Andis Lenšs: w czasach sowieckich w katedrze w Dyneburgu przelewała się krew bokserów, nie Chrystusa

-

Zawsze powtarzam turystom, którzy odwiedzają katedrę protestancką Marcina Lutra: najpierw lała się tutaj krew Jezusa, a po 1945 r. krew człowiecza, bokserska. Symbolika zupełnie innego rodzaju. Obecnie wszystko wróciło do normy. Natomiast w czasach sowieckich było tutaj nienormalnie, zamiast ołtarza stał ring, oprócz tego znajdowały się prysznice, łazienki, a sam kościół pokryto wewnątrz kafelkami. Siedem lat temu zaprosiliśmy bokserów, by powspominali: to już starzy mężczyźni, ze zniszczonymi nosami, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Zaczęli mówić o czasach sowieckich. Podobno był pomysł, by zburzyć katedrę Marcina Lutra, podobnie jak zniszczono sobór Aleksandra Newskiego. Okazało się jednak, że we władzach sowieckiego Dyneburga znalazł się człowiek, który po cichu, spokojnie obronił kościół: „może nie ma sensu go burzyć, może jeszcze poczekajmy?”. Nic nie wiem o jego motywacjach – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim ksiądz luterański Andis Lenšs, od ośmiu lat dziekan katedry protestanckiej Marcina Lutra w Dyneburgu.

Andis Lenšs urodził się w 1965 r. w Kurlandii. Został ordynowany na duchownego ewangelicko-luterańskiego w 2002 r. Pracował w parafiach w Aknīste, Asare, Gārsene i Birże. Od ośmiu lat jest dziekanem katedry Marcina Lutra w Dyneburgu, a także proboszczem małych parafii luterańskich w Łatgalii: Borne, Krasław, Kalupe, Sīķele. Jest żonaty, ma syna.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Znajdujemy się w specyficznym miejscu, nazywanym górą kościołów, czyli po łotewsku „baznīcas kalns”. Czy możemy trochę opowiedzieć naszym czytelnikom o fenomenie tego miejsca?

Ks. Andis Lenšs: To pytanie zadają wszyscy, którzy przychodzą na nabożeństwo do kościoła luterańskiego albo prawosławnego. Wysiadają na przystanku „baznīcas kalns” i pytają: „gdzie ta góra kościołów?”. Cerkiew, kościół znaleźliśmy, ale góry nie. Skądinąd nazwa tego przystanku jest całkiem świeża, bo przez długi czas nazywał się on po prostu LRZ, na cześć łotewskiej fabryki remontu lokomotyw (ros. Даугавпилсский локомотиворемонтный завод, łot. Daugavpils Lokomotīvju Remonta Rūpnīca), która znajduje się zaraz obok katedry luterańskiej. Dwa lata temu napisaliśmy do władz miejskich, żeby zmienić tę nazwę. Uznaliśmy, że może warto wspomnieć turystom, że jest u nas „góra kościołów”, żeby nie przejechali tramwajem tego przystanku? Generalnie to jest ważne i unikatowe miejsce. Cerkiew i kościoły są rozrzucone po całym mieście Dyneburg. Ich jest całkiem sporo, ale te główne znajdują się na naszej górze. „Jesteśmy sąsiadami”, zawsze powtarzamy.

Dlaczego jednak góra?

Teraz tego nie widać dokładnie, jeśli jedzie się samochodem, ale generalnie, żeby do nas dotrzeć z centrum Dyneburga trzeba trochę pójść lub podjechać w górę. Na początku było tutaj pewne wzniesienie, dopiero później zbudowano kościoły: najpierw ewangelicko-luterański Marcina Lutra (1893 r.), następnie katolicki Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, tak zwany „polski kościół” (1903-1905 r.), później zaś prawosławny sobór borysoglebski (1905 r.), oraz cerkiew staroobrzędowców (1908-1928 r.).

Skąd wzięli się protestanci w Łatgalii? Jeśli spytać przeciętnego Polaka, który zna historię Rzeczypospolitej, odpowie, że Inflanty Polskie to tradycyjnie katolicki region. Owszem, po rozbiorach w 1772 r. pojawili się tutaj prawosławni, trochę wcześniej staroobrzędowcy, natomiast niewiele osób wie o protestanckich tradycjach Łatgalii.

Każdy naród ma jakieś swoje odwołania do terytorium, które zamieszkuje. Sądzę, że Polacy posiadają sporo wierszy czy pieśni na temat swoich najważniejszych rzek, Wisły, Warty czy Odry. To dla Was obrazy Waszej mentalności. U nas taką rzeką jest Daugawa, czyli po polsku Dźwina. Ona dzieli Łotwę na dwie części, także pod względem historycznym. Na prawym brzegu Dźwiny, gdzie znajdujemy się obecnie, protestantyzm nie jest do końca autentyczny, wrosły w historię, zaś na lewym sytuacja jest zupełnie inna.

Dlatego, że historia protestantyzmu łotewskiego związana jest z Rygą, Kurlandią i Semigalią, zaś ta ostatnia kraina leży po drugiej stronie Dźwiny względem historycznego Dyneburga.

Na północy Łotwy, ale także na południu, są korzenie protestantyzmu łotewskiego. Wystarczy przejechać przez most na Dźwinie i okazuje się, że na lewym brzegu jest Kurlandia i Semigalia, gdzie protestantyzm jest w pewnym sensie „autentyczny”. Zaś protestantyzm w Dyneburgu, na prawym brzegu, pojawił się w związku z powstaniem twierdzy dzwińskiej, gdzie mieszkali żołnierze z różnych regionów Łotwy, różne narodowości: Niemcy, Rosjanie, Łotysze, Polacy. Bywało, że nauczycielami w tej twierdzy byli luterańscy Niemcy, oni przyczynili się do rozwoju miasta. Tam zrodziło się wyznanie protestanckie. Jednak w czasach pokoju żołnierze wychodzą z twierdzy i idą na miasto. Wielu protestantów, którzy przyjechali do Dyneburga w celach wojskowych, zostało tutaj na całe życie. Przyjechali także przedsiębiorcy z różnych regionów Łotwy. W końcu powstała niemiecka parafia. Jeśli spojrzymy na piękny gmach katedry Marcina Lutra, to zobaczymy jak wielkie ambicje mieli nasi przodkowie pochodzenia niemieckiego. To, że wybudowali taki gmach, z którym nie jest łatwo poradzić sobie obecnie. Bo jest czasem po prostu za duży. Nasza katedra była wyrazem ambicji bogatej społeczności protestantów w Dyneburgu. Mimo faktu, że protestantyzm sam w sobie nie pretenduje do budowania wielkich, ogromnych kościołów, do wywoływania wrażenia poprzez potęgę architektury jak to jest w katolicyzmie.

Ile tutaj było parafian luterańskich w XIX wieku?

Sporo, według niektórych źródeł około siedmiu tysięcy.

Mówimy o Dyneburgu, czy także o Grzywie?

Nie, o samym prawobrzeżnym Dyneburgu. Grzywa to historycznie część Semigalii, jeszcze dwa lata temu istniał tam kościół, po 1945 r. przekształcony w dwupiętrowy dom mieszkalny, który później zburzono. Nie udało się go zachować.

Wspomniał Ksiądz o niemieckiej społeczności w Dyneburgu, ale wśród parafian znajdowali się także Łotysze?

Tak, Łotysze oczywiście byli. Także obecnie w naszej parafii jest bardzo dużo różnych narodowości: Łotysze, Rosjanie, Polacy, Białorusini, Estończycy.

Czy może Ksiądz powiedzieć parę słów o Wilhelmie Neumannie, który był architektem katedry Marcina Lutra?

Mogę powiedzieć, że bardzo szanowano go w naszej parafii. Był znany w Dyneburgu ze względu na swoją twórczość architektoniczną. Jest kojarzony nie tylko jako projektant katedry Marcina Lutra, ale także jako twórca nowego projektu katedry w Rydze (Rīgas Doms). W Dyneburgu zbudował on nie tylko kirchę, ale także tak zwany „polski kościół”, czyli kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. W Łatgalii i Semigalii budował także rezydencje ziemiańskie.

Przed 1940 r. w Dyneburgu był tylko jeden kościół protestancki?

Tak, nie było innej świątyni.

Niech Ksiądz opowie o losach katedry w czasie II wojny światowej i okupacji sowieckiej.

W czasach sowieckich parafia nie przetrwała długo. Dlatego, że po 1945 r. nastąpiło zderzenie dwóch ideologii, dwóch religii. Chodzi o marksizm-leninizm i chrześcijaństwo. Ideologia sowiecka próbowała wpłynąć na kościół. Nie udało się Sowietom zniszczyć katolicyzmu, walka z nim była trudna, dlatego, że istniał Watykan, silne struktury etc. W czasach sowieckich kościoły katolickie i prawosławne w Dyneburgu nie były zamykane. Były takie próby, ale ich nie zamknięto.

Kościoły drażniły jednak wizualnie sowieckich decydentów, jest nawet anegdota, że sobór Aleksandra Newskiego zburzono na skutek kaprysu jednego z sowieckich urzędników, który nocował w domu obok.

Sowieckie plany wybrzmiały w architekturze Dyneburga. Sowietom nie spodobał się „kościelny styl” Dyneburga i próbowali pozasłaniać świątynie innymi budynkami. Tworzono blokowiska, próbowano stworzyć inne miasto. Żeby z daleka nie było widać kościołów, w tym „góry cerkiewnej”. Parę ulic od katedry znajduje się mała cerkiewka, która zasłonięta jest kilkupiętrowymi blokami z czasów sowieckich. Mam na myśli cerkiew przy Tautas iela, niedaleko staroobrzędowej molenny.

Z kolei w katedrze Marcina Lutra Sowieci zrobili salę bokserską z ringiem tam, gdzie ołtarz.

Zawsze powtarzam turystom, którzy odwiedzają katedrę protestancką: najpierw lała się tutaj krew Jezusa, później krew człowiecza. Symbolika zupełnie innego rodzaju. Obecnie wszystko wróciło do normy i w kościele może dokonywać się normalnie konsubstancjacja podczas nabożeństwa. Natomiast w czasach sowieckich wszystko było tutaj nienormalne, oprócz ringu zamiast ołtarza, znajdowały się prysznice, łazienki, a sam kościół pokryto kafelkami łazienkowymi.

Siedem lat temu postanowiliśmy w katedrze wspomnieć naszą historię z czasów sowieckich i odnaleźliśmy ludzi, którzy wcześniej zajmowali się tutaj boksem. To już starzy mężczyźni, ze zniszczonymi nosami, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Zaczęli wspominać stare czasy. Podobno był pomysł, by zburzyć katedrę Marcina Lutra, podobnie jak zniszczono w Dyneburgu sobór Aleksandra Newskiego. Budynek duchowego charakteru nie pasował do czasów sowieckich. Przez długi czas próbowano usunąć katedrę z krajobrazu miasta. Okazało się jednak, że we władzach sowieckiego Dyneburga znalazł się człowiek, który po cichu, spokojnie obronił kościół: „może nie ma sensu go burzyć, może jeszcze poczekajmy?”. Nic nie wiem, o jego motywacjach. W końcu okazało się, że załoga fabryki remontu lokomotyw, która znajdowała się obok naszego kościoła, nie miała gdzie zajmować się sportem. Ten człowiek w radzie miejskiej wpadł wtedy na pomysł: „może zrobimy tutaj salę dla bokserów?”Nasz kościół nadał się w ten sposób bokserom, stał się erzacem sali sportowej.

Mimo tego, że była tutaj sala sportowa, w kościele zachował się aż do 1990 r. dzwon.

Nie wiadomo, jak to się stało, dlaczego dzwon nie został przetopiony przez pionierów, ale faktem jest, że dotrwał aż do niepodległości Łotwy, gdy odzyskaliśmy naszą katedrę. Do tej pory ten dzwon nam służy.

Po upadku Związku Sowieckiego kościół luterański zwrócono wspólnocie.

To stało się w 1993 r., w samo stulecie zbudowania kościoła.

Gdzie modliliście się w czasach sowieckich?

W czasach sowieckich nasza maleńka wspólnota istniała, a nabożeństwa odbywały się w domach. Kiedy władze sowieckie odebrały nam katedrę, można było jeszcze się modlić w kaplicy, która znajduje się obok niej. Gościem tej kaplicy był Pan na ostatnim nabożeństwie. „Sala kapitulna”, tak ją nazywamy. To funkcjonowało przez parę lat w czasach sowieckich, później istniał skład alkoholu, kawy, cukierków. Po wyrzuceniu parafii władze sowieckie dały nam mały domek przy Klusā iela.

Katedra Marcina Lutra w Dyneburgu. Zdj. Dawid Hallmann.

Jak udało się Wam wyremontować katedrę już po jej zwrocie po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości w 1990 r.?

Nie mieliśmy na to pieniędzy, suma do zapłacenia była bardzo duża. Wspierał nas kościół luterański z Niemiec, chcieli nam pomagać z uwagi na naszą historię. Znaleźliśmy bratnią parafię w Niemczech, oni nam bardzo pomogli i materialnie, i duchowo. Dostaliśmy także pieniądze z rady miejskiej Dyneburga.

Ile macie parafian w Dyneburgu?

Aktywnych ludzi jest około 160, stąd uważam, że nasza parafia na tak wielki kościół jest mała. Łączna liczba parafian wynosi więcej. W Boże Narodzenie nasza katedra jest zupełnie wypełniona, może przychodzi wtedy ponad tysiąc wiernych.

A ilu wiernych pojawia się w każdą niedzielę na nabożeństwie?

Jest to praktycznie co dziesiąty z tych wspomnianych 160 parafian. Czasem trochę więcej, dwadzieścia, trzydzieści osób.

Macie wiernych tylko Łotyszy czy także innych narodowości?

W Dyneburgu nie da się w ten prosty sposób rozdzielić ludzi. Ktoś ma łotewskie imię, ale nazwisko już rosyjskie, albo odwrotnie. Ludzie jednocześnie rozmawiają po rosyjsku i po łotewsku.

Ludzie przychodzą do kościoła z powodu rodzinnych tradycji?

Sądzę, że tak. Często zdarza się, że ktoś identyfikuje się w Dyneburgu  z katolicyzmem, luteranizmem czy prawosławiem, dlatego, że „babcia w ten sposób się modliła”. Jeśli się zapyta ich o prawdy wiary, nie znają. Ale „babcia chodziła do kościoła”.

Ale są u Was także nowi wierni?

Trochę ich jest, jeśli jest możliwość, staramy się ich przyciągać.

Polacy u Was są?

Teraz nie jestem w stanie powiedzieć, ale zdarzają się polskie nazwiska takie jak Raszczewscy.

Ksiądz osobiście czuwa nie tylko nad parafią w Dyneburgu?

Administruję jako proboszcz kilkoma parafiami w Łatgalii. Borne, Sīķele, Krasław, Kalupe, Kaldabruņa czy Birże.

Kościół ewangelicko-luterański na Łotwie (LELB) dzieli się na trzy diecezje: ryską, lipawską i dyneburską. Ta ostatnia obejmuje Łatgalię. Ilu macie duchownych?

Nie jestem w stanie od razu odpowiedzieć. Zaraz obliczę (ksiądz Lenšs liczy na palcach). Wyjdzie ze czternastu.

A ile jest parafii?

Pięćdziesiąt dwie.

Co możemy powiedzieć o tych małych parafiach w Łatgalii?

One stają się jeszcze mniejsze z upływem czasu. Ludzie umierają, wyjeżdżają. Tam jest niewiele młodzieży, więcej starych ludzi. Wszystko trzyma się na tych ostatnich. Dopóki oni są, życie parafii trwa, bo oni zapraszają na nabożeństwa, pamiętają o nich, zabierają wnuków do cerkwi. Młodzi pamiętają o tych sprawach o wiele mniej.

W Łatgalii luteranie są w mniejszości, inaczej niż w Kurlandii i Semigalii. Jak wygląda ekumenizm w Inflantach Polskich?

Na Łotwie jesteśmy w ciekawym położeniu, dlatego, że historycznie zawsze byliśmy krajem wielokonfesyjnym. Jesteśmy z tego dumni. Liderzy głównych wyznań starają się zawsze wspierać siebie nawzajem, występować razem w stosunku do władzy łotewskiej. Kiedy przyjechałem w 2011 r. do Dyneburga, pomyślałem sobie: jesteśmy mali, nikt nas tutaj nie zauważa, są o wiele większe parafie innych wyznań. Ale dostajemy wsparcie ze strony innych wyznań. Mam na myśli katolików, prawosławnych, którzy mnie podtrzymują duchowo, myślą o mnie i są życzliwi.

A z kim pracuje się trudniej w Łatgalii, z prawosławnymi czy katolikami? Odczuwa Ksiądz różnicę?

Ciężko powiedzieć, to zależy, co ma Pan na myśli, pytając o „wspólną pracę”. Co roku w dniu 18 listopada, gdy Łotwa obchodzi święto niepodległości, odbywa się wspólne nabożeństwo w kościele katolickim św. św. Piotra i Pawła w Dyneburgu, w centrum miasta, a więc dalej od „góry kościołów”. Na to nabożeństwo tradycyjnie przychodzi mer Dyneburga. Nas zapraszają także na inne wydarzenia ekumeniczne, także w szkołach. Zaraz obok znajduje się dwunasta szkoła średnia przy ulicy Kauņas, tam jest taka dyrektor, która nas zawsze zaprasza. Mam na myśli Boże Narodzenie, Wielkanoc.

Są lekcje religii w szkołach?

We wspomnianej dwunastej szkole w Dyneburgu są.

Ale czy to jest religia luterańska?

Nie, to są ogólne lekcja na temat religii i religijności, które w tej szkole prowadzi akurat katoliczka.

W Polsce religia może być albo katolicka, albo luterańska, jeśli w szkole zbierze się odpowiednia liczba uczniów.

Wracając do tego, z kim pracować jest łatwiej. Ze wszystkimi pracuje się tak samo. Może wynika to z tego, że nasz kościół nie pretenduje do tego, by kogoś na siłę nawracać. Gdybyśmy mieli dużą, znaczącą parafię, może zaczęlibyśmy konkurować. Prozelityzmu u nas nie ma.

U Was są jednak także inne wyznania protestanckie. Byłem wczoraj przy ulicy Warszawskiej, widziałem kościół baptystów, zaraz koło Domu Polskiego. Jak się u Was układają relacje, nazwijmy je, protestancko-protestanckie?

Bardzo dobrze. Minął już ponad rok, od kiedy proboszcz parafii baptystycznej wyjechał do Krasławia. Ale przyjeżdża tutaj. Często spotykamy się i rozmawiamy, to prawdziwy przyjaciel. My generalnie żyjemy w zgodzie ze wszystkimi.

Jesteśmy przed Wielkanocą (wywiad przeprowadzony został w marcu – przyp. red.), dlatego warto wspomnieć, że istnieje u nas wspólna droga krzyżowa, dla katolików, prawosławnych, baptystów. Ja zawsze zapraszam wszystkich, żeby przyszli. W Krasławie robimy to z polskim księdzem Edwardem Woronieckim, służymy razem. On zajmuje się częścią stacji, ja częścią stacji. Przychodzą nawet prawosławni. Tak się dzieje zresztą na całej Łotwie, także w Rydze. Nie dajemy się rozdzielić.

Ksiądz był ochrzczony w kościele luterańskim?

Tak, w Kurlandii.

Czy w czasach sowieckich Ksiądz chodził do kościoła?

Nie chodziłem. Moi rodzice nie zmuszali mnie, ale nie byli także przeciwni temu, żeby chodzić. Kiedy mieszkałem z nimi zawsze na Boże Narodzenie była u nas choinka. Bożego Narodzenia nie obchodziliśmy, ale pamiętam, jak słuchaliśmy przy choince muzyki na aparacie VEF. Chodziło o „Radio Luksemburg”, a tam były kolędy, pieśni bożonarodzeniowe. Niczego innego na Boże Narodzenia nie było, choć mama trochę mówiła o wierze i kościele.

Kiedy się Ksiądz nawrócił?

Gdy mowa o moim przyjściu do Chrystusa, to muszę powiedzieć, że miało ono charakter świecki, wręcz merkantylny. W mieście Valdemārpils, gdzie żyłem w Kurlandii, koło Talsi, parafia luterańska otrzymała na początku lat dziewięćdziesiątych z powrotem swój majątek. Dom parafialny, dwupiętrowy, w czasach sowieckich był tam szpital. Babcie parafialne, które odzyskały ten dom, nie wiedziały, co z nim zrobić. Szukały jakiejś osoby, która by tam zamieszkała, opiekowała się nim. Zapytali moich rodziców, czy chcą tam pożyć. Oni powiedzieli: niech zamieszka tam nasz syn. Ja popatrzyłem na to, pomyślałem: w takim domu będę żyć jak król! Trochę popracowałem w nim. Przyjeżdżali tam doraźnie różni księża z Rygi, na niedzielę, na święta. Ja ich przyjmowałem, nakarmiłem od czasu do czasu. Zaczęły się rozmowy o Bogu. W końcu się w to wciągnąłem. Okazało się, że nie będę „żyć jak król”, ale zacznę służbę Bogu. Później kształciłem się w akademii luterańskiej w Rydze. Ordynowano mnie na duchownego w 2002 r.

Jak czuje się Ksiądz jako kurlandczyk w Łatgalii?

Jest duża różnica. Nie przyjechałem z Kurlandii prosto do Dyneburga, etapem przejściowym był drugi brzeg Dźwiny w Semigalii. Nie przeżyłem więc od początku „szoku kulturowego”. Ale obecnie sądzę, że gdyby z powrotem chciano mnie skierować do Kurlandii, nie zechciałbym. To nie chodzi o to, że tu jest dobrze, a tam źle, albo odwrotnie, ale mentalność mieszkańców Łatgalii weszła mi trochę w krew. W Kurlandii nie umiałbym już żyć. Różnica mentalna między Łotyszem w Kurlandii a Łatgalczykiem jest ogromna. Chodzi o duchowość, otwartość, relacje międzyludzkie.

Jak jest w Kurlandii?

W Kurlandii ludzie są dość skryci, siedzą w swoich rodzinach.

Mentalność tam jest trochę niemiecka.

Ale jeśli znajdziesz tam przyjaciela, to on jest na całe życie.

Ksiądz znał wcześniej język rosyjski czy nauczył się go dopiero w Dyneburgu?

Znałem wcześniej, bo w czasie mojej młodości, były dwa kanały telewizji: jeden łotewski, drugi rosyjski. A więc albo Ryga, albo Moskwa. Wszystkie interesujące filmy były na rosyjskiej telewizji, na przykład „Czterej pancerni i pies”. Siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy.

Używa Ksiądz w Dyneburgu rosyjskiego?

Nasze nabożeństwo luterańskie jest tylko po łotewsku. Po rosyjsku próbowaliśmy, ale przychodziło mało osób i w końcu powiedzieliśmy: nie ma sensu, róbmy to po łotewsku, bo nie ma takiej potrzeby, by robić to po rosyjsku. Choć do tej pory przychodzi do nas kobieta, która przeszła z cerkwi prawosławnej i nie rozumie po łotewsku. Wtedy ja z nią rozmawiam po rosyjsku.

Zawsze w Dyneburgu próbuję rozmawiać po łotewsku i nie ma żadnych problemów, ani w sklepie, ani w urzędzie. Bywa, że na rynku zapytam po łotewsku, wtedy babcia odpowie po rosyjsku. Młodzież jednak już świetnie rozmawia po łotewsku.

A po polsku?

Po polsku rozmawiam tylko wtedy, kiedy mam kontakty z polską szkołą przy ulicy Warszawskiej. Czasem mnie tam zapraszają. Bywa, że słyszę język polski na ulicy albo w sklepie, ale wiem, że w Dyneburgu Polacy nie rozmawiają już po polsku.

Niestety w czasach sowieckich nie było tutaj polskiej szkoły. I to ma wpływ na dzisiejszą sytuację.

Tak się po 1945 r. stało…

Dziękuję za rozmowę.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

2 KOMENTARZE

  1. Ciekawy wywiad – czytam go akurat w Dyneburgu. Brakuje mi jednak zdjęć z czasów, kiedy w kościele był ring – jak to wyglądało? W Internecie nic nie znalazłam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj