Irmina Matonytė: Litwa startowała z trudniejszej pozycji niż Polska czy Czechosłowacja

-

Kraje bałtyckie różniły się od Polski czy Czechosłowacji tym, że nie miały w ogóle prywatnej gospodarki, pomijając oczywiście „czarny rynek spekulantów” istniejący w całym Związku Sowieckim. Na Litwie nie było prywatnego rolnictwa, jak w Polsce Ludowej, w dodatku nie mieliśmy żadnego „ducha przedsiębiorczości”. Kolejna rzecz, która dzieli Polskę, Czechy czy Węgry z jednej strony, a Litwę z drugiej, jeśli chodzi o transformację, to brak silnego społeczeństwa obywatelskiego – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim litewska politolożka Irmina Matonytė.

Irmina Matonytė kształciła się w dziedzinie politologii na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie, na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie, a także w Instytucie Studiów Politycznych w Paryżu. Uzyskała stopień doktora nauk społecznych w dziedzinie socjologii w Kowieńskim Uniwersytecie Technologicznym. Później została profesorem na uczelni ISM w Wilnie („Uniwersytet Zarządzania i Ekonomii”). Od niedawna współpracuje także z Akademią Wojskową im. gen. Jonasa Žemaitisa w Wilnie. Specjalizuje się w politologii, socjologii polityki, badaniu elit i przywództwa, studiach europejskich. Od 2005 do 2010 r. była prezesem Litewskiej Asocjacji Politologów. Zasiadała także w zarządzie Międzynarodowej Asocjacji Politologów z siedzibą w Montrealu.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Zajmuje się Pani transformacją Litwy, Łotwy i Estonii od krajów postsowieckich do demokratycznych członków Unii Europejskiej i NATO. Między transformacją Polski, Czechosłowacji i Węgier a państw bałtyckich widać jedną podstawową różnicę. O ile nasz region startował od podległości Związkowi Sowieckiemu, ale mieliśmy własną państwowość, to Litwa, Łotwa i Estonia były w 1990 roku wciąż okupowane. Rozumiem jednak, że to nie jedyna różnica w sytuacji między naszymi państwami?

Irmina Matonytė: Cofnijmy się do czasów sowieckich. Dla Litwy kluczowym dokumentem, który zadecydował o jej przyszłości był Pakt Ribbentrop-Mołotow. Nawet jeśli  nie wszyscy na Litwie widzą, co się w nim znajdowało dokładnie, zdają sobie sprawę, że to określiło naszą przyszłość w 1940 roku na pięćdziesiąt lat. Wpadliśmy w zależność od Moskwy. Później jednak zmiana polityczna na Litwie potoczyła się dość szybko, czego symbolem jest obchodzona w tym roku dwudziesta piąta rocznica wycofania wojsk rosyjskich. Osiągnęliśmy to przed Polską, Niemcami czy Węgrami. Był to na pewno sukces naszej młodej dyplomacji, ale także wynik liberalizacji w Rosji w okresie Borysa Jelcyna. On nie był specjalnie poważany przez klasę polityczną we własnym kraju, dla Litwy jednak okazał się ważnym partnerem. To z Jelcynem negocjowaliśmy nasze wystąpienie ze Związku Sowieckiego, czego nie musieli robić oczywiście ani Węgrzy, ani Polacy, ani Czesi.

Przeczytaj także:  Ruch, który obudził Litwę. 3 czerwca 1988 roku powstał Sąjūdis

Druga rzecz, która dzieli Polskę, Czechy czy Węgry z jednej strony, a Litwę z drugiej, jeśli chodzi o transformację, to brak silnego społeczeństwa obywatelskiego. Po waszej stronie mieliśmy takie ruchy jak „Karta 77” czy „Solidarność”. Z kolei u nas powstał w 1988 roku „Sąjūdis”, który był ruchem zakorzenionym w naszym kraju, ale jednak spontanicznym. Nie miał bardzo wykształconego programu, jeśli chodzi o politykę czy kulturę, był złapaniem „świeżego powietrza”, po tym jak w Związku Sowieckim zaczęła się pierestrojka. Co prawda wcześniej mieliśmy ruch kulturalno-etnograficzny, związany z folklorem, a także Kronikę Kościoła Katolickiego na Litwie, grupę Helsinki czy Ligę Wolności Litwy, ale tych instytucji nie można porównać z sieciami społeczeństwa obywatelskiego funkcjonującymi w Polsce czy w Czechosłowacji. U nas transformacja koncentrowała się na małych grupkach. Kolejna rzecz, która inaczej przebiegała w krajach Grupy Wyszehradzkiej oraz na Litwie, Łotwie czy Estonii to stosunek do ekologii, „zielonych idei”. Na Litwie mieliśmy dużą dyskusję o elektrowni atomowej w Ignalinie, którą chciano rozbudowywać, a było to tuż po katastrofie w Czarnobylu. Z kolei w Estonii toczyła się debata o wydobyciu łupków bitumicznych we Wschodniej Wironii, co także prowadziło do zanieczyszczenia środowiska (większym zagrożeniem była planowana w północnej Estonii budowa kopalni fosforytów, a protesty przeciwko jej powstaniu zostały określone mianem „wojny fosforytowej” – przyp. red.).

Przeczytaj także:  Poskramianie transformacji po estońsku. O przemianach i filmie „Rodeo” Kiura Aarmy i Raimo Jõeranda

Taka sama debata ekologiczna była na Łotwie, gdzie protestowano przeciwko budowie elektrowni na Dźwinie…

Wreszcie, kraje bałtyckie różniły się od Polski czy Czechosłowacji tym, że nie miały w ogóle prywatnej gospodarki, pomijając oczywiście „czarny rynek spekulantów” istniejący w całym Związku Sowieckim. Na Litwie nie było prywatnego rolnictwa, jak w Polsce Ludowej, w dodatku nie mieliśmy żadnego „ducha przedsiębiorczości”. Dopiero Michaił Gorbaczow zdecydował się na wprowadzenie kooperatyw. U progu transformacji okazało się, że najlepiej przygotowani do „wyścigu prywatyzacyjnego” byli menedżerowie państwowych przedsiębiorstw sowieckich.

W porównaniu do Łotwy i Estonii w czasach sowieckich Litwa miała całkiem silny kościół katolicki. Czy wpłynęło to na transformację?

W dużym stopniu. Jednym z ważnych punktów transformacji było oddanie katedry wileńskiej kościołowi przez ówczesnego I sekretarza Komunistycznej Partii Litwy Algirdasa Brazauskasa. Był to jego pijarowy gest, ale znalazł szeroki rezonans w społeczeństwie. Komuniści, którzy przekształcili się w „narodowych komunistów”, chcieli podkreślić swój związek z Litwą właśnie poprzez takie gesty. Z kolei dla Sąjūdisu kościół był także ważny. Wiele wydarzeń organizowanych przez „Sąjūdis”, zaczynało się w kościele albo było w kościele ogłaszanych.

Pamięć o sytuacji kościoła katolickiego w czasach sowieckich jest wciąż żywa na Litwie. Niedawno mieliśmy wizytę papieża Franciszka, który przypomniał o katolickich ofiarach represji sowieckich.

Przeczytaj także:  Papież Franciszek w krajach bałtyckich: Mosty zamiast murów

Kolejna różnica między Łotwą a Litwą jest taka, że na Łotwie partia komunistyczna nie wsparła łotewskiej niepodległości, zaś na Litwie komuniści włączyli się w ten sam proces co „Sąjūdis”.

Komunistyczna Partia Litwy wyodrębniła się z Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, stając się „narodowymi komunistami”. Później przekształcili się w Litewską Demokratyczną Partię Pracy. Mieliśmy jednak oprócz tego Komunistyczną Partię Litwy „na platformie moskiewskiej”, dowodzoną przez Mykolasa Burokevičiusa, która w 1991 roku wsparła sowiecką agresją na wieżę telewizyjną i pucz Janajewa.

