Zalew Szczeciński i jego rybackie dziedzictwo od kuchni

-

Współczesna specyfika kulturowa regionu ujścia Odry kształtuje się na naszych oczach, jednak ma już poważne fundamenty w postaci rybackiej kultury regionu. Warto na nią spojrzeć „od kuchni”. Lokalne kulinaria bazują na bogactwie rybnym oraz obyczajach i nawykach ludzi zasiedlających te ziemie po drugiej wojnie światowej. Najnowszy projekt Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych odkrywa tę część dziedzictwa regionu.

Tę ziemię można było przyrównać do olbrzymiego kotła fermentacyjnego, gdzie kipiał i pienił się zlepek najróżniejszych obyczajów i nawyków, gęsto zakrapiany osadem długoletniej włóczęgi po świecie. W ten sposób Pomorze Zachodnie w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej opisywał Bolesław Chmura, osadnik, który podzielił się swymi wspomnieniami z autorami książki „Drogi powrotu”. Opis ten pasuje oczywiście również do regionu Zalewu Szczecińskiego, który był najdalej wysuniętym na północny-zachód zakątkiem nowej Polski. Ludność niemiecka, która żyła tu od wieków, zaczęła opuszczać region pod koniec wojny. Na ich miejsce przybywali osadnicy z najróżniejszych stron przedwojennej Polski: Mazowsza, Wielkopolski oraz terenów utraconych na wschodzie, przede wszystkim z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny. Pierwszymi osadnikami byli zdemobilizowani żołnierze, często trafiali tu również Polacy powracający z robót przymusowych w Niemczech. Wszyscy przywozili ze sobą własny bagaż doświadczeń oraz nawyki i obyczaje charakterystyczne dla ich rodzinnych stron. Mówili odmiennymi gwarami, inaczej obchodzili święta, na różne sposoby gospodarzyli. Region Zalewu Szczecińskiego był dla nich czymś zupełnie obcym, zarówno pod względem kulturowym, jak i krajobrazowym, czy przyrodniczym. W tym wielokulturowym „kotle fermentacyjnym”, z połączenia bardzo różnych elementów – zastanych na miejscu i przywiezionych – zaczynała tworzyć się nowa kultura regionu.

Przeczytaj także:  Rybołówstwo nad Zalewem Szczecińskim: Tylko dla chwatów, dla orłów

Wśród miejscowych rybaków znany obecnie jest przepis na miętusa na słoninie, według Pana Zdzisława Biszewskiego, nieżyjącego już rybaka z Wolina. On pochodził z Kresów, więc takie rzeczy znał – wspominał Pan Władysław, który również całe dekady łowił na Zalewie. Nie ma wątpliwości, że słonina jest ważna dla kulinarnej tradycji ziem wschodniej Polski i obecnej Białorusi, Litwy i Ukrainy. Pan Zdzisław Biszewski pochodził z zachodniego Podlasia. Jak się okazało, połączenie tej tradycji z obficie występującym w Zalewie miętusem dało niezwykły rezultat. Pan Józef z Lubina na wyspie Wolin dobrze znał Biszewskiego. On mówi do mnie: Józek, Jezus Maria! Jasny gwint! – wspomina reakcję autora przepisu na pierwsze efekty kulinarnego eksperymentu. On to na kutrze robił. Maszynkę sobie zrobił na denaturat. To musi być miętus, czyste mięso. I musi być słoninka, bez słoniki to już nie to… To z ziemniakami i surówką jakąś… Oj, to był smaczek – wspominał z rozrzewnieniem.

Czy danie z rybackiego kutra może być jednym z symboli kultury lokalnej, tworzącej się nad Zalewem Szczecińskim po 1945 roku? Jak najbardziej! Zwłaszcza, że to właśnie rybołówstwo było sferą życia, na której mogła się oprzeć społeczność przybywających tu osadników. Wbrew zapewnieniom propagandy Polski Ludowej zarówno ten region, jak i pozostałe ziemie przyłączone po II wojnie do naszego kraju, nie były krainą mlekiem i miodem płynącą. Fakt, poniemieckie domy pozostały znakomicie wyposażone – wyjeżdżający mogli zabrać ze sobą tylko dwadzieścia kilogramów dobytku. Niektórzy to wchodzili [do domu] i jakby świeczkę zapalił to od razu mógłby mieszkać, strawę zrobić – opowiadał pan Marian z Ładzina na wyspie Wolin. Infrastruktury i sprzętów domowych czy gospodarczych nie brakowało, osadnicy byli jednak zdani na siebie. Brakowało dostaw, zmorą byli również bezwzględni szabrownicy. A największym wyzwaniem, zwłaszcza w tych pierwszych tygodniach po przybyciu, było zdobycie pożywienia. Myśmy tu byli zagubieni, bo [wcześniej] mieszkaliśmy w mieście, a tutaj pustka, jest dach nad głową, ale nie ma nic… Najgorsza zima była. Przyjechaliśmy w listopadzie to leżały jeszcze jabłka, to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach, jak gdzieś były słoiki, to jak się znalazło, to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc… – wspominała Pani Wenata z Lubina.

W czasie wojny na wodach Zalewu Szczecińskiego oraz w okolicznych ujściach, rozlewiskach i jeziorach w zasadzie nie łowiono. W tym czasie nagromadziła się tu ogromna ilość ryb. Sięgnięcie po nie choć w części rozwiązywało problem trudno dostępnej żywności. Pierwsi rybacy zaczęli zaopatrywać w pożywienie nie tylko swoich najbliższych, ale również osoby mieszkające na wsiach i w miejscowościach oddalonych od brzegów Zalewu. Pan Józef, rybak z Karsiboru, który pamiętał pierwsze lata po wojnie wspominał: Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem to 1 maja miałem tysiąc trzysta sześćdziesiąt kilo, 2 maja dziewięćset kilo, 3 maja siedemset kilo. Jednego miesiąca my zdali ponad trzynaście ton ryby! A jeden handlarz przyjeżdżał wołgą i daliśmy mu czterysta osiemdziesiąt kilogramów ryby. To auto aż było krzywe! Tam gdzie kierowca siedział na przodzie to wór sto osiemdziesiąt kilo miał… A ten handlarz płacił nam cztery złote za kilogram. Wtedy inna ryba się nie liczyła tylko węgorz… Ryby było bardzo dużo.

Rybacka codzienność. Zdj. Artur Kubasik.

Podobną historię z tych pierwszych lat przytoczył również Pan Józef z Łunowa: Panie, węgorzy to było! My we dwóch jeden raz to czterysta kilo złapali przez noc, tak szedł! Pięć siatek my zastawili, z tych bierzemy pierwszą, zobaczymy co tam… Patrzymy, a tam już pełno! Ściągnęli, wysypali i w koło całą noc tak… To od razu flądrę i płotkę i wszystko szło, tylko węgorze zostawialiśmy, a resztę wywalaliśmy całą noc… Czterysta kilo węgorza przez noc złapaliśmy, łódkę przywieźli pełną do domu i nie ma gdzie sprzedać. Tu taki autochton w Świnoujściu mieszkał, handlował trochę, to do niego my dali znać i on to zabrał, wędził i wysyłał do Wrocławia, do Poznania, do większych miast.

Dzięki temu rybołówstwo stało się po wojnie jednym z najbardziej atrakcyjnych zawodów, który mimo trudu i niebezpieczeństwa dawał jakiś rodzaj oparcia w tym niepewnym, powojennym świecie. Warto przytoczyć fragment wspomnień Anatola Drywy ujętych w książce „Drogi powrotu” (Poznań, 1981): w sezonie zarabiałem trzykrotnie więcej aniżeli na wyspie w Gdańskim Urzędzie Morskim. Praca była ciężka i mozolna. Hartowała młodego człowieka podczas jesiennych sztormów i mgieł. Wyrywane przez żywioł żaki stawiane były ponownie, łącznie z przestawami żakowymi. Nikt się nie zrażał dodatkowymi niezapłaconymi robotami i nocowaniem pod gołym niebem na wyspie pod latarniami, gdy nagły sztorm nie pozwalał wracać do portu macierzystego. Dopiero teraz naprawdę poznałem trudny i niebezpieczny zawód rybaka. (…) Zarobek uzyskany w sezonie wystarczał w zupełności do nowego sezonu wiosennego, a nawet dłużej!

Tę opinię potwierdził nam również Pan Józef z Lubina: tu generalnie żyli bardzo biedni ludzie. Ci co pracowali w rybołówstwie to żyli bardzo dobrze, ale reszta to skromnie, powiedziałbym nawet biednie.

Rybaczenie – jak nazywało się ten zawód nad Zalewem – miało znaczenie nie tylko finansowe, ale i bytowe. Rytm pracy związany z połowem, zarówno w skali sezonu, jak i dnia, wprowadzał pewien ład w życie osadników. Z czasem życie wielu rodzin zostało podporządkowane kalendarzowi rybackiemu. Na kutrach i przy sieciach spotykali się ludzie z różnych stron dawnej Polski, mówiący innymi gwarami i pielęgnujący odmienne obyczaje. Tutaj musieli nauczyć się żyć na nowo. Możemy tylko wyobrazić sobie jak wielkim wyzwaniem było to dla wielu z nich. Na przykład dla Tadeusza Piechoty, rybaka z Lubina, a potem członka zarządu spółdzielni „Certa”, który przed wojną był… trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu. Z czasem, ci wszyscy ludzie stawali się przede wszystkim rybakami znad Zalewu. Społecznością z własnymi nawykami i obyczajami – również kulinarnymi.

***

Te ostatnie są cały czas obecne w rybackich domach. Fundacja Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych podjęła w 2019 roku wysiłek zebrania tych przepisów, a także innych barwnych opowieści o pracy na Zalewie Szczecińskim wśród doświadczonych rybaków. 30 czerwca 2019 roku efekty tej pracy zostaną zaprezentowane w ramach „Dnia kultury rybackiej” organizowanego w Lubinie na wsypie Wolin. Wydarzenie uświetni koncert gwiazdy muzyki szanty – Jerzego Porębskiego. Historia rybołówstwa nad Zalewem Szczecińskim, barwne opowieści z życia rybaków oraz przepisy kulinarne zostaną zebrane również w publikacji „Wyspy smaków. Kulinarna gawęda znad Zalewu Szczecińskiego”, która niedługo ukaże się nakładem Fundacji. Więcej informacji na stronach: centruminicjatyw.org.pl, archipelag.edu.pl. Więcej informacji nt. wydarzenia: facebook.com/events/1266958473464985/.

Inicjatywa została podjęta w ramach projektu „Rybackie dziedzictwo Zalewu Szczecińskiego od kuchni”, realizowanego przez Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych. Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego „Rybactwo i Morze”.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Piotr Oleksy
Piotr Oleksy
Doktor nauk historycznych, adiunkt w Instytucie Wschodnim Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Publicysta, analityk i ekspert w zakresie relacji politycznych, kulturalnych i społecznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Redaktor dwóch monografii naukowych. Stały współpracownik czasopism Nowa Europa Wschodnia i New Eastern Europe, publikuje w Tygodniku Powszechnym. Koordynator merytoryczny serii Muzyczne Rodowody, organizator koncertów: Muzyczne Rodowody w Sejmie RP, oraz Zgrani z Ukrainą. Pomysłodawca oraz realizator cyklu spotkań Literacki Wschód.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here