Tomas Čeponis: Rosja zawsze starała się oddziaływać propagandowo na kraje bałtyckie i Polskę

-

Jeśli cofnąć się do czasów carskich, są dokumenty, w których rosyjscy przywódcy pisali o Krymie, o regionie Bałtyku. Jeśli spojrzymy dziś na to, co w Rosji opowiada się na temat krajów bałtyckich, na temat ich przynależności i suwerenności, to możemy odwołać się do Rogozina, Dugina czy Żyrynowskiego. Oni otwarcie mówią, że część  krajów bałtyckich powinna być pod wpływem czy wprost należeć do Rosji. Możemy sięgnąć także dalej. Mamy wskazówki cara Piotra Wielkiego z 1724 roku: „Próbujcie rozbijać Rzeczpospolitą, nieustannie podtrzymując w niej zazdrość i niezgodę; przekupujcie potężnych ludzi; wpływajcie na sejmy i przekupujcie je, żebyśmy w końcu mogli wpłynąć na wybór króla… by wprowadzić moskiewskie pułki i trzymać je do tego momentu, gdy pojawi się szansa, by zostały na zawsze” – przypomina w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim pracownik Ministerstwa Obrony Republiki Litewskiej Tomas Čeponis.

Tomas Čeponis jest starszym sierżantem Litewskich Sił Zbrojnych. Od 2011 roku pracuje w Departamencie Komunikacji Strategicznej, Sekcji Analiz i Planowania Szefa Sztabu Generalnego w Wilnie. Rozmowa odbyła się w lipcu 2020 roku w siedzibie Ministerstwa Obrony Republiki Litewskiej przy ulicy Tatarskiej w Wilnie.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Chciałbym poprosić o krótką prezentację Departamentu Komunikacji Strategicznej, w którym Pan pracuje, jaka jest jego historia?

Tomas Čeponis: Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy Litwa zapragnęła wejść do NATO. Musieliśmy odrobić swoją pracę domową, przygotować nasze siły obronne. Zatrudniliśmy specjalistów operacyjnych, psychologów, specjalistów ds. treningu. Uczestniczyliśmy w wielu misjach zagranicznych takich jak na Bałkanach, Afganistanie czy w Iraku. Oni wracali z tych krajów i patrzyli, w jakim jesteśmy stanie jako państwo. Zastali rzeczywistość, gdzie działały wciąż te same wpływy, ta sama propaganda czy wojna informacyjna ze strony jednego z naszych sąsiadów. Mówię tutaj o 2007 roku, o okresie przed wojną w Gruzji. Wtedy pojawili się młodzi specjaliści i na szczęście ich poglądy znalazły zrozumienie wśród starszego pokolenia w wojsku, które pamiętało czasy sowieckie, z ich propagandą i dezinformacją.

Pierwszą jednostką, którą otworzono w 2009 roku, było Centrum Operacyjno-Informacyjne. Później stworzyliśmy z tego Departament Komunikacji Strategicznej. Obecnie naszym głównym celem jest walka z rosyjską propagandą wewnątrz Litwy. Pamiętam, że jak zaczynaliśmy naszą pracę, analizowaliśmy dwie wojny w Czeczenii. Generalnie po pierwszej wojnie władza w Rosji zmądrzała i postanowiła nie dopuścić, by do społeczeństwa rosyjskiego przedostawały się informacje, o tym, co się dzieje w Groznym. Zaczęli więc tworzyć propagandę na użytek własnego społeczeństwa, co później wpływało także na sąsiadów. Jeśli spojrzymy na wojnę w Gruzji, to wtedy sytuacja była jeszcze poważniejsza. Wojnie, wywołanej wtedy, kiedy oczy świata skierowane były na olimpiadę, a ludzie byli na wakacjach, towarzyszyła walka informacyjna. Można powiedzieć, że wojna w Gruzji to był także taki „wake up call” dla Litwy, żeby podjąć działania także po naszej stronie. Później nastąpiła zaś aneksja Krymu i wojna na Ukrainie. Wszystko wtedy stało się oczywiste.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że wojna informacyjna nie jest dla Rosji pierwszyzną, że znana była już w czasach carskich.

Wiele razy zastanawialiśmy się, dlaczego Rosja ma takie sukcesy w tej dziedzinie. Przecież jeśliby popatrzeć, to Zachód ma przewagę finansową, ale także komunikacyjną, medialną. Prawda jest jednak taka, że Rosja nigdy nie zarzuciła swojej wojny propagandowej, nawet po rozpadzie Związku Sowieckiego oni zachowali swoich starych specjalistów od wojny informacyjnej. Zachód był zakochany w Jelcynie jako demokracie, ale jeden z rosyjskich szpiegów w USA potwierdził, że w wysyłano wtedy na Zachód parę razy więcej szpiegów niż w okresie Gorbaczowa.

Przeczytaj także:  Między polityką, ideologią a interpretacją historii. Konflikty o pomniki sowieckie w Europie Środkowo-Wschodniej

Jeśli zaś cofnąć się do czasów carskich, są dokumenty, w których rosyjscy przywódcy pisali o Krymie, o regionie Bałtyku. Jeśli spojrzymy dziś na to, co w Rosji opowiada się na temat krajów bałtyckich, na temat ich przynależności i suwerenności, to możemy odwołać się do Rogozina, Dugina czy Żyrynowskiego. Oni otwarcie mówią, że część  krajów bałtyckich powinna być pod wpływem czy wprost należeć do Rosji. Przywołuje się to, co Michaił Gorbaczow miał w 1990 roku powiedzieć liderowi Komunistycznej Partii Litwy: jeśli chcecie wyjść ze Związku Sowieckiego, powinniście oddać Kłajpedę i Wilno, które dostaliście od nas”. Żyrynowski wciąż nawiązuje do tej poetyki, on wciąż mówi, że pewne terytoria nie powinny należeć do Litwy.

Powiedział Pan wcześniej, że Rosja od wieków próbowała wpływać na Rzeczpospolitą, skłócać Polskę z Litwą i są na to przykłady.

Mamy wskazówki cara Piotra Wielkiego z 1724 roku: Próbujcie rozbijać Polskę (Rzeczpospolitą Obojga Narodów), nieustannie podtrzymując w niej zazdrość i niezgodę; przekupujcie potężnych ludzi; wpływajcie na sejmy i przekupujcie je, żebyśmy w końcu mogli wpłynąć na wybór króla… by wprowadzić moskiewskie pułki i trzymać je do tego momentu, gdy pojawi się szansa, by zostały na zawsze”. To cytat z książki La Pologne historique, litteraire, monumentale et illustree wydanej w Paryżu w latach 1839-1845.

Rosja prowadziła zresztą podobną politykę przed II wojną światową. Zachowały się raporty sowieckiego posła w Kownie Aleksandra Akselroda, który był dumny z tego, że udało mu się pogorszyć relacje polsko-litewskie. Jeśli spojrzymy na współczesne NATO czy Unię Europejską, to także teraz Rosja starała się wpływać na relacje Polski z krajami bałtyckimi. Mogę wreszcie zacytować wypowiedź samego Dugina: napięcia etniczne w stosunkach polsko-litewskich są niezwykle cennym elementem, który należy wykorzystać i tam, gdzie to możliwe, pogłębić”.

Przeczytaj także:  „Mamy do czynienia z wojną“. Litewskie strachy przed Rosją

W rozważaniach o propagandzie rosyjskiej, często można się odwołać do kwestii odrębnych cywilizacji, która reprezentowała Rzeczpospolita i Imperium Rosyjskie, choć ten kierunek myślenia ma także przeciwników. Na slajdach, które Pan pokazuje widzę cytat z G. Feifera: „Rosjanie od wieków postrzegali Rzeczpospolitą Obojga Narodów, niegdyś potężne państwo katolickie, jako zagrożenie egzystencjalne”.

To samo pisał Huntington: „Zderzenie cywilizacji, gdzie różnice kulturowe między państwami bałtyckimi, które są katolickie i protestanckie, a także podzielają zachodnie wartości liberalno-demokratyczne, spotyka się z rosyjskim prawosławnym, autokratycznym typem rządów zorientowanym na Wschód”. Tak pisze Huntigton. Ale w Rosji postrzega się to często inaczej. Mogę zacytować wypowiedź Dmitrija Rogozina z 2011 roku: „kraje bałtyckie, zasadniczo terytoria rosyjskie, zostały utracone przez macierz, co jest największą tragedią ludzkości”. Można więc zatem postrzegać Litwę, Łotwę i Estonię jako „terytoria zasadniczo rosyjskie”.

Jest to dość osobliwe. Oczywiście dużą rolę odgrywa w tym wszystkim historia. W rosyjskich szkołach wypacza się historię regionu Bałtyku.

Czy słyszał Pan, czego naucza się w Rosji o bitwie pod Grunwaldem?

(Tomas Čeponis pokazuje kolejny slajd na telebimie)

„15 lipca 1410 roku, ruskie wojska i ich sojusznicy: Polacy, Litwini, Czesi, zwyciężyli nad niemieckim rycerstwem w bitwie pod Grunwaldem. Pułki smoleńskie wytrzymały nacisk rycerzy Zakonu Krzyżackiego, decydując w ten sposób o wyniku bitwy. Pokonanie Niemców i ich sojuszników z 22 państw Europy było zupełne, Zakon Krzyżacki nie był w stanie się podnieść”. Filmik, gdzie znajdują się te zdania, jest pokazywany w Rosji wszędzie.

Wygląda jak żart.

Ale jest prawdziwy i można go obejrzeć na wielu imprezach, a także w środkach komunikacji. Podobnie jak żart wyglądają zdjęcia z 15 lipca w Polsce, z Grunwaldu, gdzie można zobaczyć flagi sowieckie i rosyjskie, ale są prawdziwe.

Dezinformacja rosyjska często dotyczy także kwestii cmentarzy żołnierzy sowieckich w Polsce i w krajach bałtyckich.

Na Litwie po II wojnie światowej mieliśmy cztery duże cmentarze Armii Radzieckiej, ale okazało się, że to nie wystarczy, więc zbudowano je praktycznie w każdym rejonie. Może Pan zresztą spojrzeć na mapę. To było takie oznaczenie terenu: na całej Litwie ma być Związek Sowiecki i jego martwi żołnierze. Była to swego rodzaju wojna ideologiczna. To samo mieliśmy w Łotwie i Estonii. Cmentarze przypominały, do kogo należy region Bałtyku. Mieliśmy dwa duże przypadki zmian w tej dziedzinie: historię z Brązowym Żołnierzem w Tallinnie, a także zdjęcie figur z Zielonego Mostu w Wilnie. To wpłynęło na rosyjską dezinformację. Proszę spojrzeć co się stało w Estonii w 2007 roku. Sądzę zresztą, że na Litwie mogłoby być podobnie, nawet jeśli relatywnie mniejszość rosyjska jest tutaj mała.

Przejdźmy może do fake newsów, które mieliśmy w ostatnim okresie ze strony Federacji Rosyjskiej.

Jednym z takich przykładów jest informacja, że niemieccy żołnierze stacjonujący w Rukli zgwałcili dziewczynkę z Janowa. Ta wiadomość szybko została wysłana do posłów na Sejm oraz do policji. Później informację umieszczono na fake’owej stronie internetowej auraspress.wordpress.com. Następnie informacja przedostała się do innych mediów, w tym do mediów społecznościowych.

Przeczytaj także:  Walka o duszę łotewskiego Rosjanina

W jaki sposób możemy zwalczać tego typu fake newsy?

Pierwszą drogą jest stworzenie małej społeczności, która będzie wrażliwa na tego typu wpisy i będzie szybko je wykrywać i reagować na nie. To nie muszą być osoby zatrudnione przez państwo, to mogą być zwykli ludzie, studenci, dziennikarze czy sygnaliści. Oczywiście ważne jest wsparcie z NATO i Unii Europejskiej. Drugim rozwiązaniem jest edukacja. Musimy uwrażliwić społeczeństwo na to, że będzie stykało się z tego typu informacjami. Ale to wymaga czasu i nie jest łatwe. Nie osiągniemy tutaj sukcesu w ciągu roku. Musimy nauczyć ludzi, czym jest propaganda, jakie są jej techniki, czym są fake newsy. Powinniśmy wytłumaczyć, jak wykrywać błędy logiczne w tego typu informacjach, nauczyć myśleć krytycznie. Po trzecie, bardzo ważne jest prawo i świadomość, że środowisko informacyjne jest podobnie ważne jak gospodarka czy wojsko. W prawie powinno być zapisane, co możemy robić, a czego nie możemy robić w ramach środowiska informacyjnego. Trzeba oczywiście mieć świadomość, że środki prawne mogą nie być popularne w demokratycznych społeczeństwach.

Macie jednak pewne sukcesy w tej wojnie.

Litwa była pierwszym krajem w Unii Europejskiej, który ukarał rosyjski kanał telewizyjny za propagandę. Mam na myśli RTR Planeta. Generalnie cały czas obserwujemy media i jeśli któryś z naszych pracowników zauważy coś podejrzanego, natychmiast to zgłasza. Dokonujmy dekonstrukcji tych informacji i wtedy jest możliwość pójścia do sądu. Z wnioskiem w tej sprawie do sądu zwróciła się Komisja Litewskiego Radia i Telewizji. Retransmisję postanowiono wstrzymać po tym jak została podana informacja o Krymie, podżegająca do niezgody narodowościowej i zarzucająca nowym władzom Ukrainy, że nie są legalne. Tak więc zamknięcie kanału rosyjskiego było decyzją sądu. Nie było to zresztą zamknięcie ostateczne: sankcje mogą wahać się od kar finansowych poprzez zamknięcie na trzy miesiące albo nawet na pół roku, jeśli dojdzie do recydywy. Był także drugi i trzeci przypadek: Russia Today, która nie została zamknięta za treść, za dezinformację, ale w związku z sankcjami Unii Europejskiej wobec Dmitrija Kisielowa. Podobnie było w przypadku Sputnika, który sąd na Litwie ukarał za pogwałcenie praw autorskich, skopiowanie około tysiąca artykułów z portalu naszej telewizji LRT, więc to już była trochę inna sprawa.

Przeczytaj także:  Równoległe światy

Przeczytaj także:  Zbigniew Jedziński: Putin popełnił błąd, zajmując Krym

Przeczytaj także:  Dmitrij Sawwin: Zajęcie Krymu było antyrosyjskie

Generalnie jednak nie chodzi o zamykanie kanałów. Chcę powiedzieć, że mamy na Litwie wolontariuszy, tzw. elfów, którzy walczą z rosyjskimi trollami w Internecie. Najpierw założyli platformę „Demaskuok”, teraz znani są pod nazwą „Debunk.eu”. Oni działają błyskawicznie. Niestety nie jesteśmy w stanie zawodowo walczyć z trollami, ale znaleźliśmy ludzi, którzy robią to pro publico bono, bo mają czas, potrzebę czy talent do takich rzeczy. Mieliśmy już kampanię ze strony elfów, którzy wystąpili przeciwko „Adidasowi”, który produkował koszulki z napisem „USSR”. Elfowie zrobili specjalne zestawienia ze zdjęciami ludzi zagłodzonych w trakcie Wielkiego Głodu na Ukrainie. Kampania okazała się sukcesem, „Adidas” wycofał się.

Mieliście także na Litwie udaną akcję usuwania fałszywych kont facebookowych.

To prawda. Facebook na Litwie i w innych krajach UE usunął setki stron i kont, które były tajnie kontrolowane przez rosyjski kanał propagandowy „Sputnik”. Ogółem usunięto 289 stron i 75 kont, które posiadały 790 tysięcy obserwujących i reklamę wartą 118 tysięcy euro. To były strony w języku litewskim, często określane jako niezależne serwisy informacyjne lub ogólne strony internetowe dotyczące takich tematów jak pogoda, podróże, sport, gospodarka lub polityka, często publikowały  wpisy na takie tematy jak nastroje antynatowskie, ruchy protestacyjne i walka z korupcją.

Walka z dezinformacją nie zawsze jest jednak łatwa.

Oczywiście w demokratycznym kraju jest trudniejsza. Mamy bowiem naszą konstytucję, ustawy, a także wolność słowa. Żyjemy w społeczeństwie otwartym i musimy mieć konsensus, zanim zaczniemy działać. W systemie autorytarnym wszystko jest łatwiejsze. To dotyczy także kontrpropagandy. Dziś informacja, by dotarła do czytelnika, musi być atrakcyjna, musi zawierać to „coś”. Niestety często fake newsy produkowane w Rosji są atrakcyjniejsze. Sądzę, że powinniśmy inwestować w dobre portale, w dobre filmy np. dotyczące historii krajów bałtyckich. Ale jak mówię, w demokratycznych społeczeństwach, to jest właśnie trudniejsze niż w dyktaturze. Dochodzi jeszcze kwestia pieniędzy.

Przeczytaj także:  Dlaczego Kreml bardziej wystraszył się krótkiego filmu NATO o leśnych braciach niż czołgów?

Zastanawialiście się na Litwie, czy nie powołać odrębnego kanału rosyjskojęzycznego, który byłby nadawany z Wilna i działał na zasadzie pewnej kontrpropagandy. W Estonii udało się i mają tam ETV+.

Ta dyskusja toczyła się po wojnie na Ukrainie i szczerze mówiąc ostatecznie uznano, że nie ma sensu powoływać do życia takiego kanału. Walka z propagandą rosyjską w tym segmencie to jest bowiem wyścig bez szans na powodzenie. Trzeba zacząć od tego, że Rosja pompuje w swoje kanały olbrzymie pieniądze. Takich kwot małe kraje bałtyckie po prostu nie są w stanie wyłożyć. Być może rozwiązaniem byłaby współpraca Litwy, Łotwy i Estonii, ale tutaj także mielibyśmy za mało środków. Po drugie, telewizja rosyjska to bardzo często show. Wyobraża Pan sobie, że ci wszyscy showmani przyjechaliby do Wilna czy Rygi i zaczęli coś nagrywać dla lokalnych telewizji?

Przeczytaj także:  Media mniejszościowe to kwestia bezpieczeństwa - rozmowa z Ainārsem Dimantsem

Jaką ma więc Pan propozycję dla rosyjskojęzycznych, którzy czytają „Obzor” czy „Litowskij kurier”?

Musimy komunikować się otwarcie, a także bezpośrednio. Jeśli chodzi o stronę wojskową, mogę podać następujący przykład. W mediach rosyjskich żołnierzy NATO stacjonujących w Rukli przedstawia się jako faszystów, okupantów. Wobec tego powstał plan, by jeździć do takich regionów Litwy, które zamieszkane są przez mniejszości i pokazywać, że to zwykli żołnierze, którzy przyjechali z Niemiec, z Holandii czy Polski. Czym innym jest usłyszeć coś w LRT, a czym innym zobaczyć tych żołnierzy jako normalnych ludzi, bez „noża w zębach”. Ponadto komunikujemy się z lokalnymi samorządami np. w Kłajpedzie czy na Wileńszczyźnie. Pokazujemy ludziom w regionach przedstawicieli mniejszości, którzy zrobili na Litwie karierę jako śpiewacy, dziennikarze czy pisarze. Mówimy, „zobaczcie, na Litwie można normalnie żyć, będąc mniejszością”. To jest o wiele skuteczniejsze niż pakowanie pieniędzy w kanał, którego nikt nie będzie oglądał. Mamy zresztą w mediach litewskich audycje po rosyjsku, białorusku, po polsku.

Rozmawiamy wciąż o Rosji, ale chciałbym zapytać, czy Białoruś także jest zagrożeniem dla Litwy, czy widzi Pan ślady propagandy białoruskiej w kraju (rozmowa była nagrywana w lipcu, jeszcze przed wyborami na Białorusi – przyp. red.)?

Nie mogę zauważyć specjalnie żadnej propagandy skierowanej do białoruskiej mniejszości. Główny problem z Białorusią polega na tym, że próbują napisać na nowo historię Litwy. Pojawiła się tam wewnętrzna narracja, której my jakoś nie dekonstruujemy, że prawdziwym następcą Wielkiego Księstwa Litewskiego jest właśnie Białoruś, zaś Litwa jest jakimś uzurpatorem. Mogę Panu zresztą wysłać materiały takie jak „Historia Białorusi w pięć minut”. Wynika z nich, że ukradliśmy Białorusinom nazwę państwa, a także stolicę, która przecież była siedliskiem białoruskiej kultury. Być może ta narracja, która jest na Białorusi, wynika z tego, że próbują teraz desperacko oddzielić się mentalnie od Rosji i jedyne co im pozostało to właśnie odrębna historia Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zresztą podobne głosy, o tym, że Litwa coś ukradła, można usłyszeć na Ukrainie.

Przeczytaj także:  Czy Alaksandr Łukaszenka zalegalizuje Pogoń?

Przeczytaj także:  Felix Ackermann: Niemcy, nie mówcie o „białej Rosji”, mówcie o Białorusi!

Jeśli porównałby Pan propagandę i dezinformację rosyjską we wszystkich krajach bałtyckich: czy można powiedzieć, ze względów demograficznych, że propaganda rosyjska na Litwie jest najsłabsza?

Jest faktem, że mamy na Litwie najmniejszą społeczność rosyjską, która na Łotwie i Estonii jest największą adresatką propagandy. Podobnie nie mamy tak silnych partii politycznych reprezentujących mniejszość rosyjską. Dlatego na Litwie trochę więcej uwagi poświęca się mediom kierowanym dla Litwinów. Tłumaczy się seriale, filmy, informacje, które mogłyby do nich trafić. Warto podkreślić, że na Litwinów działa także nostalgia sowiecka, ale nie tak bardzo. Więc próbuje się innych zagrań. Poddaje się w wątpliwość przynależność Litwy do Zachodu. „Po co chcecie być w tej zgniłej Europie?”, można przeczytać. To samo adresuje się także do Łotyszy i Estończyków, ale w innym stopniu.

Czy współpracujecie jako departament z podobnymi jednostkami w Rydze i Tallinnie?

Tak, bo pewne problemy są podobne. Dzielimy się doświadczeniami. Jeśli jakiś rosyjski scenariusz informacyjny będzie grany z powodzeniem w Estonii i na Łotwie, to można przyjąć, że Litwę wcześniej czy później także to czeka. Dlatego jesteśmy wtedy w stanie lepiej się przygotować.

Wspomniał Pan o politykach rosyjskich na Litwie, że nie są silni, że ich partie nie są znaczące. Ale czy dostrzega Pan wpływ Rosji na Sojusz Rosyjski Iriny Rozowej czy na środowisko związane z byłym Związkiem Rosjan na Litwie rodzeństwa Dmitrijewów?

Nie sądzę, żeby te partie były zagrożeniem dla Litwy, jeśli weźmiemy pod uwagę ich liczebność czy poparcie w wyborach. Mogą współpracować z innymi ugrupowaniami, ale wtedy muszą uważać i nie są w stanie wprowadzać jakichś specyficznych tematów ważnych dla propagandy rosyjskiej.

Generalnie jeśli jesteś politykiem rosyjskim, masz problem z zachowaniem dystansu wobec ambasady czy konsulatu Federacji Rosyjskiej. To jest pewne wyzwanie dla polityki litewskiej: jak odseparować lokalnych Rosjan od konsulatów. Mieliśmy zresztą sprawę radnego Wiaczesława Titowa, który zbyt aktywnie współpracował z konsulatem w Kłajpedzie. Sądzę więc, że rosyjscy politycy powinni być proaktywni, jeśli chodzi o dystansowanie się od pewnych rzeczy. Podkreślać, że są Rosjanami, ale jednocześnie obywatelami Litwy.

Przeczytaj także:  Kłajpeda à la russe

Zmieńmy temat. Siedzimy w Ministerstwie Obrony przy ulicy Tatarskiej. Na telebimach, które widzimy w Waszej siedzibie, można dostrzec screeny z różnych mediów litewskich. Czy obserwujecie je stale?

Nasza praca z mediami to rzeczywiście jest praca całodobowa. Jeśli pojawi się coś niepokojącego, wtedy reagujemy. Zawsze jesteśmy przygotowani na ataki propagandowe. Żartujemy, że najlepszy czas dla takich ataków sterowanych z Rosji, to jest piątkowe popołudnie lub wieczór. Wtedy wszyscy przygotowują się do weekendu, zaś fałszywa informacja może żyć swoim życiem przez całą sobotę i niedzielę. Reakcja pojawia się dopiero w poniedziałek rano. Tak więc praca w piątek jest dla nas stresująca (śmiech).

Na naszym telebimie możemy zobaczyć słynną już sprawę, gdy media poinformowały o zniszczeniu cmentarza żydowskiego w Kownie przez wojska niemieckie. Czasem wydaje się, że te wszystkie informacje są jakimś żartem, przynajmniej z perspektywy profesjonalistów, którzy bardzo szybko mogą rozpoznać, że np. dane zdjęcie jest fotomontażem. Ale jeśli weźmie się pod uwagę wrażliwość na pewne specyficzne tematy, takie jak stosunki litewsko-żydowskie, to widać, że te ataki są wycelowane bardzo precyzyjnie. Przecież informacja o pobycie wojsk niemieckich w Kownie była prawdziwa. Tylko, że wszystko pozostałe wyssano z palca. Informowaliśmy zresztą o tym media izraelskie.

Generalnie wszystkie z tych fake newsów, muszą spełnić pewne warunki: historie muszą być atrakcyjne, budzić emocje, musi stać za nimi pewna logika.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj