Islandzka truelogia. Recenzja cyklu powieści Einara Kárasona

-

Wyspa diabła, Złota wyspa i Ziemia przyobiecana – tak brzmią tytuły trzech islandzkich powieści Einara Kárasona, które tworzą nieformalny cykl społecznej sagi. Są to pozycje obecnie kultowe i niemal bezcenne dla literatury tego niewielkiego wyspiarskiego kraju. Szacuje się, że pierwszą część przeczytał co ósmy mieszkaniec. Wyspa diabła doczekała się również filmowych i teatralnych ekranizacji, a nawet musicalu. Tomy trylogii pojawiały się na islandzkim rynku kolejno w 1981, 1983 i 1989 roku. Na ukazanie się polskiego tłumaczenia musieliśmy długo poczekać. Mimo, iż Wyspa diabła wydana została już w 1997 roku, to kolejne części pojawiły się w polskich księgarniach ponad 20 lat później. Dzięki wytrwałej pracy tłumacza Jacka Godka możemy dzisiaj jednym haustem połknąć historie mieszkańców Starego Domu z barakowych przedmieść Reykjavíku. Trylogia ukazała się nakładem wydawnictwa Marpress.

Akcja powieści zaczyna się w latach powojennych. Islandię niebawem mają opuścić amerykańskie wojska, które stacjonują na wyspie już kilka lat. Na przedmieściach stolicy po żołnierzach pozostały baraki, które zaczęły pełnić funkcję mieszkalną dla osób z marginesu, miejscowych kloszardów, rodzin z najniższych klas społecznych. Dzielnicę tę nazywano Thulecampem. Pomiędzy barakami znajdował się Stary Dom – nazywany tak przez jego mieszkańców, rodzinę Tomassonów, których perypetie, życiowe dramaty i radości będziemy przeżywać przez kolejne kilkaset stron. Każdy z tomów powieści skupia się na innej dekadzie, na innym pokoleniu rodziny. W Wyspie diabła będziemy razem z rodziną klepać przysłowiową biedę powojennych lat 40. i 50., potowarzyszymy pierwszym grom w piłkę nożną na błotnistym kawałku boiska, czy prześledzimy rodzinny skandal, kiedy to córka seniorki rodu okaże się wyjść za mąż za amerykańskiego żołnierza i przeprowadzi się za ocean. Tytuł drugiej części cyklu (Złota wyspa) nie jest bez powodu, ponieważ przenosi nas do lat 60. XX wieku, kiedy to zaczęły się pojawiać u mieszkańców Thulecampu dobra na owe czasy luksusowe, np. telewizor czy pralka. Niektórzy z członków rodziny wybiorą się nawet do Stanów Zjednoczonych za pracą i przygodą, aby przeżyć swój prawdziwy American dream. To właśnie Wuj Sam za oceanem będzie coraz częstszym obiektem rozmów Islandczyków. W trzecim tomie polecimy nawet z bohaterami najmłodszego pokolenia Tomassonów w odwiedziny do rodziny, która już tam zamieszkała wcześniej. Podczas tej eskapady trwającej większość ostatniej części trylogii poznamy prawdziwe oblicze kraju ich marzeń.

Czytanie wszystkich trzech powieści cyklu można porównać do oglądania kilku sezonów serialu o perypetiach ciągle tych samych postaci. Z biegiem lat kolejni bohaterowie będą dorastać, inni dopiero się rodzić, zaś jeszcze inni umierać. W naszym osobistym przywiązaniu do rodziny Tomassonów będzie pomagać (choć niektórym być może utrudniać lub wręcz odrzucać) charakterystyczny język i żargon. Tłumaczący powieści Jacek Godek stanął na wysokości zadania, aby odtworzyć w polskiej wersji słownictwo grup społecznych z islandzkiego marginesu, odrzuconych, biednych i niewykształconych, którzy parają się najprostszymi pracami. Spotkamy w tekście pełno onomatopei, przejęzyczeń, nieumiejętnych zapożyczeń z angielskiego, tanich sloganów i wulgaryzmów. Wytrawny czytelnik, lub przynajmniej ten, któremu bliska jest polska kultura blokerska, dostrzeże podobieństwo stylu języka do tego, jaki możemy spotkać na blokowiskach w peryferyjnych, biedniejszych dzielnicach dużych polskich miast. Zapewne podobną inspirację czerpał tłumacz przy pracy nad truelogią. W powieściach nie brakuje także licznych cytatów czy całych dialogów po angielsku, które nie zostały przetłumaczone. Jest to jednak celowy zabieg, który pokazuje, jak bardzo w drugiej połowie XX wieku kultura islandzka ulegała amerykanizacji, kiedy to chociażby muzyka i słowa Elvisa Presleya (o którym zresztą dywaguje się wyjątkowo dużo w całej serii Kárasona) były ważniejsze niż wrażliwość na ojczysty język.

Co jest wartością trylogii o rodzinie i znajomych Tomassonów? Jest to przede wszystkim obraz Islandii, której nie prezentuje się dzisiaj w folderach turystycznych. Przyzwyczajeni do oglądania dzikich i surowych krajobrazów Wyspy Ognia oraz zafascynowani islandzką tradycją wielostronicowych rodowych sag, tutaj dostajemy porcję soli, którą, zdaje się, jakby sam Einar Kárason sypnął nam w twarz. Odkrywamy, że nieco ponad pół wieku temu, wyidealizowany w polskich mediach kraj, był nieprzychylny wobec imigrantów, nie pozwalał stacjonować amerykańskim czarnoskórym wojskowym na wyspie, a kobiety niewiele jeszcze znaczyły w społecznej hierarchii. Dopiero w latach osiemdziesiątych sytuacja zaczęła się zmieniać, ale tych czasów już na stronach powieści nie doczekamy. Natomiast będziemy mogli wytrwale prześledzić amerykański sen naszej rodziny kloszardów z Thulecampu i niestety, jak ten sen obraca się w koszmar. Nie jest to seria powieści z happy endem, ale nie każdy bohater kończy w niej źle. Ale u każdego za to spotkamy się z poczuciem humoru, które osładza niekiedy bardzo gorzkie życie Islandczyków. Ironiczne czy wręcz czarne poczucie humoru jest zresztą dość typowe dla nordyckich powieści. Czyżby miało ono na celu nieco rozjaśnić ciemności codziennej egzystencji mieszkańców Północy? Biorąc pod uwagę długie, ciemne, zimowe noce na Islandii, możemy w takie wytłumaczenie uwierzyć.

Czy możemy uwierzyć Einarowi Kárasonowi, że to, co napisał, mogło się kiedyś faktycznie wydarzyć? Tak. Urodzony w 1955 roku autor nie wychował się co prawda w Thulecampie, ale dorastał w takich samych czasach, co młodsze pokolenie bohaterów jego powieści. Pamięta, jak wyglądały baraki, kto je zamieszkiwał, co się wówczas powszechnie o nich mówiło i myślało w społeczeństwie. Tak. Pisarzowi zdecydowanie możemy zaufać, stąd odważnie nazwano jego trylogię truelogią, ponieważ być może kiedyś żyła sobie jakaś rodzina Tomassonów w barakach w Thulecampie marząca o spokoju, dobrobycie i szczęściu.

Wyspa diabła, Złota wyspa i Ziemia przyobiecana, tłumaczenie Jacek Godek, Wydawnictwo Marpress 2019, 2020

Z pochodzenia Sądeczanin, z wykształcenia geolog, z pasji miłośnik państw bałtyckich (zwłaszcza Estonii) i górski wędrowiec, zawodowo "człowiek-orkiestra", w Internecie prowadzi bloga "Sądecki Włóczykij".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj