Liudas Mažylis: w europarlamencie chcę działać na rzecz „globalizacji solidarności”

-

Jako nauczyciel integracji europejskiej w Uniwersytecie Witolda Wielkiego orientuję się w mechanizmach, które rządzą strukturami unijnymi. Ogłosiłem decyzję o kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego zaraz po pielgrzymce Franciszka na Litwę, co miało ze sobą taki związek, że interesuje mnie papieska idea „globalizacji solidarności”. Nie tylko jako katolika, ale także polityka. Teraz mamy w Europie taką postawę, że chcemy od Unii pieniądze, zaś nie zgadzamy się na żadną solidarność, choćby w sprawie uchodźców. Istnieje ryzyko, że nasza część kontynentu będzie się izolować. „Imigranci? To problem Włoch”, mówią ludzie. Ja się z tym nie zgadzam. Dlatego jestem za „globalizacją solidarności” – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim profesor Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie Liudas Mažylis.

Liudas Mažylis urodził się w 1954 roku w Kownie. Studiował na Wydziale Chemii Wileńskiego Uniwersytetu Państwowego. W latach 1977-1990 pracował jako inżynier i współpracownik naukowy w Kowieńskim Instytucie Kardiologicznym. W 1985 r. został kandydatem nauk z dziedziny chemii organicznej (obecnie posługuje się stopniem doktora). W latach osiemdziesiątych zaangażował się w działalność w ruchu „Sąjūdis”. W 1990 r. został wybrany radnym Kowna, w tym okresie był także zastępcą redaktora naczelnego wydawanej przez samorząd gazety „Kauno laikas” („Czas Kowieński”). Od 1995 do 1998 r. pełnił funkcję dyrektora Centrum Prasy. W 1997 r. rozpoczął pracę w Uniwersytecie Witolda Wielkiego, gdzie specjalizuje się w integracji europejskiej. W 2001 r. został wicedyrektorem Instytutu Nauk Politycznych i Dyplomacji na tejże uczelni. Jest działaczem Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów, zapowiedział już start w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. z ich listy. W marcu 2017 r. zasłynął odkryciem w berlińskich archiwach Aktu Niepodległości Litwy z 16 lutego 1918 r.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Czym Pan teraz się zajmuje w momencie, gdy rok stulecia Litwy dobiega powoli końca?

Liudas Mažylis: Obecnie pracuję nad artykułem do rocznika historii Kowna. Jest on poświęcony jednemu dniu z życia Rady Litewskiej, czyli Taryby, zimą 1917 r. Konkretnie działo się to 10 grudnia 1917 r., gdy działacze Taryby przyjechali z Wilna do Kowna, by negocjować z niemieckimi władzami okupacyjnymi. Chodziło o ogłoszenie niepodległości Litwy. Działacze litewscy spodziewali się, że Niemcy poprą ten pomysł, jednak oni postawili warunek podpisania czterech konwencji: celnej, transportowej, wojskowej i monetarnej. Litwini zgodzili się włączyć te konwencje do deklaracji niepodległości. Owocem tego byłoby powstanie państwa litewskiego, ale mocno uzależnionego od Niemiec, które, jak wtedy wydawało się, wygrają wojnę. Potencjały były przecież zupełnie różne. Ostatecznie akt niepodległości Litwy ogłosił ten sam skład Taryby w dniu 16 lutego 1918 r.

W jaki sposób akt niepodległości znalazł się w Berlinie?

Wieczorem 16 lutego 1918 r. członkowie Taryby wysłali ten akt telegrafem do Berlina. Później został on odnaleziony w politycznym archiwum Auswärtiges Amt w Berlinie. Jednak akt niepodległości miał także kształt fizyczny, z podpisami wszystkich sygnatariuszy. Był to oryginał dostarczony do Berlina na bardzo dobrym papierze, napisany pismem ręcznym przez sekretarza Taryby Jurgisa Šaulysa. W obu językach, po jednej stronie po litewsku, po drugiej po niemiecku. Został dostarczony pociągiem w kopercie. W marcu 1918 r. Niemcy kajzerowskie uznały już oficjalnie niepodległą Litwę.

Przeczytaj także:  Dzień był mglisty i pochmurny. 99 lat temu uchwalono niepodległość Litwy

Co się działo z tym dokumentem po 1918 r.?

Niemcy włożyli go do dokumentów historycznych ułożonych chronologicznie i mało kto się nim interesował. Później przyszła ciekawa sytuacja w okresie II wojny światowej. Berlin był kompletnie zniszczony, a archiwa wywieziono w góry Harzu. Później dostały się one w ręce aliantów. Ze stanu Michigan przyjechali eksperci amerykańscy, by zaopiekować się tymi archiwami. Bardzo dużą część zmikrofilmowano, myślę, że jakieś 60%. Widziałem to w archiwum w Londynie. To nie dotyczy jednak aktu niepodległości z 16 lutego 1918 r., który nie został zmikrofilmowany. Później, jak wiemy z historii, ukształtowały się dobre relacje między Republiką Federalną Niemiec a zachodnimi aliantami, którzy zwrócili Niemcom te archiwa. Wcześniej Brytyjczycy ponumerowali jednak te akta. W 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Dokumenty znalazły się w nowym budynku Auswärtiges Amt, we wschodniej części Berlina. Było to swego rodzaju symboliczne wydarzenie.

W końcu w 2017 r. ja znalazłem dokument.

Przeczytaj także:  Akt niepodległości Litwy odnaleziony w Berlinie

Czy trudno było przekonać Niemców, by przekazali akt niepodległości Litwie?

Uczestniczyłem w tych negocjacjach osobiście. Byłem optymistą. Ale Niemcy stwierdzili w pewnym momencie, że ten akt został wysłany do Berlina w 1918 r., że był przeznaczony dla Niemców i to jest część niemieckiego dziedzictwa. Podzielałem ten pogląd. W 2018 r. obchodzimy jednak stulecie Litwy, to jest bardzo ważne wydarzenie psychologicznie dla Litwinów. Niemcy zdecydowali się dokonać wobec nas gestu. Na początku otrzymaliśmy akt na jeden rok. Jednak po pewnym czasie przyjechali do nas eksperci archiwalni z Niemiec i orzekli, że Litwa ma wszelkie środki, żeby w bezpieczny sposób przechowywać ten dokument. Przedłużono zatem termin do pięciu lat. Relacje niemiecko-litewskie są jednak według mnie na tyle dobre, że nie ma chyba przeszkód, by akt niepodległości trzymać w Wilnie nawet dłużej niż pięć lat. Niemcy nie zwrócą oficjalnie dokumentu „na zawsze”, bo boją się precedensu. Ale my jako Litwini możemy przedłużać okres ekspozycji aktu o kolejne lata.

Niech Pan opowie o nagrodzie, która była przeznaczona za odnalezienie aktu.

To jest raczej smutna historia, nie nadająca się do prasy. MG Baltic ogłosił, że przekaże milion euro osobie, która spełni dwa warunki. Znajdzie akt niepodległości i sprawi, że zostanie on przekazany władzom litewskim. W momencie, kiedy ogłoszono nagrodę, ja wysłałem już list z pytaniem do archiwów w Berlinie. Miałem już w styczniu 2017 r. zgodę na poszukiwania. Pojechałem do Niemiec w marcu, zaś w lutym MG Baltic ogłosił informację o nagrodzie. Ja napisałem wtedy na Facebooku i do dziś jest to widoczne na mojej ścianie, pytając, co zrobić jeśli wiem, gdzie jest akt, ale nie mam pewności, czy zostanie on przekazany Litwie. Oczywiście wtedy trochę blefowałem, bo jedynie podejrzewałem, gdzie może być dokument. Ze strony MG Baltic nie było na moje słowa żadnej reakcji. Później przestałem śledzić to, co się dzieje w tej sprawie na Litwie, bo pojechałem do Niemiec i komentowałem dla mediów jedynie fakt moich poszukiwań. Ostatecznie zdecydowałem się nie przyjąć nagrody. Nie prowadziłem jednak żadnej oficjalnej komunikacji z MG Baltic, oni nie zwrócili się od mnie. Nie odwołali także konkursu, bo wiadomo, że istnieją dwa oryginały Aktu Niepodległości z 16 lutego 1918 r.