Uważa Pani, że wsparcie litewskich komunistów dla niepodległości było kluczowe? Czy sytuacja potoczyłaby się inaczej, gdyby jedynie „Sąjūdis” opowiedział się za wolnością?

Uważam, że teraz to jedynie swego rodzaju „ćwiczenie intelektualne”. Na pewno partia Brazauskasa odegrała ważną rolę w odzyskaniu przez Litwę niepodległości. Bez litewskiej narodowej nomenklatury byłoby trudno. Żylibyśmy w świecie o wiele bardziej spolaryzowanym, a dojście do niepodległości nie dokonałoby się tak szybko.

Jeśli weźmiemy transformację węgierską czy polską, to toczyła się ona w monoetnicznych państwach. Z kolei w krajach bałtyckich, zwłaszcza na Łotwie i w Estonii, mieliśmy silną mniejszość rosyjską, która w dużej mierze była przeciwna odzyskaniu niepodległości przez te kraje.

Do dziś istnienie społeczności rosyjskojęzycznej na Litwie jest problemem, jeśli weźmiemy pod uwagę prawo o mniejszościach narodowych, kwestię języka państwowego czy ustawę o obywatelstwie. Te problemy wciąż nie do końca są rozwiązane. Ale jednak jest to inna sytuacja niż na Łotwie czy w Estonii, gdzie istnieją duże mniejszości rosyjskie. Wpłynęło to na sytuację w 1990 roku, gdy na Litwie zastosowaliśmy „wariant zerowy”, jeśli chodzi o obywatelstwo. Każdy, także jeśli był Polakiem czy Rosjaninem, a jego rodzina nie miała w 1939 r. obywatelstwa litewskiego, mógł się o nie ubiegać. Natomiast Łotwa i Estonia wprowadziły egzaminy językowe czy dotyczące lojalności państwowej.

My jednak na Litwie mamy inny problem, bardziej związany z językiem. Prawo o języku państwowym wynika z naszego stosunku do spraw etnonarodowych. Mamy surowe podejście do użycia języka litewskiego, zakaz stosowania cyrylicy w miejscach publicznych czy chociażby brak liter w, q i x w dokumentach, co jest problemem w stosunkach z polską mniejszością. Państwo litewskie nie potrafi sobie z tym poradzić. Powiedziałabym, że z jednej strony mamy w porównaniu z Łotwą i Estonią niewielkie problemy z mniejszością rosyjską, bo dużo Rosjan po 1990 r. wyjechało z Litwy, ale nawet mniejszość licząca 5% może być problemem, gdy jest instrumentalizowana przez dużego sąsiada. Mam na myśli np. działalność „Russkogo mira” jako organizacji. Także mniejszość rosyjska jest wciąż pewnym problemem dla państwa, podobnie jak polska, choć z zupełnie innych powodów.

W tym roku obchodzimy trzydziestolecie „Sąjūdisu”, a więc trzydziestolecie początku transformacji litewskiej. Niby ona się udała – Litwa jest niepodległa, weszła do Unii Europejskiej i NATO. Czy to jest rzeczywiście „success story”?

W sensie politycznym czy geopolitycznym na pewno. Wektor europejski, zachodni został zaakceptowany przez społeczeństwo. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę sprawy społeczne – bezpieczeństwo socjalne, to nie nazwałabym transformacji pełnym sukcesem. Przede wszystkim mamy gigantyczną emigrację z Litwy, a nasz kraj opuszczają głównie ludzie młodzi, wykształceni i perspektywiczni. Kolejnym problemem są różnice materialne. Przepaść między biednymi a bogatymi jest największa na Litwie, jeśli mówimy o krajach Unii Europejskiej. Jest to wynikiem neoliberalnej agendy, którą przyjęto zaraz na początku transformacji. Oczywiście w międzyczasie wydarzył się kryzys gospodarczy w 2008 r.

Wszystkie te sprawy socjalne wpływają na stosunek Litwinów do instytucji. Zaufanie do parlamentu, do partii politycznych jest rekordowo niskie, podobnie jak udział w wyborach. Ludzie czują się wyalienowani z polityki. A jeśli mają kłopoty, to jak mówi teoria, używają różnych strategii, a więc „loyalty”, „voice” czy „exit”. Z jednej strony coś co można nazwać „lojalnością”, czyli zostają na Litwie, utożsamiają się z nią, niezależnie co by się działo. Z drugiej jest także „voice”, czyli próba udziału w ruchach protestu, demonstracjach itp. Wreszcie, część ludzi usiłuje po prostu wyjechać z Litwy (opcja „exit”). Ta ostatnia strategia jest najbardziej widoczna obecnie. Skoro państwo im niczego nie oferuje, nie czują się szanowani, to dlaczego mają zostać? Dlaczego mają ufać instytucjom?

Przeczytaj także:  Zobaczyć łotewski Londyn

Warto podkreślić, że Litwa należy do tych państw, gdzie istnieje największa przepaść między zaufaniem do instytucji europejskich a brakiem zaufania do instytucji państwowych. Inaczej niż Polska, Litwa nie jest sceptycznie nastawiona do Unii Europejskiej. Zaufanie do Europejskiego Banku Centralnego, Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego jest o wiele większe niż do Sejmu czy rządu. Oczywiście Litwini narzekają na wprowadzenie euro, że to odbiło się na płacach czy na cenach, ale nie wiąże się to z nieufnością do Unii Europejskiej.

Można powiedzieć, że niezależnie od narodowości, Litwini są euroentuzjastami. Tak więc nasza sytuacja jest podobna do Łotwy czy Estonii, zaś o wiele bardziej różni się od tego, co mamy w Polsce, na Słowacji czy na Węgrzech.

Czy uważa Pani, że system polityczny na Litwie funkcjonuje dobrze? Po 1990 r. Litwa była podzielona na partie „postsąjūdisowskie” i „postkomunistyczne”, zaś teraz wejście do gry Związku Chłopów i Zielonych popsuło sytuację.

Ale ta dychotomia między Sąjūdisem a dawnymi komunistami zniknęła na Litwie już w 2000 r., gdy doszło do powołania rządu Rolandasa Paksasa, skupiającego dwie partie liberalne, a zostawiającego w opozycji lewicę Brazauskasa i konserwatystów. Historyczny podział na „prawicę” i „lewicę” został wtedy podmyty. Później pojawiły się partie populistyczne, partie jednego sezonu czy przedsiębiorcy, którzy chcieli mieć swoje ugrupowania. Spektrum polityczne przesunęło się na prawo. W 2012 roku nominalnie mieliśmy rząd socjaldemokratyczny, ale najwyżej możemy go nazwać „centrowym”. Prawa, które były wtedy uchwalane, nie miały wiele wspólnego z lewicowością. Jeśli np. weźmiemy kodeks pracy, który nie jest zbyt zorientowany na pracownika czy na związki zawodowe. Tak więc historyczny podział na „lewicę” i „prawicę” przestaje mieć powoli znaczenie. Symbolem jest dojście do władzy w 2016 r. Związku Chłopów i Zielonych, którzy nie są ani lewicą, ani prawicą. Tę partię można opisać jako populistyczną czy etnonacjonalistyczną. Pewnie zauważył Pan, że ich lider Ramūnas Karbauskis nie chciał nawet wziąć udziału w pielgrzymce papieża, a partia ta dąży do tego, by oficjalnie uznać na Litwie pogaństwo.

Przeczytaj także:  Tomaszewicz-Jakowicz: Karbauskis nie chce, by Litwa chodziła pijana

Uważa Pani, że Związek Chłopów i Zielonych jest tak samo populistyczną partią jak ugrupowania Rolandasa Paksasa czy Wiktora Uspaskicha?

I tak, i nie. Jest jedna duża różnica. Ich lider Ramūnas Karbauskis jest oskarżany o bliskie związki z Rosją, ale oni prowadzą politykę bardzo sceptyczną wobec Moskwy, inaczej niż Partia Pracy czy Porządek i Sprawiedliwość. Są co prawda teraz sygnały, że moglibyśmy mieć odprężenie z Rosją, ale to już jest zupełnie innego typu polityka niż Paksasa czy Uspaskicha. Są jednak także podobieństwa. Rozumienie partii przez Ramūnasa Karbauskisa i jej interesów jest bardzo podobne. To w jaki sposób jego partia powstała, jak układała listy, jak stawała do wyborów, to czyni ją bardzo podobną do Partii Pracy czy Porządku i Sprawiedliwości. W dodatku dochodzi jeszcze charyzma lidera.

Obecnie w sondażach silni są konserwatyści. Czy uważa Pani, że po 2020 r. Litwa wróci do starego podziału na „lewicę” i „prawicę”, czy stanie się coś innego?

Myślę, że to drugie. Trudno oczekiwać powrotu do podziału historycznego. My teraz na Litwie nie mamy socjaldemokracji, a dwie partie, które się zwalczają i prędzej się zjedzą wzajemnie niż osiągną jakieś porozumienie. W dodatku na Litwie nie mamy żadnej agendy lewicowej. Lewica znika. Kiedyś też nie była silna, ale mieliśmy jakieś wartości lewicowe czy osoby, które się odwoływały do idei socjaldemokratycznych. Powiedziałabym, że nowy „cleavage” na Litwie będzie dotyczył stosunku do instytucji Unii Europejskiej czy wspólnoty jako takiej. Czy mamy mieć do czynienia z federalizacją czy „Europą Narodów”.

Przeczytaj także:  Juozas Olekas: partia Kirkilasa nie jest dla nas zagrożeniem

Czy wybory w 2020 r. przyniosą jakąś zmianę?

Nie sądzę, by Związek Chłopów i Zielonych zniknął, ale uważam, że może powstać jakaś kolejna partia. W dodatku do polityki wraca Wiktor Uspaskich. Myślę jednak, że ta nowa partia nie uzyska takiego wyniku jak w 2016 r. partia Ramūnasa Karbauskisa. Nie wierzę w to, że partia, która nie istnieje obecnie, a dopiero miałaby zostać stworzona, wygra w 2020 r. wybory.

W 2019 r. będziemy mieli trzy wybory na Litwie.

I prawdopodobnie dwa referenda. Jedno z nich o obywatelstwie, drugie o zmniejszeniu liczby posłów. Obecnie w konstytucji litewskiej jest zapisane, że nie można mieć podwójnego obywatelstwa. Jedynie prezydent może w drodze wyjątku zaakceptować takie rozwiązanie. A w związku z tym, że mamy dużą emigrację, to takie podwójne obywatelstwo staje się ważnym problemem politycznym. Symbolicznym, ale także istotnym geopolitycznie.

Kwestia referendum o zmniejszeniu składu Sejmu jest typowo populistyczna. Chodzi o to, by zamiast 141 posłów, było 121 albo nawet mniej. Zieloni i Chłopi argumentują, że to taniej. Ale dla debaty politycznej jest jednak lepiej, jeśli mamy większy parlament.

Przeczytaj także:  Litwini mówią: „Oskarżamy!”

W 2019 r. Litwa będzie mieć nowego prezydenta.

Kampania wyborcza właśnie się zaczyna. Mamy w związku z tym stan niepewności. Posłowie są bardziej zainteresowani wyborami niż przyjmowaniem ustaw. Dalia Grybauskaitė tak czy inaczej odchodzi z polityki krajowej, ona jest zainteresowana sprawami europejskimi i światowymi. Natomiast w jaki sposób wyniki wyborów prezydenckich wpłyną na sytuację polityczną… Zarówno Saulius Skvernelis, Ingrida Šimonytė czy Gitanas Nausėda nie będą już tak silni jak Grybauskaitė. Obecnie widzę najwięcej szans dla premiera Skvernelisa, który jeszcze nie ogłosił, że startuje w wyborach prezydenckich. Bardzo to jednak zmieniłoby sytuację Litwy. Dalia Grybauskaitė była bardzo widoczna na arenie międzynarodowej, ze względu na swoje jednoznaczne stanowisko wobec Rosji, a także doświadczenie europejskie. Skvernelis zaś nie zna dobrze języka angielskiego, w dodatku jest skoncentrowany głównie na polityce wewnętrznej jako były szef MSW i policjant. Z kolei gdyby Ingrida Šimonytė została prezydentem, prowadziłaby o wiele bardziej prozachodnią politykę, w dodatku szybko mogłaby się nauczyć spraw zagranicznych. Ona jest dość elokwentnym politykiem.

Przeczytaj także:  Ingrida Šimonytė: musimy się zdecydować, czy jesteśmy Szwecją czy USA

Gdyby Ingrida Šimonytė została wybrana na prezydenta, byłaby drugą kobietą na tym stanowisku. Jak zmieniła się pozycja kobiet na Litwie w okresie transformacji?

Zmieniła się na lepsze, to oczywiste. Litwa jest jednym z najbardziej postępowych krajów, jeśli chodzi o zmianę pozycji kobiet. Z drugiej strony jeśli patrzymy na obecność płci żeńskiej w parlamencie, to liczby wciąż nie są zadowalające. Obecnie mamy w Sejmie trzydzieści kobiet, wcześniej mieliśmy trzydzieści trzy. To nie jest duża liczba. Wielu litewskich samorządowców jest kobietami, czego może nie ma w takim stopniu w Polsce czy na Węgrzech. Udało nam się także przyjąć ustawę o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Mamy liberalne prawo aborcyjne, a próba jego zaostrzenia w Polsce wywołała także na Litwie demonstracje solidarnościowe. Także wysoki procent kobiet bierze udział w życiu zawodowym. Akcja „Me too” także była obecna na Litwie.

W Estonii istnieje bardzo duży „gender pay gap”.

Na Litwie mniejszy i z tego co pamiętam, jest w ogóle niższy niż przeciętna w Unii Europejskiej. Natomiast należy zwrócić uwagę z czego taka sytuacja wynika w Estonii. Tam bardzo rozwinięty jest sektor finansowy, który odpowiada za tę różnicę. Na Litwie ten sektor odgrywa o wiele mniejszą rolę.

Wspomniała Pani, że na Litwie mało jest kobiet w Sejmie. Uważa Pani, że powinno się wprowadzić kwoty dla kobiet?

Osobiście uważam, że tak. Ale to nie jest popularny pogląd na Litwie. Nawet nasza prezydent Dalia Grybauskaitė jest przeciwko kwotom, zarówno w polityce, jak i w biznesie. Niechęć do kwot wynika z tego, że to jest sztuczny system i w dodatku przypomina czasy sowieckie.

Przeczytaj także:  Katoliczki, socjalistki, emancypantki. Historia praw kobiet na Litwie

A jak ocenia Pani własną sytuację zawodową?

Jestem zatrudniona w prywatnym uniwersytecie ISM oraz w Akademii Wojskowej im. gen. Jonasa Žemaitisa. Osobiście nie czuję się dyskryminowana. Ale to wynika z moich kwalifikacji i statusu naukowego, który sprawia, że jestem równo traktowana przez wszystkich. Ale jeśli spojrzymy na młode doktorantki czy wykładowczynie, to czasy na Litwie są obecnie bardzo trudne. Ale z drugiej strony to odnosi się także do mężczyzn, bo system uniwersytecki jest wciąż niedoinwestowany i znajduje się pod ciągłą reformą. Kobiety jednak w tej „grze” tracą znacznie więcej. Ze względu choćby na stereotypy.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj