Birutė Sabatauskaitė: Me Too to lekcja dla nas wszystkich

-

W październiku minął rok od rozpoczęcia światowej akcji Me Too, mającej na celu społeczne uwrażliwienie na problem molestowania seksualnego. Akcja ta została nagłośniona po ujawnieniu, że znany hollywoodzki producent filmowy Harvey Weinstein miał dopuścić się molestowania wielu kobiet, z którymi współpracował. Wiele ofiar, nie tylko kobiet, ale i mężczyzn, postaci publicznych i osób prywatnych, zachęconych przykładem aktorki Alyssy Milano, dzieliło się swoimi doświadczeniami molestowania seksualnego w mediach społecznościowych, opatrując je hasztagiem #MeToo. Akcja dotarła również na Litwę, gdzie jako pierwsza o swoim doświadczeniu opowiedziała aktorka Julija Steponaitytė. Zarzuciła ona molestowanie znanemu reżyserowi filmowemu Šarūnasowi Bartasowi. Czy akcja Me Too doprowadziła na Litwie do zmian w postrzeganiu problemu molestowania seksualnego? Przegląd Bałtycki zapytał o to dyrektor Litewskiego Centrum Praw Człowieka Birutė Sabatauskaitė.

Birutė Sabatauskaitė. Zdj. Agencja BNS.

Birutė Sabatauskaitė jest prawnikiem i dyrektorem w Litewskim Centrum Praw Człowieka (Lietuvos žmogaus teisių centras). W 2007 roku ukończyła studia w dziedzinie prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Michała Römera. Wcześniej działała w litewskim i międzynarodowym ruchu sokolim, gdzie zajmowała się m.in. kwestiami praw dzieci. W latach 2006–2008 pracowała w Kontroli Państwowej, a w latach 2009–2011 wykładała prawo konstytucyjne na Uniwersytecie Michała Römera. Od 2003 roku działa w Litewskim Centrum Praw Człowieka. Jest ekspertką prawną Centrum, autorką licznych analiz i raportów nt. przestrzegania praw człowieka na Litwie, uczestniczką grup roboczych, reprezentuje Centrum przed sądami i innymi instytucjami państwowymi.

Niedawno minął rok od rozpoczęcia kampanii Me Too. Jak z perspektywy roku ocenia pani jej skuteczność w podnoszeniu świadomości na temat takich zjawisk, jak molestowanie czy przemoc na tle seksualnym?

Mogę się zgodzić, że przyczyniła się ona do większego uświadomienia problemu. Teraz przynajmniej rozmawia się na ten temat, choć czasem sprowadza się to do żartów w stylu: „to już nawet nie można sobie poflirtować?” Ale nawet te żarty pokazują, że ludzie zaczynają zastanawiać się nad własnym zachowaniem. Musimy też jednak pamiętać o osobach, które są narażone na doświadczenie tego rodzaju zachowania – nie lubię nazywać ich ofiarami. Nie czują się szczególnie zachęcone do mówienia, bo nadal w przestrzeni publicznej mamy do czynienia z obwinianiem ofiar. Z drugiej strony w niektórych instytucjach zaczęto się zastanawiać nad tym, jak umożliwić ofiarom zgłaszanie takich zachowań i szukanie pomocy. Przynajmniej w sferze publicznej pojawiła się pewna przestrzeń, gdzie nie mówi się ofierze, że sama jest sobie winna, ale że jest osobą, która ma swoją godność.

Jaka była skala tej akcji na Litwie? Jakiego rodzaju reakcje wywołała?

Skala reakcji była ogromna. I chociaż skala samej akcji nie był tak duża, to mieliśmy całkiem sporo głośnych przypadków, np. sprawę dotyczącą jednego z najbardziej znanych litewskich reżyserów Šarūnasa Bartasa. Julija Steponaitytė była tą osobą, od której wszystko się zaczęło. Mieliśmy już jednak wcześniej coś podobnego na Litwie, gdy jedna z aktorek wystąpiła przeciwko dyrektorowi Teatru w Poniewieżu. To akurat było bardzo znaczące, bo sprawa trafiła do sądu, chociaż osoba, która o tym poinformowała także musiała dużo znieść – oczernianie, zastraszanie, trudności ze znalezieniem pracy…

Znane są również przypadki dwóch parlamentarzystów…

Tak. W przypadku pierwszego wszczęta została procedura pozbawienia go mandatu, ale ostatecznie sam się go zrzekł. Co ważne, ta sprawa dotarła do Sądu Konstytucyjnego. W swoim orzeczeniu Sąd podkreślił jedną istotną rzecz: nie ma znaczenia, że sam sprawca może uważać takie zachowanie – podrywanie, komentarze na temat bielizny, wysyłanie pornograficznych zdjęć czy zapraszanie do prywatnych pomieszczeń – za zupełnie normalne. Ważne jest, jak postrzega to ofiara molestowania. To wcześniej nie zostało tak jasno sformułowane.

Mamy mnóstwo innych przypadków, ale także dużo obwiniania ofiar. Szczególnie w przypadku drugiego parlamentarzysty. To było dosyć szokujące, bo znany on był ze swojego zaangażowania na rzecz praw człowieka. Pojawiło się dużo komentarzy w rodzaju: „kto idzie z mężczyzną do jego mieszkania” itp. Założył on potem sprawę karną o zniesławienie. Dziennikarze, którzy opisywali sprawę nie chcieli ujawnić tożsamości ofiary. Prokuratura wystąpiła w tej sprawie do sądu, który orzekł jednak, że dziennikarze mają prawo chronić swoje źródła, a ponieważ nie ma bezpośredniego zagrożenia niczyjego zdrowia czy życia, to nie muszą ich ujawniać. Jednak nikt więcej nie odważył się wystąpić. Można się więc zastanawiać nad rzeczywistymi konsekwencjami obu tych spraw, czy naprawdę zachęcają one ofiary do mówienia.

Mówimy o przypadkach, gdzie osoby, którym zarzuca się tego rodzaju zachowanie są postaciami powszechnie znanymi. Ale przecież te sprawy dotyczą nie tylko ludzi ze świecznika. Do przypadków molestowania może dochodzić np. w miejscu pracy. Jak oceniać kampanię Me Too w tym wymiarze?

Jeśli próbujemy znaleźć jej pozytywne strony, to trzeba zauważyć, że w niektórych miejscach zaczęto zastanawiać się nad tym, jak zmienić środowisko pracy i stworzyć mechanizmy pozwalające ofiarom mówić. Niestety nadal takie zachowania uchodzą za coś normalnego. Nawet teraz, gdy rozmawiamy z niektórymi instytucjami na temat tworzenia takich mechanizmów słyszymy w odpowiedzi próby normalizowania molestowania seksualnego. To naprawdę straszne, jak często te zachowania są normalizowane. Możemy to dostrzec na przykładzie badań Agencji Praw Podstawowych na temat postrzegania molestowania seksualnego. W Szwecji aż 80 proc. kobiet stwierdziło, że doświadczyło molestowania seksualnego. Na Litwie tylko niecałe 40 proc. Gdy się porówna te dwie liczby, to trudno uwierzyć, żeby w Szwecji częściej dochodziło do przypadków molestowania.

Skąd zatem taka różnica?

Przyczyną jest to, że te zachowania są tak bardzo znormalizowane, że nawet w stosunku do siebie nie uważa się ich za nieakceptowalne. Tym bardziej, gdy wszyscy wokół mówią, że to jest to całkowicie normalne, albo że to tylko flirt. Mówiliśmy wcześniej o głośnych sprawach publicznych, ale musimy też spróbować wyobrazić sobie, jak wpłynęło to na ludzi, którzy chcieliby powiedzieć o swoich przypadkach – w sytuacji, gdy nie mają obok siebie nikogo, kto mógłby ich wesprzeć. W swoim środowisku, np. w miejscu pracy, są oni zdani tylko na siebie, boją się utraty pracy albo społecznego potępienia. To zależy też od pochodzenia – jeśli ktoś pochodzi z małego miasteczka to tym bardziej będzie narażony na brak możliwości znalezienia innej pracy czy na ryzyko społecznego odrzucenia. Wydaje mi się, że nadal musimy pracować nad stworzeniem bezpieczniejszego środowiska, w którym ludzie będą mogli mówić o swoich przypadkach otwarcie.

Skoro mówimy o bezpieczniejszym środowisku – jak ocenia pani istniejące instrumenty i procedury prawne? Czy wystarczająco chronią one prawa ofiar przestępstw na tle seksualnym?

Powiedziałabym że tak, ale jednocześnie wydaje mi się, że powinniśmy dokonać ponownej oceny istniejących przepisów kodeksu karnego. Powinniśmy się też przyjrzeć sprawom, które nie docierają do sądów. Mamy również ustawę o równych możliwościach, ustawę o równych możliwościach kobiet i mężczyzn – która zawiera definicję molestowania seksualnego – ale np. nie mamy regulacji dotyczących molestowania przy świadczeniu usług, więc formalnie nie jest to zabronione, chociaż znamy takie przypadki. Wciąż nie wszystkie tego rodzaju sprawy są uregulowane, nie wszystkie czyny są wprost określone jako zabronione.

Na jakie wsparcie mogą liczyć ofiary?

Mamy do czynienia z problemem zapewnienia ofiarom wsparcia, zwłaszcza w przypadku poważniejszych spraw, a więc nie molestowania seksualnego, ale gwałtu. Ofiary gwałtu nie mogą liczyć na takie wsparcie. I nie mówię jedynie o pomocy prawnej, ale także o tym, że ofiary potrzebują kogoś, kto z nimi porozmawia. Cieszę się, że od przyszłego roku ofiary ataków na tle seksualnym będą uprawnione do otrzymywania bezpłatnej pomocy prawnej. Nadal nie zmienia to jednak całego systemu. Instytucje dostarczające pomocy prawnej są także częścią naszego społeczeństwa. Musimy być pewni, że unikniemy sytuacji, gdy ofiara poszukująca pomocy ponownie styka się z prześladowaniem. Znamy też przypadki, gdy ofiary muszą się udawać do kilku kolejnych szpitali, bo personel twierdzi, że nie jest przygotowany, by je przyjąć. To zdumiewające!

Jak pani uważa, czy instytucje uprawnione do udzielania tego rodzaju pomocy są rzeczywiście do tego przygotowane?

Jedne tak, inne nie. Brakuje szkoleń uświadamiających, co czuje ofiara. Gdy mówimy o molestowaniu seksualnym, to bardzo ważna jest edukacja. To także kwestia edukowania ofiar, np. w jaki sposób należy zbierać dowody. Bo chociaż badania mówią, że ofiary bardzo rzadko wymyślają swoje historie, to bez dowodów ich zeznania można łatwo zakwestionować. Chodzi również o szybkość postępowania. W przypadku poważniejszych spraw, jak gwałt, ślady na ciele ofiary bardzo szybko znikają. W tym czasie, gdy ofiara czeka w kolejce na ekspertyzę medyczną te ślady mogą po prostu zniknąć, zanim śledztwo tak naprawdę się zacznie.

Być może sprawy sądowe nie zawsze są dobrą drogą do przywrócenia sprawiedliwości, ale zasadniczo taki jest cel całego systemu, aby sprawiedliwość została przywrócona – aby stwierdzić, że to, co przydarzyło się ofierze jest niesprawiedliwością, że ktoś dopuścił się ciężkiego naruszenia jej praw. A więc nie chodzi nawet o złapanie sprawcy, ale o to, jak reaguje system – czy potrafi stwierdzić, że to co się zdarzyło, było niesprawiedliwe i czy potrafi zapewnić wsparcie. To prowadzi nas do kolejnego pytania: czy na Litwie dostępna jest pomoc psychologiczna? Mamy wyspecjalizowane ośrodki zajmujące się przemocą domową, nie ma jednak podobnych miejsc, które niosłyby pomoc ofiarom ataków na tle seksualnym. Jest też kwestia zmiany definicji pewnych pojęć, np. gwałtu – „zgwałcić” w języku litewskim brzmi niemal jak „rozerwać”. Może się wydawać, że to tylko drobny szczegół, ale nie dla osoby, która potrzebuje pomocy. Podsumowując, bez odpowiedniego przygotowania, przeszkolenia osób, które byłyby w stanie nieść wsparcie i pomoc prawną potrzebującym nie będzie postępu w tej kwestii.

Jak ocenia pani skuteczność sądów w tej dziedzinie?

Gdy analizowałam sprawy sądowe dotyczące napaści na tle seksualnym, to zauważyłam pewien charakterystyczny trend. To skupianie się w dużym stopniu na charakterystyce ofiary, nawet gdy chodzi o nieletnie dziewczęta: jak się ubierała, jak się prowadziła itp. Nie chciałabym obwiniać wszystkich sądów i nie twierdzę, że wszyscy sędziowie są uprzedzeni, ale trzeba przyznać, że to jest rozpowszechnione zjawisko. Czasem robi mi się po prostu niedobrze na myśl o tym, jak dużo uwagi poświęca się charakterystyce ofiary zamiast skupienia się na zachowaniu samego sprawcy. Znam sprawę, w której matka przepraszała sprawcę za zachowanie córki – i to w sytuacji, gdy sąd stwierdził, że sprawca wiedział, że ma do czynienia z nieletnią. W innej sprawie, gdzie ojciec wykorzystał seksualnie córkę znalazłam informację, że ofiara nie stawiała oporu. Czemu ma służyć taka informacja?

A czy dostrzega pani większą świadomość problemu w instytucjach publicznych? Czy zwracają się one do takich organizacji jak wasza z prośbami o konsultacje?

W ostatnim czasie nie widzę żadnych poważniejszych dyskusji czy prób przyjrzenia się rozwiązaniom prawnym w tym zakresie. Dostrzegam pewne postępy np. w urzędzie Pełnomocnika ds. Równych Możliwości. Pracownicy tej służby chcą analizować, czy prawo obejmuje wszystkie sfery związane z molestowaniem seksualnym i czy ofiary mają dostęp do pomocy. Natomiast jeśli chodzi o sądownictwo, to – być może się mylę – nie dostrzegam żadnej dyskusji na ten temat. Mogę natomiast powiedzieć o pewnych postępach w niektórych instytucjach w sferze szkolnictwa. Na niektórych uniwersytetach zaczęto analizować własne rozwiązania, zastanawiać się nad tworzeniem strategii nie tylko zwalczania, ale i zapobiegania molestowaniu, mechanizmów umożliwiających informowanie o takich przypadkach. Są też pewne prywatne przedsiębiorstwa, w których pojawiają się takie pytania. Myślę, że to lekcja dla nas wszystkich, także dla organizacji pozarządowych. Powinniśmy sami spojrzeć, czy mamy jakieś polityki zapobiegania molestowaniu. Większość z nas nie ma. Możemy to oceniać krytycznie, ale także jako punkt wyjścia, by zrobić krok do przodu.

Wydaje się, że litewskie społeczeństwo jest dość konserwatywne. Czy w tym także można upatrywać przyczyn, z powodu których tak trudno mówić publicznie o molestowaniu?

Nie powiedziałabym, że litewskie społeczeństwo jest konserwatywne. Można je nazwać pluralistycznym. Na pewno Litwa jest nadal do pewnego stopnia homogeniczna, a także dosyć konserwatywna, jeśli chodzi o poddawanie w wątpliwość przemocy ze względu na płeć, molestowania seksualnego i ich form. Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni nie mogą również być ofiarami, jednak to kobiety najczęściej doświadczają przemocy ze względu na płeć.

W życiu społeczeństwa ważną rolę odgrywa Kościół i religia, Litwini w większości są katolikami. Czy dostrzega pani jakiś wpływ Kościoła na litewskie społeczeństwo w sprawach związanych z molestowaniem seksualnym?

Nie widzę takiej roli bezpośrednio w odniesieniu do molestowania seksualnego. Dostrzegam jednak taki wpływ w większej skali, np. jeśli chodzi o edukację. Kościół katolicki sprzeciwia się jakimkolwiek formom edukacji, które kwestionowałyby stereotypowe role płciowe. A wydaje mi się, że to ma zasadnicze znaczenie dla zapobiegania każdej formie przemocy, w tym molestowaniu. Bez względu na to, czy mówimy o przemocy domowej, przemocy ze względu na płeć czy molestowaniu seksualnym, musimy mówić o kwestionowaniu stereotypowych ról płciowych. Widać to na przykładzie ratyfikacji Konwencji Stambulskiej (o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej – przyp. aut.) i jej implementacji. Przewiduje ona, że w celu zapobiegania przemocy warunkowanej płciowo i przemocy domowej trzeba zaczynać od wczesnej edukacji szkolnej. A tu Kościół odgrywa ogromną rolę, próbując wpływać na decydentów, poprzez nieformalne spotkania czy listy otwarte nawołujące do nieratyfikowania Konwencji. Mimo zapisanej w Konstytucji rozdzielności państwa i Kościoła.

Przeczytaj także:  Dovilė Šakalienė: gdyby nie moja ustawa, wciąż ginęłyby dzieci na Litwie

Inny argument, który pojawił się przy okazji akcji Me Too i był podnoszony przez jej krytyków mówi, że godzi ona w zasadę domniemania niewinności – w tym przypadku osób, którym zarzuca się molestowanie.

Tak, wielu ludzi sięgało po ten argument. Wydaje mi się, że ważne jest, by w ogóle mówić o domniemaniu niewinności. Niemniej jednak, gdy chodzi o molestowanie seksualne i o ludzi, którzy zaczęli o tym mówić, to trzeba też pamiętać, że nie chodzi o sprawy karne. Oczywiście z drugiej strony można powiedzieć, że w ten sposób publicznie linczuje się niewinnych. Chodzi jednak o sprawy, w których wymiar sprawiedliwości w ostatnich latach nie zadziałał tak, jak powinien. Oficjalnie na Litwie rejestruje się ok. 2 przypadków molestowania seksualnego rocznie. Tymczasem, kiedy zaczęły pojawiać się te historie, to okazało się, że niemal każda kobieta, z którą rozmawiałam, doświadczyła w swoim życiu jakiejś formy molestowania czy nawet czegoś poważniejszego. Musimy uświadomić sobie jako społeczeństwo, że chodzi o brak sprawiedliwości. Wracając więc do pańskiego pytania o domniemanie niewinności – skoro uważamy to za ważną zasadę to jako równie ważną powinniśmy traktować życie i godność osoby skrzywdzonej.

Ale czy taka akcja jak Me Too jest w stanie to zmienić?

Wszystko zaczęło się od tego, że ludzie zaczęli mówić o swoich doświadczeniach. Mam oczywiście nadzieję, że ludzie nie będą cały czas zmuszeni do publicznego nagłaśniania tego, że doświadczyli zachowań, które nie dotarły do organów ścigania. W zasadzie chodzi o podkreślenie, że potrzebujemy mechanizmów umożliwiających przywrócenie sprawiedliwości. I aby działo się to w sposób konstruktywny. Nie chcę przez to powiedzieć, że publiczne wystąpienia nie są konstruktywne, bo czasem jest to ostatnia deska ratunku. W przypadku rozmaitych innych problemów prawnych, gdy ludzie szukają pomocy, kiedy tracą nadzieję na pomyślne rozwiązanie, często udają się po pomoc do mediów. Licząc, że dziennikarze pomogą pchnąć te sprawy do przodu. Nie kwestionujemy wtedy ich doświadczeń tak bardzo, jak w przypadku molestowania seksualnego, gdy zaczynamy obwiniać ludzi, którzy sami cierpią. Mówimy o zjawisku, które jest tak bardzo normalizowane i które siedzi w nas tak głęboko.

Badała pani różne sprawy, w Wilnie i w mniejszych miejscowościach. Czy jest jakaś różnica pomiędzy takimi sprawami w większych miastach i na prowincji? Czy można pokusić się o wniosek, że w większych miastach panuje większa otwartość i większa świadomość problemu?

Zamówiliśmy tego rodzaju badanie, ale ponieważ nie mamy jeszcze wyników, jest za wcześnie by wyciągać wnioski. Mogę jedynie powiedzieć, że ryzyko jest większe w mniejszych miejscowościach, gdzie wszyscy nawzajem się znają. Domyślam się, że sytuacja może być podobna do tej, jaka dotyczy przemocy domowej. To także nie jest wynik badania, ale bardziej ogólny wniosek. Osoby zajmujące się zapobieganiem i ściganiem przemocy domowej zwracają uwagę na jedną rzecz: od kiedy przemoc domowa została prawnie uznana za przestępstwo, ludzie są bardziej skłonni informować o tym policję. Jednak bardziej skłonni są do tego, by poinformować policję, gdy do przemocy dochodzi w domu, w którym się pije, a rodzina nie cieszy się społecznym szacunkiem. Ale gdy do takich przypadków dochodzi w rodzinie, która jest ogólnie szanowana, to nikt nie informuje policji. Trudno wyciągać wnioski, ale byłabym skłonna przyznać, że w mniejszych miejscowościach ofiarom przestępstw na tle seksualnym jest dużo trudniej występować w swoich sprawach. Właśnie dlatego, że wszyscy znają się nawzajem. Obawiam się też, że tam ludzie tym bardziej nie mają rzeczywistej możliwości znalezienia jakiejkolwiek pomocy, czy to prawnej, czy psychologicznej.

Wspomniała pani o dziennikarzach jako ostatniej desce ratunku. Zatrzymajmy się przy tym. Jak pani ocenia reakcję mediów w odniesieniu do problemu molestowania?

Myślę że dziennikarze nie tylko wykonali olbrzymią pracę nagłaśniając te przypadki, ale wzięli też na swoje plecy ogromny ciężar. Mieliśmy niedawno dyskusję na ten temat. Wnioski były z jednej strony bardzo interesujące, ale z drugiej także bardzo niepokojące – z uwagi na rozmiary nagonki, której doświadczyli dziennikarze zajmujący się tematyką molestowania seksualnego. Jak sami mówią, nigdy wcześniej nie spotkali się z taką ilością gróźb czy wyzwisk pod swoim adresem. Wspomniałam o sprawie parlamentarzysty, która trafiła do Sądu Konstytucyjnego. Dziennikarze odegrali dużą rolę w pociągnięciu go do odpowiedzialności.

Wiemy, że kilka kobiet oskarżyło go, że składał im propozycje seksualne, gdy ubiegały się o pracę w jego biurze poselskim. Na czym jednak polegała rola mediów w tej sprawie?

Wcześniej te kobiety zgłaszały się do mediów. Jedna z dziennikarek udając kandydatkę do pracy w jego biurze poselskim udała się na rozmowę z ukrytym sprzętem do nagrywania. Potrzebowała dowodu. Zeznawała ona potem przed Sądem Konstytucyjnym. Sąd uznał, że choć oczywiście prywatność powinna być chroniona, to w przypadku osoby publicznej, jaką jest poseł interes społeczny i prawo do informacji są ważniejsze. Zatem dziennikarze mieli prawo do użycia takich środków tej sytuacji. Nie jest to nowa zasada, ale ważne jest, że została raz jeszcze przypomniana.

Jednocześnie takie sprawy to dla dziennikarzy duże wyzwanie etyczne…

Oczywiście, media mają obowiązek sprawdzenia informacji. Myślę, że starają się to robić. Byłam świadkiem rozmów dotyczących zasad etycznych, o czym i kiedy można poinformować, a o czym nie. Jak opisać sytuację biorąc pod uwagę zasadę domniemania niewinności, o której rozmawialiśmy wcześniej itp. W mediach używa się formy „domniemany sprawca”. Ale czy w sytuacji, gdy mamy więcej zeznań przeciwko jednej osobie, nadal powinno się pisać o niej jako „domniemanym” sprawcy? Nawet w sytuacji, gdy nie ma sprawy karnej przeciw niemu? To pytanie do dziennikarzy. Ale także do mnie jako prawnika.

Rola mediów była jednak w tej sprawie ogromna. Miała też znaczenie uświadamiające, jak ważne jest mówienie głośno o swoich doświadczeniach, o skali obwiniania ofiar, o pociąganiu sprawców do odpowiedzialności. Dla mediów było to duże wyzwanie i nie pomylę się, jeśli powiem, że zapewne część dziennikarzy jest rozczarowana rezultatami niektórych spraw, że nie doprowadziły one do poważniejszych zmian.

Czy w organizacjach pozarządowych takich jak wasza także pojawiło się rozczarowanie?

Ja osobiście staram się szukać naprawdę pozytywnych rezultatów. Chciałabym wierzyć, że jest to także szansa, by zrobić krok do przodu. Cały czas wierzę w tę szansę. Życzyłabym jednak sobie, żeby ten efekt był większy, żeby podejście było bardziej krytyczne. Powinniśmy uświadomić sobie, że zawiedliśmy jako społeczeństwo, że nie daliśmy nadziei dużej części naszego społeczeństwa wcześniej – więc powinniśmy zrobić to teraz. Przypominam sobie sprawę Bartasa, od której wszystko się zaczęło. Jako pierwsza zaczęła mówić Julija Steponaitytė. Wiem, że było dużo więcej kobiet, które nie chciały mówić, ale znalazła się druga, Paulė Bocullaitė, która zdobyła się na odwagę. Pamiętam co mówiła. Poczuła się w obowiązku, żeby wystąpić publicznie, gdy pierwsza ofiara została publicznie oblana brudem. A Paulė miała zarejestrowaną sprawę na policji, miała dowody. Ale nawet to nie przekonało krytyków. To było dosyć przerażające.

Nadal mam jednak nadzieję, że niektóre instytucje edukacyjne, niektóre firmy, niektóre instytucje publiczne dadzą przykład i zaczniemy ruszać powoli do przodu. Niektórzy moi znajomi, nastawieni bardziej pesymistycznie, pytają mnie jednak: „Czy potrzebujemy upubliczniać kolejne sprawy, by ruszyć do przodu?” To chyba pytanie retoryczne.

Dziękuję za rozmowę.

 

Od redakcji

5 grudnia w Wilnie przedstawiciele Litewskiego Centrum Praw Człowieka oraz Centrum Rozwoju Równych Możliwości (Lygiu galimybiu pletros centras) ogłosili wyniki pierwszego na Litwie badania opinii publicznej na temat molestowania seksualnego.

80 proc. ankietowanych jest zdania, że sprawca molestowania nie powinien uniknąć odpowiedzialności, a organy ścigania powinny poważnie reagować na każdy taki przypadek. Na pytanie, kto powinien określić granice molestowania 81 proc. pytanych odpowiedziało, że powinna zrobić to osoba, która go doznała.

63 proc. badanych twierdziło, że ofiary same przyczyniają się do molestowania niewłaściwym ubiorem lub prowokującym zachowaniem. Zdaniem 47 proc. ofiary w rzeczywistości cieszą się, że zwrócono na nie uwagę, 49 proc. uważa że ofiary są skłonne do przejaskrawiania swoich doświadczeń, a wg 40 proc. badanych o molestowaniu seksualnym mówią osoby, które niewłaściwie zrozumiały flirt. Z niepożądanymi komentarzami i komplementami o podtekście seksualnym spotkało się 26 proc. badanych kobiet i tylko 5 proc. mężczyzn.

Według 77 proc. uczestników ankiety w miejscach pracy i placówkach oświatowych powinny zostać zapewnione mechanizmy zapobiegania molestowaniu seksualnemu, a 69 proc. poparło wprowadzenie możliwości składania skarg na molestowanie w miejscu pracy. 

Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu „Badając mechanizmy zapobiegania molestowaniu seksualnemu”. Projekt wsparty został przez Ambasadę Szwecji w Wilnie, Instytut Szwedzki oraz program Ambasady USA „Alumni Ties”. Sondaż przeprowadziła agencja badania opinii publicznej i rynku „Baltijos tyrimai”.

Dominik Wilczewski
Dominik Wilczewski
Absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, starszy analityk w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie, interesuje się krajami bałtyckimi, stosunkami polsko-litewskimi i polsko-białoruskimi, był współautorem "Programu Bałtyckiego" w Radiu Wnet, publikował m.in. w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe" i "Tygodniku Powszechnym".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here