Przeczytaj także:  Litewska deklaracja niepodległości będzie wystawiona na widok publiczny

Skąd taka pewność?

Niektórzy twierdzą, że nawet więcej, ale ja sądzę, że dwa. Druga wersja dokumentu jest pisana na maszynie. Nikt nie wie, gdzie jest. Może być na Litwie, może być za granicą. W międzyczasie nastąpił 16 lutego 2018 r., czyli ostateczny termin, do kiedy akt miał być znaleziony. Nikt nie dostał nagrody, ale MG Baltic wymyślił nowy pomysł: fundusz historyczny na rzecz poszukiwań tego drugiego dokumentu, który opiewa na 100 tysięcy euro.

Tak więc w taki oto sposób nie zostałem nagrodzony (śmiech).

Gdzie może być drugi dokument?

Sądzę, że w Rosji. Gdy Sowieci weszli na Litwę w 1940 r., zabrali nasze archiwa w głąb Związku Sowieckiego. Niektórzy mówią jednak, że chodzi o inny kraj. Ciekawa jest historia drugiego dokumentu. W 1928 r., kiedy obchodziliśmy dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości, ludzie zażądali, żeby władze pokazały akt niepodległości. Jeden był w Berlinie, zaś drugi? Okazało się, że także w Berlinie, w ambasadzie Litwy. Sprowadzono więc ten dokument do Kowna, na żądanie prezydenta Antanasa Smetony, sygnatariusza z 1918 r. Akt opublikowały wszystkie gazety kowieńskie. Później był on przetrzymywany w prezydenturze, w siedzibie Smetony w Kownie. Zniknął w pierwszym roku okupacji sowieckiej. Są jednak inne przypuszczenia. Pierwsze jest takie, że ktoś przechował go na Litwie, zaś drugie, że wraz z emigrantami litewskimi znalazł się na Zachodzie.

Przeczytaj także:  Litewska flaga na Kurfürstenstraße. Sto lat stosunków litewsko-niemieckich

Jak Kowno obchodziło stulecie Litwy?

Dla mnie osobiście był to ważny rok. 15 lutego 1918 r., w przeddzień rocznicy niepodległości, zostałem profesorem honoris causa Uniwersytetu Witolda Wielkiego. Później przyznano mi honorowe obywatelstwo miasta. Jeśli zaś chodzi o Kowno, to nie było żadnych obchodów organizowanych przez władze centralne. Dano wolną rękę samorządom. Do Kowna przyjechali delegaci z miast siostrzanych. Mieliśmy specjalne wydarzenie na arenie „Žalgirisa”. Myślę, że władze poradziły sobie z tą rocznicą. Musimy jednak pamiętać, że nie ogranicza się ona do 16 lutego, ale także do powstania rządu Augustinasa Voldemarasa, pierwszej litewskiej konstytucji, czy stworzenia narodowej policji czy wojska.

A jak Pan przeżył to stulecie?

Ja uczestniczyłem w 2018 r. w nakręceniu filmów dokumentalnych ukazujących, co odbywało się konkretnego dnia sto lat temu. Chodziło więc o uznanie Litwy przez Watykan czy sprowadzenie do kraju Wilhelma von Uracha, czyli Mendoga II, mającego być królem Litwy. Byłem także w archiwum w USA, gdzie przejrzałem materiały Jurgisa Šaulysa, sygnatariusza z 1918 r. To trzy tysiące stron fascynującej lektury o tym, jak powstała niepodległa Litwa. Z kolei w Stuttgarcie siedziałem w archiwach Wilhelma von Uracha. W 1918 r. Litwa została republiką, więc nie doceniamy faktu, jak bardzo hrabia Wirtembergii przygotowywał się do przejęcia tronu w Wilnie. Uczył się historii Litwy, języka litewskiego, prowadził kalkulacje geopolityczne. Jeden z dokumentów, który znalazłem w Stuttgarcie, podpisany jest jako „Mindaugas”. Widać więc, jak bardzo był emocjonalnie zaangażowany w kwestię zostania królem. Decyzja Litwinów była jednak zupełnie inna. Chcieli kreować nowoczesne instytucje takie jak prezydent czy Sejm.

Przeczytaj także:  Arūnas Gelūnas: Sowieci nie znosili Kowna

Pańska rodzina pochodzi z Kowna?

Mój ojciec urodził się tutaj, z kolei matka przybyła do Kowna, gdy miała rok. Moi dziadkowie pochodzili z różnych regionów, wśród nich ze Żmudzi, Auksztoty i Suwalszczyzny, czyli w zasadzie z całej Litwy. Jednak w dwudziestoleciu międzywojennym mieszkali już w Kownie, czyli w tymczasowej stolicy.

Wyobraża sobie Pan żyć poza Kownem?

Całe życie mieszkałem w Kownie, poza pięcioma latami, gdy studiowałem w Wilnie. To miasto ma dla mnie znaczenie szczególne, ale w sumie, czemu nie, mógłbym mieszkać w Wilnie, a teraz ogłosiłem, że chcę wyjechać do Parlamentu Europejskiego i będę kandydować w wyborach w 2019 r.

Jeszcze do tego wrócimy. W latach osiemdziesiątych zaangażował się Pan w „Sąjūdis”…

Ten okres był dla mnie podwójnie ważny, z powodów politycznych, ale także dlatego, że zmieniłem profesję. Dotychczas byłem doktorem chemii. Później zaangażowałem się w nauki społeczne. Natomiast „Sąjūdis” potrzebował odpowiednich ludzi także w Kownie i w ten sposób w 1990 r. zostałem radnym rady miejskiej. Większość członków rady pochodziła zresztą z „Sąjūdisu”. Wyobrażaliśmy sobie wtedy, że szybko odbudujemy znaczenie Kowna jako przedwojennej „tymczasowej stolicy”, że nadamy mu kształt. Szybko jednak nastąpił zimny prysznic, wraz z centralizacją władzy. Nowi ludzie, którzy doszli do władzy w 1990 r., chcieli wszystko zarządzać z Wilna. Później z „Sąjūdisu” wyodrębniły się partie polityczne, wtedy gdy zrealizowaliśmy już nasz postulat, czyli niepodległość.

Przeczytaj także:  Ruch, który obudził Litwę. 3 czerwca 1988 roku powstał Sąjūdis

Czy poza tym nawiązywaniem do „przedwojennej, tymczasowej stolicy” kowieński „Sąjūdis” miał jakąś specyfikę?

Byliśmy bardzo silnym oddziałem. O ile w Wilnie w ruch angażowali się artyści, dziennikarze czy profesorowie, to w Kownie głównie inżynierowie. Wtedy nie mieliśmy jeszcze Uniwersytetu Witolda Wielkiego, który przywrócono później, zaś w Kownie działała Politechnika i Instytut Medyczny. W tym ostatnim pracowałem ja i tam był bardzo silny oddział „Sąjūdisu”. Wielu profesorów znalazło się wśród sygnatariuszy aktu 11 marca 1990 r.

Co działo się podczas Pańskiej pięcioletniej kadencji w radzie miejskiej?

Sądzę, że najtrudniejszy był 13 stycznia 1991 r., gdy ludzie z całej Litwy, także z Kowna, zjechali pod wieżę telewizyjną. Wtedy nastąpiła „krwawa niedziela”. Później sytuacja się uspokoiła, Litwa uzyskała niepodległość i w radzie miejskiej nastąpiła rutyna. Może jednak nie do końca, bo zajmowaliśmy się w dużej mierze desowietyzacją. Trzeba było zwrócić wspólnotom wyznaniowym ich własność, podobnie zmienialiśmy nazwy ulic, przywracając przedwojenne. W Kownie mieliśmy z tym szczególne wypadki. W 1945 r. Laisvės alėja, czyli Aleja Wolności, główna ulica Kowna, została nazwana Prospektem Józefa Stalina. Po destalinizacji trzeba było poszukać innej nazwy. Lider Komunistycznej Partii Litwy Antanas Sniečkus zdecydował jednak, że nie będziemy jej szukać, tylko przywrócimy nazwę Laisvės alėja. Chodziło jednak nie o „wolność burżuazyjną”, a „wolność socjalistyczną”. Aleja Wolności istnieje w Kownie do dziś. Z kolei Vlado Putvinskio gatvė, gdzie teraz siedzimy, to była ulica Salomėji Nėris, znanej litewskiej poetki. Sam Putvinskis był twórcą Związku Strzelców, więc nadawał się na nowego patrona. Z kolei ulica Mickevičiaus w Kownie jest bardzo stara. Mam mapę z 1917 r. z ulicami Hindenburga i Lundendorfa, zaś pomiędzy nimi znajduje się, zapisana po polsku, ulica Mickiewicza. Ten poeta polski i litewski jest bardzo ważny dla Kowna, bo tu pracował jako nauczyciel, mamy także w Kownie dolinę Mickiewicza.

W latach dziewięćdziesiątych zaangażował się Pan w ruch chrześcijańsko-demokratyczny. Jaki był powód?

Wspominałem już, że na korytarzach mojego instytutu spotykałem kolegów, którzy zaangażowali się w politykę, podobnie jak w kowieńskiej siedzibie „Sąjūdisu”. Był to głównie ruch towarzyski, bo w partii chadeckiej znalazły się osoby, które znałem i którym ufałem. Oczywiście poglądy też były mi bliskie, ja do tej pory jestem członkiem Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów, którzy zaprosili mnie na listę do Parlamentu Europejskiego w 2019 r.

Kandydował Pan już wcześniej do różnych gremiów, po odejściu z kowieńskiej rady miasta w 1995 r.

Tak, trafiłem kiedyś nawet do drugiej tury w wyborach do Sejmu. Później w 2009 r. kandydowałem do Parlamentu Europejskiego, ale nie prowadziłem wtedy intensywnej kampanii, nie byłem także bardzo zaangażowany partyjnie, dlatego zrobiłem dobry wynik, ale ostatecznie nie znalazłem się w Strasburgu.

Przeczytaj także:  Wybory na Litwie: Konserwatyści wracają do władzy?

Teraz znów Pan kandyduje. Dlaczego?

Ludzie zaczęli mnie namawiać, a to na urząd mera Kowna, a to na prezydenta Litwy. Ja stwierdziłem, że chcę być w Parlamencie Europejskim. Jako nauczyciel integracji europejskiej w Uniwersytecie Witolda Wielkiego orientuję się w tych mechanizmach. Ogłosiłem swoją decyzję zaraz po pielgrzymce Franciszka na Litwę, co miało ze sobą taki związek, że interesuje mnie papieska idea „globalizacji solidarności”. Nie tylko jako katolika, ale także polityka. W 1993 r., kiedy Jan Paweł II przyjechał na Litwę z pielgrzymką, głosił pojednanie między Litwinami a Polakami, a także hasło „nie lękajcie się”. Obecny papież ma inne hasło: „nie próbuj być lepszy od innych”. Teraz mamy w Europie taką postawę, że chcemy od Unii pieniądze, zaś nie zgadzamy się na żadną solidarność, choćby w sprawie uchodźców. Istnieje ryzyko, że nasza część kontynentu będzie się izolować. „Imigranci? To problem Włoch”, mówią ludzie. Ja się z tym nie zgadzam. Dlatego jestem za „globalizacją solidarności”. Jako Litwa bardzo skorzystaliśmy gospodarczo na integracji europejskiej. Jesteśmy także bezpieczni, choć żyjemy w niebezpiecznych czasach i mamy nieciekawe położenie. Unia okazała nam także solidarność. Bez Europy nie będziemy w stanie się obronić.

Potrzebujemy Unii Europejskiej, ale także my jako Litwini, powinniśmy być przydatni. Dlatego kandyduję.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj