Jerry Meijer: na razie nie będziemy dzielić skóry na „lokysie”

-

Prowadzimy naszą niedźwiedzią kampanię, ale niektórzy rzucają nam kłody pod nogi. Jedyny komitet pozapartyjny, który bywa zapraszany do mediów z automatu, to jest komitet Šimašiusa. Dlatego poszliśmy wraz z przedstawicielami innych komitetów na protest pod siedzibą telewizji państwowej LRT. To nie jest normalne, że prezentowana jest tylko jedna grupa. Zazwyczaj w ten sposób zaczyna się oligarchia. Nie mamy też łatwej sytuacji z polskimi mediami na Litwie. Jedne są za AWPL-ZChR, drugie mają poglądy lewicowo-liberalne i wspierają socjaldemokratów.  „Wilnoteka” obiecała nam jakiś czas temu debatę ze wszystkimi polskimi kandydatami, ale na razie jest o tym cisza. Oni albo popierają jawnie AWPL-ZChR, albo się go po prostu boją… – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Jerry Meijer, francuski Polak mieszkający w Wilnie, w marcu 2019 r. kandydat w wyborach samorządowych z ramienia „Vilniečių Lokys”.

Jerry Meijer pochodzi z rodziny o korzeniach holenderskich (ojciec warszawski Polak, matka Wenezuelka) i urodził się w 1980 roku we Francji. W dzieciństwie mieszkał w Wenezueli, Paryżu, a także w Egipcie i w Singapurze, odwiedzał także swoją rodzinę w Warszawie. Od 2013 r. mieszka na Litwie, dokąd przeprowadził się dla swojej polskiej dziewczyny. Podjął pracę zarówno w korporacjach, jak i w mniejszych firmach. Jest poliglotą, oprócz rodzimych języków polskiego, francuskiego i kastylijskiego, mówi także po portugalsku, angielsku, rosyjsku i litewsku. Jest obywatelem Polski, Francji i Wenezueli. W 2018 r. zdecydował się na kandydowanie z listy komitetu założonego przez Romana Goreckiego-Mickiewicza oraz Zygmunta i Rajmunda Klonowskich „Wileński Niedźwiedź” (lit. „Vilniečių Lokys”) jako numer osiemnasty. Uzyskał uprawnienia do bycia miejskim przewodnikiem po Wilnie.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Wyjaśnijmy sprawę miśka. Kim jest to wspaniałe zwierzę, które bierze udział w kampanii wyborczej, które możemy spotkać w trolejbusach i autobusach Wilna? Ludzie już oszaleli na Facebooku…

Jerry Meijer: Z wyjątkiem jednej sceny, kiedy mnie nie było, to jestem ja.

Jak się czujesz w roli niedźwiedzia?

Powiem Ci, że całkiem fajnie. Dochodzą tutaj pewne względy osobiste. Kiedy byłem młodszy i szczuplejszy, to dziewczyny w szkole średniej i na studiach mówiły na mnie „misio”. Być może dlatego dobrze czuję się w roli, jaką gram obecnie.

Wtedy, kiedy chodziłeś na studia, nie mogłeś się za żadne skarby spodziewać, że będziesz kandydować w wyborach z „niedźwiedziego komitetu”.

Szczerze mówiąc, gdyby jeszcze sześć lat temu ktoś mi powiedział, że będę mieszkać na Litwie, to zaśmiałbym mu się w twarz.

A co dopiero, że będziesz kandydować w wyborach lokalnych. Do czego jako obywatel Polski, Francji i Wenezueli masz na Litwie prawo.

Ja na Litwie funkcjonuję jedynie jako obywatel francuski, mimo, że mam także obywatelstwo polskie. Po prostu jest tak, że nie możesz się zarejestrować jako jedna osoba z kilkoma paszportami. Ja kiedyś chciałem powiązać swój litewski PESEL, czyli „asmens kodas” („kod osobisty”)  z dwoma obywatelstwami, ale to się nie udało.

Funkcjonujesz zatem w Wilnie jako Francuz, podobnie jak założyciel komitetu „Lokys” Roman Gorecki-Mickiewicz.

To prawda i dochodzi z tego tytułu do różnych śmiesznych sytuacji. Jestem postrzegany jako Polak z Polski…

Akcent masz warszawski, nie wileński…

Dziękuję. Ale gdy zaczynam mówić po litewsku, to mówią mi, że mój akcent jest bardziej wenezuelski. Stamtąd pochodzi rodzina mojej mamy. Miałem wiele razy taką sytuację, że rozmawiałem z Polakami wileńskimi po litewsku. I oni byli zawsze zdziwieni, jak później przechodziliśmy na polski. Mówili: „Pan tak miękko mówi po litewsku, myśleliśmy, że Pan jest Włochem”.

Interesuje mnie, czego osoba postrzegana jako Francuz szuka w dalekim, wschodnim kraju. Romana Goreckiego-Mickiewicza do Wilna sprowadził nie tylko biznes, ale także tęsknotą za wileńską przeszłością, jemu po prostu spodobało się to miasto.

U mnie było inaczej. Gdy pierwszy raz odwiedziłem Litwę, to był 2003 rok, przed wejściem do Unii Europejskiej. Byłem wtedy studentem i odbywałem staż magisterski w hotelu „Marriott” w Warszawie. Na Litwę sprowadziła mnie ciekawość, chciałem zobaczyć wszystkie trzy kraje bałtyckie, wiedziałem już bowiem, że można podróżować bez wizy. Gdy mówiłem o tym kolegom z Polski, oni łapali się za głowę i opowiadali: „po co tam jedziesz, to jest dawne ZSRR, tam będzie Cię policja zatrzymywać, żądać łapówek” itp. Przyjechałem do Wilna, nic mnie takiego nie spotkało. Pierwsze zaskoczenie dla mnie było takie, że dużo ludzi mówi po polsku. Dla mnie to było dziwne, bo całe życie chodziłem do szkoły francuskiej, gdzie nie uczyłem się o Polakach na Wschodzie…

O to chciałem zapytać. Ja pierwszy raz pojawiłem się na Litwie w 2000 roku, gdy chodziłem jeszcze do szkoły średniej. Rok wcześniej przerabialiśmy „Pana Tadeusza” i „Dziady”, ale to samo w sumie robiliśmy w szkole podstawowej. Z kolei Ty całe życie chodziłeś do szkoły francuskiej, niezależnie, czy mieszkałeś w Wenezueli, Egipcie, Singapurze czy we Francji. Co wiedziałeś o Litwie wtedy? Słyszałeś o Ostrej Bramie, o Piłsudskim?

Prawie nic nie wiedziałem. Oczywiście Józef Piłsudski był mi znany, bo moja rodzina to w dużej mierze piłsudczycy. Nie kojarzyłem jednak marszałka z Wilnem. Gdy w 2003 r. trafiłem na Litwę, spodobało mi się Wilno i pomyślałem: „może mógłbym tutaj kiedyś zamieszkać?”. Ale to była taka niezobowiązująca myśl.

O wielu miastach się myśli w ten sposób, a później nawet ich nie odwiedza.

To prawda, ale to moje przeżycie było tylko w Wilnie. Nie miałem takiego samego uczucia w Rydze, Dyneburgu czy Tallinnie, które wówczas także odwiedziłem. Może trochę Helsinki mnie inspirowały. Natomiast w Wilnie spotkałem ludzi mówiących po polsku z pewnym akcentem. Moja polszczyzna nie była wtedy lepsza od ich, polepszyła się dopiero, jak zamieszkałem w Warszawie. W 2003 r. widziałem fajną scenę w Starych Trokach. Przed kościołem siedziało trzech mężczyzn, jeden mówił po polsku, drugi po litewsku, zaś trzeci po rosyjsku. I wszyscy się świetnie rozumieli.

Byłeś na Litwie w 2003 r., ale co Cię sprowadziło tam ponownie?

To było dziesięć lat później i sprowadziła mnie praca. We Francji panowało już wtedy wysokie bezrobocie. Ja wtedy znalazłem sobie dziewczynę w Wilnie, z polskimi korzeniami. Mieliśmy trzy opcje. Ona znała francuski i mogliśmy wyjechać do Francji, ale tam nie mieliśmy perspektyw. Mogliśmy pojechać do Polski, w sensie mieszkaniowym i językowym byśmy sobie poradzili. Trzecia opcja to było zostać na Litwie. Ja podjąłem decyzję, że wybieram tę ostatnią opcję. Miałem doświadczenia z dzieciństwa, gdy mama musiała opuścić Wenezuelę i wtedy mieszkaliśmy we Francji. Widywałem mamę we łzach, jak tęskniła za Ameryką Łacińską. Chciałem zaoszczędzić dziewczynie podobnych doświadczeń. Stwierdziłem, że poświęcę się i zacznę mieszkać na Litwie. Kolejnym powodem było to, że już miałem dość mieszkania w aglomeracji paryskiej, gdzie do pracy musiałem dojeżdżać półtorej godziny. Tutaj w Wilnie wszystko było inne.

Trafiłeś na ciekawy okres, gdy polska partia była w koalicji rządzącej Litwą.

To prawda, ale moja wiedza wtedy o Polakach na Litwie i Akcji Wyborczej Polaków była dość niska. Tak samo jak znajomość litewskiego i rosyjskiego.

Wracając do tego obrazka ze Starych Trok. We Francji coś takiego byłoby niemożliwe.

To prawda. Ostatnio byłem we Francji, spotkałem się z rodzicami, miałem także okazję odwiedzić swojego kolegę, byłego szefa. On w wieku pięćdziesięciu paru lat zaczął się uczyć bretońskiego, bo pochodzi z Bretanii. Powiedział mi, że wielkim nieszczęściem Francji jest fakt, że można rozmawiać tylko po francusku. To bardzo ogranicza kontakty z sąsiadami. Francuzi zupełnie nie znają nawet swoich francuskojęzycznych sąsiadów takich jak Belgowie, Szwajcarzy czy Luksemburczycy. Ja trochę mogę Ci powiedzieć o Belgach, bo się nimi interesowałem i z nimi pracowałem, ale jakbyś mnie zapytał o Szwajcarów…

Jaka jest wiedza przeciętnego Francuza na temat Litwy?

To dość proste, żadna. Jeśli ktoś obserwuje tiry jadące przez Francję, to może skojarzy Litwę, bo tam są rejestracje litewskie i skrót LT jest otoczony unijnymi gwiazdkami. To wtedy ludzie wiedzą, że Litwa jest częścią Unii Europejskiej. Ale na co dzień Francuzi plączą Litwę z innymi krajami bałtyckimi albo nawet Rosją.

Powieści „Lokys”, która zainspirowała Romana Goreckiego-Mickiewicza do nazwania waszego komitetu, nikt nie czytał we Francji?

Z moich znajomych nikt.

A Ty czytałeś tę książkę?

Jak miałem osiem lat, to wypożyczyłem ją z miejskiej biblioteki. Może ta tematyka była mi bliższa, bo byłem Polakiem? Ale ta powieść okazała się dla ośmiolatka za trudna, musiałbym do niej wrócić po latach.

Urodziłeś się w 1980 roku, zatem czytałeś „Lokysa” wtedy, kiedy Litwa była częścią Związku Sowieckiego. Zupełna egzotyka.

Tak, ale ja jako dzieciak interesowałem się już bardzo geografią. Miałem w domu fajną książkę pod tytułem „Mega Junior”, gdzie była mapa świata. Pamiętam, że w tej książce był Związek Sowiecki i przedstawiano, że w środku są republiki, jakaś Litwa, Łotwa, jakaś Białoruś, bo pisali „Russie Blanche”. Ale jako ośmiolatek nic nie wiedziałem o Litwie. Pierwszą Litwinkę spotkałem w 1993 r. w Warszawie, była dziewczyną syna znajomego mojej babci. To była piękna dziewczyna, blondynka.

Bałtycka piękność…

Ale ona była dwanaście lat starsza ode mnie (śmiech).

W 2013 r. zamieszkałeś na Litwie. Ciężko Ci było znaleźć pracę?

Pracy zacząłem szukać, zanim zamieszkałem na Litwie. Skontaktowałem się z firmą rekrutacyjną i od razu dostałem pracę. Niestety popełniłem błąd, że zacząłem pracować u Francuza, a nie u miejscowego. Gdybym wybrał tę drugą opcję, to szybciej nauczyłbym się litewskiego. W pierwszej pracy rozmawiałem zaś po angielsku albo po francusku.

Francuski przydaje się w Wilnie?

Bardziej polski, aczkolwiek jest sporo ofert pracy z francuskim. Mnie jest zresztą trudno to ocenić, bo mnie zatrudniano na Litwie także ze względu na hiszpański i portugalski. Bardzo pomogła mi także znajomość warszawskiej wersji języka polskiego. Często pracodawcy na Litwie boją się zatrudniać miejscowych Polaków, bo uważają, że nie będą w stanie poprawnie posługiwać się polszczyzną. A Polak z Warszawy zawsze dobrze zna polski. Taki jest stereotyp.

Litewski jest dla Ciebie łatwym językiem?

Jak w 2013 r. przyjechałem na Litwę, to nie znałem ani litewskiego, ani rosyjskiego. Odbyłem niedawno kurs na przewodnika miejskiego po Wilnie, więc posługuję się litewskim, ale wciąż wolę czytać np. po hiszpańsku czy portugalsku i tłumaczyć tekst na litewski niż przeczytać coś po litewsku i przekładać na języki romańskie. Litewski jest bowiem specyficzny, wystarczy, że nie znasz jednego słowa w środku zdania i wszystko dalej się sypie. Co do rosyjskiego, to czytanie idzie mi jak po grudzie… Gdyby język był pisany łacinką, byłoby mi łatwiej.

Pytałem Cię, co Francuzi wiedzą o Litwie, to teraz zapytam jaka jest wiedza Litwinów o krajach romańskich?

Litwini i miejscowi Polacy dziwią się, że Francuz znający hiszpański i portugalski przyjechał do Wilna. Pukają się w czoło. „Przecież w Polsce miałbyś tyle możliwości”, mówią. Ja Polskę kocham i nie wykluczam, że kiedyś zamieszkam w Warszawie, ale na razie moje miejsce jest w Wilnie.

Na Litwie trzyma Cię związek, praca… Coś jeszcze?

Generalnie Wilno mi się bardzo podoba. Wilno nie jest ani za małym, ani za dużym miastem. Jeśli mówimy o porównaniu z Paryżem, to region paryski ma około dwudziestu milionów mieszkańców. Parę razy więcej niż Litwa. O wiele więcej niż Wilno. Tam jest za dużo ludzi, drożyzna, poza Paryżem ciężko znaleźć pracę…

Twoja rodzina nie ma korzeni litewskich?

Jeśli nie liczyć związków z Brześciem Litewskim, później Brześciem nad Bugiem, to nie. Ale jeśli weźmiemy, że historia Białorusi i Litwy to jest wszystko Wielkie Księstwo Litewskie… Naciągając definicję litewskości, to chyba się pod nią łapię…

Twoja rodzina wywodzi się jednak z Holandii, zapisujecie swoje nazwisko przez „ij”, a wcześniej literę charakterystyczną dla języka niderlandzkiego, czyli „ÿ” z dwoma kropkami.

Mój dziadek Jerzy Mara-Meijer zapisywał swoje nazwisko już przez „ÿ”, lecz w akcie ślubu nazwisko było zapisane przez „ij”. Wiem, że pradziadek pisywał swoje nazwisko używając albo „ÿ” albo „ij”. Nie do końca rozumiem, dlaczego raz piszą w ten sposób, a raz w inny.

Mieszkając w Wilnie, zawsze trafiałeś w środowiska multikulturalne, gdzie podejmowałeś pracę, ze względu na swoją znajomość języków. Teraz też trafiłeś na wielokulturowość, ale w komitecie „Lokys”. Skąd pomysł, żeby zostać radnym Wilna?

Roman Gorecki-Mickiewicz proponował mi miejsce w pierwszej piątce. Podziękowałem, powiedziałem mu, że jesteśmy nowym ruchem, a ja za krótko mieszkam na Litwie. Mogę pomóc w kwestii transportu czy sprawach językowych. Jeździłem dużo po Europie i widzę, że Litwa, Łotwa czy Bułgaria to wyjątki, gdzie nie ma dwujęzycznych napisów. Romana znam od pięciu lat, poznałem go, jak zacząłem pracę u jednego z jego znajomych w Wilnie. Potem poznałem Rajmunda i Zygmunta Klonowskich. Znamy się więc trochę. Ale gdybym nie znał tych ludzi, gdybym nie był pewien ich kompetencji i uczciwości, nie przyłączyłbym się do tej listy.

Przeczytaj także:  Rajmund Klonowski: środki unijne nie powinny być dla wilnian złotym cielcem

Czyli multikulturalizm „Lokys” tak, ale zadecydowało zupełnie coś innego.

Przede wszystkim przyzwoitość tych ludzi. W Wilnie jestem postrzegany jako osoba otwarta, ale mam swoje zasady. Gdybym nie wierzył w uczciwość ludzi „Lokysa”, nie przyłączyłbym się do kampanii.

Są takie listy w Wilnie, z których nigdy byś nie wystartował?

Trudno powiedzieć. Ciężko by mi było wystartować z socjaldemokracji, ze względu na antykomunistyczne poglądy mojej rodziny. Te doświadczenia łączą moją polską, francuską i wenezuelską część rodziny. Ideologia lewicowa jest w sporej mierze oparta na ideologii marksistowskiej,  ta z kolei oparta jest na zawiści. Mam także złe doświadczenia z rządami lewicy we Francji.

Ty się jakoś określasz politycznie: jesteś liberałem, konserwatystą, chadekiem? „Lokys” nie jest ideologiczny.

On się w ten sposób nie kojarzy, bo wśród nas są różni ludzie. Są Andrzej Pukszto i Jan Jacek Komar, liberałowie. Jest Białorusin Artur Judzicki, lewicowiec. Jest Rajmund, który był związany z ruchem narodowym. Mnie zdecydowanie bliżej do konserwatystów i chadeków niż do liberałów.

Pytałem Cię, czy są jakieś ugrupowania, z których byś nie wystartował. Powiedziałeś o socjaldemokracji, ale uchyliłeś się od oceny AWPL-ZChR. Czy wyobrażasz sobie start z listy partii Tomaszewskiego?

Obecnie na sto procent nie.

Jaki jest powód?

Jak zacząłem mieszkać na Litwie w 2013 r., to byłem bardzo pozytywnie nastawiony do polskich postulatów, broniłem Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Ale szybko przekonałem się, że jako Polak z Francji czy Polski nie miałbym szansy przebicia się w AWPL-ZChR. Druga kwestia to jest fakt, że ja nie akceptuję parad z wstążką georgijewską. Po wojnie na Ukrainie to nie jest dla mnie, to kłóci się z ideą polskości.

Czy jesteś w stanie zrozumieć Tomaszewskiego, dlaczego to robi?

Myślę, że Kreml go trzyma za jaja ze względów osobistych. Rozumiem, że chce przyciągać do siebie elektorat rosyjski, zwłaszcza, że na Litwie jest próg wyborczy. Są jednak granice, ja sam znam Rosjan, którzy nie są za Putinem. Wstążeczka dla mnie była zupełnie niepotrzebna.

Przeczytaj także:  Odnowiono polsko-rosyjską koalicję wyborczą na Litwie

Jeśli dostaniecie się do rady miejskiej…

Ja jako osiemnasty numer na pewno się nie dostanę.

Zakładając, że macie czterech radnych w radzie miejskiej Wilna, uważasz, że będziecie w stanie współpracować z AWPL-ZChR? Ostatnio ta partia atakuje komitet „Lokys”. Wanda Krawczonok przypomniała, że Rajmund Klonowski „bratał się z banderowcami”.

To jest retoryka troli kremlowskich. Oczywiście nie podoba mi się gloryfikowanie Stepana Bandery na Ukrainie, wszyscy w „Lokys” jesteśmy tego zdania. Ale czy to oznacza, że należy napadać na Ukrainę?

Wracając do waszej współpracy w radzie miejskiej…

Na pewno w AWPL-ZChR są także uczciwi ludzie, którzy są w porządku. Ja nie wiem jednak, czy współpraca z nimi to nie byłby o jeden krok za daleko. Zresztą ja nie chcę teraz dzielić skóry na lokysie (śmiech)

Czym chciałbyś się zajmować jako członek „Lokys”, nawet jeśli nie będziesz w radzie miejskiej, w jakich obszarach chcesz działać?

Mnie interesują trzy rzeczy. Pierwsza sprawa to kwestia językowa. W Wilnie jest więcej Polaków niż Rosjan, ale jak idziesz do bankomatu, albo bierzesz menu w restauracji, masz angielski, rosyjski, gdzie polski?

W Druskienikach.

Mam ulubioną restaurację przy ulicy Pilies (Zamkowej). Teraz ona zmieniła menu i nie ma już wersji polskiej. Zastanawiam się, dlaczego tak jest. Weźmy dwujęzyczne tabliczki. Nawet w małej Słowenii są. Co więcej, poza Unią Europejską, w Serbii i Macedonii, także funkcjonuje wielojęzyczność.

Litwini uważają, że jest jeszcze za wcześnie, że są za bardzo konserwatywni.

To dużo zależy z kim rozmawiasz.

Rozmawiałem z pretendentem do prezydentury Gitanasem Nausėdą i on powiedział, że ludzie nie są do tego przygotowani, a on jako głowa państwa będzie bardzo ostrożny.

Bo więc sądzę, że Nausėda powinien porozmawiać z młodymi Litwinami, którzy byli za granicą albo pracowali w firmach zagranicznych. Ja teraz częściej spotykam się z Litwinami, którym dwujęzyczne napisy nie przeszkadzają. Podobnie akceptują fakt oryginalnej pisowni nazwisk.

Przeczytaj także:  Gitanas Nausėda: gdy mowa o dwujęzyczności, jestem bardzo ostrożny

Ty do takiej pisowni jako obywatel Francji masz prawo, podobnie jak Roman Gorecki-Mickiewicz.

Ale on też toczył swoje boje sądowe o to, żeby córka, obywatelka Litwy, mogła w taki sam sposób zapisywać swoje nazwisko jak ojciec. W końcu wygrał, choć kosztowało go to wiele trudu. Jednej rzeczy nie rozumiem. Mam wrażenie, że wileńscy Polacy są dość bierni, gdy mowa o walce o swoje prawa. Gdyby tak cała polska społeczność poszła do litewskiego sądu i zaczęła walczyć o swoje tak jak Roman? Rozumiem, że ludzie boją się sądów, sam nie lubię się sądzić, ale gdyby działać wspólnie? Można to porównać do stowarzyszenia konsumentów, które walczy o swoje sprawy…

Uważasz, że wileńscy Polacy są zbyt bierni, inaczej niż Roman?

Albo są bierni, albo po prostu ich to nie obchodzi.

Wracając do „Lokys”. Mówiąc o priorytetach, wspomniałeś o wielojęzyczności.

Kolejną rzeczą, która mnie interesuje, jest transport miejski. Chcę, aby w Wilnie można było mieć wybór między kursowaniem po mieście autem czy szybką i sprawną komunikacją miejską. Obecnie wilnianin ma wybór albo między kiepską komunikacją miejską, która jeździ w żółwim tempie i można nią dojechać na dworzec lub do dzielnicy biznesowej Śnipiszki albo arteriami zakorkowanymi i trudnościami ze znalezieniem miejsc parkingowych, zarówno przy miejscach pracy jak i zamieszkania. Gdy kursujesz między dzielnicami peryferyjnymi (a sporo ludzi w nich pracuje lub mieszka) to potrafisz tracić dwie godziny dziennie na same dojazdy.

Traci się także pieniądze.

Prosty przykład: bilet miesięczny w Wilnie kosztuje obecnie dwadzieścia dziewięć euro, a paliwo gdzieś 1,10 EUR. Jeżeli zarabiasz siedemset euro miesięcznie, to jadąc komunikacją miejską tracisz prawie dziewięć euro dziennie, czyli sto siedemdziesiąt pięć euro miesięcznie. To jest równowartość 159 litrów paliwa lub dwa razy tyle LPG!

I co z tym zrobisz?

Obecnie wielu polityków nabiera wodę w usta, mówiąc o ekologii czy o tym że „za dużo jest aut w Wilnie”, lecz gdyby tutaj komunikacja miejska była dobra jak np. w Warszawie to wielu ludzi po prostu zrezygnowałoby z aut lub korzystałoby z nich wyłącznie na duże zakupy lub podróże. Problem by się rozwiązał w sporej mierze sam. Kolejny punkt mojego programu to poprawienie infrastruktury drogowej: oznakowań, oświetlenia, chodników, a także węzłów drogowych na dużych arteriach.

Wasz komitet „Lokys” uważa, że w Wilnie powinny być dwujęzyczne napisy? Remigijus Šimašius od paru lat wiesza takie tabliczki…

Ale on realnie nic nie zrobił. To wszystko są rzeczy dekoracyjne. Opowiem Ci coś o Šimašiusie. On w 2015 r. ustnie zgodził się w rozmowie z Romanem Goreckim na to, by dać tablicę z polskim imieniem i nazwiskiem Adama Mickiewicza pod jego pomnikiem koło kościoła świętej Anny. Roman powiedział: „słuchaj, Remigijus, wy zrobicie tę tablicę, ja pokryję wszystkie koszty”. Šimašius się cztery lata temu zobowiązał, a obietnicy zupełnie nie dotrzymał. To tak a propos jego szacunku do wielokulturowości.

Przeczytaj także:  Wileńskie ulice przyjaźni

Wyobrażasz sobie dwujęzyczne tablice w Wilnie? Bo ja nie mówię teraz o Ejszyszkach czy Solecznikach, tylko o samej stolicy…

Kiedyś, znając litewskich polityków, zupełnie w to nie wierzyłem. Ale teraz sytuacja się zmienia, zmienia się postrzeganie polskości i Polaków. Może więc tabliczki będą, ale to nie zależy tylko od „Lokysa”. Ja sądzę, że wielojęzyczność to jest ogromna siła Wilna i to jest zbyt mało akcentowane na kursach dla przewodników, gdzie mówi się bardzo dużo o Wielkim Księstwie Litewskim, ale zaraz później o okresie powojennym. Bardzo mało mówi się o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, mało o powstaniach czy choćby dwudziestoleciu międzywojennym. To ostatnie jest przedstawiane bardzo jednostronnie.

Zmieniając temat, do czego przydaje Ci się wenezuelski paszport na Litwie?

Nie mam go od 1998 r., ale gdybym go dalej posiadał, to mógłbym bez wizy jeździć na Białoruś. Obawiam się jednak, że jeśli dojdzie do zmian politycznych w Wenezueli, stosunki z Białorusią ucierpią i może już nie być bezwizowego ruchu z Mińskiem.

Czy Litwini interesują się tym, co obecnie się dzieje w Wenezueli?

Bardzo mało. W mediach były dwa artykuły. Jeden przedstawiał ogólnie stan faktyczny, dość powierzchownie, zaś drugi to było powielenie kremlowskiej propagandy, że wszystkiemu winne są Stany Zjednoczone itp. Potem ja napisałem tekst do drukowanego „Kuriera Wileńskiego”, do jego wersji sobotniej, magazynowej. Rajmund Klonowski obiecał mi przedruk w Internecie. Będę jednak musiał zmienić ten tekst, bo sytuacja jest dynamiczna.

Odwiedzasz Wenezuelę?

Jeśli Maduro sobie pójdzie, to pojadę. Jeśli odejdzie Diosdado Cabello, który de facto rządzi Wenezuelą, a jest płatnym mordercą, to wtedy tak. Na razie piszę do gazety wenezuelskiej „Encarte Culturísima”. W Wenezueli jest skomplikowana sytuacja, bo mamy dwa parlamenty, jeden legalny, w którym większość zdobyła opozycja, drugi podporządkowany władzy. Po wyborach Maduro powinien był ogłosić wybory do parlamentu, bo tak mówi konstytucja. On tego nie zrobił. Zaczynał zamykać opozycjonistów, w tym Leopoldo Lópeza. W końcu Maduro popełnił dziecinny błąd, bo konstytucja mówi, że przysięgę prezydencką należy składać przed Zgromadzeniem Narodowym, a on złożył przed Sądem Najwyższym. Opozycja wykorzystała to, bo Maduro rzeczywiście złamał prawo. Ostatecznie szef parlamentu Juan Guaidó automatycznie stał się prezydentem.

Co w tej sprawie może zrobić malutka Litwa?

Sądzę, że zarówno Wilno, jak i Warszawa, zrobiły dość sporo, wspierając Guaidó. Myślę jednak, że Polska i Litwa mogłyby wykorzystać fakt, że Guaidó interesuje się bardzo wyjściem krajów Europy Wschodniej z komunizmu. Powiedział, że analizował nasz przełom z 1989 roku. Dlaczego my nie idziemy rozmawiać z Guaidó o przyszłych inwestycjach, o naszych stosunkach? Dziennikarze nie interesują się tym, politycy także, ale może biznesmeni powinni?

Wracając do „Lokys”. Jak idzie Wasza kampania wyborcza, bo niedźwiedzia widzę teraz wszędzie na Facebooku…

Niektórzy rzucają nam kłody pod nogi. Jedyny komitet, który bywa zapraszany do mediów z automatu to jest komitet Šimašiusa. Dlatego poszliśmy wraz z przedstawicielami innych komitetów na protest pod siedzibą telewizji państwowej LRT. To nie jest normalne, że prezentowany jest tylko jeden komitet. Może w ten sposób zaczyna się oligarchia. Oni się tłumaczą, że logistycznie nie mogli tego robić. Ale później byliśmy na debacie w Nowej Wilejce i tam zmieścili się przedstawiciele wszystkich partii i komitetów. Udało się.

Roman Gorecki-Mickiewicz mówił mi właśnie przez telefon, że polskie media na Litwie także was nie zauważają.

Nie do końca rozumiem ten system, choć mieszkam na Litwie od paru lat i wiem, że Polacy są bardzo podzieleni. Jedni są za AWPL-ZChR, drudzy mają poglądy lewicowo-liberalne i wspierają socjaldemokratów. To widać w krajobrazie medialnym. Polskimi mediami jesteśmy zatem rozczarowani, w tym także „Wilnoteką”. Znam tam parę osób i szanuję, ale mam wrażenie, że część polskich mediów jest tradycyjna i popiera AWPL-ZChR, a o „Lokysie” milczą. Natomiast dość dobrze traktują nas media litewskie, pomijając sprawę z telewizją LRT. Jest taki show „Dviračio žinios”, gdzie wyśmiewano AWPL, a nas przyjęto bardzo ciepło.

Jak to leciało?

To było coś w tym stylu, że AWPL mówi: „hej, zobaczcie, oni mają wśród założycieli potomka Adama Mickiewicza, a oprócz tego mają jeszcze znanych Puksztę i Komara”. A jak na to AWPL zareagował? „Musimy znaleźć potomka Chopina. Nie ma. No to trzeba znaleźć potomka Jana Pawła II. Zwariowałeś? A kogo my mamy? Mamy Tomaszewskiego, który paradował ze wstążką św. Jerzego, a także tego prezesa od fałszowania faktur”. To było całkiem zabawne.

Wracając do polskich mediów.

Często nie używają w ogóle naszej nazwy „Vilniečių Lokys”, tylko piszą po polsku „Wileński Niedźwiedź” albo „Niedźwiedź wilnian”. A jeśli ktoś nie zna litewskiego, a takich osób w starszym wieku jest sporo, i pójdzie głosować, to nie zobaczy na liście żadnego „niedźwiedzia”. To nas martwi, bo obniża nasze szanse.

Z kolei „Wilnoteka” obiecała nam jakiś czas temu debatę ze wszystkimi polskimi kandydatami, ale na razie jest o tym cisza. Oni albo popierają jawnie AWPL-ZChR, albo się go po prostu boją… A trzeba powiedzieć jedno: my jako „Lokys” jako pierwsze takie mniejszościowe ugrupowanie od uzyskania przez Litwę niepodległości w 1990 roku mamy bardzo wielu kandydatów Litwinów, którzy są nastawieni przyjaźnie do Polaków, którzy z własnej woli się do nas przyłączyli. U nas na mera kandyduje osoba, która ma wielką alergię na flirty z Kremlem. Mimo tego „Wilnoteka” nas nie zauważa.

I w ten pesymistyczny sposób, kończymy nasz wywiad… A, nie, teraz widzę, że znowu macha nam Misiek…

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj