Tomasz Lachowski: Należy zadbać o to, żeby nie było powrotu do zbrodniczej przeszłości

-

Problem lustracji w państwach bałtyckich to właściwie konieczność „dekagebizacji”, co utrudnione było przez fakt, że jednak większość akt KGB została wywieziona do Moskwy i do chwili obecnej znajduje się w stolicy Rosji. Na Łotwie ustawę lustracyjną uchwalono w 1994 r., w Estonii rok później, a na Litwie w 1999 r. I jak słusznie zauważyłaś, do dziś przepisy lustracyjne te wzbudzają niemałe emocje we wszystkich trzech państwach bałtyckich. Zdaje się, że państwa bałtyckie bardziej holistycznie i bardziej skutecznie podeszły do rozliczeń okresu II wojny światowej i zbrodni na członkach ruchu antyradzieckiej partyzantki powojennej niż do oceny późniejszego okresu – lat 60., 70. i 80. XX w. To właśnie echa tych nieudolnych rozliczeń słychać do dziś – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim dr Tomasz Lachowski.

Tomasz Lachowski jest adiunktem w Katedrze Prawa Międzynarodowego i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Redaktor naczelny portalu „Obserwator Międzynarodowy”. Stały współpracownik Onetu. Publikuje w takich gazetach i czasopismach jak: Nowa Europa Wschodnia, New Eastern Europe, Liberte!, Koncept – Gazeta Akademicka, Nový Prostor (Czechy), Kurier Galicyjski (Ukraina). Autor książki „Perspektywa praw ofiar w prawie międzynarodowym. Sprawiedliwość okresu przejściowego (transitional justice) (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2018), która otrzymała Nagrodę „Gaudeamus” Stowarzyszenia Wydawców Szkół Wyższych.

Barbara Jundo-Kaliszewska: Niedawno ukazała się Twoja książka „Perspektywa praw ofiar w prawie międzynarodowym. Sprawiedliwość okresu przejściowego (transitional justice)”. Bardzo szybko została zauważona w środowisku naukowym i została uhonorowana Nagrodą „Gaudeamus”. Skąd zainteresowanie tą tematyką? Dlaczego jest ona tak ważna?

Tomasz Lachowski: Sprawiedliwość okresu przejściowego to termin naukowy, który może brzmieć trochę egzotycznie dla przeciętnego odbiorcy. Warto go natomiast kojarzyć przede wszystkim z pojęciem rozliczeń z przeszłością, do których dochodzi w momencie, kiedy wybrane państwo przechodzi albo z wojny do pokoju, albo od totalitaryzmu czy autorytaryzmu do demokracji. Wtedy ma miejsce właśnie tranzycja – mówiąc nieco językiem politologii – tj. okres przejściowy między systemem politycznym, który był, a tym, który nastąpi. Często bywa to gwałtowny proces, czyli rewolucja. Ale nawet w przypadku, jeśli był to spokojny cykl wydarzeń, jak to miało miejsce w Polsce (Okrągły Stół), w efekcie następuje dość nagłe załamanie tego, co było do tej pory implikujące przejście do nowego etapu. Zawsze wtedy pojawiają się pytania: co z tą przeszłością zrobić? W jaki sposób ją opisać? Jak się do niej ustosunkować? Wreszcie, jak ją – także prawnie – rozliczyć?

Czy regulacje prawa międzynarodowego dają na to uniwersalną odpowiedź?

W jakimś sensie tak, choć z pewnością nie mogą być uważane za jakąś magiczną różdżkę dającą odpowiedź na absolutnie wszelkie wyzwania państwa powojennego czy post-autorytarnego. Zacznijmy od tego, że samo słowo „sprawiedliwość” pokazuje, że chodzi o coś konkretnego – o cel, który prowadzi do sprawiedliwości dziejowej czy historycznej. Możemy tu wyróżnić co najmniej kilka wymiarów tych działań, którym odpowiadają prawa bezpośrednich ofiar, ale i ich najbliższych. Po pierwsze, to prawo do sprawiedliwości – czyli prawnie uzasadnionego oczekiwania, że sprawca zbrodni zostanie osądzony. Po drugie, prawo do prawdy, dotykające potrzeby dowiedzenia się, co tak naprawdę stało się z naszymi bliskimi. Za przykład niech posłuży walka rodzin ofiar katyńskich czy ofiar ludobójstwa w Srebrenicy nie tylko o pamięć ich bliskich, ale i nawet zdobycie wiedzy, gdzie są oni pochowani. Po trzecie zaś, prawo do reparacji – wyrównania, także w znaczeniu materialnym, choć nieograniczonym do niego, historycznych niesprawiedliwości. Realizacja praw może odbyć się w różny sposób, czego odbiciem są mechanizmy transitional justice: procesy karne, metody poszukiwania prawdy – np. Komisje Prawdy i Pojednania, z najsłynniejszą w RPA po apartheidzie – programy reparacyjne, lustracja i reformy instytucjonalne.

Trzeba pamiętać, że głównym zadaniem okresu przejściowego jest przede wszystkim utwierdzenie instytucji, które się właśnie rodzą lub odradzają. Należy zadbać o to, by nie było powrotu do zbrodniczej przeszłości. Dlatego też, rozliczenie minionego systemu nie powinno przebiegać na zasadzie politycznej zemsty – mamy dawnych adwersarzy, którzy przez kilkadziesiąt lat nas katowali, represjonowali itp., przejmujemy władzę i wsadzamy wszystkich do więzień, „ścinamy” głowy.  Grozi to bowiem nakręcaniem spirali odwetu – przyjdą kolejni i z nami zrobią to samo. Okres przejścia jest zawsze sytuacją nadzwyczajną. Niemniej jednak, z tej nadzwyczajności musimy umiejętnie przejść do życia zwyczajnego.

Mówiąc o rozrachunkach z przeszłością często posługujemy się anglojęzycznym terminem transitional justice. Chciałabym, żebyś przybliżył genezę tego pojęcia.

Pojęcie transitional justice zrodziło się w czasach naszej transformacji ustrojowej, na przełomie lat 80. i 90. XX w., aczkolwiek bezpośrednio dotykało wydarzeń w Ameryce Łacińskiej – Argentynie, Chile, Urugwaju i innych państwach regionu. Kto wie, czy niebawem to Wenezuela nie będzie zmuszona pochylić się nad swoją przeszłością, do czego doprowadzi dzisiejszy bardzo poważny kryzys polityczny. Ale wracając do głównego wątku, to właśnie w latach 80. ubiegłego stulecia prawnicy i obrońcy praw człowieka rozpoczęli nie tylko dyskusję w temacie rozliczeń, tego jak one miałyby wyglądać, ale podjęli także realne praktyczne wysiłki dla jej urzeczywistnienia. Ten moment uznajemy za swego rodzaju oficjalne narodziny pojęcia w sferze dyskursu naukowego, jak i publicystycznego. Jednakże, jeśli sięgniemy do historii, widzimy, że z tym dylematem stykano się od dawna: każde „przejście” po wojnie wymagało stosownych regulacji – należało podjąć decyzję, co zrobić z jeńcami? Co zrobić z tymi, którzy wcześniej rządzili, a w wyniku walki zbrojnej utracili władzę, zwłaszcza, jeśli ich rządy były powodem wielu niesprawiedliwości czy też – po prostu – popełnionych zbrodni? Jak widać problem ten istnieje tak długo, jak długo istnieją i rywalizują ze sobą państwa.

Pewnym momentem zwrotnym w historii ugruntowania regulacji prawa międzynarodowego co do analizowanej tematyki było powołanie, po zakończeniu II wojny światowej, Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze i tzw. procesy norymberskie. Pokazały one, że prawo międzynarodowe może być skutecznym orężem w walce z potencjalną bezkarnością sprawców. Dowiodły, że nawet jeśli teoretycznie ktoś działał zgodnie z literą prawa obowiązującego w kraju, tak jak w III Rzeszy hitlerowcy, wciąż podlega rozliczeniu, ponieważ jego zachowanie było penalizowane przez prawo międzynarodowe. Innymi słowy, nie możemy się zasłaniać własnym prawem, kiedy stajemy w obronie najpoważniejszych zbrodni. Nadrzędne pozostaje prawo międzynarodowe – to ono powinno wygrać.

Trzeba także dodać, że pojęcie transitional justice nieustannie ewoluuje – dziś pewne mechanizmy sprawiedliwości okresu przejściowego powinno się wdrażać nie tylko w celu rozrachunków ze zbrodniczą przeszłością, tzw. wymiar dealing with the past, wskazuje się to w literaturze anglosaskiej, ale także nawet jeszcze w trakcie trwających konfliktów zbrojnych należy przewidywać konieczność ich zastosowania, kiedy walki ustaną. To przykład Ukrainy i wysiłków zmierzających do reintegracji Donbasu po ustaniu międzynarodowego konfliktu zbrojnego, efektu aktu agresji Rosji wobec Ukrainy.

Jeśli chodzi o koniec II wojny światowej i procesy norymberskie, mamy też drugą stronę medalu: „sprawiedliwość” zwycięzców. W swojej książce nie tylko pokazujesz niekwestionowane atuty regulacji prawa międzynarodowego, ale i to, że są one nadal dalekie od doskonałości…

Rzeczywiście, możemy mówić o dwóch wymiarach Norymbergi. Z jednej strony, w sensie teoretycznym, zasady norymberskie dowiodły, że przed odpowiedzialnością za najcięższe przestępstwa – takie jak zbrodnie przeciwko ludzkości czy zbrodnie wojenne, a także ludobójstwo, choć w Statucie Trybunału w Norymberdze ta zbrodnia nie występowała jeszcze samodzielnie – nie chroni nas żadne stanowisko, urząd ani nawet rozkaz, w przypadku, jeśli jesteśmy tym, który musi go wykonać. Te zbrodnie nigdy się nie przedawniają! Zawsze możemy ścigać sprawców i to się dzieje właściwie do dziś.

Z drugiej strony, w Norymberdze rozliczono wyłącznie zbrodnie III Rzeszy. Nie dotykano nielegalnych działań Aliantów czy ZSRR, które przecież jak najbardziej zasługiwały na ocenę, co najmniej, porównywalną. Zarówno zbrodnia katyńska, jak i ataki na ludność cywilną – naloty na Drezno czy inne miasta – były zbrodniami przeciwko ludzkości, a nawet – jak w przypadku zbrodni katyńskiej – nie można wykluczyć również zaklasyfikowania jej jako ludobójstwo. Niestety, ale to na ogół właśnie zwycięzcy piszą historię. Polityka zawsze będzie determinowała pewne procesy, a prawo międzynarodowe próbuje jedynie je obiektywizować. Jak widać, czasem jest ono po prostu bezradne. Są ludzie w kontekście historii, których w praktyce w danej chwili nie możemy rozliczyć. W tym także współcześnie. Mam na myśli wielu zbrodniarzy afrykańskich, na czele ze ściganym przez Międzynarodowy Trybunał Karny Omarem al-Baszirem, prezydentem Sudanu, czy sprawców zbrodni popełnionych na objętych wojną obszarach wschodniej Ukrainy. Wysiłki w tym kierunku powinny być nieustannie czynione, bo być może kiedyś taka sytuacja się otworzy.

Siłą rzeczy nasuwa się pytanie o okresy przejściowe w naszej części Europy  w państwach, które w 1991 r. wyrosły na gruzach imperium Związku Radzieckiego. Echa, często nieudolnych, rozliczeń prominentów dawnego systemu słychać do dziś. Na Litwie archiwa Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR (KGB) zostały odtajnione w 2006 r. Na Ukrainie w 2014 r. Pod koniec 2018 r. podobną decyzję podjęła Łotwa. Kiedy jest dobry czas na lustrację?

Lustracja jest tematem zawsze kontrowersyjnym, gdyż pociąga za sobą swoistą infamię. Infamię za coś, co ktoś robił w dawnym reżimie. Wygląda na to, że lustrację należy przeprowadzić względnie szybko – bezpośrednio po tranzycji państwa, po gwałtownej zmianie rządu czy systemu politycznego. Po pierwsze, to wtedy jest społeczna chęć rozliczenia sprawców, po drugie – te osoby mogą realnie zagrażać nowemu państwu. Warto wspomnieć, że Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy w swojej słynnej już rezolucji nr 1096 z 1996 r. wskazało, że lustracja jest co do zasady środkiem dopuszczalnym, który ma zmierzać jednak nie do ukarania kogokolwiek – to zadanie prokuratury i sądów – ale zapewnić ochronę młodych demokracji.

Ciekawym przykładem było rozwiązanie czechosłowackie – przedłużone przez Czechy, Słowacja później od tego odstąpiła – gdzie przeprowadzono „pełną lustrację”. Oznacza to, że wszyscy, którzy pracowali dla służb bezpieczeństwa byłego systemu, czy np. jednostek milicji, zostali pozbawieni możliwości uczestnictwa w życiu publicznym na dany okres. Należy jednak mieć świadomość, że mimo, iż rozwiązanie czeskie stawiane jest za swego rodzaju wzór, choć budzący kontrowersje przez zastosowanie „odpowiedzialności zbiorowej”, to i naszym południowym sąsiadom nie udało się uniknąć skandali lustracyjnych z osobami z pierwszych stron gazet, które trwają w praktyce do dziś. Warto wspomnieć choćby osobę Andreja Babiša, obecnego premiera Czech, któremu zarzuca się współpracę ze służbą bezpieczeństwa komunistycznej Czechosłowacji. Babiš złożył zresztą niedawno skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przeciwko Słowacji, ponieważ jego nazwisko znalazło się na liście agentów tajnych służb, opublikowanej przez słowacki IPN.

Dosyć istotne pozostaje pytanie, w jaki sposób archiwa służb specjalnych otwierać? Tutaj można spojrzeć na przykład rozrachunków z NRD i decyzji państwa niemieckiego po zjednoczeniu o otwarciu swoich archiwów. Z perspektywy czasu widzimy, że to był dobry krok. Tam praktycznie nie było przypadków stygmatyzacji przez dokumenty. Dokonało się całkowite otwarcie, a nie wybiórcze, z którym mamy do czynienia w Polsce, w tym ujawnianie tzw. list Macierewicza, bez rozróżniania ofiar i sprawców. To przykład „dzikiej lustracji”, do której nie powinno się nigdy dopuszczać.

Przeczytaj także:  Na Łotwie przed Świętami Bożego Narodzenia „teczkowy szał”

Niemal trzy dekady od upadku ZSRR temat dekomunizacji i rozliczeń w naszym regionie zdaje się szczególnie żywotny. Dowodem na to są chociażby łotewskie decyzje czy projekt kolejnej poprawki do litewskiej ustawy lustracyjnej z 1999 r. W jakim stopniu jest to rzeczywista potrzeba społeczna, a w jakim – instrument gry politycznej?

Z perspektywy trzech państw bałtyckich okres przynależności do ZSRR uznaje się za okupację. Trzeba pamiętać, że ani w Rosji, ani na Białorusi, ani w innych republikach, do 2014 r. także na Ukrainie, które pozostały w ramach Wspólnoty Niepodległych Państw nie istniały mechanizmy lustracyjne. W porównaniu do nich, Litwa, Łotwa i Estonia znalazły się w swoistej awangardzie.  Problem polegał na tym, że wszystkie trzy państwa bałtyckie wdrożyły bardzo szeroką strategię rozliczeń, która dotyczyła jednocześnie okresu powojennego, ale też II wojny światowej. Próbowano ocenić kwestie pogromów i deportacji, które miały miejsce zarówno za rządów okupacji niemieckiej, jak i radzieckiej. Dużo spraw karnych dotyczyło kwestii wojennych i powojennych, w tym zabójstw członków ruchu oporu – tzw. leśnych braci.

Problem lustracji w państwach bałtyckich to właściwie konieczność „dekagebizacji”, co utrudnione było przez fakt, że jednak większość akt KGB została wywieziona do Moskwy i do chwili obecnej znajduje się w stolicy Rosji. Na Łotwie ustawę lustracyjną uchwalono w 1994 r., w Estonii rok później, a na Litwie w 1999 r. I jak słusznie zauważyłaś, do dziś przepisy lustracyjne te wzbudzają niemałe emocje we wszystkich trzech państwach bałtyckich.

Jak, wobec tego, możemy ocenić mechanizmy transitional justice wdrażane  przez Bałtów? Co je wyróżnia?

Ciekawym momentem rozliczeń w republikach bałtyckich był rok 1998. W trzech państwach jednocześnie, na mocy inicjatywy prezydentów republik, powołano komisje historyków – swoiste „komisje prawdy”, składające się z ekspertów i akademików. Podjęto wspólne badania naukowe mające na celu wypracowanie spójnej narracji zarówno w stosunku do okupacji nazistowskiej, jak i do lat funkcjonowania w strukturach sowieckich. W Estonii w skład komisji weszli wyłącznie międzynarodowi eksperci. Na Łotwie i na Litwie były mieszane składy.  Charakterystyczne, że licząc na otwarcie rosyjskich archiwów, Łotysze i Estończycy do komisji zaprosili badaczy z Rosji. Praca tych komisji była słabo nagłośniona i praktycznie nieznana społeczeństwu. Z czasem przepoczwarzyły się one w twory na kształt lokalnych IPN-ów, a wyniki ich badań pozostały wyłącznie domeną naukowców. Ważne, że wszystkie trzy państwa już w latach 90. włączyły w swoje prawo karne i konstytucję odwołanie do prawa międzynarodowego, tj. wprowadziły definicję ludobójstwa czy zbrodni przeciwko ludzkości. Tego nie było wcześniej i to pozwoliło sądzić zbrodniarzy, o których mówiłem.

Zdaje się, że państwa bałtyckie bardziej holistycznie i bardziej skutecznie podeszły do rozliczeń okresu II wojny światowej i zbrodni na członkach ruchu antyradzieckiej partyzantki powojennej niż do oceny późniejszego okresu – lat 60., 70. i 80. XX w. To właśnie echa tych nieudolnych rozliczeń słychać do dziś. Ponadto, w krajach bałtyckich odsetek mniejszości rosyjskiej w dalszym ciągu pozostaje potężny ilościowo – rozliczanie dawnego reżimu może uderzyć także w nią, a tym samym spowodować reakcję Kremla. To może być łatwy punkt zapalny do tworzenia tych wszystkich quasi-państw przez Federację Rosyjską, jak choćby na Łotwie, gdzie Rosjan jest najwięcej. Stąd też nie dziwi mnie fakt, że chęć rozliczania w społeczeństwach Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje bardzo silna. I w tym świetle nawet dość zabawnie brzmi dziś fragment przywoływanej przeze mnie rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy z 1996 r., który wskazywał, że co do zasady lustracja powinna zakończyć się w poszczególnych państwach regionu do końca 1999 r. Do tego czasu, według, twórców rezolucji, system demokratyczny powinien już w pełni okrzepnąć, co oznaczać miało bezcelowość dalszych działań rozliczających dawny reżim i osoby z nim związane.

Z jednej strony mamy ustawodawstwo młodych demokracji, z drugiej sądownictwo międzynarodowe. Emocje w społeczeństwach budzą orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który – patrząc na sam wyrok – często orzeka na korzyść lustrowanych. Jak wyjaśnić ten paradoks?

Rzeczywiście, większość spraw osób lustrowanych – czy to w Polsce, czy w Czechach, Słowacji i na Litwie – trafiała do Strasburga.  W tych sprawach najczęściej zapadały przychylne dla nich orzeczenia. Co ciekawe, na ogół były to osoby, które rzeczywiście współpracowały ze służbami. Jednakże sankcja administracyjna, nałożona przez regulacje określonej ustawy lustracyjnej, okazywała się zbyt wysoka wobec skali przewinień czy ich obecności w reżimie. Innymi słowy, naruszała prawa człowieka lustrowanego, najczęściej prawo do rzetelnego procesu sądowego, gwarantowane przez art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, np. sprawa Bobek przeciwko Polsce z 2007 r., czasem prawa do prywatności, art. 8 Konwencji, np. w sprawie Turek przeciwko Słowacji z 2006 r.

Tu powstaje pewnego rodzaju dysonans społeczny, gdyż Trybunał w Strasburgu mówi, że wygrywa ten, który był np. dawnym esbekiem czy agentem!

Zgadza się, ale chodzi o to, że nasza odpowiedź jako państwa okazała się zbyt surowa. Odpowiadaliśmy nie jako państwo prawa, które ma wszystkie procedury do rozliczenia i sankcjonowania osób lustrowanych, lecz wykorzystaliśmy quasi-rewolucyjną metodę, wykluczając tych ludzi ze społeczeństwa. Jaskrawym przykładem tego jest polska ustawa dezubekizacyjna, w znacznej mierze opierająca się o zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Sprawy objętych nią osób już trafiają do Strasburga i można założyć z pewną dozą prawdopodobieństwa, że te osoby wygrają.

I zgadzam się, że takie wyroki mogą powodować pewne niezrozumienie czy wręcz „zagubienie” w społeczeństwie, a w konsekwencji zostać wykorzystane w procesie dezinformacji czy manipulacji. To rola państwa, ale i organizacji pozarządowych, aby w odpowiedni sposób „wytłumaczyć” dany wyrok społeczeństwu. Dziś zadanie to stoi przed Ukrainą, która dopiero co osądziła swojego byłego prezydenta, Wiktora Janukowycza, za zdradę stanu i sprzyjanie agresywnej wojnie prowadzonej przeciwko Ukrainie przez Federację Rosyjską. Trudno wypowiadać się o samym wyroku bez jego dogłębnej analizy, ale już dziś ukraińscy adwokaci wskazują na możliwe pewne nieprawidłowości proceduralne, które w przyszłości mogą skutkować skargą Janukowycza do Trybunału w Strasburgu i – całkiem możliwe – korzystnym dla niego wyrokiem. Czy to będzie oznaczało, że Janukowycz nie dopuścił się zdrady swojej ojczyzny? Oczywiście, że nie – ale wszelkie „niedoróbki”, odejście od gwarancji i praw procesowych oskarżonego, to także uderzenie w demokratyczne państwo prawa, a w konsekwencji wizerunek państwa na arenie międzynarodowej. A to właśnie zasada „rule of law” powinna być zawsze podstawą dla wdrażanych mechanizmów sprawiedliwości okresu przejściowego.

Jednakże zamiast „tłumaczyć”, skarżone państwa na ogół dystansują się od decyzji Trybunału w Strasburgu. Pamiętam kilka takich spraw z litewskiego „podwórka”. Opinia publiczna była wzburzona…

Na Litwie na początku lat 90. XX w. pojawił się problem, który również znalazł swoje zakończenie w Strasburgu. W tym przypadku lustracja poszła na tyle daleko, że niektóre osoby zostały pozbawione szansy na uczestnictwo nawet w prywatnych podmiotach. Trybunał w Strasburgu stwierdził, że dopuszcza ową infamię – „ważny interes społeczny, uzasadniający lustrację” – ale wyłącznie dotyczącą aspektów życia publicznego – nie zaś prywatnego. Zgodnie z literą prawa międzynarodowego, państwo nie może pozbawiać ludzi możliwości zarobku i tym samym całkowicie ich wykluczyć z życia społecznego. W sprawach Sidabras i Džiautas przeciwko Litwie czy Rainys i Gasparavičius przeciwko Litwie, Trybunał wskazał, że szerokie działanie litewskiej lustracji narusza prawo do życia rodzinnego i prywatnego, tj. art. 8, łącznie z zakazem dyskryminacji, tj. art. 14 Konwencji.

Inny głośny proces, to sprawa Vasiliauskasa przeciwko Litwie z 2015 r., który wywołał falę oburzenia w litewskim społeczeństwie. Vytautas Vasiliauskas został skazany za ludobójstwo w ramach systemu prawnego Republiki Litewskiej „z mocą wsteczną”, gdyż udowodniono mu dokonywanie zbrodni w okresie po II wojnie światowej na leśnych braciach. Jednakże ta sprawa trafiła do Strasburga i została rozstrzygnięta na korzyść skazanego. Chodziło o kwestię pewnej kategorii formacji politycznej: ludobójstwo, w swojej definicji, zgodnie z konwencją ONZ, nie dotyczy grup politycznych, a taką rozszerzającą wersję pojęcia ludobójstwa względem jego definicji na gruncie prawa międzynarodowego przyjęła ustawa litewska. W przypadku skazywania „z mocą wsteczną” należało bezsprzecznie wykazać, że w roku popełnienia zbrodni, 1953, definicja ludobójstwa na gruncie prawa międzynarodowego obejmowała również grupy polityczne. Trybunał w Strasburgu nie przychylił się do argumentacji państwa litewskiego. W całej sprawie nie chodziło o to, że nie popełniono zbrodni, tylko o to, że, analizując stan faktyczny i prawny, można było stwierdzić popełnienie zbrodni wojennej, nie zaś ludobójstwa.

To, co odróżnia republiki bałtyckie czy Ukrainę od Polski to usankcjonowana współpraca obywateli z administracją III Rzeszy w czasie II wojny światowej. Dlatego też kiedy w tych krajach pojawia się temat lustracji poradzieckiej sieci agenturalnej, równolegle uwidacznia się newralgiczny temat niedostatecznego, zdaniem niektórych, rozliczenia byłych członków formacji nazistowskich. Argument ten, jak wiemy, skutecznie rozgrywają siły trzecie na arenie międzynarodowej. W jaki sposób rządy powinny mierzyć się z takim problemem?

Na pewno władze danych państw powinny uczciwie spojrzeć na własną historię i nie wybielać lub nie ukrywać pewnych zdarzeń, które po prostu się wydarzyły. W państwach bałtyckich pamięć walki partyzanckiej w czasie II wojny światowej i tuż po niej odnosi się w zasadniczej mierze do walki z Sowietami, nie zaś okupantem niemieckim. Co więcej, np. na Łotwie dużą rolę w tworzeniu partyzantki odegrały służby niemieckie, a nawet Waffen-SS, co nie pomaga budować pewnej wolnej od wszelkich kontrowersji narracji dotyczącej tych formacji. Niemcy szkolili partyzantów i na Litwie, i w Estonii, a także ich dozbrajali – świetnie opowiada o tych sprawach praca prof. Rafała Wnuka pt.: „Leśni bracia. Podziemie antykomunistyczne na Litwie, Łotwie i w Estonii 1944–1956”. Wdrażanie mechanizmów sprawiedliwości okresu przejściowego jest o tyle utrudnione, że w sensie prawnokarnym wiele osób, które popełniły zbrodnie w czasie II wojny światowej już nie żyje. Rekomendowałbym w tej sytuacji głęboki namysł nad instrumentami z zakresu poszukiwania i opowiadania prawdy – i „przepracowania”, jak często mówią historycy, tego okresu i działalności formacji partyzanckich przez naukowców, polityków, jak i społeczeństwa.

Przeczytaj także:  Rafał Wnuk: „Leśni bracia” odwoływali się do prostych haseł – naród, wolność, niepodległość

Przeczytaj także:  Zaciąg do lasu. Recenzja książki „Leśni Bracia” Rafała Wnuka

Jak należy przeprowadzić proces rozliczeń przeszłości, żeby uniknąć zarówno niekorzystnych incydentów w międzynarodowych instytucjach sądowych, szkodliwych insynuacji i pomówień w przestrzeni międzynarodowej, a jednocześnie umożliwić stabilne funkcjonowanie państwa?

Należy pamiętać, że nawet jeśli nasza polityka jest słuszna w kontekście sprawiedliwości dziejowej – to w sensie reguł prawnych może wymknąć się z tych ram. To spowoduje, że będziemy działać jak państwo quasi-rewolucyjne, które nieustannie powraca do tego, co minęło, w sposób sankcyjny. A tak nie powinno być. Według ideału, moment przejścia powinien być jeden. Trzeba go zakończyć i zacząć budować stabilne państwo. A do rozliczeń z przeszłością powracać wyłącznie w formie działań miękkich, jak powoływanie muzeów czy placówek edukacyjnych, ale też twórczości artystycznej – tworzenia powieści czy filmów historycznych.

Prawo międzynarodowe nie tylko nadaje ramy, ale też wymaga rozliczenia zbrodni. Mam na myśli przede wszystkim tzw. poważne naruszenia praw człowieka jak tortury czy pozasądowe egzekucje mające miejsce w systemach totalitarnych czy zbrodnie, będące wynikiem krwawych konfliktów zbrojnych. Takie działania państwo ma obowiązek rozliczyć, a obowiązek ten jest odbiciem praw ofiar, o których mówiliśmy wcześniej – do sprawiedliwości, do prawdy i do naprawy czy reparacji naruszeń. Absolutnie, nie jestem za tym, żeby nie dekomunizować czy nie lustrować, bo to wynika z charakteru samego okresu przejścia i oczekiwań społeczeństw po gwałtownej zmianie. Chodzi mi o pewne ramy tego, co nazywamy definicją okresu przejściowego – mamy pewną przestrzeń, w obrębach której możemy się poruszać. Jeżeli wychodzimy poza nią, automatycznie narażamy się na niekorzystne orzeczenia wobec państwa na arenie międzynarodowej. Ponadto ryzykujemy wywołanie kolejnego przewrotu i spirali politycznie umotywowanych, niekończących się rozliczeń.

Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii (Uniwersytet Łódzki). Historyk, tłumacz, niezależna publicystka. Zainteresowania naukowe: stosunki polsko-litewskie w XX wieku, sytuacja mniejszości polskiej na Litwie, Polacy na Wschodzie, próba powołania autonomii na Wileńszczyźnie, rozpad ZSRR, polityka etniczna na obszarze postsowieckim, stosunki polsko-rosyjskie w XX wieku, polska polityka wschodnia, bezpieczeństwo międzynarodowe.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj