Bieg przez płotki. Dwa lata rządu Stefana Löfvena

-

Mijają dwa lata od powołania drugiego gabinetu Stefana Löfvena. Gdyby porównać ten czas do biegu przez płotki, to premierowi Szwecji kilka z nich udało się zręcznie ominąć, kilka staranować, a nieliczne przeskoczyć. Na półmetku zmagań sytuacja nie wygląda najlepiej, a na mecie czekać może surowa kara.

By zrozumieć obecną sytuację polityczną w Szwecji trzeba się cofnąć do 9 września 2018 roku. Wtedy to miały w tym kraju miejsce wybory, jak się okazało później, przełomowe dla szwedzkiej sceny politycznej. Już przedwyborcze sondaże zapowiadały trudną sytuację, jednak oficjalne wyniki okazały się jeszcze gorsze. Perspektywy na stworzenie silnego rządu legły w gruzach. Blok partii „lewicowych” (Socjaldemokraci, Zieloni, Lewica) otrzymał 144 mandaty, z kolei Sojusz (Umiarkowani, Liberałowie, Chadecy, Centrum) – 143. Do układanki tej doszły jeszcze 62 mandaty dla uważanych za skrajną prawicę i przez to izolowanych Szwedzkich Demokratów. Warta podkreślenia jest w tym miejscu specyfika szwedzkiego systemu – tzw. parlamentaryzm negatywny. Oznacza to, że do uzyskania zgody parlamentu na utworzenie rządu nie jest potrzebna aktywna większość. Wystarczy, że większość absolutna nie będzie przeciw. Dlatego też od reformy z 1974 roku jedynie trzy z piętnastu gabinetów były rządami większościowymi. Rozwiązanie takie promuje kompromisy i szeroką współpracę, wydaje się też ułatwiać proces tworzenia rządu. Jednak jesienią 2018 roku nawet to było poza zasięgiem.

Długie negocjacje

Negocjacje trwały pięć miesięcy. W ich trakcie przewodniczący parlamentu kilkukrotnie powierzał misję tworzenia rządu raz to liderowi Socjaldemokratów, raz to Umiarkowanych. Bezskutecznie. Już wydawało się, że szwedzkich polityków z impasu wyprowadzić mogą tylko nowe wybory, gdy w styczniu doszło do przełomu. Socjaldemokraci i Zieloni złamali tradycyjny układ blokowy i zawarli umowę z Liberałami i Centrum o poparciu dla rządu. Tak zwana umowa styczniowa zakładała utworzenie gabinetu przez Socjaldemokratów i Zielonych (koalicja taka rządziła też w latach 2014-2018) przy programowym poparciu dwóch partii byłego Sojuszu. Składała się ona z 73 punktów kreślących program działań na następne cztery lata tego nowego układu na szwedzkiej scenie politycznej. Socjaldemokraci i Zieloni zgodzili się m.in. na reformę prawa pracy, prawa migracyjnego, czy… prywatyzację szwedzkiego urzędu pośrednictwa pracy. Dodatkowo Centrum i Liberałowie przeforsowali zapis, który zobowiązuje koalicję rządową, aby partia Lewica nie miała wpływu na kreowanie polityki rządu. Tym samym w gruncie rzeczy lewicowy, socjaldemokratyczny rząd zgodził się na głęboko liberalne reformy i zerwanie z naturalnym sojusznikiem. Bomba zaczęła tykać, jednak umowa styczniowa w gruncie rzeczy była korzystna dla obu stron. Socjaldemokratom, największej partii Szwecji, dała to, do czego niejako została stworzona – władzę (przez ostatnie 46 lat nie rządzili w sumie jedynie 17 lat). Z kolei dwie, małe partie z centrum zyskały realny wpływ na politykę państwa. 18 stycznia 2019 roku szwedzki parlament 115 głosami za, 153 przeciw i 77 wstrzymującymi się (parlamentaryzm negatywny!) zatwierdził nowy rząd. 21 stycznia Stefan Löfven został po raz drugi premierem Królestwa Szwecji.

Deklaracja zawarta w umowie styczniowej rozsierdziła Lewicę, jednak stała się też przyczyną głębokiego rozłamu rządzącego jeszcze w latach 2006-2014 jako jeden blok Sojuszu. Liderzy partii zaczęli wzajemnie obrzucać się winą za ten stan rzeczy. Umiarkowani i Chadecy oskarżali Centrum i Liberałów, że podpisując umowę styczniową zabili Sojusz, z kolei ci nie pozostawali dłużni i jako przyczynę rozpadu bloku wskazywali znaczne zbliżenie byłych partnerów do Szwedzkich Demokratów. Już w lipcu 2019 roku w przeprowadzonym sondażu 59% wyborców Centrum wskazało, że woli współpracę tej partii z Socjaldemokratami i Zielonymi, aniżeli z Umiarkowanymi i Chadekami. Dla tych ostatnich stało się jasne, że nie ma powrotu do przeszłości. Alternatywą było jednak złamanie tabu szwedzkiej polityki – współpraca ze Szwedzkimi Demokratami.

Zaostrzająca się walka polityczna

Niejasnych odpowiedzi, czy taka współpraca byłaby możliwa, dostarczyły wydarzenia jesieni 2019 roku. Wtedy to przez Szwecję przetoczyła się fala przemocy wywołanej działalnością organizacji przestępczych, często wywodzących się z kręgów imigranckich. W Sztokholmie, Malmö i innych miastach Szwecji wybuchały bomby, dochodziło do strzelanin i podpaleń. Szwedzki rząd zaaranżował prace nad reformami mającymi pomóc uporać się z niepokojami. Te jednak okazały się całkowitą porażką. Niezadowoleni z przebiegu rozmów i konkluzji stół obrad opuścili Umiarkowani, Chadecy, a nawet popierający rząd Liberałowie. Z kolei niezaproszeni nawet do negocjacji Szwedzcy Demokraci zdecydowali się na radykalny krok. W listopadzie zgłosili wniosek o wotum nieufności wobec ministra sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Morgana Johanssona. Wniosek upadł w Riksdagu, jednak po raz pierwszy przeciwko rządowi Löfvena wystąpili ramię w ramię w skoordynowanej akcji Umiarkowani, Chadecy i Szwedzcy Demokraci. Zbliżenie stało się więc faktem. Ci ostatni dodatkowo zbijając kapitał polityczny na retoryce antyimigranckiej zostali po raz pierwszy najpopularniejszą partią Szwecji. Notowania Socjaldemokratów spadły do najniższego poziomu w historii tej partii.

Nigdy nie jest jednak tak źle, aby nie mogło być gorzej. Trzy tygodnie później nad rządem zawisło widmo kolejnego wotum nieufności, tym razem dla powołanej na to stanowisko zaledwie trzy miesiące wcześniej minister pracy Evy Nordmark. Lewica, która od samego początku ostrzegała Löfvena, że jest gotowa w każdym momencie obalić jego rząd, jeśli ten przekroczy „czerwoną linię”, zagroziła wnioskiem o wotum nieufności jeśli gabinet nie wycofa się z planu prywatyzacji urzędu pośrednictwa pracy. Przewodniczący Umiarkowanych Ulf Kristersson zapowiedział, że co prawda popiera prywatyzację, ale gotów jest przyłączyć się do każdego wniosku, który mógłby położyć kres temu „nieudolnemu” rządowi. Stefan Löfven znalazł się między młotem a kowadłem. Połączone siły opozycji od skrajnej lewicy po prawicę dysponowały wystarczającą ilością mandatów, by zakończyć jego kadencję. Z drugiej strony narażał się na konflikt z popierającymi jego rząd Centrum i Liberałami, dla których reforma ta była bardzo ważna. Premier zdecydował się więc na manewr, który powtórzy jeszcze wielokrotnie – odłożył reformę w czasie. Zapewne na wieczne nigdy. Warto tu podkreślić też ogromny paradoks szwedzkiej polityki ostatnich lat. Oto opór opozycji pozwolił socjaldemokratycznemu rządowi wycofać się z liberalnych reform, które sam zgłosił związany umową koalicyjną i tym samym wyjść poniekąd z twarzą z całej sytuacji.

Fiasko rozmów na temat bezpieczeństwa uwydatniło kolejną bolączkę przebudowanej szwedzkiej sceny politycznej – konieczność sięgania po coraz to radykalniejsze środki walki politycznej. Jak się miało okazać także kosztem długofalowych konsensusów. W grudniu doszło do zerwania porozumienia energetycznego podpisanego w 2016 roku przez pięć partii zasiadających w Riksdagu (bez Lewicy, Liberałów i Szwedzkich Demokratów). Jego założeniem była ponadpartyjna zgoda, która miała zagwarantować stabilny rozwój szwedzkiej energetyki. Jednak w grudniu 2019 roku Chadecy i Umiarkowani zgłosili chęć renegocjacji układu. Zaproponowali oni zastąpienie celu produkcji 100% energii elektrycznej w 2040 roku z odnawialnych źródeł energii, celem stuprocentowej produkcji ze źródeł niekopalnych. Pozwoliłoby to na utrzymanie w Szwecji reaktorów jądrowych, które mają być docelowo wygaszone do lat 40. XXI wieku. Wobec braku zgody między partiami Chadecy i Umiarkowani opuścili porozumienie. Tym samym po niespełna czterech latach upadła umowa, która miała kształtować długofalowo politykę szwedzką. Ponowną próbę, z góry skazaną na niepowodzenie, przedefiniowania szwedzkiej polityki energetycznej podjęto w styczniu 2020 roku. Przewagą jednego głosu upadł jednak wspólny wniosek Umiarkowanych, Chadecji, Liberałów i Szwedzkich Demokratów o wstrzymanie wygaszania reaktora Ringhals 2. Nie można się oprzeć wrażeniu, że ruch ten mógł być częściowo obliczony na stworzenie konfliktu w obozie rządzącym. Liberałowie bowiem, w przeciwieństwie do pozostałych stron umowy styczniowej, są zagorzałymi zwolennikami energii jądrowej.

Przeczytaj także:  Szwedzkie skarby pozostaną w ziemi

Sondażowa huśtawka

Tym samym pierwszy rok rządu Szwecji przysporzył mu zagorzałych przeciwników po obu stronach sceny politycznej. Powoli jednak rodził się nowy problem. Rok po powołaniu drugiego rządu Stefana Löfvena 57% respondentów oceniało jego działania źle. Najbardziej niepokojący był jednak fakt, że dokładnie taki sam odsetek działaczy związków zawodowych oceniał negatywnie działania gabinetu. Niezadowolenie z realizowania liberalnej polityki rosło więc w środowisku stanowiącym zaplecze socjaldemokracji, z którego dodatkowo wywodzi się sam premier (były spawacz i przewodniczący centrali związkowej IF Metall), jak też część ministrów. Niezadowolenie zaczęło też wzbierać w szeregach samej partii. „Cicha rebelia”, jak określały ją szwedzkie media, stała się całkiem jawna. Działacze szczebla lokalnego Socjaldemokratów zaczęli jawnie sugerować ustąpienie Löfvena ze stanowiska, pojawiły się nawet nazwiska potencjalnych następców. Jednak Löfven miał rzekomo uciąć spekulacje i ogłosić na zebraniu partii, że pozostanie na stanowisku co najmniej do następnych wyborów zaplanowanych na 2022 roku. Według dobrze poinformowanego, związanego w socjaldemokracją dziennika Aftonbladet, deklaracja ta miała zostać przyjęta wymowną ciszą.

I wtedy nastał cud (choć wszyscy życzyliby sobie takich cudów jak najmniej). Pod koniec stycznia do Szwecji dotarł COVID-19, a już w marcu codziennie umierało z tego powodu w Szwecji kilkadziesiąt osób. Mimo że przyjęty „model szwedzki” walki z pandemią miał tylu zwolenników, co przeciwników, wobec zagrożenia Szwedzi skupili się wokół rządzących. Notowania Socjaldemokratów poszybowały w górę, by w czerwcu 2020 roku osiągnąć nawet 32%, poziom najwyższy od co najmniej pięciu lat. Tuż jednak po wspięciu się na szczyty poparcie to zaczęło spadać. Rosnąca śmiertelność i związane z nią kontrowersje niewątpliwie przyczyniły się do spadku poparcia. Część kapitału politycznego została jednak utracona poniekąd na własne życzenie w efekcie najpoważniejszego do tej pory kryzysu koalicji rządzącej.

Korzystając z wysokiego poparcia szwedzki rząd wprowadził do agendy dwie najbardziej kontrowersyjne reformy – prawa pracy i prawa migracyjnego. W czerwcu minister pracy zaproponowała pakiet reform ułatwiający m.in. zwalnianie pracowników w małych przedsiębiorstwach, luzujący zasadę „pierwszy zatrudniony, ostatni zwolniony”, czy ograniczający rolę związków zawodowych. I niemal tak szybko, jak projekt zmian został ujawniony, tak szybko rząd uznał za stosowne odłożenie go na (niezdefiniowane) później. Krok ten nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jeden z przewodniczących związków zawodowych nazwał w publicznej telewizji propozycję „gównianą”. Jeszcze więcej kontrowersji wzbudziła reforma prawa migracyjnego. Wśród pierwotnych propozycji znalazła się między innymi propozycja wprowadzenia maksymalnej kwoty uchodźców, jaką Szwecja miałaby przyjmować. Warto podkreślić, że propozycja ta została zaprezentowana jako porozumienie m.in. Socjaldemokratów i Umiarkowanych, osiągnięte… z pominięciem koalicyjnej partii Zielonych. Wywołało to oburzenie tej partii. Po spotkaniu kryzysowym władz partii, minister środowiska i klimatu, a zarazem jedna z dwojga przewodniczących Zielonych ogłosiła, że jej partia nie będzie zasiadać w rządzie za wszelką cenę. I jeśli ich koalicjant podjąłby decyzje sprzeczne z wartościami Zielonych, gotowi są ten rząd opuścić. Tym samym los koalicji rządzącej zawisł na włosku. Z pomocą znów przyszła opozycja, która również nie była do końca zadowolona z propozycji, co otworzyło pole do nowych negocjacji. Dołączyli do nich Zieloni, tym samym kryzys został zażegnany, reforma odsunięta na później, a prawo migracyjne niezmienione od przyjęcia kryzysowych rozwiązań w 2015 roku.

Matematyka polityczna

Analizując dwa ostatnie lata rządów Stefana Löfvena nasuwa się zasadnicze pytanie – dlaczego mimo tylu niepowodzeń, kryzysów i potknięć funkcjonuje on dalej? Zgrabne uniki pozwoliły ominąć najgroźniejsze mielizny, jednak z prawdziwą pomocą przyszła królowa nauk – matematyka. Alternatywą bowiem dla obecnego układu sił jest jeszcze większy chaos. Obecnie sondaże (Novus dla SVT) wskazują, że żaden z oczekiwanych układów partii nie może liczyć na większość, tym samym, w przypadku przyspieszonych wyborów, partia tworząca rząd musiałaby zapewnić sytuację, w której 175 posłów nie zagłosuje przeciw. Najsilniejszy układ – Umiarkowani, Chadecy i (przy założeniu złamania wspomnianego tabu) Szwedzcy Demokraci – mógłby liczyć na 166 głosów. Jednak przeciwko wejściu do rządu skrajnej prawicy z pewnością zagłosowałyby wszystkie pozostałe partie z Lewicą na czele. I vice versa – partie prawicowe, czy nawet umiarkowanego centrum nie dopuściłyby do władzy Lewicy. Prowadzi to do kuriozalnej sytuacji, w której opozycja zarówno z lewej, jak i prawej strony chce obalenia rządu. Mało tego, jest w stanie realnie to osiągnąć, warunkiem jest jednak zagłosowanie wszystkich partii opozycyjnych, od lewicy do prawicy, razem. W efekcie istnieje jednak ryzyko, że władzę przejęliby zadeklarowani wrogowie, tym samym żadne z ugrupowań nie posunie się do poważnej próby usunięcia obecnego rządu. Zwraca też uwagę fakt, że krajobraz polityczny „gdyby wybory odbyły się dziś”, mógłby być zgoła odmienny od tego po wyborach w 2018 roku – pod progiem wyborczym znajdują się Liberałowie, a na jego granicy balansują Zieloni. To prowadzi do kolejnego kuriozum szwedzkiej polityki – w nowym układzie sił wszystko może zależeć od przeciągnięcia na swoją stronę Centrum, małej partii z około ośmioprocentowym poparciem. Zdaje się jednak, że z impasu prowadzić może również trzecia, nieortodoksyjna droga, której w chwili obecnej nikt nie rozważa, a może okazać się niemal dziejową koniecznością. Nie można całkowicie wykluczyć, że Szwecja pójdzie drogą chociażby Niemiec i Austrii i po raz pierwszy od lat 50. XX wieku powstanie w tym kraju „wielka koalicja” Socjaldemokratów i Umiarkowanych. Wobec radykalizujących się sił po obu stronach sceny politycznej i kluczowej roli centrum, partie te (które już teraz mimo wrogich deklaracji znalazłyby wiele punktów wspólnych) mogą coraz bardziej się do siebie zbliżać i upodabniać.

Czy tykająca bomba umowy socjaldemokracji i liberałów w końcu wybuchnie i doprowadzi do przyspieszonych wyborów pozostaje jednak pytaniem otwartym. Na szwedzkiej scenie politycznej może się w najbliższym czasie wiele zmienić – z końcem stycznia Zieloni dokonają zmiany przewodniczącej, co być może tchnie w ich działania nowego ducha. Podobna zmiana szykować się może w przypadku pogrążonych w głębokim kryzysie tożsamości Liberałów. Niewykluczone też, że wobec rosnącego oporu wewnątrz partii ze stanowiska przewodniczącego odejść będzie musiał premier. Biorąc pod uwagę, że następne wybory odbyć się mają we wrześniu 2022 roku, bieżący rok wydaje się ostatnim momentem na taką zmianę i zapowiada się tym samym bardzo ciekawie.

Analityk firmy doradczej Esperis. Student bezpieczeństwa wewnętrznego Uniwersytetu Warszawskiego. Miłośnik podróży na Wschód, jazdy na rowerze i powieści Dostojewskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj