowej. Tylko najpierw chciałbym zobaczyć skuteczne państwo, chciałbym widzieć, że władze wydają te pieniądze racjonalnie, nie marnotrawią ich na „pieniądze dla kolegów”. Gdy zobaczę racjonalne państwo, jestem w stanie płacić więcej. Należę do wyższej klasy średniej i mogę płacić większe podatki. Z tego musi wynikać jednak coś dobrego, a nie trwonienie pieniędzy na „złote widelce”.

Podatki na Litwie są optymalne? Powinny wzrastać czy być na tym samym poziomie? Ingrida Šimonytė w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim powiedziała jesienią, że ta dyskusja nie ma sensu, dopóki Litwini nie ustalą, czy bliżej im do modelu państwa skandynawskiego czy amerykańskiego.

Zgadzam się z Ingridą Šimonytė. Litwini chcieliby płacić podatki jak w Stanach Zjednoczonych, a mieć model społeczny jak w Skandynawii. To jest zaś niemożliwe. Nie powiem zatem, czy podatki na Litwie są racjonalne czy nie, czy są wysokie czy niskie. Mogę powiedzieć, że praca jest opodatkowana w naszym kraju dość wysoko, więc nie widzę możliwości dalszej podwyżki. Zaś jeśli chodzi o opodatkowanie kapitału, to nie widzę przeszkód, by mogło być większe. Ale najpierw zdecydujmy, w którym kierunku zmierzamy.

Przeczytaj także:  Ingrida Šimonytė: musimy się zdecydować, czy jesteśmy Szwecją czy USA

Czytałeś w młodości Karola Marksa?

Tak.

Bez obrzydzenia?

Bez.

Dorastałeś w czasach sowieckich, kiedy ludzie się przeciwko temu buntowali…

Marksa przeczytałem jak miałem czternaście lat, dla zasady. Były to już czasy „Sąjūdisu”, ale wszędzie się wtedy mówiło o Marksie, o marksizmie, także w szkole, więc uznałem, że muszę przeczytać. „Kapitału” jednak nie zrozumiałem, natomiast mniejsze, publicystyczne rzeczy owszem, ale nie wywarły one na mnie jakiegoś większego wrażenia. Dla mnie to jest trochę oderwane od życia, szczególnie, że mam doświadczenie historyczne, że przez szesnaście lat żyłem w Związku Sowieckim, który próbował budować coś na teoriach Marksa i nie było to najszczęśliwsze.

Marksiści powiedzieliby, że Sowieci sprzeniewierzyli się ideom Karola Marksa.

Mówić można różne rzeczy…

Wiesz, dlaczego pytam o Marksa? Gdy powstała Litewska Socjaldemokratyczna Partia Pracy, tak zwani „starzy socdemi”, lub po litewsku „socdarbiečiai”, to ich lider Gediminas Kirkilas, sam kiedyś członek Komunistycznej Partii Litwy, powiedział, że ludzie Paluckasa modlą się do Marksa…

Kirkilasowi chodziło o manifest Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, który powstał przed rokiem i jest mocno lewicowy. Ja zresztą już na jesieni 2017 r. umieściłem na temat tego tekstu taki wpis, że wiele z tych rzeczy w nim mi się nie podoba, że to skręt w stronę radykalnej lewicy. Dla mnie manifest wydawał się zbyt radykalny. Nie widzę bowiem na litewskiej scenie politycznej miejsca dla radykałów lewicowych, litewskiej „Syrizy” czy „Podemos”. Nie chcę, by partia Paluckasa poszła tą drogą. Ale litewskiemu systemowi politycznemu, który jest przesunięty bardzo na prawo, przydałoby się stworzenie wiarygodnej partii lewicowej, także ze względu na prawa mniejszości narodowych. Tutaj trzeba jasno powiedzieć: wobec mniejszości narodowych zawsze lewica będzie bardziej otwarta niż prawica. Nawet ta prawica liberalna.

Przeczytaj także:  Liutauras Gudžinskas: Egalitarne społeczeństwa sprzyjają nie tylko biednym, ale także bogatym

Uważasz, że na Litwie lewica ma szansę się odrodzić, czy będzie tak samo jak w Polsce, gdzie SLD, czy w ogóle partie lewicowe, zniknęły z parlamentu?

Mam nadzieję, że się odrodzi.

A może miejsce lewicy zajmie partia Ramūnasa Karbauskisa?

W Związku Chłopów i Zielonych istnieje frakcja, która chciałaby przekształcenia ich w partię centrolewicową. Sądzę jednak, że są w mniejszości. W tej partii dominują jednak osoby o poglądach centroprawicowych czy nawet radykalnie prawicowych. Nie wierzę więc, że ugrupowanie to przekształciło się w partię lewicową bez podziału. Nawet osoby, które dążyły do tego, takie jak posłowie Tomas Tomilinas czy Virginija Vingrienė nie mają już złudzeń. Dla odnowionej Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej pojawia się zatem spora nisza i wszystkie sondaże pokazują, że ich poparcie ustabilizowało się na poziomie dziesięciu procent. A nawet zaczyna rosnąć. Elektorat litewski jest generalnie lewicowy, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne czy społeczne.

Głosuje jednak na prawicę.

W ostatnich wyborach tak, ale wcześniej mielimy wieloletnie centrolewicowe rządy Algirdasa Brazauskasa, Gediminasa Kirkilasa czy Algirdasa Butkevičiusa. To była jednak „fakeowa” lewica, trochę neoliberalna, ludzie się od niej odwrócili, bo poza hasłami nie było w niej lewicowej treści. To całe rozwarstwienie społeczne, które mamy teraz na Litwie, zawdzięczamy m.in. lewicy. Liczba ludzi, którzy żyją poniżej granicy ubóstwa, zwiększyła się. Rządy lewicy miały do zaproponowania tylko retorykę.

Przeczytaj także:  Na Litwie powstaje nowa lewicowa partia

Przeczytaj także:  Gediminas Kirkilas: Naciski Brukseli na Polskę przypominają mi nasze przygody z Moskwą

Nie byłeś fanem rządu Algirdasa Butkevičiusa.

Nie byłem, ale nie wynikało to z jego poglądów, a raczej z braku poglądów, braku własnego zdania u premiera.

A udało się rządowi Butkevičiusa zrobić coś dobrego?

(Długie milczenie) Euro? Nadal nie ma zgody, czy wynikło z niego więcej złego czy dobrego. Chciałbym powiedzieć o powołaniu do życia przy rządzie Departamentu Mniejszości Narodowych, ale to jest zdecydowanie za mało. W gospodarce kontynuowana była neoliberalna polityka zaproponowana jeszcze przez Algirdasa Brazauskasa, co wpłynęło choćby na liberalizację kodeksu pracy. Ja nie jestem przeciwnikiem Algirdasa Butkevičiusa, nie uważam, że to był najgorszy rząd czy premier w historii Litwy, ale większych osiągnięć nie widzę.

Uważasz, że partię Gediminasa Kirkilasa, waszą konkurencję, która jest obecnie w koalicji ze Związku Chłopów i Zielonych, można nazwać lewicową?

Ja uważam, że mamy jedynie jedną partię lewicową – Litewską Partię Socjaldemokratyczną. Ale nawet mówiąc o ugrupowania Gintautasa Paluckasa, trzeba zdawać sobie sprawę, że ono dopiero staje się lewicą, zachodzą trudne procesy, które wpływają na tożsamość partii. Następuje wymiana liderów, tarcia, sprzeczności, ale jest szansa, że właśnie to środowisko odnajdzie w sobie lewicowe korzenie. Natomiast co do ludzi Kirkilasa, to nie jest to partia, bardziej grupa przyjaciół, którzy za wszelką cenę próbują się utrzymać u władzy, zachować jakieś pozycje, wejść do Parlamentu Europejskiego, ale nie ma w tym żadnej ideologii.

Kandydujesz z listy Paluckasa, ale nie wstąpiłeś do partii. Dlaczego?

Ja już raz byłem członkiem partii, Ruchu Liberałów, od 2006 do 2012 r. Pod koniec swojego członkostwa, gdy zaczęła być omawiana reforma oświaty ministra Gintarasa Steponavičiusa, która uderzała w mniejszości narodowe, próbowałem przekonać partię, że to nie jest najlepsza droga. Nie udało mi się, więc wystąpiłem z tego ugrupowania. Stwierdziłem, że nie widzę siebie w żadnej partii. Obecnie nadal tak jest, ale to, co wydarzyło się przed rokiem, kiedy Gintautas Paluckas został szefem lewicy i próbował wrócić do socjaldemokratycznych korzeni, to mi się to spodobało. Kibicuję mu, stąd mój start. Kiedy zwrócił się do mnie z propozycją wsparcia partii w wyborach samorządowych, długo się zastanawiałem. Propozycja była złożona w czerwcu 2018 r., myślałem o tym cztery miesiące. Miałem dużo rozmów z przyjaciółmi. Postanowiłem spróbować, po części dlatego, że nie udało mi się namówić nikogo innego do startu, z ludzi bardziej wartych tego, by wystartować. Lewica zaś zaproponowała mi miejsce w pierwszej piątce. Ostatni raz taka rzecz zdarzyła się w wileńskim samorządzie w 1995 r., gdy w pierwszej piątce Litewskiej Demokratycznej Partii Pracy Algirdasa Brazauskasa także był Polak.

Przeczytaj także:  Algirdas Raslanas: w drugiej turze mógłbym głosować na Juozaitisa

To może warto oficjalnie wstąpić do Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej?

W tej chwili tego nie rozważam. Ale co się wydarzy później, nie wiem. Wiele będzie zależało jaki będzie mój wynik wyborczy, jakie będą zmiany w partii, tam się toczą burzliwe dyskusje. W kwietniu będą wybory przewodniczącego, zobaczymy, czy utrzyma się Paluckas. Może wystartować Mindaugas Sinkevičius, a on ma trochę inną koncepcję na to ugrupowanie. Obecnie nie mam więc zdania, nie mówię „nie”, ale nie mówię także „tak”.

Remigijus Šimašius także oferował Ci start w wyborach do rady Wilna. Gdy w 2015 r. Šimašius kandydował na mera, podszedłeś do niego bardzo entuzjastycznie. Rozczarował Cię przez te cztery lata?

W 2015 r. rzeczywiście poparłem Remigijusa Šimašiusa, ale już nie Ruch Liberałów. Dałem to wyraźnie do zrozumienia, oddzieliłem te dwie rzeczy. Z obecnym merem wiele lat razem przepracowałem, znaliśmy się. Uważałem, że on jest w stanie przełamać etniczny klincz, kiedy nawet lewicowi czy liberalni politycy odwołują się do elektoratu nacjonalistycznego, a swoją kampanię budują może nie w kontrze do mniejszości, ale bez jakiejś przychylności wobec Polaków czy Rosjan. Šimašius wtedy to zmienił. Bardzo jasno opowiedział się za wszystkimi polskimi postulatami.

Zuokas też próbował kokietować Polaków.

Tak, ale akurat on powiedział w kampanii, że „dwujęzycznych napisów nie będzie w Wilnie nigdy”. Mimo wsparcia go przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Šimašius stwierdził zaś, że jest za takimi napisami. One rzeczywiście pojawiły się później w Wilnie. To, co mnie zraziło do Šimašiusa, to reforma oświatowa w Wilnie. Ja ją krytykowałem, uważałem, że obecny mer także jest za nią odpowiedzialny, powiedziałem mu to zresztą w twarz, gdy proponował mi kandydowanie. Uważam, że był dobrym merem, spełnił wiele obietnic wobec mniejszości narodowych, ale tej reformy edukacyjnej nie mogę mu wybaczyć. Dlatego nie wyobrażałem sobie kandydowania do rady miejskiej z jego komitetu „Wilno, którym się szczycimy”.

Przeczytaj także:  Remigijus Šimašius nowym merem Wilna

Przeczytaj także:  Wilno przyjazne mieszkańcom – rozmowa z merem Remigijusem Šimašiusem

A jak porównujesz Šimašiusa z Zuokasem…

Artūras Zuokas jest świetnym pijarowcem. On rzuca ideami, pomysłami, różnymi fantazjami, które pobudzają do myślenia, mogą się podobać albo wzbudzać zainteresowanie, ale wszystkie rządy Zuokasa cechowało zawsze dbanie o swoje własne interesy albo interesy przyjaciół. Za Zuokasa mieliśmy także w Wilnie brak przejrzystości. Uważam zatem, że Šimašius jest lepszym merem, choć wobec niego także są pytania. Brakuje mi choćby u niego szerszej wizji Wilna jako stolicy. Generalnie gdybym jednak musiał wybierać tylko między Zuokasem i Šimašiusem,, nadal wybrałbym Šimašiusa.

A Gintautas Paluckas jest dobrym wicemerem?

Dla mnie najważniejsze są sprawy związane z mniejszościami narodowymi. I trzeba powiedzieć, że zarówno w 2015 r., jak i obecnie, litewska lewica opowiada się za postulatami mniejszości. Cztery lata temu, za rządów Algirdasa Butkevičiusa, to była bardziej retoryka, dziś mamy już konkrety, takie choćby jak przedstawiona w lutym 2018 r. w Sejmie ustawa o mniejszościach narodowych, którą miałem okazję konsultować. Mało się także mówi o tym, że w 2017 r. socjaldemokracja przedstawiła w samorządzie projekt, który pozwolił przekształcić się szkołom Adama Mickiewicza, Szymona Konarskiego czy Aleksandra Puszkina w „długie gimnazja”. To był projekt radnej Auksė Kontrimienė i on został zaakceptowany przez radę miejską, inaczej niż projekt AWPL-ZChR.

Wracając jednak do Gintautasa Paluckasa jako wicemera…

On jest odpowiedzialny za sprawy społeczne i ma spore osiągnięcia. Weźmy kwestię lekarzy. W 2018 r. rząd Sauliusa Skvernelisa zwiększył wynagrodzenie dla pracowników medycznych o jakieś 30%. Samorząd Wilna do tego dopłaca kolejne parędziesiąt procent. Tak więc socjaldemokraci robią konkretne rzeczy. Oczywiście można by zrobić więcej, ale lewica ma w Wilnie zaledwie czterech z pięćdziesięciu radnych.

Pewnie w marcu powtórzycie ten wynik.

Oczekuję, że będzie więcej. Generalnie sondaże są pozytywne, szczególnie w dużych miastach zwiększyło się poparcie dla Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Šimašius i Zuokas nie są już tak atrakcyjni dla mieszkańców Wilna, Edyta Tamošiūnaitė będzie musiała walczyć o elektorat rosyjski z Wiktorem Uspaskichem, zaś Dainius Kreivys, kandydat konserwatystów, jest bardzo słabym politykiem. W tym kontekście nie wykluczałbym, że Gintautas Paluckas może nawet trafić do drugiej tury. Jego notowania są niezłe, nie ma przy tym dużego negatywnego elektoratu. W wyborach  2019 r. wszystko jest możliwe.

Jeśli Paluckas będzie w drugiej turze z Šimašiusem, to nie ma szans.

To nie jest przesądzone. Paluckas nie ma nieprzychylnego elektoratu, a wynik drugiej tury, podobnie jak w 2015 r., będzie zależał od tego jaki kto ma większy negatywny elektorat. A więc zostanie wybrany nie ten kandydat, który jest najbardziej lubiany, ale ten, który ma najmniej ludzi niechętnych wobec siebie. Problemem Paluckasa może być tylko to, że nie jest zbytnio znany, ale to Šimašiusem ludzie są rozczarowani.

Do kogo chcesz się odwoływać jako kandydat? Będziesz polskim kandydatem, polsko-rosyjskim, odwołującym się do wszystkich mniejszości, czy nie będziesz podkreślać swojej narodowości?

Ja jestem kandydatem mniejszości narodowych. Nie ukrywałem tego nigdy. Nadal na litewskiej scenie politycznej istnieje etniczne głosowanie: Polacy i Rosjanie głosują na „swoich”, Litwini zaś na Litwinów. Niezależnie od partii. Tylko w Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej jest inaczej, bo ich elektorat nie ma alergii na mniejszości narodowe. W dodatku te ostatnie zawsze chętnie głosowały na lewicę, zwłaszcza Rosjanie. Widzę więc siebie jako kandydata mniejszości i niezależnie jaki będzie mój wynik chciałbym, żeby LSDP jeszcze bardziej była otwarta na ich postulaty.

Przeczytaj także:  Karolis Dambrauskas: Trzeba wspólnie rozwiązywać problemy mniejszości narodowych

Co według Ciebie jest najważniejszym problemem mniejszości narodowych?

Sądzę, że zachowanie sieci szkół mniejszościowych w Wilnie. Dotyczy to zarówno Polaków, Rosjan, jak i Żydów czy Białorusinów. Szkoły mniejszościowe muszą być także bliżej ludzi. Wilno się rozrasta i jest coraz ciężej dowozić dzieci z jednego krańca miasta na drugi. Należy więc budować szkoły dla mniejszości w nowych dzielnicach miasta. To jest w programie Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Kolejny mój postulat to więcej języków mniejszościowych w przestrzeni publicznej, a więc umożliwienie zwracania się w formie nie tylko ustnej, ale i pisemnej do instytucji samorządowych, używanie polskiego i rosyjskiego w komunikacji samorządu z mieszkańcami, czy wreszcie upamiętnianie znanych przedstawicieli mniejszości narodowych w nazwach ulic czy placów, a także odsłanianie tablic z przedstawicielami znanych i zasłużonych dla Wilna Polaków, Rosjan czy Białorusinów.

Przypomina mi się sprawa tablicy Mackiewiczów przy ulicy Witebskiej…

Przez rok nie mogliśmy w samorządzie wileńskim uzyskać zgody na zamontowanie tablicy upamiętniającej Józefa i Stanisława „Cata” Mackiewicza. Dopiero dzięki osobistemu zaangażowaniu się Šimašiusa i Paluckasa udało się. Dodam, że ta tablica była sfinansowana przez „Orlen Lietuva”, a nie samorząd. Niestety władze Wilna w takich sytuacjach wciąż częściej przeszkadzają niż pomagają. Biurokratyczne przepychanki trwają niestety długo. Gdy zostanę radnym – chciałbym to zmienić.

Przeczytaj także:  Odsłonięcie tablicy Mackiewiczów w Wilnie i Czarnym Borze

A kogo z Polaków czy Żydów chcielibyście w Wilnie upamiętnić?

Nie chcę rzucać teraz nazwiskami, to jest kwestia do ustalenia. Ale powiem choćby o planach upamiętnienia w Wilnie Bernarda Ładysza. W tej sprawie nic nie ruszyło się przez parę lat. Wszystko ugrzęzło w biurokratycznym bagnie. Wspomnieliśmy o Józefie Mackiewiczu. On zawsze marzył, by być pochowany w Wilnie, oczywiście dopiero wtedy, kiedy miasto opuszczą komuniści. Związku Sowieckiego nie ma już trzydzieści lat. Dlaczego nie sprowadzić szczątków Józefa Mackiewicza do Wilna?

Będziesz prowadzić kampanię także w języku rosyjskim?

Oczywiście.

Będziesz mieć jakiś program specjalnie dla tej społeczności?

Nie będę tworzyć odrębnego programu, ale uważam, że warto by było, by Rosjanie byli reprezentowani w radzie miejskiej nie tylko przez prokremlowskich polityków wybranych z listy AWPL-ZChR. Ludność rosyjskojęzyczna stanowi przecież znaczącą część mieszkańców Wilna. Na liście Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej jest zresztą dużo Rosjan, podobnie jak innych mniejszości narodowych. Te ostatnie stanowią około jednej piątej listy. Nie ma drugiej takiej listy, poza AWPL-ZChR, która miałaby tylu kandydatów nielitewskich.

Dostałeś czwarte miejsce, ale zazwyczaj wyborcy jednak rankingują. Nie obawiasz się, że spadniesz na dalszą pozycję?

Wszystko jest możliwe. Zrobię wszystko, by utrzymać tę pozycję, ale zdecyduje wyborca. Spadku nie obawiam się, bo dla mnie i tak najważniejsze jest nagłośnienie tematów związanych ze sprawami mniejszości narodowych. Program, który jest obecnie, i tak będzie zresztą realizowany, niezależnie, czy znajdę się na czwartej czy na dziesiątej pozycji.

Ale gdybyś wszedł do rady, mógłbyś pilnować tych wszystkich kwestii.

Byłbym gwarancją, że w kwestiach praktycznych, to nie zostanie zapomniane. Ale ja wierzę, że Litewska Partia Socjaldemokratyczna się zmienia i nawet, jeśli w radzie będą z jej ramienia sami Litwini, to oni nie zapomną o tych wszystkich kwestiach. My zaś, przedstawiciele mniejszości narodowych w partii, będziemy pilnować, by te sprawy nie były pomijane.

Zostawisz swoje ulotki w Domu Polskim? Cztery lata temu Roman Gorecki-Mickiewicz miał problemy, by to zrobić.

Cztery lata temu sytuacja była zupełnie inna. Teraz także polska społeczność bardzo się zmieniła. Nie wiem, czy będę zostawiać ulotki w Domu Polskim. Kampania zaczyna się dopiero w lutym, więc wtedy będziemy myśleć, gdzie należy kierować nasze materiały i gdzie będą one najbardziej widoczne.

Jeśli trafisz do rady, a socjaldemokraci będą w koalicji z polską partią…

To wszystko zależy od tego, jacy radni będą reprezentować AWPL-ZChR.

Choćby Renata Cytacka.

Z Renatą Cytacką studiowaliśmy razem na Uniwersytecie Gdańskim. Przyjaźniliśmy się. Teraz stosunki są napięte. Ale ja mam dobre relacje z kilkoma innymi radnymi AWPL-ZChR, sądzę, że gdyby je przenieść na poziom rady, to nasza współpraca mogłaby się układać idealnie. Kiedy w 2015 r. Remigijus Šimašius mówił, że nigdy nie wejdzie w koalicję z partią Tomaszewskiego, ja twierdziłem, że taka koalicja, z udziałem socjaldemokratów, byłaby najlepsza dla mniejszości narodowych. Wyszło, że miałem rację. W 2017 r. powstała taka koalicja, Edyta Tamošiūnaitė została wicemerem i udało się temu układowi załatwić choćby sprawę polskich szkół. Tak więc ja nie widzę żadnego problemu, by pracować w ramach koalicji ruchu Šimašiusa, AWPL-ZChR i socjaldemokratów. Często politolodzy czy dziennikarze z Polski nie wiedzą, nie rozumieją, czym jest Wileńszczyzna. To jest taka duża wioska, my się wszyscy znamy…

Przeczytaj także:  Olga Gorszkowa: Tomaszewski potraktował wstążeczkę georgijewską instrumentalnie

Nie zawsze lubimy.

Jak w rodzinie. Ale to nie znaczy, że jeśli publicznie jeden drugiego krytykuje, to nie możemy współpracować. Nie mam problemu w tym, by uścisnąć rękę Waldemarowi Tomaszewskiemu, myślę, że on nie ma problemu w tym, żeby uścisnąć rękę mnie.

I tym się różnicie od Polski.

To, że mamy inną optykę na kwestię związane z Ukrainą czy Rosją, nie znaczy, że nie możemy dogadać się w kwestii szkół polskich w Wilnie.

Dziękuję za rozmowę.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj